Trębacz cesarski/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Trębacz cesarski
Podtytuł Powieść z r. 1830—31
Data wydania 1931
Wydawnictwo Wydawnictwo Towarzystwa Św. Michała Archanioła
Druk Drukarnia Towarzystwa Świętego Michała Archanioła
Miejsce wyd. Miejsce Piastowe
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział VI.
W ziemi ojczystej.

Na brzegu zamarzniętego jeziora Świteź pod wieczór zatrzymał się mały oddziałek rosyjski i zaczął się przygotowywać do noclegu.
Żołnierze, ustawiwszy karabiny w „kozły“, ochoczo rąbali gałęzie, cienkie brzezinki i olszyny, klecąc szałasy. Na przysypanym śniegiem pniu siedziało dwóch oficerów.
Jeden z nich, stary kapitan o siwej brodzie i twarzy tatarskiej raz po raz pociągał z manierki wódkę i mówił do towarzysza, tęgiego, rosłego porucznika, łakomie spoglądającego na coraz bardziej przechylane naczynie.
— Tak to, mój miły Owsienko, znowu wojenkę robimy! Musimy się postarać i nie oszczędzać buntowników, bo pułkownik Bartolomei nie żartuje. Wydał on rozkaz, aby porządek był na trakcie z Mińska do Grodna, bo tędy wojsko przejdzie i tabory pociągną. Na szosie huzary będą patrolowali, a my tu po bocznych drogach, aby jakaś wataha powstańcza nieporządków i hałasów nie wszczynała.
— Wiadomo, panie kapitanie, że nie będziemy cackać się z buntownikami! W razie czego, pod drzewo i ołowiem w łeb! — odparł porucznik. — Ośmielę się poprosić o swoją manierkę, bo mróz po kościach chodzi.
Kapitan oddał prawie wypróżnioną flaszkę towarzyszowi i głuchym, grubym głosem, jął nucić:
Ach ty Wołga, Wołga — mać rodnaja!...[1].
Potem długo krzesał ognia, aż zaćmił fajkę i, pokrzykując na żołnierzy, czekał na ukończenie szałasu.
W godzinę później, gdy mrok już zapadł, w obozie poczęły milknąć głosy.
Po posiłku żołnierze pokładli się na ściętych gałęziach świerkowych i, przyciskając się do siebie, zasypiali.
Ogniska, zrzadka podsycane przez trzech stojących na czatach żołnierzy, przygasały powoli.
Cisza zaległa brzegi jeziora. Czasem tylko rozległo się tęgie chrapanie śpiących, parsknięcie konia lub jakiś nieznany głos leśny dobiegał z kniei.
Jeden z wartowników podszedł do brzegu, zarośniętego szuwarami, i głowę wytknął nad niemi, aby zajrzeć na lodowatą powierzchnię Świtezi, gdy w tej samej chwili jakaś postać wychynęła z oczeretów i jednem uderzeniem obaliła żołnierza na śnieg.
— Co tam takiego, Michajło? — spytał inny Moskal, stojący o kilkanaście kroków dalej.
— Nic! — rozległ się spokojny głos. — Noga mi się podwinęła i upadłem. Zaraz przyjdę do ciebie, towarzyszu.
Ciszę nocną przeszyły wkrótce dwa krótkie, zduszone okrzyki. Ten i ów ze śpiących ludzi poruszył się i nadsłuchiwać zaczął, lecz, uspokojony ciszą i miarowemi krokami stojących na czatach towarzyszy, znowu usnął, szczelniej otulając się płaszczem.
Tymczasem wartownicy zbliżyli się do zestawionych karabinów, związali je rzemieniem i ukryli w gąszczu krzaków.
Po chwili jeden z nich wszedł do szałasu, skąd wkrótce doszły odgłosy ciężkich ciosów, mruczenie i głuchy jęk, jedyny i straszny o tej godzinie niemej, tajemniczej ciszy nocnej.
Barczysty człowiek wypadł z szałasu i półgłosem rzekł do towarzysza:
— No, teraz wszystko w porządku! Wypal-no, bracie, z karabina!
Buchnął strzał, a echo jego długo mknęło od drzewa do drzewa puszczy, dopóki nie umarło gdzieś za Świtezią.
Z wyciem przeraźliwem zrywali się ze snu zbudzeni, oszaleli ze strachu żołnierze i miotali się w ciemności, nie wiedząc, gdzie mają się ukryć, padając, potrącając się i walcząc ze sobą na pięści.
— Do broni!... — krzyknął wachmistrz, lecz w tej chwili rażony kulą runął na ziemię.
— Żołnierze, stać! — rozległ się donośny, rozkazujący głos.
Znajoma komenda uspokoiła żołnierzy. Bieganina i zgiełk ustały.
— Żołnierze! — przemówił do nich barczysty człowiek w krótkim półkożuszku. — Jesteście otoczeni przez powstańców. Jeżeli nie poddacie się, każę wystrzelać wszystkich do nogi.
— Poddajemy się! Poddajemy się! — wołali przerażeni moskale, podnosząc ręce do góry.
— Czy niema wśród was Litwinów? — pytał z ciemności ten sam głos, a wtórował mu suchy szczęk odwodzonego kurka.
— Jest nas tu czterech ze Żmudzi! — odpowiedziano z tłumu.
— Wychodźcie naprzód! — padła komenda.
Czterech żołnierzy stanęło przed barczystą postacią nieznajomego.
— Kochacie Moskali? — zapytał.
— Hej tam! — odparli chórem. — Gdzie-ta kochamy?! Oni dla nas byli od katów gorsi... Ani nas do szkół nie puszczali, ani też żadnemu nie pozwolili dojść do rangi oficerskiej, ani na księdza się wyświęcić. O, psi syny! Oni z nas siedem skór łupili podatkami, niewolą i różnemi powinnościami... Za rabów swoich mieli... juchy, moskiewskie capy!
— No, dobrze! — zawołał wesoło nieznajomy. — Tedy powiążcie tych drabów i prowadźcie ich za mną.
Północ jeszcze nie minęła, gdy drogą leśną, biegnącą od brzegu Świtezi ku Niemnowi, sunął dziwny pochód.
Na przodzie, pochylony nad ziemią szedł szybko, niby węsząc trop, chudy, wysoki chłop litewski w białej siermiędze z olbrzymim kołnierzem baranim i w takiejż czapie. Opierał się na sękatej pałce i coś mruczał pod płowemi wąsami, z których zwisały mu długie sople lodu.
Za chłopem, który, snadź, był przewodnikiem, szło pięćdziesięciu rosyjskich strzelców ze związanemi wtył rękami, strzeżonych przez czterech zbrojnych w karabiny żołnierzy, a za nimi jechał na koniu niewysoki, barczysty młodzieniec i prowadził trzy konie, obładowane karabinami.
Gdy już odeszli byli spory szmat drogi od Świtezi, przewodnik zatrzymał się i jął nadsłuchiwać. Wreszcie uśmiechnął się i, zbliżywszy się do jeźdźca, szepnął:
— Słysz, panoczku, jak wilki grają?
Siedzący na koniu młodzieniec wytężył słuch i odparł:
— A grają, niech im tak śmierć gra!...
— Zwęszyły one tych, których pozostawiliśmy nad Świtezią, panoczku.
— Tamci na nic dobrego nie są już zdatni, chyba na wilczą strawę, — zaśmiał się jeździec. — Ruszaj, dobry człowieku, bo do świtu dojść musimy. Spieszno mi do młodego pana Truszkowskiego!
— A no, zanim brzask wypełznie z ciemni, będziemy już za Lachowiczami, a tam już ino raz skoczyć... — mówił chłop, rozdmuchując hubkę.
— Naprzód! — rozkazał młodzieniec. — Gadu-gadu, a stoimy na miejscu, niby wiorsty przydrożne...
