Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dziękuję, kawalerze, za uczciwą służbę! Listy cesarza i twoje relacje przedłożę panu Dyktatorowi dziś jeszcze... Bywaj zdrów!
Lis, odsalutowawszy, zamierzał wyjść, lecz Dwernicki zawołał:
— Na Boga, panie generale, przecież tego zucha należy przesłuchać niezwłocznie, bo, jak mi się widzi...
Spojrzawszy jednak w obojętne oblicze naczelnego wodza, urwał nagle i tylko mruknął do Lisa:
— Przychodź rychło do mojej kwatery!
— Rozkaz! — odparł młodzieniec i wyszedł.
Ucieszył go wygląd Dwernickiego. Bardzo małego wzrostu, gruby, barczysty, niby z jednego kawału mocnego kamienia wykuty, generał pociągał ku sobie wesołą, rumianą, dziarską twarzą. Podkręcone, siwe wąsy nie mogły ukryć jurnego i figlarnego uśmiechu, co chwila rozchylającego świeże, pulchne wargi. W oczach jego nigdy nie gasnął ogień śmiałego, zuchwałego porywu i jednocześnie beztroski żołnierskiej. Gdy o wojnie mówił — rósł, poważniał, potężniał. Tak sobie wyobrażał Lis polskich wodzów, spadkobierców Batorego, Sobieskiego, sławnych hetmanów, o których z takim zapałem opowiadała mu w pałacu cesarzewicza w Petersburgu panienka o złocistej główce.
Wieczorem Lis stawił się w kwaterze generała Józefa Dwernickiego i sprezentował mu swoich ludzi, przyprowadzonych z Litwy. Generał wesołym głosem, który nawet na ponure, nieufne twarze Litwinów wywołał uśmiech, krzyknął: