Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


liczyć można!... Tak mów, bo nie będzie w tem nijakiej przesady!
Lis, starannie wszystko zanotowawszy na kopercie cesarskiej, nazajutrz o świcie siedział już na koniu i z dumą spoglądał na dwudziestu jeźdźców, danych mu przez Truszkowskiego. Lud to był rosły, o marsowych twarzach, lecz ponuro milczący.
Wesoły zawsze młodzieniec zwrócił na to uwagę przyjaciela.
Lecz ten tylko ramionami wzruszył i odparł spokojnie:
— Litwini — to; chłop nasz nie skory do śmiechu, ale zacny żołnierz.
Podali sobie ręce.
— Niech Bóg prowadzi szczęśliwie! — rzekł Truszkowski.
— Niech i ciebie Bóg strzeże od złego! — odpowiedział Lis i rzemienie uzdy zgarnął.
Truszkowski w tej chwili skoczył ku niemu i, raz jeszcze ściskając mu rękę, szepnął:
— A jeślić wiatry pomyślne zaniosą do Sieradza, tedy pytaj o Pyszków Kobierzyckich... Z Bogiem!
— Dziękuję! — krzyknął Lis radośnie i spiął konia.
Szlachetka zaściankowy, Józef Stulgiński, prowadził oddziałek na Wołkowysk, Swisłocz, Bielsk ku Bugowi.
Lis rozumiał, że wielki książę Konstanty i generał Chrapowicki torowali wolną i bezpieczną drogę Dybiczowi. Wszędzie kręciły się podjazdy, a mniejsze i większe oddziały grasowały po wsiach, dworach i miastecz-