Ruszyli szybko, brnąc w śniegu i zapadając się w wykroty rzadko uczęszczanej drogi.
Ledwie pierwszy brzask, jeszcze mętny i szary, zaczął się sączyć zewsząd i wpełzać do lasu, przewodnik przystanął i, obejrzawszy korę na pobliskich drzewach, cicho gwizdnął.
Długo nikt nie odpowiadał, aż nagle tuż z poza drzew rozległo się pytanie:
— Co zacz za ludzie?
— Swoi! — zawołał chłop. — Wincenty Matulanis od starego pana.
— W jakiej sprawie? — padło nowe pytanie.
— Stary pan kazał mi prowadzić przyjezdnego gościa, a on nad Świtezią Moskali pobił i dużą kupę do niewoli pobrał z orężem i końmi...
Z krzaków wyszedł młody, o dziarskiej, zuchowatej twarzy człowiek z pistoletem w ręku.
— Co za gość? — spytał.
Jeździec zeskoczył z konia i rzekł spokojnie:
— Władysław Lis, kadet starszej klasy, zbiegły z armji rosyjskiej do swoich. Jestem znajomym panny Juljanny, siostry pana Truszkowskiego, z którym chcę się widzieć bez zwłoki!
— Chociaż źle wysławiacie się po naszemu, lecz szczerem sercem witam was, druhu, bo wspominała o was w domu siostra moja. Truszkowski jestem, do usług!
Nie wiadomo, jak się to stało, lecz oto nieznajomi, jeszcze obcy dla siebie padli sobie w objęcia, jak starzy przyjaciele po długiej rozłące.
— Do śmierci wierność i przyjaźń ci ślubuję! — z wybuchem zawołał Lis.
— Bratem mi będziesz najmilszym! — odparł Truszkowski. — Zwyciężymy, albo polegniemy za ojczyznę!
— Przysięgam! — odparł Lis.
Wkrótce siedzieli w obozie.
Młody powstaniec opowiadał Lisowi, że ma oddziałek, dwustu konnych liczący, a zaopatrzony w konie, broń i spiżę z dóbr Nieświeskich.
— Mało nas jest tymczasem, lecz ruszają się już ludziska, ruszają! — mówił partyzant. — Na Żmudzi, gdzie Moskali nienawidzą, ruchawka idzie na całego! Chłopi się rwą do bitwy, tylko broni brakuje... Czekamy na rozkazy z Warszawy... Tymczasem potrosze w partyzantkę się bawimy... Na własną rękę napadamy na transporty, pocztę i gońców, ciągnących szosą z Mińska na Grodno i Wilno.
— Czy wiedzą o was rosyjscy dowódcy? — spytał Lis.
— Wiedzą, bo pchnięto już tu bataljony Bartolomei, i Wersilina; tego i owego partyzanta poturbowano, lecz mnie się dotąd nic nie dzieje... wymykam się i kły pokazuję, gdzie mogę. Siedzę blisko od Pińszczyzny. Niech mi tylko zaświecą w oczy, zaraz daję nura na Łań lub Cnę, a tam sam czart nie wytropi, bo Poleszuki w takich bajorach i grzęzawiskach ukryją, że lepsze to od murów fortecznych, bracie!
Lis uderzył się nagle w czoło i zakrzyknął:
— Ja tu słucham, a tymczasem w zanadrzu mam listy cesarza!
— Na miły Bóg, dawaj! — wrzasnął Truszkowski.
Rozdarli koperty i odczytali dwa listy, z których jeden był do cesarzewicza Konstantego z rozkazem, aby nie dopuścił do wybuchu powstania na Litwie, ponieważ to zmieniłoby cały plan kampanji. W liście tym cesarz oświadczał, że przystępuje do formowania nowej armji, którą ma prowadzić generał, hrabia Tołstoj, otrzymujący od monarchy instrukcje osobiste. Drugie pismo, adresowane do generała Chrapowickiego, gubernatora Wilna, zawierało zezwolenie na zastosowanie na Litwie najsurowszych zarządzeń, które cesarz obiecywał uznać i pochwalić bez zastrzeżeń, jako niezbędne i dla dobra imperjum pożyteczne.
W liście tym z niezwykłą szczerością i niepokojem pisał Mikołaj o obawie i trwodze swojej wobec możliwości powstania całego narodu uzbrojonego i o przyłączeniu się Litwy i Wołynia do walki z Rosją.
— To są bardzo ważne wieści! — zawołał Truszkowski. — Być może, tylko one potrafią zmusić rząd warszawski do przeniesienia działań bojowych w nasze strony. Musisz, bracie, pędzić co tchu do Warszawy!
Lisowi rumieńcem oblała się twarz. Spuścił oczy i zapytał:
— Czy z Warszawy daleko do Sieradza?
— A co ci, chłopcze, po Sieradzu?! — zdziwił się Truszkowski, lecz, widać, przyszło mu coś do głowy, bo uśmiechnął się pod wąsem i rzekł:
— Dla dobrego jeźdźca wszędzie blisko...
Nie mówili o tem więcej, bo Truszkowski zaczął rozwijać swój plan.
— Dam ci kilkunastu najsetniejszych chłopów, którzy znają Litwę i Kongresówkę, jak swoją wieś. Z nimi dojedziesz szybko, a, gdyby jakiś oddział zastąpił ci drogę, z tymi ludźmi można się ważyć na rzeczy zuchwałe... Na miły Bóg, zbytnio nie spiesz się, Władku, z powrotem, ino krzycz, przekładaj, proś, aby na Litwę uderzyli,... ja zaś tymczasem powiadomię o posłowaniu twojem panów Onufrego Jacewicza, Matuszewicza i Ezechiela Staniewicza, aby gotowi byli, oni zaś gońców pchną do innych, którzy już partje swoje mają.
— Muszę wiedzieć, kto już powstał, bo chyba będą pytali mnie o to w Warszawie? — rzekł Lis.
— Słusznie! — zgodził się Truszkowski. — A więc powiedz, że są to bitni panowie: Grużewski, Rymkiewicz, bracia Staniewiczowie Ignacy i Zenon, Józef Syrewicz z Telszów, bracia Kalinowscy i Strawińscy z Rosień, Stanisław i Konstanty Herubowicz z powiatu szawelskiego, Włodzimierz Gadon, Onufry Jacewicz, Radziszewski, dalej — mamy Szona i Puszeta; coś knują książę Gabrjel Ogiński, profesor Gronostajski, Benisławski, Domejko, Żyliński, Romerowie święciańscy. Kupa tego spora się zbierze, może 5.000, może 7.000 chłopa, a niech-no tylko Warszawa ogłosi manifest do Litwy, Białej Rusi, Podola i Wołynia, — sypną się chłopi zewsząd, wtedy, ba! na 30.000 zbrojnego ludu liczyć można!... Tak mów, bo nie będzie w tem nijakiej przesady!
Lis, starannie wszystko zanotowawszy na kopercie cesarskiej, nazajutrz o świcie siedział już na koniu i z dumą spoglądał na dwudziestu jeźdźców, danych mu przez Truszkowskiego. Lud to był rosły, o marsowych twarzach, lecz ponuro milczący.
Wesoły zawsze młodzieniec zwrócił na to uwagę przyjaciela.
Lecz ten tylko ramionami wzruszył i odparł spokojnie:
— Litwini — to; chłop nasz nie skory do śmiechu, ale zacny żołnierz.
Podali sobie ręce.
— Niech Bóg prowadzi szczęśliwie! — rzekł Truszkowski.
— Niech i ciebie Bóg strzeże od złego! — odpowiedział Lis i rzemienie uzdy zgarnął.
Truszkowski w tej chwili skoczył ku niemu i, raz jeszcze ściskając mu rękę, szepnął:
— A jeślić wiatry pomyślne zaniosą do Sieradza, tedy pytaj o Pyszków Kobierzyckich... Z Bogiem!
