Zagrzebani/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Zagrzebani
Podtytuł Powieść z życia wiejskiego
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1897
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XI,
w którym się mówi o dwóch drogach, błędnych ognikach, pokutujących geometrach, oraz o kluczu do rozwiązania wielu zagadek.

Z Maciejowa do Czarnej i, oczywista rzecz, z Czarnej do Maciejowa, można było jechać dwoma drogami. Jedna dłuższa ale wygodniejsza, ciągnęła się między polami i przez nią zwykle jeżdżono, druga wąziutka prawie jak ścieżka, była wprawdzie znacznie krótsza, ale tylko dla pieszych, a co najwyżej dla konnego możliwa. Dróżka ta ciągnęła się ponad brzegiem rzeki, przemykała przez głęboki wąwóz, a potem lasem, między drzewami, między krzakami gęstymi, wijąc się jak wąż, wybiegała na pola maciejowskie, skąd już dwór widać było jak na dłoni.
Pan Karol, nazajutrz po rozmowie, jaką z ojcem miał, wybrał się do Czarnej.
Było to przed wieczorem. Ziemia pachniała wiosną, balsamem świeżej zieleni leśnej, kwiatami, złociło ją słońce ukośnie rzuconymi promieniami zachodu, ciepły wietrzyk trącał gałązki drzew. Rozśpiewały się ptaszęta, szumiał las, szemrały strumienie. Wiosna była w całym majestacie świeżości i wdzięku.
Pan Karol krótszą drogę wybrał. Zrobił to rozmyślnie, bo zdawało mu się, że może Witold do Maciejowa się wybierze, więc mógłby się w drodze z nim spotkać, a w takim razie grzeczność nakazywałaby zwrócić się z drogi i towarzyszyć gościowi, a pan Karol koniecznie tego dnia w Czarnej być pragnął.
Pojechał więc ową drożyną nieuczęszczaną, lasem. Jechał stępa i tak był zajęty myślami, że nie słyszał ani szmeru lasu, ani śpiewania ptasząt, ani odgłosu kopyt końskich, stąpających po twardo ubitej ścieżce.
Dopiero głos dobrze znany przebudził go z zadumy.
— Dobry wieczór, panie Karolu!
Młody człowiek spojrzał i ujrzał przed sobą Witolda.
I on także wybrał tę drogę.
— Dobry wieczór... Dokąd to?
— Ano, do państwa chciałem wstąpić.
— Śliczna myśl... więc ja wracam... pojedziemy razem, ale gęsiego, bo przez te krzaki inaczej nie sposób. Moglibyśmy oczy na gałęziach pozostawiać. Jako gościa, proszę naprzód...
Witold zatrzymał konia.
Pan Karol powtórzył zaproszenie.
— W tej chwili nie jestem jeszcze pańskim gościem, — odpowiedział Witold — widzę, żeś się pan wybrał z wizytą, dokąd, nie potrzebuję się domyślać, bo wiem, a aczkolwiek ja tam nie jestem gospodarzem, ale jako kuzyn pana Józefa... a, może lepiej powiedziawszy, jako kuzyn panny Michaliny, proszę do Czarnej.
— Przepraszam, w tej chwili już jesteś pan moim gościem.
— A to jakim sposobem?
— Znajdujesz się na mojem terytoryum... a zatem ja tu jestem gospodarz... kto miedzę przestąpi, ten jakby próg przestąpił.
Długo certowali się obadwaj, aż Witold, dość prędkiego temperamentu i szczery z natury, zawołał:
— Panie Karolu, dlaczego my inaczej mówimy, a inaczej myślimy?
Na to zapytanie pan Karol na razie nie wiedział, co odpowiedzieć.
Witold powtórzył zapytanie.
— Ja przynajmniej... — odpowiedział po niejakiem wahaniu się pan Karol — ja przynajmniej...
— Przynajmniej politykujesz, panie Karolu, a między nami tak być nie powinno — albo bądźmy przyjaciółmi i braćmi, albo nie. Co tu w bawełnę owijać, ja, panie Karolu, chcę być twoim bratem, z całego serca pragnę... Oto moja ręka, podaję ci ją.
Obadwaj zeskoczyli z koni i uścisnęli się serdecznie.
— Oto tak najlepiej! Szczerze, co w sercu, to i w mowie. Siądźmy tu oto sobie, pomówimy, nikt nie słyszy, nikt nie przeszkodzi... Słuchaj, Karolu, ja domyślam się wszystkiego... ja wiem, dlaczegoś z początku naszej znajomości krzywo na mnie patrzył... bo, przyznaj się, patrzyłeś krzywo...
— No, nie znałem cię jeszcze...
— Nie o mnie ci chodziło... ale o Michasię... Jesteś nią zajęty, nie zapieraj się... Mnie pan Symplicyusz naumyślnie tu sprowadził, miał różne projekta, żenić mnie z nią chciał — ale serce nie sługa, nie słucha rozkazów...
— Nie podobała ci się.
— O! cóż znowu?! Ale od podobania do zajęcia się, do małżeństwa daleko, zresztą czyż mam ci wyznać tajemnicę moją, którą zapewnie sam już odgadłeś... Ja kocham siostrę twoją, Karolu, i dla tegom powiedział, że bratem ci być chcę... Z jej strony jestem już pewny wzajemności... co do ojca, nie sądzę, aby był naszemu związkowi przeciwny... a ty? Teraz ciebie zapytam...
Karol rzucił się na szyję w odpowiedzi.
— Więc już mówiłeś z Lucynką? — zapytał.
— Przed tygodniem...
— I mnie nie powiedzieliście nic, ani ty, ani ona. Jużeś ją więc nauczył waszej litewskiej skrytości...
— Postanowiliśmy nic nie mówić, dopóki nie oświadczę się formalnie twemu ojcu, a przed przyjazdem pana Symplicyusza nie mogę tego uczynić.
— Dlaczego?
— Dużoby o tem mówić... Mam względem niego obowiązki, życzliwość mi okazywał zawsze...
— A wiesz, — rzekł z uśmiechem Karol — będziesz miał twardy orzech do zgryzienia.
— No...
— Pan Symplicyusz nie należy do przyjaciół mojej siostry.
— A to z jakiej znów racyi?
— Zapewne sam ci powie, dla czego.
— Cóż znowu!
— Taki dziwak... miewa swoje uprzedzenia.
— Moją rzeczą będzie usunąć je — ale co tam... Ja mam swoje zdanie, a skoro on mnie tak kocha, bo o tem nie wątpię, to powinien się cieszyć z mego szczęścia. No, Karolu, siadajmy na konie i jedźmy do Czarnej, ja u was i jutro być mogę. Wytłomaczysz mnie przed siostrą, a ona taka dobra... wybaczy.
Pan Karol długo namawiać się nie dał.
Wsiedli na konie i pojechali.
Przez drogę rozmawiali ciągle. Witold obszernie rozwijał swoje plany na przyszłość.
— Przekonasz się, — mówił — że zrobimy dużo, bo pole do działania mamy obszerne, bardzo obszerne nawet. Ojcowie nasi, względnie do potrzeb, swego czasu robili co mogli, ale nas większa praca oczekuje... bo czas inny, warunki życia inne, potrzeb więcej. Mamy młodość, siły i pewne zasoby materyalne, a to dużo znaczy...
— Zapewne...
— Nie bierz mnie za idealistę. Ja nie myślę wielkich reform podejmować, ani świata przekształcać, ja chcę tylko w swojem kółku zrobić wszystko, co można, gospodarstwo podnieść, postęp zdrowy krzewić, chłopom przykład dobry dawać i stać na stanowisku aż do śmierci, do ostatniej chwili. Oto cały mój program... Twoja siostra jest nim zachwycona, ona także więcej nie pragnie.
Pan Karol nie mógł powstrzymać lekkiego okrzyku zdziwienia.
— Lucynka!
— Dziwisz się?...
— Nie, tylko... może dlatego, że nie miałem sposobności poznać przekonań siostry mojej pod tym względem... więc...
— Cóż więc?
— Zdawało mi się, że miała więcej upodobania do miejskiego życia.
— To istotnie zdawało się tylko... W naszym programie, jakiśmy sobie ułożyli, o mieście mowy niema... Będziemy na wsi i nie opuścimy tych okolic. Gdy ty się ożenisz...
Pan Karol westchnął.
— Nie wiem jeszcze... — rzekł.
— Czy widzisz jakie przeszkody?
— Nie mówiłem z nią jeszcze, nie wiem, co mi odpowie.
Witold się rozśmiał.
— Nie udawaj, że nie wiesz, bo wiesz bardzo dobrze. Ona jest tobą zajęta, to widoczne... Zdobądź się tylko na krok stanowczy i przed przyjazdem Symplicyusza oświadcz się rodzicom.
— Dlaczegóż przed?
— Mnie na tem zależy. Co masz zresztą odwłóczyć...
Tak gwarząc młodzi ludzie przyjechali do Czarnej. Panna Michalina była bardzo zdziwiona tą wizytą, wiedziała bowiem, że Witold do Maciejowa się udał i sądziła, że nie powróci, aż późno wieczorem, lub w nocy. Już się i zciemniać zaczynało, pan Józef z pola przyjechał, podano herbatę na werendzie w ogrodzie.
Witold zajmował starszych rozmową, aby dać Karolowi sposobność swobodnego pomówienia z Michaliną.
Korzystał z tej sposobności i mówił półgłosem, dużo, a widać wymownie, bo go panna Michalina z wielkiem zajęciem słuchała. Mówił o tem, o co dawniej jeszcze w Maciejowie sprzeczkę z sobą mieli. O tej fantazyi ludu, która widzi jak duch matki przychodzi na mogiłę dziecka, o tej fantazyi, która każe duchom błądzić wśród kurhanów i cmentarzysk i przychodzić do miejsc, w których żyły. O wędrowcu, co się za rodzinną strzechą ogląda, o tem cierpieniu, które nauka nostalgią, a zwykli śmiertelnicy tęsknotą zowią. Mówili o błędnych ognikach, pokutujących nocami na oparzeliskach i bagnach. W rozmowie tej wszakże już różnicy zdań nie było. Owszem, pan Karol przyznał się do winy, że dawniej inaczej rzecz tę pojmował. Przyznał się do winy i o przebaczenie prosił, potem głos zniżył jeszcze bardziej i szeptem już prawie mówił, a potem rękę jej ujął i do ust przycisnął.
Gdy odjechał, panna Michalina miała długą konferencyę z rodzicami, matka popłakała się przy tej okazyi, a pan Józef, wysłuchawszy tej relacyi, rzekł:
— Inne, coprawda, miałem widoki, ale skoro taka jest twoja wola, gdy ci tak serce dyktuje... zgadzam się. Bądź szczęśliwa...
Nazajutrz przyjechał pan Mikołaj z synem i o rękę panny Michaliny dla niego poprosił... Pan Józef wina kazał przynieść i wzniesiono toast za pomyślność młodej pary...
Pan Mikołaj uszczęśliwiony był. Śmiał się, dowcipkował, ale w oczach miał łzy najwyższego rozdrażnienia i radości.
— Ja wam, moje dzieci, Maciejów oddam — mówił. — Pracujcie, dorabiajcie się. Lucynkę spłacimy...
— Przecież i ja majątku z sobą do grobu nie wezmę, — odezwał się pan Józef — niechby więc tu osiedli, jabym przy gospodarstwie pomagał i miałbym tę pociechę, że dziecko jedyne byłoby przy mnie, przy nas oto...
Tak się staruszkowie certowali i do porozumienia przyjść nie mogli, narzeczeni zaś nie słuchali tego sporu, bo co ich w tej chwili obchodziły wszelkie majątki. Wyszli do ogrodu, promieniejący szczęściem, weseli, a Witold towarzyszył im w tej przechadzce. Czas do wieczora upłynął im jak jedno mgnienie oka, trzeba więc było do domu powrócić.
Stało się wszystko po myśli Witolda, gdyż tego samego dnia, może w pół godziny po odjeździe pana Mikołaja z synem, pan Symplicyusz z podróży powrócił.
Właśnie panna Michalina na ganku stała, gdy stary szlachcic biedą swoją zajechał.
— Ah! co za szczęście, — zawołał, wchodząc na ganek — co za szczęście, że panią pierwszą spotykam... Myślałem o pani przez całą drogę, gościńce piękne wiozę, jak honor szanuję...
— Dziękuję serdecznie za pamięć, ale i myśmy o panu także myśleli. Ojciec to prawie codzień wspominał.
— A gdzież pan Józef?
— Ojczulek jest w ogrodzie... w tej chwili pobiegnę i poproszę...
— A nie! Owszem, bardzo jestem szczęśliwy, żem panią naprzód spotkał... bardzo... dużo do powiedzenia mam... Przedewszystkiem wezmę panią na konfesatę... Jakże serduszko?...
— Doskonale...
— Bije?
— Jak zegarek...
— O tem nie wątpię... ale czy pamięta pani, co mówiłem przed wyjazdem? Czy się pani już zakochała?
— Niestety... już — odrzekła, spuszczając oczy figlarnie.
— A to wybornie! tak to lubię... pozwól-że pani, że ucałuję tę śliczną rączkę... Byłem pewny, że się pokochacie... ale gdzież on jest, ten szczęśliwiec, ten wybraniec losu? gdzie się ukrywa?...
— Pół godziny temu odjechał.
— Dokąd? po co? Będąc kochanym przez panią... odjechał? Ależ on powinien nie ruszać się stąd... Dokąd-że pojechał, panno Michalino?
— Do Maciejowa.
— Po co?
— Ależ on tam mieszka.
— Witold? co pani mówisz?!...
— Nie mówię o panu Witoldzie, ale o panu Karolu.
— A cóż pan Karol ma znów do tego? — zapytał stary szlachcic, otwierając oczy szeroko.
— Widzę, że się pan źle domyśla, panie Symplicyuszu... Pan Karol jest od dziś moim narzeczonym...
Symplicyusz skoczył jak oparzony.
— To tak? to tak?! Nie... dalibóg, albo mnie słuch myli, albo...
— Nie myli pana słuch i nie wiem, co pana tak dziwi. Zamiast mi powinszować, jak stary przyjaciel...
— Powinszować?! A, panno Michalino, prędzejbym się śmierci spodziewał... taki zawód... taki zawód!
Panna Michalina zdziwiona, a nawet i obrażona poniekąd, wyszła, Jajko zaś rzeczy swoje na górkę kazał znieść i natychmiast zawołał chłopaka, żeby Witolda poszukał.
Młody człowiek szybko po schodach wbiegł i chciał się Symplicyuszowi na szyję rzucić — ale ten go powstrzymał.
— Pięknie się spisałeś, — rzekł — bardzo pięknie... wyśmienicie...
— Co? co?
— A siedziałeś tu przecie na miejscu i pozwoliłeś na to, że tamten Michalinkę zabiera.
— Cóż miałem robić? — spytał Witold z uśmiechem.
— Nie dać... rozkochać pannę... uprzedzić!... A ja, proszę cię, pieniądze pościągałem, prezenta dla Michasi przywiozłem... majątek dla ciebie chciałem kupować... tak byłem pewny... tak byłem pewny...
Przeszedł się kilka razy po stancyi, a potem zatrzymał się nagle.
— To się odrobi — rzekł. — Od czegóż dyplomacya... od ołtarza się rozchodzą nieraz. Odrobi się!
— Nie sposób.
— Dlaczego nie sposób? Przecież mam głowę na karku, na honor, mam jeszcze...
— Panie Symplicyuszu, — rzekł Witold — zawsze byłeś moim przyjacielem, prawie...
— Więc też właśnie...
— Chciej-że mnie pan wysłuchać, bo mam prośbę do pana.
— No, no... słucham tedy.
