Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chwalców!“ — ciągnął szlachcic, coraz bardziej się zapalając. — Zuchwalców, dla których potęga Moskwy — furda! Opinja Europy, — furda! Przewaga sił zbrojnych — też furda! Potrzebujemy zuchwalców, którzy mogliby pokazać światu żywą Polskę, nieugiętą, nieustraszoną, gotową do ofiar bez liku, do walki o wolność, co to jęczy teraz wszędzie w jarzmie. Nie usłuchali Mochnackiego, bo go wszyscy się obawiali, jako zapaleńca, a który, jak teraz widać, miał najtęższą głowę; nie usłachali orędzia, co w imieniu „Towarzystwa Zjednoczonych Braci“ Litwy, Wołynia, Podola i Ukrainy odczytał w Sejmie profesor Joachim Lelewel! Ta wojna z Moską powinna być natchniona duchem rewolucji! Taka tylko mogłaby porwać wszystkich i natchnąć. Musimy odnieść jedno-drugie zwycięstwo nad Moskalami, wtedy wszystko się odmieni! Wtedy możemy się odwoływać do sumienia Europy, sumienia, które zdążyło już się uspokoić i usnąć, zapatrzone w rosnącą potęgę Rosji, zasłuchane w obłudne przyrzeczenia i szumne manifesty Mikołaja. Jedynie zwycięskie bitwy przebudzą gnuśne sumienia za kordonem! Bez zwycięstwa nasi posłowie niczego w obcych krajach nie wskórają! Tylko wojna, tylko miażdżący cios!
Lis nie słuchał dalej i wypadł z karczmy.
Przed południem stanął już w Warszawie i zameldował się w kancelarji gen. Radziwiłła.
Książę wysłuchał raportu w obecności dwóch obecnych w biurze generałów: Dwernickiego i Dembińskiego i głosem ospałym oświadczył: