Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ruszyli szybko, brnąc w śniegu i zapadając się w wykroty rzadko uczęszczanej drogi.
Ledwie pierwszy brzask, jeszcze mętny i szary, zaczął się sączyć zewsząd i wpełzać do lasu, przewodnik przystanął i, obejrzawszy korę na pobliskich drzewach, cicho gwizdnął.
Długo nikt nie odpowiadał, aż nagle tuż z poza drzew rozległo się pytanie:
— Co zacz za ludzie?
— Swoi! — zawołał chłop. — Wincenty Matulanis od starego pana.
— W jakiej sprawie? — padło nowe pytanie.
— Stary pan kazał mi prowadzić przyjezdnego gościa, a on nad Świtezią Moskali pobił i dużą kupę do niewoli pobrał z orężem i końmi...
Z krzaków wyszedł młody, o dziarskiej, zuchowatej twarzy człowiek z pistoletem w ręku.
— Co za gość? — spytał.
Jeździec zeskoczył z konia i rzekł spokojnie:
— Władysław Lis, kadet starszej klasy, zbiegły z armji rosyjskiej do swoich. Jestem znajomym panny Juljanny, siostry pana Truszkowskiego, z którym chcę się widzieć bez zwłoki!
— Chociaż źle wysławiacie się po naszemu, lecz szczerem sercem witam was, druhu, bo wspominała o was w domu siostra moja. Truszkowski jestem, do usług!
Nie wiadomo, jak się to stało, lecz oto nieznajomi, jeszcze obcy dla siebie padli sobie w objęcia, jak starzy przyjaciele po długiej rozłące.