Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nic! — rozległ się spokojny głos. — Noga mi się podwinęła i upadłem. Zaraz przyjdę do ciebie, towarzyszu.
Ciszę nocną przeszyły wkrótce dwa krótkie, zduszone okrzyki. Ten i ów ze śpiących ludzi poruszył się i nadsłuchiwać zaczął, lecz, uspokojony ciszą i miarowemi krokami stojących na czatach towarzyszy, znowu usnął, szczelniej otulając się płaszczem.
Tymczasem wartownicy zbliżyli się do zestawionych karabinów, związali je rzemieniem i ukryli w gąszczu krzaków.
Po chwili jeden z nich wszedł do szałasu, skąd wkrótce doszły odgłosy ciężkich ciosów, mruczenie i głuchy jęk, jedyny i straszny o tej godzinie niemej, tajemniczej ciszy nocnej.
Barczysty człowiek wypadł z szałasu i półgłosem rzekł do towarzysza:
— No, teraz wszystko w porządku! Wypal-no, bracie, z karabina!
Buchnął strzał, a echo jego długo mknęło od drzewa do drzewa puszczy, dopóki nie umarło gdzieś za Świtezią.
Z wyciem przeraźliwem zrywali się ze snu zbudzeni, oszaleli ze strachu żołnierze i miotali się w ciemności, nie wiedząc, gdzie mają się ukryć, padając, potrącając się i walcząc ze sobą na pięści.
— Do broni!... — krzyknął wachmistrz, lecz w tej chwili rażony kulą runął na ziemię.
— Żołnierze, stać! — rozległ się donośny, rozkazujący głos.