— Dziękuję! — krzyknął Lis radośnie i spiął konia.
Szlachetka zaściankowy, Józef Stulgiński, prowadził oddziałek na Wołkowysk, Swisłocz, Bielsk ku Bugowi.
Lis rozumiał, że wielki książę Konstanty i generał Chrapowicki torowali wolną i bezpieczną drogę Dybiczowi. Wszędzie kręciły się podjazdy, a mniejsze i większe oddziały grasowały po wsiach, dworach i miasteczkach, zabierając mieszkańcom zapasy żywności, baranice, buty, bydło i wywożąc wszystko na furach taborowych.
Na traktach głównych, na które tylko zrzadka wychodził Lis ze swymi ludźmi, patrolowali żołnierze z gwardji Konstantego.
Tuż pod Bielskiem wypadło Lisowi zapaść do puszczy i posłać dwóch ludzi po chleb, mięso i owies; konie bowiem były zdrożone, przedzierając się marnemi drogami, a ludziom dokuczał głód.
Czekając na powrót furażerów, Lis wyszedł na biegnącą w pobliżu szosę bitą i rozglądał się na wszystkie strony.
Narazie nic podejrzanego nie spostrzegł na drodze, lecz po pewnym czasie doszły go odgłosy pieśni, krzyki przeraźliwe i tupot koni. Zaczaiwszy się w krzakach, czekał.
Wkrótce z poza zakrętu szosy wybiegło czterech jeźdźców. Konie pędziły w cwał. Ochrypłe, pijane głosy darły się, wykrzykując słowa sprośnej, żołnierskiej piosenki rosyjskiej, a im wtórowały rozpaczliwe zawodzenia, cienkie i jękliwe.
Lis wyciągnął pistolety z za pasa i obejrzał kurki.
Gdy jakie dwieście kroków dzieliło nadjeżdżających od niego, młodzian spostrzegł szlify oficerskie na dwóch słaniających się na siodle jeźdźcach, którzy prowadzili za uzdę konie, z przywiązanemi do nich niewiastami.
Nagła myśl błysnęła w głowie Lisa:
— Być może Moskale tak samo będą wieźli pannę Juljannę...
Zgrzytnął zębami, i, ujrzawszy pierwszego jeźdźca, dobiegającego do jego kryjówki, zmierzył do niego i wypalił. Oficer, nie wydawszy głosu, runął na ziemię.
— Ręce do góry! Poddaj się! — wrzasnął Lis i wyskoczył na drogę.
Drugi oficer usłuchał rozkazu i zdarł konia.
Młodzieniec, nic nie mówiąc, podszedł do niego, szarpnął za pas, zerwał z siodła i postawił przy sobie.
— Mów, capie, coście nabroili? — spytał groźnie.
Oficer milczał, patrząc z przerażeniem na surową twarz, stojącego przed nim powstańca.
Nie mógł mówić, bo strach odjął mu język. To widząc, Lis zwrócił się do kobiet, które cicho płakały, patrząc na niego błagającemi oczyma.
— Jaką krzywdę uczyniono wam? — spytał.
— Podjazd huzarów napadł na nasz dwór — odpowiedziały przez łzy. — Rodziców zabili żołnierze, dwór ograbiono, a nas ci oficerowie porwali ze sobą....
— Ilu ludzi ci rabusie mają pod sobą? — przerwał im Lis.
— Może dwudziestu pięciu lub trzydziestu... — jęknęły.
Lis, nic nie mówiąc, gwizdnął. Nie potrzebował zresztą robić tego, bo na odgłos wystrzału wszyscy jego ludzie już biegli ku szosie. Wypadli teraz i otoczyli swego komendanta.
Młodzieniec opowiedział o spotkaniu i zakończył ponurym głosem:
— Powiesić tego rotmistrza przy drodze! A później na koń!
W pół godziny potem mały oddziałek powstańców, prowadzony przez zwolnione od więzów panienki, znienacka wpadł do dworu, gdzie pijani żołnierze ucztowali, wynosząc z piwnic stare antałki i omszałe gąsiory.
