Trębacz cesarski/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Trębacz cesarski
Podtytuł Powieść z r. 1830—31
Data wydania 1931
Wydawnictwo Wydawnictwo Towarzystwa Św. Michała Archanioła
Druk Drukarnia Towarzystwa Świętego Michała Archanioła
Miejsce wyd. Miejsce Piastowe
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział V.
Rzucona rękawica.

W grudniu, w dzień imienin cesarza, po paradzie na placu korpusowym, Lis, zameldowawszy się u dyżurnego oficera, jak zwykle, wyszedł na ulicę i szybkim krokiem szedł wybrzeżem Fontanki ku pałacowi Konstantego.
W oficynie, gdzie się mieściło mieszkanie marszałka Brońca, witano chłopca radośnie, lecz od badawczych oczu jego nie mogły się ukryć niepokój i troska na twarzach panny Truszkowskiej i sędziwej generałowej.
Nie śmiał pytać, więc natychmiast zaczął odrabiać z panną Juljanną zadaną mu lekcję z historji i języka polskiego, którego uczył się po nocach, przynosząc z wizyt świątecznych książki i całe arkusze, zapisane słówkami i zdaniami, układanemi przez młodą nauczycielkę.
Uczył się z całym zapałem, bojąc się ujrzeć zmarszczoną brew dziewczyny lub usłyszeć jej smutne westchnienie.
Dałby za nią porąbać się na kawałki i bez namysłu zginąć w jej obronie, gdyż stała się dla niego tak wielkiem, tak wszystko w życiu i uczuciach jego przenikającem szczęściem, niezgłębionem, a promiennem, że niemógł już wyobrazić sobie istnienia bez niej.
Była to podświadoma dopiero miłość młodzieńcza, pierwsza i nieraz ostatnia, wypalająca nigdy nieznikające ślady w sercu i duszy, miłość, która później zaważyć może na szalach życia, wstrzymując od złych czynów i budząc jasne, czyste i wzniosłe porywy.
Lis czuł się niemianowanym rycerzem Juljanny, ślubował jej każdem biciem swego serca, każdą myślą, każdym odruchem duszy wierność i przysięgał sobie, że stanie się godnym jej przyjaźni i dobroci w każdej okoliczności życiowej, bez zastrzeżeń, bez wahań.
Nie śmiałby powierzyć sam sobie największej tajemnicy, która jeszcze zaledwie świtała w nim, i wolał patrzeć na Juljannę z uwielbieniem i ślepem oddaniem, czuć tę wielką radość i szczęście bezmierne, jakgdyby w tej wiotkiej dziewczynie o złotej koronie miękkich włosów, o oczach pogodnych zawsze i jasnych, odnalazł matkę, siostrę i utraconą, zdawało się, na zawsze ojczyznę.
Uczył się więc z uporem szalonym, robiąc szybkie postępy i ciesząc się, że z dniem każdym staje się bliższym Juljannie, bardziej zrozumiałym dla niej, a rozumiejącym jej przeżycia i uczucia, że budzi w niej podziw i coraz głębszą przyjaźń dla siebie.
Już nie zwracała się doń z zimnym, nic nie znaczącym frazesem:
„Monsieur Lis“, lecz mówiła słodkim głosem: „Panie Władeczku“, co budziło w nim jakąś nieznaną rozkosz i cichą, promienną radość.
Chłopak, siedząc obok panienki, opowiadał jej o granicach dawnego Królestwa Polskiego, z zachwytem i dumą ogarniając na mapie olbrzymią połać Europy, należącą do królewskiego rodu Piastów.
Nagle panna Juljanna dotknęła jego ramienia.
Zdumiony podniósł na nią oczy.
— Pan nic nie słyszał, co się dzieje na świecie? — zapytała.
— Nie! — odparł, czując jakiś niepokój, nagle ogarniający go.
Panienka pochyliła mu się do ucha tak blisko, że poczuł na skroni gorący oddech jej i lekkie muśnięcie złocistych pasemek włosów, wijących się nad czołem.
