Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Być może Moskale tak samo będą wieźli pannę Juljannę...
Zgrzytnął zębami, i, ujrzawszy pierwszego jeźdźca, dobiegającego do jego kryjówki, zmierzył do niego i wypalił. Oficer, nie wydawszy głosu, runął na ziemię.
— Ręce do góry! Poddaj się! — wrzasnął Lis i wyskoczył na drogę.
Drugi oficer usłuchał rozkazu i zdarł konia.
Młodzieniec, nic nie mówiąc, podszedł do niego, szarpnął za pas, zerwał z siodła i postawił przy sobie.
— Mów, capie, coście nabroili? spytał groźnie.
Oficer milczał, patrząc z przerażeniem na surową twarz, stojącego przed nim powstańca.
Nie mógł mówić, bo strach odjął mu język. To widząc, Lis zwrócił się do kobiet, które cicho płakały, patrząc na niego błagającemi oczyma.
— Jaką krzywdę uczyniono wam? — spytał.
— Podjazd huzarów napadł na nasz dwór — odpowiedziały przez łzy. — Rodziców zabili żołnierze, dwór ograbiono, a nas ci oficerowie porwali ze sobą....
— Ilu ludzi ci rabusie mają pod sobą? — przerwał im Lis.
— Może dwudziestu pięciu lub trzydziestu... — jęknęły.
Lis, nic nie mówiąc, gwizdnął. Nie potrzebował zresztą robić tego, bo na odgłos wystrzału wszyscy jego ludzie już biegli ku szosie. Wypadli teraz i otoczyli swego komendanta.