Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sunął szybko naprzód, popasając tylko tyle, aby koniom zadać obroku i samemu coś przegryść w karczmie, więc drugiego dnia późnym wieczorem już mijał Łask.
Cicha, mroźna noc otoczyła go zwojami mroku, przetkanego srebrzystemi promieniami księżyca.
Koń szedł szerokim kłusem, prychając ochoczo. Lis kiwał się, drzemiąc na siodle.
— Stój! — rozległ się nagle okrzyk i kilku konnych zastąpiło mu drogę.
— Kto taki? Skąd? Dokąd? — padły pytania.
Lis przyjrzał się uważnie. Byli to niezawodnie Polacy, więc odpowiedział wesołym głosem:
— Ułan 2-go pułku z korpusu generała Dwernickiego!
Jednak, że jeszcze źle władał mową polską były kadet rosyjski, więc nie uwierzyli mu jeźdźcy, patrolujący na trakcie.
— Pokaż papiery! — rzekł jeden z nich, podjeżdżając z boku.
— Nie mam papierów, bo dopiero zostałem przydzielony i jadę na urlop do...
Nie skończył, bo ów, który zajechał mu był z boku, krzyknąwszy — „Szpieg!“, schwycił go za ramię. Inni wnet otoczyli Lisa i zamierzali go związać.
Młodzieniec perswadował im, opowiadał o sobie, prosił, aby zaniechali go, lecz, widząc, że nic nie pomaga, w mig porozrzucał napastników, jak odyniec, opadnięty przez ogary. Mógłby zrobić im krzywdę,