— W Warszawie wybuchło powstanie!... — szepnęła dobitnie.
— Powstanie! — zawołał chłopak, zrywając się z krzesła.
Panienka skinęła główką i szeptała dalej:
— Dziś przyjechał do nas pchnięty przez mego ojca goniec. Donosi nam, że wychowankowie warszawskiej szkoły podchorążych rozpoczęli pierwsi. Chcieli oni pod dowództwem swego instruktora, podporucznika grenadjerów gwardji, Piotra Wysockiego, uwięzić lub zabić wielkiego księcia Konstantego, rozbroić gwardję... Ośmnastu z nich z niejakim Nabielakiem na czele napadło na pałac cesarzewicza w Belwederze, lecz wielki książę zdołał ukryć się i zbiec, bo nasi pomylili się, zabijając zamiast niego, generała Gendre.
— Do djabła! Pokpili sprawę! — wyrwało się Lisowi.
— Tak! — zgodziła się panienka. — Wielkiemu księciu udało się ściągnąć całą jazdę, lecz mimo to nie ośmielił się on rozpocząć działań wojennych i opuścił Warszawę. Powstanie rozszerza się i rośnie z każdym dniem, bo arsenał zdobyto i lud warszawski uzbroił się, tworząc nowe pułki...
— Kto jest naczelnym wodzem Polaków? Czy są zdolni generałowie, znający się na wojnie? — rzucał pytania Lis, czując jak płomień ogarnia go.
— Zdaje się, że dowódcą ma zostać gen. Chłopicki, sławny z czasów powstania kościuszkowskiego i wojen napoleońskich, przez wszystkich lubiany wojownik, tyle tylko pisze mi ojciec... — odparła i dodała ze smutkiem w głosie: — Tatuś nalega, abym natychmiast powracała do Nowogródka, gdyż obawia się, że Mikołaj, rozgniewany na powstańców, każe uwięzić wszystkich mieszkających w Petersburgu Polaków, jako zakładników. Marszałek Broniec wyrobił już dla nas przepustkę... Ciocia pojedzie ze mną... Ma ona list księżny Łowickiej... Teraz nieprędko się zobaczymy, panie Władeczku! A nie zapominać tego, czego się już pan nauczył... Może, kiedyś będziemy znowu pracowali razem... Ale kiedy, to jeden Bóg raczy wiedzieć... Smutno mi, panie Władeczku, bo, doprawdy, bardzo polubiłam pana...
W innych okolicznościach te słowa panienki poruszyłyby serce chłopaka do żywego, teraz jednak prawie nie zwrócił na nie uwagi.
Stał zamyślony i poważny. Wreszcie się odezwał.
— Nie trzeba się smucić! Należy cieszyć się, że naród zamierza zrzucić jarzmo!...
Pomyślał chwilkę i szepnął:
— A ja nic nie zapomnę!...
Odchodząc, żegnał pannę Juljannę i sędziwą generałową bardzo serdecznie, lecz miał surowy wyraz oczu, zaciśnięte wargi i zacięty wyraz twarzy.
Szedł przez miasto nieczuły na trzaskający mróz i skrzypiący pod nogami śnieg. Myśli gorące i szalone kotłowały się w młodej głowie i powolnie, jak wzburzone morze, układały się niezłomne postanowienie.
W korpusie już też wiedziano o wybuchającem w Polsce powstaniu. Jakiemiś nieznanemi szczelinami przesączały się wieści, stanowiące tymczasem tajemnicę państwową. Były one niepomyślne dla Rosji, a, przechodząc z ust do ust, wyolbrzymione do rozmiarów klęski, zdradzały utajoną radość z powodu nowych trudności dla znienawidzonego cara i rządu.
W Petersburgu opowiadano sobie w tajemnicy, że wielki książę w przebraniu kobiecem ukrył się przed zamachowcami w apartamentach swej żony, a później zbiegł do koszar pod obronę gubernatora Warszawy, generała Lewickiego; śmiano się z ucieczki starego rozpustnika i szpiega, Nowosilcowa, który tak był przerażony zrywającym się nagle gniewem ludu polskiego, że, wpadłszy do gabinetu hrabiego Benkendorfa, rozpłakał się, aż surowy szef żandarmów przywiódł go do równowagi, spoliczkowawszy i kazawszy jechać do Wilna; rozpowszechniano pochodzące ze sfer dworskich słuchy, że cesarz Mikołaj jest bardzo strwożony, gdyż obawia się interwencji państw ościennych.