Załatwiono się z nimi szybko, a ciała zabitych wrzucono do przerębli w rzece.
Napadnięty i zrabowany dwór należał do pana Laskowskiego. Dziedzic i małżonka jego, na szczęście, nie byli zabici, dostali tylko cięcia pałaszami i wkrótce powrócili do przytomności.
Wypocząwszy we dworze i popasłszy konie, Lis ruszył dalej, usilnie przedtem doradzając panienkom, aby wraz z rodzicami i najcenniejszem mieniem uchodziły w granice Królestwa.
Ominąwszy Bielsk, Lis natrafił na partję powstańców, kryjących się w puszczy Białowieskiej i, zasięgnąwszy języka, jechał dalej.
Przeszedłszy Bug pomiędzy Drohiczynem a Sokołem, Lis zdumiał się bardzo.
Był już przecież w granicach królestwa kongresowego, ku któremu zmierzał z wielką siłą stary, wprawny wódz Dybicz, mając przy boku swoim takich sławnych generałów, jak Toll i Szachowskoj, a tymczasem Lis nigdzie nie spotykał wojsk polskich.
Jakaś trwoga zakradła się do serca młodzieńca.
Parł, ile tchu koniom starczyło, dążąc ku Warszawie.
Na popasach dowiedział się wielu rzeczy, dotąd nieznanych mu.
Spotkał w Węgrowie niejakiego pana Tołłoczko, spokrewnionego z panem Gustawem Małachowskim, posłem i ministrem; szlachcic, posłyszawszy, że młodzieniec przybywa z Litwy, w palce trzasnął i mruczeć zaczął:
— Litwa... Litwa! Tam musiałby teraz być z wojskiem generał Chłopicki, a nie w Warszawie, gdzie już pokpili sprawę, dawszy zgodę swoją na wypuszczenie Konstantego ze stolicy. Taki zakładnik i, patrzno, kawalerze, grzeczniutko puścili go wolno! Popełniono tem wielki błąd — wszyscy tak myślą! Że też taki Chłopicki, uważany za „boga wojny“, opromieniony blaskiem sztandarów napoleońskich, bohater legjonów Kniaziewicza i Dąbrowskiego, — nie zrozumiał tego! Słysz, powiadają ludzie, że dyktator o układach z carem myśli, a tych, co przy powstaniu wiernie stoją, naraził sobie! Na szczęście Sejm się zgromadził i jako — tako podtrzymuje ducha i wiarę w narodzie. Młodzi, powstanie wszczynając, na starszych, znakomitych, sławnych i popularnych się oglądali i z rąk swoich wodze popuścili. A któż ci sławni? Chłopicki, ks. Czartoryski, Skrzynecki? Dobrzy oni Polacy, lecz, dobrodzieju, tego w dobie obecnej djablo mało... Potrzebujemy zuchwalców, młodych wodzów rewolucyjnych, dobrodzieju! — Dobrze mówię — „ zuchwalców!“ — ciągnął szlachcic, coraz bardziej się zapalając. — Zuchwalców, dla których potęga Moskwy — furda! Opinja Europy, — furda! Przewaga sił zbrojnych — też furda! Potrzebujemy zuchwalców, którzy mogliby pokazać światu żywą Polskę, nieugiętą, nieustraszoną, gotową do ofiar bez liku, do walki o wolność, co to jęczy teraz wszędzie w jarzmie. Nie usłuchali Mochnackiego, bo go wszyscy się obawiali, jako zapaleńca, a który, jak teraz widać, miał najtęższą głowę; nie usłuchali orędzia, co w imieniu „Towarzystwa Zjednoczonych Braci“ Litwy, Wołynia, Podola i Ukrainy odczytał w Sejmie profesor Joachim Lelewel! Ta wojna z Moskwą powinna być natchniona duchem rewolucji! Taka tylko mogłaby porwać wszystkich i natchnąć. Musimy odnieść jedno-drugie zwycięstwo nad Moskalami, wtedy wszystko się odmieni! Wtedy możemy się odwoływać do sumienia Europy, sumienia, które zdążyło już się uspokoić i usnąć, zapatrzone w rosnącą potęgę Rosji, zasłuchane w obłudne przyrzeczenia i szumne manifesty Mikołaja. Jedynie zwycięskie bitwy przebudzą gnuśne sumienia za kordonem! Bez zwycięstwa nasi posłowie niczego w obcych krajach nie wskórają! Tylko wojna, tylko miażdżący cios!
Lis nie słuchał dalej i wypadł z karczmy.
Przed południem stanął już w Warszawie i zameldował się w kancelarji gen. Radziwiłła.
Książę wysłuchał raportu w obecności dwóch obecnych w biurze generałów: Dwernickiego i Dembińskiego i głosem ospałym oświadczył:
— Dziękuję, kawalerze, za uczciwą służbę! Listy cesarza i twoje relacje przedłożę panu Dyktatorowi dziś jeszcze... Bywaj zdrów!
Lis, odsalutowawszy, zamierzał wyjść, lecz Dwernicki zawołał:
— Na Boga, panie generale, przecież tego zucha należy przesłuchać niezwłocznie, bo, jak mi się widzi...
Spojrzawszy jednak w obojętne oblicze naczelnego wodza, urwał nagle i tylko mruknął do Lisa:
— Przychodź rychło do mojej kwatery!
— Rozkaz! — odparł młodzieniec i wyszedł.
Ucieszył go wygląd Dwernickiego. Bardzo małego wzrostu, gruby, barczysty, niby z jednego kawału mocnego kamienia wykuty, generał pociągał ku sobie wesołą, rumianą, dziarską twarzą. Podkręcone, siwe wąsy nie mogły ukryć jurnego i figlarnego uśmiechu, co chwila rozchylającego świeże, pulchne wargi. W oczach jego nigdy nie gasnął ogień śmiałego, zuchwałego porywu i jednocześnie beztroski żołnierskiej. Gdy o wojnie mówił — rósł, poważniał, potężniał. Tak sobie wyobrażał Lis polskich wodzów, spadkobierców Batorego, Sobieskiego, sławnych hetmanów, o których z takim zapałem opowiadała mu w pałacu cesarzewicza w Petersburgu panienka o złocistej główce.
Wieczorem Lis stawił się w kwaterze generała Józefa Dwernickiego i sprezentował mu swoich ludzi, przyprowadzonych z Litwy. Generał wesołym głosem, który nawet na ponure, nieufne twarze Litwinów wywołał uśmiech, krzyknął:
— Kapitanie Lewiński!
Z sąsiedniej izby wypadł z brzękiem pałasza, zuchowaty oficer i stanął, wyprostowany, jak struna, przy progu.
— Weźmiesz tych ludzi do drugiego pułku ułanów, chociażby do swego szwadronu, bo to lud zębaty okrutnie, a z tego młodzika dobrego porucznika urobisz, bo to nie byle kto, tylko kadet petersburski, mocno szkolony!
— Rozkaz! — odpowiedział Lewiński i, skinąwszy na Litwinów, wyszedł wraz z nimi.
Lis pozostał z generałem i opowiedział mu o sobie wszystko, co wiedział od Fedorczuka i panny Juljanny.
— Niema co mówić! Grackoś się spisał, kawalerze! — rzekł Dwernicki. — Przecież o Lisach słyszałem, a i po legjonach tłukło się ich kilku i tu, i tam! Chłopy naschwał i w garści srodze mocni! Słuchając o twej przygodzie z owym Waśką cesarskim, pomyślałem zaraz, że niedaleko pada jabłko od jabłoni! Chcesz, kawalerze, służyć w moim korpusie?
— Tak jest, dziękuję panu generałowi! — odparł Lis. — Tylko...
— Cóż to za „tylko“?
— Tylko błagam pana generała pamiętać o Litwie, bo tam zaprawdę możemy zagrozić Rosji! — składając ręce, jak do modlitwy, zawołał Lis. — A nie można z tem zwlekać, bo, tylko patrzeć, armja Dybicza wkroczy w nasze granice!...
Dwernicki sposępniał nagle i milczał długo.
Gdy podniósł głowę — w oczach błysnęły mu ognie.
Pohamował się jednak i odparł:
— O tem powinien myśleć naczelny wódz, bracie, a moja rzecz — spełniać rozkazy i bić się, gdy czas przyjdzie! Wiem, iż nie łatwa to rzecz, bo wojsko, przez Konstantego szkolone, dobre jest od parady, a nowozaciężne pułki żadnej służby nie znają. No, ale bić się będą...
Po chwili Dwernicki spojrzał na siedzącego przed nim młodzieńca; twarz generała była już jak zwykle wesoła i dziarska.
— Hej, chłopcze, powiedz lepiej co masz zamiar robić? Nie jesteś mi narazie potrzebny, bo pułki mam w komplecie i teraz frasuję się mocno o opierunek i amunicję. Pewno, masz tu znajomych, a może chcesz krewnych poszukać, więc urlop dać ci mogę na dwa tygodnie...
— Pokornie dziękuję! — ucieszył się Lis. — Chciałbym pojechać do Sieradza, panie generale.
— No, to i pojedziesz! — kiwnął głową generał. — A pieniądze masz?
— Mam, bo w trokach owego Fersena była ich spora kupa, wystarczy mi ich na długo, panie generale! — odparł świeżo upieczony porucznik.
— Jedź, a za dwa tygodnie powracaj! Bądź zdrów, poruczniku!
Lis pożegnał generała i tegoż dnia wyjechał z Warszawy, mając ze sobą dwa konie luzem, na zmianę idące pod siodłem.
Sunął szybko naprzód, popasając tylko tyle, aby koniom zadać obroku i samemu coś przegryść w karczmie, więc drugiego dnia późnym wieczorem już mijał Łask.
Cicha, mroźna noc otoczyła go zwojami mroku, przetkanego srebrzystemi promieniami księżyca.
Koń szedł szerokim kłusem, prychając ochoczo. Lis kiwał się, drzemiąc na siodle.
— Stój! — rozległ się nagle okrzyk i kilku konnych zastąpiło mu drogę.
— Kto taki? Skąd? Dokąd? — padły pytania.
Lis przyjrzał się uważnie. Byli to niezawodnie Polacy, więc odpowiedział wesołym głosem:
— Ułan 2-go pułku z korpusu generała Dwernickiego!
Jednak, że jeszcze źle władał mową polską były kadet rosyjski, więc nie uwierzyli mu jeźdźcy, patrolujący na trakcie.
— Pokaż papiery! — rzekł jeden z nich, podjeżdżając z boku.
— Nie mam papierów, bo dopiero zostałem przydzielony i jadę na urlop do...
Nie skończył, bo ów, który zajechał mu był z boku, krzyknąwszy — „Szpieg!“, schwycił go za ramię. Inni wnet otoczyli Lisa i zamierzali go związać.
Młodzieniec perswadował im, opowiadał o sobie, prosił, aby zaniechali go, lecz, widząc, że nic nie pomaga, w mig porozrzucał napastników, jak odyniec, opadnięty przez ogary. Mógłby zrobić im krzywdę, bo mocny był nadmiernie i do bójek w korpusie nawykły, miał również szablę przy boku i pistolety w olstrach, lecz nie chciał turbować swoich, więc konia uderzył piętami i pognał, zły na siebie i napastników.
Zmęczona klacz potknęła się nagle i zaryła pyskiem w śniegu.
Jeździec spadł z siodła, a gdy się gramolić począł z ziemi, nadbiegł jeden z napastników i ciął go w głowę.
Lis krzyknął, ręce rozłożył szeroko, jakgdyby chwycić się chciał niewidzialnej opory, zatoczył się i padł...



Przypisy

  1. Wołga (rzeka) — matko rodzona.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.