Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy podniósł głowę — w oczach błysnęły mu ognie.
Pohamował się jednak i odparł:
— O tem powinien myśleć naczelny wódz, bracie, a moja rzecz — spełniać rozkazy i bić się, gdy czas przyjdzie! Wiem, iż nie łatwa to rzecz, bo wojsko, przez Konstantego szkolone, dobre jest od parady, a nowozaciężne pułki żadnej służby nie znają. No, ale bić się będą...
Po chwili Dwernicki spojrzał na siedzącego przed nim młodzieńca; twarz generała była już jak zwykle wesoła i dziarska.
— Hej, chłopcze, powiedz lepiej co masz zamiar robić? Nie jesteś mi narazie potrzebny, bo pułki mam w komplecie i teraz frasuję się mocno o opierunek i amunicję. Pewno, masz tu znajomych, a może chcesz krewnych poszukać, więc urlop dać ci mogę na dwa tygodnie...
— Pokornie dziękuję! — ucieszył się Lis. — Chciałbym pojechać do Sieradza, panie generale.
— No, to i pojedziesz! — kiwnął głową generał. A pieniądze masz?
— Mam, bo w trokach owego Fersena była ich spora kupa, wystarczy mi ich na długo, panie generale! — odparł świeżo upieczony porucznik.
— Jedź, a za dwa tygodnie powracaj! Bądź zdrów, poruczniku!
Lis pożegnał generała i tegoż dnia wyjechał z Warszawy, mając ze sobą dwa konie luzem, na zmianę idące pod siodłem.