W kilka dni potem w korpusie gruchnęła wieść, że generał Paszkow zostaje przydzielony, jako dowódca brygady, do armji, posyłanej przeciwko Polsce.
Wiadomość ta sprawdziła się, bo Paszkow sam oznajmił o tem pewnego dnia, zgromadziwszy kadetów w wielkiej sali.
— Kadeci! — rzekł do nich. — Najmiłościwszy pan polecił sławnemu wodzowi naszemu, feldmarszałkowi, hrabiemu Iwanowi Iwanowiczowi Dybiczowi Zabałkańskiemu ukarać buntowniczych Polaków za to, iż podnieśli zuchwałe powstanie, targnąwszy się na święte prawa ubóstwianego monarchy naszego do korony polskiej. Głównodowodzący raczył zaszczycić mnie swojem zaufaniem i postawił mnie na czele osobnej brygady. Jestem szczęśliwy, że będę mógł wiernie służyć jego cesarskiej mości, jako dowódca i żołnierz! Wojna ta zostanie skończona za jednem zamachem, zmieni się w triumfalny marsz pułków jego cesarskiej mości! Otrzymałem pozwolenie na zwerbowanie wśród was, kadeci starszej klasy, ochotników do swej grupy. Pytam was, kto życzy wstąpić do szeregów armji czynnej i spróbować wojny, zaprawiając się do przyszłych czynów bojowych?
— Ja! — krzyknął piegowaty Fedorczuk.
— Ja! — wtórował mu Lis, marszcząc czoło i zaciskając zęby.
— Ja! — zawołał Rodjonow.
— Ja! Ja! Ja! — wołali inni.
— Nie wszyscy, nie wszyscy! — śmiał się generał. — Musimy wybrać najodpowiedniejszych, zdolnych do zniesienia trudów wojennych. Doktorze, poruczam to panu i proszę o raport za godzinę! Do widzenia, kadeci, po wojnie i zwycięstwie!
— Życzymy waszej ekscelencji pomyślności! — przebiegł po sali głośny, ustawowy okrzyk kadetów.
Lekarz wybrał zaledwie siedmiu ochotników, a wśród nich olbrzymiego Rodjonowa, barczystego, o kopulastej piersi Lisa i chudego, lecz mocnego Fedorczuka.
W umywalni Lis przyłapał Fedorczuka.
— Cóż to, drabie, — zagadnął go szeptem, — będziesz Polaków prał?
— A ty? — pytaniem na pytanie odparł popowicz.
— Ja? — obojętnie wzruszył ramionami chłopiec i uśmiechnął się chytrze. — Ja...
— No, ty przecież, bo o ciebie pytam, Liszko! — zawołał Fedorczuk.
— Cóż ja innego, bracie, mogłem zrobić? — odparł Lis. — Gdybym nie poszedł na ochotnika, wnet powiedzieliby, że „zdradliwa“ polska krew przemówiła, lub, że stchórzyłem... Czyż nie tak?
— Prawda! — zgodził się piegowaty kadet. — Ale jakże to ty będziesz prał swoich?
— Tak zmajstruję, że zostanę trębaczem przy sztabie generała... — uśmiechając się i mrużąc jedno oko, szepnął chłopak.
— Lis z ciebie prawdziwy! — zawołał Fedorczuk.
— Lis — nazwisko, czy lis — zwierzę? — spytał, poważniejąc nagle, kadet.
— Pewno, że zwierzę! — odpowiedział popowicz.
— Jeżeli tak, to już zgoda! — zaśmiał się chłopiec i znowu już szeptem zapytał: — No, a jak tam z tobą będzie?
