Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na przodzie, pochylony nad ziemią szedł szybko, niby węsząc trop, chudy, wysoki chłop litewski w białej siermiędze z olbrzymim kołnierzem baranim i w takiejż czapie. Opierał się na sękatej pałce i coś mruczał pod płowemi wąsami, z których zwisały mu długie sople lodu.
Za chłopem, który, snadź, był przewodnikiem, szło pięćdziesięciu rosyjskich strzelców ze związanemi wtył rękami, strzeżonych przez czterech zbrojnych w karabiny żołnierzy, a za nimi jechał na koniu niewysoki, barczysty młodzieniec i prowadził trzy konie, obładowane karabinami.
Gdy już odeszli byli spory szmat drogi od Świtezi, przewodnik zatrzymał się i jął nadsłuchiwać. Wreszcie uśmiechnął się i, zbliżywszy się do jeźdźca, szepnął:
— Słysz, panoczku, jak wilki grają?
Siedzący na koniu młodzieniec wytężył słuch i odparł:
— A grają, niech im tak śmierć gra!...
— Zwęszyły one tych, których pozostawiliśmy nad Świtezią, panoczku.
— Tamci na nic dobrego nie są już zdatni, chyba na wilczą strawę, — zaśmiał się jeździec. — Ruszaj, dobry człowieku, bo do świtu dojść musimy. Spieszno mi do młodego pana Truszkowskiego!
— A no, zanim brzask wypełznie z ciemni, będziemy już za Lachowiczami, a tam już ino raz skoczyć... — mówił chłop, rozdmuchując hubkę.
— Naprzód! — rozkazał młodzieniec. — Gadu-gadu, a stoimy na miejscu, niby wiorsty przydrożne...