Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Kapitanie Lewiński!
Z sąsiedniej izby wypadł z brzękiem pałasza, zuchowaty oficer i stanął, wyprostowany, jak struna, przy progu.
— Weźmiesz tych ludzi do drugiego pułku ułanów, chociażby do swego szwadronu, bo to lud zębaty okrutnie, a z tego młodzika dobrego porucznika urobisz, bo to nie byle kto, tylko kadet petersburski, mocno szkolony!
— Rozkaz! — odpowiedział Lewiński i, skinąwszy na Litwinów, wyszedł wraz z nimi.
Lis pozostał z generałem i opowiedział mu o sobie wszystko, co wiedział od Fedorczuka i panny Juljanny.
— Niema co mówić! Grackoś się spisał, kawalerze! — rzekł Dwernicki. — Przecież o Lisach słyszałem, a i po legjonach tłukło się ich kilku i tu, i tam! Chłopy naschwał i w garści srodze mocni! Słuchając o twej przygodzie z owym Waśką cesarskim, pomyślałem zaraz, że niedaleko pada jabłko od jabłoni! Chcesz, kawalerze, służyć w moim korpusie?
— Tak jest, dziękuję panu generałowi! — odparł Lis. — Tylko...
— Cóż to za „tylko“?
— Tylko błagam pana generała pamiętać o Litwie, bo tam zaprawdę możemy zagrozić Rosji! — składając ręce, jak do modlitwy, zawołał Lis. — A nie można z tem zwlekać, bo, tylko patrzeć, armja Dybicza wkroczy w nasze granice!...
Dwernicki sposępniał nagle i milczał długo.