— Otóż zostawmy w spokoju szczęśliwych narzeczonych. Kochają się nawzajem, niechże będą szczęśliwi...
— A! to nie może być... Szkoda Michalinki dla Karola... ja to zaraz panu Józefowi wytłómaczę... nie dopuszczę, nie zezwolę... nie!
— Ależ dopuści pan, dopuści... bo to już rzecz skończona. Pan Mikołaj tu był, o rękę Michasi dla syna prosił. Przyrzeczenie solenne otrzymał — a pan Józef słowa nie złamie i nie cofnie.
— Wynajdzie się pozór... ale miałeś o coś prosić...
— Właśnie... wiadomo panu, że jestem sierota, że nie mam nikogo z bliższych w tych stronach.
— No — a ja? czy ja daleki ci jestem?
— Dla tego też do pana się udaję, panie Symplicyuszu... proszę o wyświadczenie mi wielkiej, bardzo wielkiej łaski...
— No... no, cóż takiego?
— Żeby pan był łaskaw pojechać ze mną do Maciejowa.
— Do Maciejowa!
— Tak... i poprosić pana Mikołaja, o rękę jego córki dla mnie...
Jajko aż odskoczył.
— Coś ty powiedział?... o rękę pani Lucyny?...
— Tak.
— Tej elegantki, tej rozwodnicy... wielkiej pani!
— Panie! Wolno panu prośbę moją spełnić, lub nie, to wyłącznie od pana zależy — ale nie wolno wyrażać się lekceważąco o kobiecie, którą ja chcę nazwać moją żoną...
— Ah! z tej beczki jegomość zaczyna... tak?! No kiedy tak, to ja tu nie mam co robić... Bywaj zdrów i żeń się skoro chcesz, ale ja od wszystkiego ręce umywam. Jesteś pełnoletni i prawo pozwala ci popełniać wszelkie głupstwa. Bądź zdrów!
— Panie Symplicyuszu!
Stary ani się obejrzał nawet... zbiegł szybko ze schodów i chłopaka do stajni posłał, żeby deresza zaraz zaprzęgli.
W tejże chwili i pan Józef nadszedł z ogrodu.
— A, jak się masz, stary przyjacielu! — zawołał...
Symplicyusz odburknął niechętnie.
— Stary przyjacielu! no proszę! Phi! jaka mi przyjaźń! Mam się źle, jestem tu niepotrzebny i odjeżdżam...
— Co ty mówisz człowieku, co tobie jest?
— Nic mi nie jest — jadę, bo mi się tak podoba... Jestem także pełnoletni i także mi wolno robić co tylko zechcę.
— Nie przeczę... ale co to wszystko znaczy? Skąd gniew na mnie, com ci zawinił?
— A tak! Ze mną mówisz inaczej — a postępujesz inaczej. Słyszę oto, że córkę wydajesz za mąż.
— Taka była jej wola.
— Winszuję, winszuję... Piękny chłopak, elegant... ale nie zazdroszczę... bądź pan zdrów... odjeżdżam.
— Ależ Symplicyuszu...
— Nie ma żadnego Symplicyusza, nie ma przyjaciela... nie ma! Do widzenia!
— Do licha starego! co się z tobą stało, — zawołał pan Józef i gwałtem prawie pociągnął Symplicyusza ku drzwiom, — chodź-że do mnie, powiedz o co masz pretensyę, porozumiejmy się.
— Trudno to będzie. Skrzywdziliście mnie, zdradzili! nie godzi się tak robić.
— Ależ...
— Skrzywdziliście i już...
Tak przekomarzając się, Symplicyusz wszedł do pokoju i padł na fotel.
— A prędzejbym się śmierci spodziewał, — rzekł, — niż tego zawodu!.. ale to tak z młodymi... Człowiek suszy sobie głowę, nie dośpi, nie doje, przemyślając jakby im los zapewnić, szczęście dać, a tu naraz strzeli coś do głowy i rób co chcesz.
— Ostatecznie, mój Symplicyuszu kochany — co się tyczy mojej córki, skoro chce za Karola wyjść — bronić jej nie mogę, bo i zarzutów żadnych przeciwko niemu nie mam. Człowiek porządny, z uczciwego gniazda, zamożny... a co zaś do Witolda, to nie masz się czego martwić mój drogi, znajdzie on sobie żonę i piękniejszą i bogatszą niźli moja Michalinka, która mu jakoś nie przypadła do gustu... Znajdzie jeszcze, bądź spokojny...
— Otóż jestem niespokojny — bo on już znalazł.
— Już?
— A jakże, rozamorował się na piękne w tej rozwodnicy z Maciejowa.
— W pani Lucynie! Wiesz co Symplicyuszu, że chłopak ma gust...
— Niech go nie znam z takim gustem! To jest, panie dobrodzieju, lalka, a jemu żony potrzeba, gospodyni... Cóż to on jest książę udzielny, czy magnat jaki, czy dygnitarz, żeby takiej damy za żonę potrzebował?...
— Zanadto w czarnych kolorach widzisz wszystko, mój Symplicyuszu — a w gruncie rzeczy jest inaczej. Pani Lucyna będzie najlepszą żoną.
— A toż mieliśmy już próbę!
— Może miała jakie słuszne powody...
— Najmniejszych! żadnych, a żadnych!
— Mój Symplicyuszu, skąd ty możesz o tem wiedzieć?
— Skąd wiem to wiem, dość że wiem. I wyobraź sobie, na domiar wszystkiego, ten szaławiła Witold jeszcze mnie prosi, żebym ja jechał do pana Mikołaja i prosił osobiście o tę śliczną lalę! Tego już zanadto. Wiesz jakie były projekta. Wszystko co mogłem robiłem, aby je doprowadzić do skutku — a tu taka ironia! Jak cię poważam panie Józefie, to nie do uwierzenia!
— A jednak przyznaj, że Witold nie mógł inaczej zrobić, a prosząc cię o tę grzeczność dał dowód, że uważa cię jakby za opiekuna, za ojca prawie.
— Kłaniam uniżenie!
— I odmówiłeś?
— Nie dość żem odmówił — ale Witolda więcej widzieć nie chcę, umywam ręce, uciekam, uciekam gdzie pieprz rośnie i możesz być pewny, panie Józefie, że mnie już nie zobaczycie w tych stronach.
— Ależ to być nie może...
— Musi tak być. Zresztą niech pan Witold wybierze, albo ja, albo ona!
Pan Józef nie mógł się od śmiechu powstrzymać.
— Wybacz, kochany panie Symplicyuszu, — rzekł, — wybacz mój drogi przyjacielu, że się śmieję, ale boś też powiedział! Ty, albo ona, przecież się z tobą, do licha, nie ożeni.
Symplicyusz zmieszał się cokolwiek.
— No, tak jest istotnie, palnęło się głupstwo kapitalne. Jużci co ja to ja — a co ona to ona... ale w takiem zmartwieniu, to, jak Boga kocham, człowiek sam nie wie co mówi i co robi.
Pan Józef zaczął staremu perswadować, tłómaczyć, w obronie pani Lucyny stawać — i wreszcie tyle dokonał, że Symplicyusz uspokoił się trochę i chłodniej całą tę sprawę traktował.
Przywołano wreszcie i Witolda, który spokojnie i z całą godnością prośbę swoją ponowił.
Na tym wszakże punkcie stary szlachcic był niewzruszony.
— Oświadczaj się, — rzekł, — skoro taka twoja wola, żeń się, bądź szczęśliwy, ale mnie do tego nie mięszaj.
— Dla czego?
— Mam do takich delikatnych spraw ciężką i nieszczęśliwą rękę, o czem wiesz sam najlepiej. Chciałem cię z Michalinką wyswatać i zaraz ją porwał pan Karol. Lękam się więc i przyrzekłem sobie więcej nigdy w życiu do takich interesów się nie mieszać. Wolę najzawilszy proces, bo jak przejrzę akta, rozpatrzę się w dokumentach i skombinuję dobrze całą rzecz z kodeksem, to przynajmniej mogę przewidzieć rezultat — tu zaś zje djabła kto przewidzi. Kodeks młodości zamiast poważnych artykułów ma w sobie rozmaite bziki i figle. Dajcie mi tedy pokój.
— I nie da się pan przekonać?
— Powiedziałem już w ostatniej instancyi i słowa nie cofnę... Zresztą masz pana Józefa, proś go, wszakże to twój kuzyn, a w bliższej przyszłości i pani Lucyny kuzyn... proś go...
Pan Józef nie odmówił i na drugi dzień, pojechał z Witoldem do Maciejowa, gdzie ich, jak było do przewidzenia, z otwartemi rękami przyjęto.
W kilka tygodni później jednocześnie odbywały się dwa wesela, i dwie młode pary rozpoczęły nowe życie. Symplicyusz był także na weselu, wystrojony w piękny frak granatowy odwiecznego kroju; — humoru wszakże nie miał, a nawet stare wino nie działało na niego. Osowiały był i przygnębiony, a potem gdy już się zabawy skończyły, wyjechał w świat i nie pokazał się aż za rok.
W Maciejowie pan Karol z młodziutką żoną osiadł, a Witold, za fundusz który posiadał i za posag swej żony, kupił od państwa Józefów Czarnę i tam zamieszkał. Rodzice panny Michaliny nabyli obok Maciejowa niewielki folwarczek i tam się przenieśli. Życie upływało cicho i spokojnie, w pracy uczciwej i pożytecznej.
O zagrzebaniu i nudach wiejskich mowy nigdy nie było, bo pan Karol polubił gospodarstwo, oddał mu się z zamiłowaniem, a mając doskonałego przewodnika w Witoldzie, korzystał z jego rad i doświadczenia, uczył się i robił ciągłe postępy. Pani Lucyna także zmieniła swoje poglądy. Przekonała się, że i na wsi życie przy pracy ma swoje powaby i przestała marzyć o wielkim świecie i gorączkowem, sztucznem, a prawie bezmyślnem życiu tak zwanych salonów.
W szczupłem kółku znajomych żyli wszyscy spokojnie i prawie szczęśliwie. Pan Mikołaj starzał się, ale humoru nie tracił, na jego pomarszczonej twarzy widać było zadowolenie i radość ze szczęścia dzieci. Synowa była u niego, jak to mówią, oczkiem w głowie, uwielbiał ją, po rączkach całował i mówił, że jej głównie pogodny zachód życia swego zawdzięcza.
Pan Symplicyusz dopiero po upływie roku starych znajomych odwiedził.
Nie chciał przyjąć gościnności w Maciejowie, bo się na Michasię i na Karola boczył, do Czarnej również nie zajechał, ponieważ jak mówił, wielkiej damie, to jest pani Lucynie, subiekcyi nie chciał robić, — ulokował się więc u państwa Józefów na folwarczku i tam sobie punkt obserwacyjny obrał.
Przyglądał się wszystkiemu zdaleka, poznać po sobie nie dając, że obserwuje pilnie i bada.
Po kilkotygodniowym pobycie w okolicy, oblicze starego zaczęło się trochę rozjaśniać, widocznem było, że uznaje fakta spełnione i godzić się z niemi zaczyna. W Czarnej był kilkakrotnie, a po każdej wizycie wyjeżdżał weselszy.
Pewnego wieczoru, gdy całe towarzystwo zgromadziło się u państwa Witoldów, Jajko z panią domu rozmowę wszczął.
— Nie wybiera się pani dobrodziejka do Warszawy, albo za granicę? — zapytał.
— Po co?
— A no — jużcić tu na wsi nudy piekielne.
— Co też pan mówi — my się nie nudzimy wcale...
— Może mi pani wyjawi tajemnicę tej zmiany — bo o ile wiem, w Maciejowie wygłaszała pani inne zdania.
Pani Lucyna zarumieniła się trochę.
— Zawsze mi pan wymawia ten Maciejów! Tam było co innego, tu co innego.
— Powietrze inne... Szczególna rzecz, odległość przecie nie wielka.
— Widzi pan, tajemnica łatwa do odgadnięcia. W Maciejowie nie miałam co robić — tu mam zajęcia mnóstwo... w Maciejowie byłam prawie sama jedna, a tu...
— Cóż tu, kochana pani... tu ma pani tylko jednego Witolda.
— Mylisz się pan — tu mam cały świat... Kocham Witolda i szanuję go, kocham jego przekonania i podzielam je w zupełności, jest mi z nim dobrze, zupełnie dobrze — właśnie dla tego, że go kocham... Mamy przed sobą cel jasno wytknięty i określony. Praca wypełnia nam życie, wystarczamy sobie oboje i zdaje mi się, że jesteśmy użyteczni i dla drugich. Mamy dziecko, które jeszcze silniej nas łączy — wychowamy je na dzielnego obywatela. Ten maleńki, gdy dorośnie, weźmie po nas kawałek ziemi, będzie go strzegł jak oka w głowie i będzie na nim pracował. Odziedziczy po nas ideały, wierzenia i przekonania nasze, dla nas będzie dumą i pociechą, dla ogółu uczciwym i pożytecznym pracownikiem. Wychować takiego właśnie pracownika, wpoić w niego uczciwe zasady, nauczyć go kochać to, co kochać należy, czyż to małe zadanie? Czy można się nudzić, mając taki cel przed sobą... A! panie Symplicyuszu, byłeś zawsze naszym szczerym przyjacielem, a Witoldowi opiekunem, więc nie krzywdź mnie pytaniem o nudy...
Stary z całą serdecznością za rękę ją pochwycił i gorący pocałunek na niej wycisnął.
— Przebacz pani, — rzekł, — byłem ci krzywy, ale od dziś kocham cię jak własne dziecko... za ojca mnie uważaj.
Witold na tę scenę nadszedł.
— Bałamucisz mi żonę, panie Symplicyuszu, — rzekł z uśmiechem.
— Gdzież tam! to ona raczej, ta twoja piękna, mnie całkiem na swoją stronę przekabaciła... Wyobraź sobie, że przed chwilą nazwałem ją córką...
— A przypomnij sobie pan dobrodziej coś mówił przed rokiem.
— Prawda, prawda — peccavi! Cofam to com wtedy powiedział — ale wytłómaczcie mi jakim sposobem to się wszystko stało, dla czego ja nie przewidziałem takiego rzeczy obrotu...
— Bo byłeś pan uprzedzony.
— Nie, pan Symplicyusz sądził z pozorów, — odezwała się pani Lucyna, — i tak sądząc, miał do pewnego stopnia słuszność — ale...
— Co? jakie ale...
— Nie wiedział, że ja kocham Witolda, a kto kocha... kto prawdziwie kocha, panie Symplicyuszu ten...
— Ten?
— Ten zawsze lepszym się staje, — odrzekła cicho...
Symplicyusz znowuż białą rączkę całować zaczął.
— Nie, — rzekł — już was nie opuszczę. Pogodziłem się z wami zupełnie... jestem szczęśliwy. Tu blizko, koło was osiądę, dawne swoje projekta urzeczywistnię... Póki zdrowie i siły pozwolą pracować będę — a potem, gdy oczy już zamknę, zostawię wam grosza trochę, nawet między nami powiedziawszy, sporo grosza, który przyda wam się, przyda moje dzieci, dla urzeczywistnienia wielu dobrych celów i intencyi.
Stary Jajko dotrzymał słowa. Osiedlił się w blizkości, handel rozpoczął i tak mu jakoś szło dobrze, że z całej okolicy zboże przez jego ręce przechodziło, aż musiał kantor założyć i pomocników kilku przyjąć... Jeździł od czasu do czasu w świat, do Warszawy zaglądał, do Gdańska, a z każdej takiej wycieczki przywoził rozmaite prezenciki i zabawki dla swoich ukochanych wnuczków, bo tak zawsze dzieci Witoldów i dzieci państwa Karolów nazywał.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.