Fedorczuk wyszczerzył zęby i szepnął koledze do ucha:
— Ja albo do niewoli oddam się z punktu, albo, jeżeli Dybicz dojdzie prędko do granicy austrjackiej, czmychnę do swoich unitów w Galicji. (Tak i tak harować tu będę do siwych włosów, nim do rangi kapitana dobrnę!). Tam może prędzej dojdę do kawałka roli i żyć będę po ludzku, bez potrzeby znęcania się nad ludźmi i znoszenia obelg i poniewierki od przełożonych. Zbrzydło mi to do reszty w korpusie, a gdy pomyślę, że czeka mnie jeszcze dobre trzydzieści lat w pułku — brr! aż mi włosy na głowie powstają! Dość kiełbasy, chcę też innego przysmaku!
Więcej już nic do siebie nie mówili, tylko uścisnęli się za ręce i poszli korytarzem do klasy.
Na progu Fedorczuk zajrzał w oczy Lisowi i szepnął:
— A bacz, abym ciebie znów nie nazwał bydlęciem, brachu...
Lis podniósł na niego zamyślone, prawie surowe oczy i nic nie odpowiedział.
Fedorczuk klepnął go po ramieniu i mruknął:
— Ja wiem, że tego nigdy ci nie powiem... trębaczu dywizji generała Paszkowa!...
Zmrużył oko i uśmiechnął się domyślnie.
Lis patrzał na kolegę twardym, spokojnym wzrokiem i nie odzywał się więcej.
Nazajutrz ochotnicy zaczęli już pełnić obowiązki ordynansów przy swoim generale i całemi dniami biegali po mieście, spełniając rozkazy Paszkowa.
Lis został posłany do gmachu sztabu generalnego, gdzie się mieściła kancelarja feldmarszałka Dybicza-Zabałkańskiego i gdzie musiał załatwić kilka spraw, poleconych mu przez dowódcę.
W korytarzach i biurach kadet poznawał adjutantów generałów Szachowskoja, Tolla, Pahlena, Rosena, Geismara, Witta i Kreutza, najwybitniejszych wodzów, wyznaczonych przez cara do armji czynnej.
W sztabie było gwarno i tłoczno, omawiano tu wieści, przysyłane z Wilna i z głównej kwatery wielkiego księcia Konstantego, który po odwrocie z pod Warszawy stanął już był na Litwie.
Wieści te były dość sprzeczne i to cieszyły, to do rozpaczy doprowadzały Lisa, uważnie słuchającego.
Doniesienia mówiły o obraniu generała Chłopickiego na dyktatora Polski, lecz dodawano, że, podobno, sam on nie wierzy w powodzenie powstania i od wojny z Rosją powstrzymuje naród wszystkiemi siłami, że dopomaga mu w tem z innych pobudek książę Adam Czartoryski, który całą nadzieję pokłada w poparciu powstania przez Anglję, Francję i Turcję.
W Petersburgu już krążyły wieści, że na czele wojsk polskich ma stanąć Radziwiłł. Nie obawiano się go w sztabie, lecz mówiono, że Polacy bądź co bądź mają też innych zdolnych wodzów, którzy, jeżeli nie potrafią wyrwać Dybiczowi zwycięstwa, to w każdym razie mogą wojnę przeciągnąć: szeptano w zaufaniu, że cesarz bardzo obawiał się tego, rozumiejąc, iż powinno to wkońcu wywołać protest państw europejskich, które zagwarantowały na kongresie wiedeńskim samoistność i konstytucję Polski. Wymieniano nazwiska generałów Dwernickiego, Prądzyńskiego, Skrzyneckiego, Dembińskiego, Szembeka, Chrzanowskiego i innych, wychowanych w sławnej i twardej szkole Napoleona.
Błąkając się po korytarzu i czekając na pismo głównego intendenta, Lis zetknął się z młodym Fersenem.
Ten poznał go odrazu i zawołał:
— A ty co tu robisz, przyjacielu?
Dowiedziawszy się, że chłopak został zaliczony na ochotnika, do sztabu generała Paszkowa, ucieszył się i zaczął opowiadać o sprawach, dotyczących wojny.
— Duch powstania w Polsce ogarnia szybko cały naród — mówił poufnie — i to bardzo niepokoi najjaśniejszego pana, bo wiemy, że młodzież sypnęła się już do wojska, a nawet i chłopi tam i ówdzie ruszać się zaczynają... Cesarz miotał się, jak szalony, i przed trzema dniami raczył obić własnoręcznie starszego adjutanta, który zameldował mu o wynikach poselstwa księcia Lubeckiego i Jezierskiego do Petersburga i o świętokradczej proklamacji Romana Sołtyka, żądającej od Sejmu detronizacji cesarza. Dziękowałem Bogu, że tego dnia nie byłem na dyżurze przy boku jego cesarskiej mości!
— A co się właściwie stało? — obojętnym głosem zapytał Lis.
— Cesarz przyjął posłów polskich, którzy przedstawili mu warunki uspokojenia kraju i prosili o wstrzymanie kroków wojennych, lecz on oburzony zuchwałością Polski, oznajmił: „Jeżeli Polacy uzbroją się przeciwko mnie i staną w gotowości do walki z wojskiem pana swego, natenczas oni sami i wystrzał z ich armat obalą Polskę i sami staną się odpowiedzialnymi za nieszczęścia swojej ojczyzny“.
— I cóż na to posłowie? — spytał Lis.
— Posłowie, jak to zwykle posłowie, wysłuchali i odjechali, lecz na to oświadczenie cesarza odpowiedział sejm polski w Warszawie... ale jak odpowiedział!
Fersen zniżył głos i zakończył opowiadanie szeptem.
— ...Sejm gotów jest pozbawić jego cesarską mość korony i tronu polskiego i rozpocząć wojnę z Rosją!
Lis zwarł szczęki, aby nie wydać okrzyku radości. Po chwili zapytał:
— Cóż teraz będzie?
— To, co już jest, — wojna! — odparł adjutant carski. — Przed paru dniami sztab feldmarszałka był bardzo zaniepokojony doniesieniem z Warszawy, że niejaki Maurycy Mochnacki, mający wpływ na młodsze pokolenie, nastawał na przeniesienie wojny odrazu na Litwę, Wołyń i Białą Ruś, ponieważ, jak zuchwale twierdzą Polacy: „wola i sprawa polska do Dźwiny i Dniepru jest jedna i nierozdzielna“ i że wszyscy Polacy, rozsiani na tym obszarze, stanowią jeden naród i jedno państwo polskie, jak to było przed rozbiorem jego, zarządzonym przez cesarzową Katarzynę Wielką... Tego się najbardziej obawiano w sztabie, gdyż oznaczałoby to długą wojnę, a tymczasem my mamy kłopotów wyżej uszu! Rewolucja coraz bardziej ogarnia zachód i ma silne echa u nas. Imperator Mikołaj zamierzał posłać feldmarszałka Dybicza na pomoc królowi Niderlandów, a teraz wszystko wzięło w łeb! Armję tę wypadło użyć przeciwko Polakom. Coprawda 200.000 bagnetów i 600 dział, może, dadzą sobie tymczasem z nimi radę, lecz w wypadku powstania na Litwie, Podolu i Białej Rusi — tego nie wystarczy... Tymczasem w składach wojskowych, w arsenałach i w magazynach intendentury — pustka i czarna rozpacz! Z pieniędzmi też podobno jest krucho. Zbyt dużo ich pochłonęły minione wojny, które pociągnęły za sobą szalone wydatki.
— Czyżby Polacy nie rozumieli pożytku, wprost konieczności takiej strategicznej operacji? — zapytał Lis, z beztroską miną patrząc na Fersena. — Z pewnością tak właśnie postąpią.
— Polacy już popełnili fatalny dla nich błąd! — zawołał oficer. — Chłopicki zwleka z rozpoczęciem ofenzywy i widocznie nosi się z zamiarem ograniczyć się wyłącznie do obrony królestwa kongresowego. Chwała Bogu, bo inaczej mielibyśmy trudne tereny do zdobycia, również jak przerwany dowóz posiłków, amunicji i prowjantów! Na płaszczyźnie polskiej powstańcze wojska nie wytrzymają naszego uderzenia!
Przez kilka dni wędrówek po kancelarjach i różnych urzędach wojskowych Lis dowiedział się o istotnej sytuacji w Polsce, o zamierzeniach i przygotowaniach Dybicza i sztabu, który zaczynał już formować drugą armję.
Pewnego razu, spotkawszy Fersena, posłyszał, że na parę dni przed odejściem na wojnę armja będzie składała przysięgę na błoniach zamiejskich. Zamyślił się głęboko chłopak. Czuł, że nie powinien przysięgać, bo nie chciał być krzywoprzysiężcą i zdrajcą; nie mógłby uczynić tego za żadną cenę.
Ale, widać, szczęście sprzyjało mu, gdyż w toku rozmowy dowiedział się, że Fersen miał nazajutrz jechać z tajemną sztafetą do gubernatora Wilna, generała Chrapowickiego, wioząc odręczny list cesarza.
Chłopak odrazu obmyślił plan działania i, uśmiechając się, rzekł do Fersena:
— Panie rotmistrzu, chciałbym jeszcze pożegnać pana jutro. Jak to zrobić?
— Jutro?... jutro?... — powtórzył oficer. — Jutro aż do wyjazdu, który nastąpi w południe, będę musiał pozostać w kancelarji pałacowej i w adjutanturze... Ale już wiem! Przecież masz teraz konia, nieprawdaż? No, to doskonale się składa! Wyjedziesz za rogatki w południe i albo zaczekasz na mnie, albo już znajdziesz mnie w karczmie koło wsi Obuchowo. Będę zmieniał konia, bo tam wypada pierwszy etap dla kurjerów. Spotkamy się w karczmie i zdążymy napić się czegoś na pożegnanie. Więc — do jutra!
— Do jutra! — zawołał uradowany kadet.
Nie każdy może przewidzieć dzień jutrzejszy, a z dwóch ludzi jeden napewno się pomyli...
Tak też pomylił się świetny, robiący oszołamiającą karjerę młody adjutant Mikołaja, — hrabia Fersen.
Nazajutrz do małej karczmy, zatłoczonej oficerami i kurjerami, wszedł szeregowiec konnych strzelców.
Dnia tego szalała silna zamieć. Suchy, zmarznięty śnieg, smagany potężnemi podmuchami wiatru, kłębił się i syczał złośliwie.
Przybyły żołnierz miał twarz czerwoną z mrozu, a szynel i czapkę, okryte zlodowaciałą korą śnieżną. Z trudem otrząsnął się ze śniegu i przetarł oczy. Natychmiast błysnęły mu radośnie.
W kącie przy oknie dojrzał siedzącego oficera.
Podbiegł do niego i uścisnął mu dłoń.
— Napijemy się grzanej wódki z cynamonem, dobre to na taką psią zamieć! — rzekł oficer.
— Czy pan rotmistrz nie ma ze sobą ordynansa? — spytał strzelec.
— Nie, kadecie Lis! — odrzekł. — Musisz wiedzieć, że tajemna sztafeta „feldjegra“ polega na jednym, zaufanym człowieku. Tu pomiędzy oficerami, spotkałem kilku znajomych, lecz nawet nie salutowałem im. Oni wiedzą, że jestem Fersenem, a jednak nie zbliżają się do mnie, bo rozumieją, że nie chcę być poznanym, ponieważ jadę służbowo w sprawach ściśle poufnych i nadzwyczajnej doniosłości.
Napiwszy się gorącej, aromatycznej wódki, przyjaciele wyszli na dwór.
Przed karczmą stał już osiodłany dla Fersena koń kozacki, chudy i śmigły.
— Odprowadzę trochę pana rotmistrza — rzekł Lis, wsiadając na starą, ociążałą szkapę taborową.
— Doskonale! — ucieszył się oficer. — Odrobię potem spóźnienie, nie popasając aż do piątego etapu. Jedźmy!
Lis człapał obok Fersena i bacznie się rozglądał.
Szosą, zasypaną wydmami śnieżnemi, pełną wykrotów i wybojów, ciągnęły tabory, wychodzące przed pułkami. Zaśnieżeni, obmarźli żołnierze, tuląc się w płaszcze i nasuwając na oczy i twarze czapki i baszłyki, siedzieli na furach, lub biegli obok, skacząc i wymachując rękami dla rozgrzewki.
Wreszcie las otoczył jeźdźców. Droga przecinająca bór, robiła w nim nagły skręt.
Lis stanął na strzemionach i obejrzał się.
Ztyłu nikt nie mógł już dojrzeć jeźdźców, przed nimi zaś mknęła ze świstem i wyciem ruchoma mgła śnieżna, przez którą ledwie majaczyły w oddali jakieś czarne sylwetki, ni to wozów, ni to drzew.
Błyskawicznym ruchem kadet porwał Fersena, zdusił i cisnął na śnieg. Zeskoczywszy z konia, zawlókł ogłuszonego oficera do lasu, wyjął z kieszeni listy i zerwał z niego ciepły półkożuszek; owinąwszy rotmistrza swoim płaszczem, chłopak zakneblował mu usta i starannie przywiązał do drzewa.
— Tak! — mruczał przez zęby kadet. — Teraz proś Boga, aby cię ktoś znalazł, bo inaczej zmarzniesz na kość i już nigdy nie ujrzysz „Mzurowej Włości“, ty — carski pachołku! Mówiłeś, że ręka rękę myje? Tyś mi moją wymył, a ja przecież mógłbym zdzielić cię pomiędzy oczy i zrobić z tobą porządek na wieki, a widzisz? — opiekuję się tobą i troskam, abyś mi nie skostniał na amen...
Po chwili barczysty jeździec, przyodziany w ciepły lisi kożuszek, smagał rączego bachmacika dońskiego i pędził co tchu na zachód.
Chyba niktby prędzej od Władysława Lisa nie dojechał... prawda, że nie do Wilna, lecz do Nowogródka, i nie do generała Chrapowickiego, lecz do czcigodnego pana Ksawerego Truszkowskiego, siedzącego, jak borsuk, w swoim leśnym dworku.
Ostrożny pan Ksawery miał rozstawione po drogach czaty, więc został uprzedzony o tem, że jakiś „ruski“ pędzi do dworu co koń wyskoczy.
Ujrzawszy wpadającego na szeroki dziedziniec jeźdźca ze szlifami, pan Truszkowski, nie wiele myśląc, wygarnął do niego z guldynki, lecz chybił, a gdy zamierzał poprawić, posłyszał głośny okrzyk w łamanej polszczyźnie:
— Kiej czort tam strzela bez nijakiego pytania?! „Dzieło“ jest do pana Truszkowskiego od panny Juljanny...
Posłyszawszy to, wypadł szlachciura, jak opętany, i pytać jął skwapliwie, a niespokojnie:
— Gadaj, asan, na miły Bóg, gadaj zaraz, co się przydarzyło Julci? Może Moskale pochwycili moje kobiety w drodze? Gadaj-że, bo oszaleję!
Lis kłaniał się grzecznie i objaśniał, jak mógł, po polsku, że wspomniał imię panienki, aby do niego niczem do kaczora z guldynki nie strzelano.
Dopiero we dworze opowiedział, że zbiegł z armji rosyjskiej i postanowił przejść do Polaków, którym przywiózł jakoweś tajne pisma od cara do gubernatora wileńskiego.
— A toś chwat! — wołał szlachcic. — Oby więcej takich było, wtedy wygarbujemy skóry moskiewskie na safjan, mosanie!
Uradowany nie wiedział, gdzie posadzić i czem częstować drogiego gościa, którego nazwisko już znane mu było z relacyj córki i pani Romerowej.
