Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Do śmierci wierność i przyjaźń ci ślubuję! — z wybuchem zawołał Lis.
— Bratem mi będziesz najmilszym! — odparł Truszkowski. — Zwyciężymy, albo polegniemy za ojczyznę!
— Przysięgam! — odparł Lis.
Wkrótce siedzieli w obozie.
Młody powstaniec opowiadał Lisowi, że ma oddziałek, dwustu konnych liczący, a zaopatrzony w konie, broń i spiżę z dóbr Nieświeskich.
— Mało nas jest tymczasem, lecz ruszają się już ludziska, ruszają! — mówił partyzant. — Na Żmudzi, gdzie Moskali nienawidzą, ruchawka idzie na całego! Chłopi się rwą do bitwy, tylko broni brakuje... Czekamy na rozkazy z Warszawy... Tymczasem potrosze w partyzantkę się bawimy... Na własną rękę napadamy na transporty, pocztę i gońców, ciągnących szosą z Mińska na Grodno i Wilno.
— Czy wiedzą o was rosyjscy dowódcy? — spytał Lis.
— Wiedzą, bo pchnięto już tu bataljony Bartolomei, i Wersilina; tego i owego partyzanta poturbowano, lecz mnie się dotąd nic nie dzieje... wymykam się i kły pokazuję, gdzie mogę. Siedzę blisko od Pińszczyzny. Niech mi tylko zaświecą w oczy, zaraz daję nura na Łań lub Cnę, a tam sam czart nie wytropi, bo Poleszuki w takich bajorach i grzęzawiskach ukryją, że lepsze to od murów fortecznych, bracie!
Lis uderzył się nagle w czoło i zakrzyknął: