Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Znajoma komenda uspokoiła żołnierzy. Bieganina i zgiełk ustały.
— Żołnierze! — przemówił do nich barczysty człowiek w krótkim półkożuszku, — Jesteście otoczeni przez powstańców. Jeżeli nie poddacie się, każę wystrzelać wszystkich do nogi.
— Poddajemy się! Poddajemy się! — wołali przerażeni moskale, podnosząc ręce do góry.
— Czy niema wśród was Litwinów? — pytał z ciemności ten sam głos, a wtórował mu suchy szczęk odwodzonego kurka.
— Jest nas tu czterech ze Żmudzi! — odpowiedziano z tłumu.
— Wychodźcie naprzód! — padła komenda.
Czterech żołnierzy stanęło przed barczystą postacią nieznajomego.
— Kochacie Moskali? — zapytał.
— Hej tam! — odparli chórem. — Gdzie-ta kokochamy?! Oni dla nas byli od katów gorsi... Ani nas do szkół nie puszczali, ani też żadnemu nie pozwolili dojść do rangi oficerskiej, ani na księdza się wyświęcić. O, psi syny! Oni z nas siedem skór łupili podatkami, niewolą i różnemi powinnościami... Za rabów swoich mieli... juchy, moskiewskie capy!
— No, dobrze! — zawołał wesoło nieznajomy. — Tedy powiążcie tych drabów i prowadźcie ich za mną.
Północ jeszcze nie minęła, gdy drogą leśną, biegnącą od brzegu Świtezi ku Niemnowi, sunął dziwny pochód.