Zasmucił się i niebawem spochmurniał młodzieniec; dowiedział się bowiem, że pani Truszkowska wraz z córką dla bezpieczeństwa przed drabantami Chrapowickiego, który okrutnie się srożył na Litwie, wyjechały. Udały się one, omijając większe miasta, w spokojne okolice pod Sieradzem. Małżonka pana Ksawerego miała tam możnych krewniaków, nieraz przebywających na dworze księżny Łowickiej, a więc powaga i imię małżonki wielkiego księcia skutecznie broniły ich przed swawolą i bezprawiem moskiewskich zbirów.
— Cóż zamierzasz czynić ze sobą, kawalerze? — pytał pan Truszkowski. — Może będziesz się przedzierał do Chłopickiego? Dam ci tedy przewodnika, bo u nas tylko lasami przekraść się można.
— Nie, ja na Litwie pozostanę! — odparł Lis. — Tu należy niepokoić Rosjan i podnieść powstanie, bo tego najbardziej obawiają się w Petersburgu.
— W sedno utrafiłeś, asanie! My też tak suponujemy, ino, niestety, nie idzie to po myśli dyktatora i rządu, bo zwlekają tam, marudzą.
To rzekłszy, pan Ksawery zaczął szeptać do Lisa:
— My tu już na własną rękę zaczynamy szczypać „mochów“ i psować im zabawę. Potworzyły się tu kupki powstańcze, tymczasem luźne, trudniące się partyzantką i podjazdami. Niech któryś z polskich wodzów marsz na Litwę rozpocznie, wtedy wszyscy się połączą, bo teraz, gdy z Warszawy o kampanji litewskiej niema słuchów, — podręczniej i przezpieczniej jest małemi oddziałami grasować, napadać, kryć się i, znów wychynąwszy z puszczy, rozbrajać po miasteczkach drobne załogi moskiewskie, przełapywać tabory i pocztę, psuć mosty i wszczynać hałas niepokojący przeciwnika.
— Na Litwę pójdzie korpus generała Kreutza — wtrącił Lis.
— Wiemy już, że jakieś siły zostały tu pchnięte. Czekamy na nie! — mówił szlachcic. — Tymczasem mamy tu już kilka oddziałów, a prowadzą je zapalone głowy. Przeciszewski, Giedrym, Jacewicz i Borysiewicz myszkują na Żmudzi i bardzo niepokoją okrutnika Werzilina; w mińszczyźnie pułkownik Radziszewski ma pod bronią 3.000 chłopa i tabory przednie; u nas w Wileńszczyźnie partyzantkę uprawiają Załuski, panna Emilja Platerówna, dziewica zgoła kawalerskiej fantazji, no, i mój syn!... W augustowskiem do dużych poczynań przygotowane są partje Szona i Puszeta, inni już rozpoczęli harce na Wołyniu i Podolu... Możni panowie też gotowi pułki wystawić, chociaż Warszawa o tem jeszcze, ponoć, wcale nie myśli...
— Panie Truszkowski! — zawołał Lis. — Proszę o przewodnika do oddziału syna pana. Będę wiernie służył mu i bronił, bo... bo...
— Bo co? — zapytał szlachcic, patrząc na nagle zarumienioną i zmienioną twarz chłopaka.
— Bo jest on bratem panny Juljanny! — wybuchnął Lis szczerym głosem.
— Ach, to tak?... — mruknął szlachcic.
— Tak! Panna Juljanna zrobiła ze mnie Polaka i nauczyła, jak mam pokierować życiem swojem...
— Tylko-li wdzięczność przemawia twemi ustami, młodzieńcze? — pytał dalej pan Truszkowski.
Lis zawahał się na chwilę, lecz podniósł głowę i odpowiedział twardym głosem:
— Jeżeli Rosjanie wezmą mnie do niewoli, zginę, jako dezerter i zdrajca. Życie moje będzie stale w niebezpieczeństwie, więc nie chcę ukrywać prawdy przed śmiercią, która może mnie spotkać każdego dnia. Ja... miłuję pannę Juljannę!...
Chłopak schwycił dłoń leciwego szlachcica i do ust przycisnął.
— Boże błogosław ci, chłopcze! — szepnął pan Ksawery, wzruszony bardzo.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.