Trębacz cesarski/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Trębacz cesarski
Podtytuł Powieść z r. 1830—31
Data wydania 1931
Wydawnictwo Wydawnictwo Towarzystwa Św. Michała Archanioła
Druk Drukarnia Towarzystwa Świętego Michała Archanioła
Miejsce wyd. Miejsce Piastowe
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
FERDYNAND ANTONI OSSENDOWSKI
TRĘBACZ
CESARSKI
POWIEŚĆ Z R. 1830—31.
MIEJSCE PIASTOWE

WYDAWNICTWO TOW. ŚW. MICHAŁA ARCH.
1931

Drukarnia Towarzystwa Świętego Michała Archanioła w Miejscu Piastowem.
Rozdział I.
Car Mikołaj I.

W ponurym, żółtym gmachu korpusu kadetów imienia cesarza Pawła panował gorączkowy ruch.
Na placu, gdzie zwykle odbywały się musztry, biegali oficerowie i wachmistrze, krzyczeli, rzucali w pośpiechu rozkazy, wymachiwali rękami. Wydawać się mogło, że gdzieś w pobliżu wybuchnął pożar.
Żołnierze w ogólnem zamieszaniu zamiatali plac, usypany opadającemi liśćmi, które zrzucił z drzew zimny wiatr październikowy.
Przed sztachetami od strony ulicy gromadził się tłum, przyglądając się panującemu przed gmachem korpusu zgiełkowi i nie rozumiejąc, co się właściwie stało.
Dopiero, gdy żołnierze zaczęli okrywać stopnie ganku czerwonem suknem, wśród widzów przeszedł pomruk:
— Z pewnością oczekują cesarza!
W ogromnej, zimnej sali, oświetlonej setkami świec, płonących w żyrandolach, huczało, jak w ulu.
Kadeci od najmłodszych, 10-letnich chłopców, do najstarszych — którym już na dobre wysypywały się wąsy, wbiegali i szybko stawali w szeregach, klasa za klasą.
Oglądano sobie wzajemnie mundury, zapinano guziki, obciągano pasy i otrzepywano z kurzu buty.
Oficerowie, bladzi i niespokojni, obchodzili szeregi, wskazując kadetom na drobne niedokładności w umundurowaniu i co chwila powtarzając wzruszonemi głosami, w których brzmiała pogróżka:
— Zuchowato głowy trzymać! Oczami pożerać jego cesarską mość, lecz jednocześnie wzrokiem wyrażać wiernopoddańcze uczucia i miłość synowską! Prężyć się jak struna! Powieką nie mrugnąć!
Jakaś trwoga, niby zmora straszna, zakradała się do piersi kadetów i, chociaż były to jeszcze dzieciaki, jednak wkrótce, ponure milczenie zaległo salę o żółtych, pozbawionych ozdób kolumnach i niskich, szeroko rozpartych sklepieniach.
Na plac przed korpusem wyprowadzono siódmą klasę i wyciągnięto w dwa szeregi.
Najstarsi, na wiosnę opuszczający już korpus kadeci zostali wyznaczeni do kompanji honorowej, witającej surowego, nie znającego litości cesarza, gwałtownego Mikołaja, syna szaleńca Pawła, którego oficerowie gwardji przybocznej zamordowali byli przed laty.
Przed szeregami stał trębacz.
Był to niewysoki, lecz bardzo krępy i barczysty kadet o wesołej, rumianej twarzy i śmiałych, szarych oczach.
Trzech oficerów stanęło przy kompanji.
Wreszcie zjawił się dyrektor korpusu, słynny z wojny bałkańskiej, generał Paszkow, który miał być podobno potomkiem ulubionego ordynansa Piotra Wielkiego i przez tego cara do godności szlacheckiej wyniesionego.
Kadeci sprezentowali broń i zamarli. Sztywni, jak posągi, odprowadzali generała wlepionemi weń, niby w tęczę, oczyma.
Zdorowo, kadety! — huknął Paszkow, stając przed kompanją.
— Życzymy zdrowia waszej ekscelencji! — zagrzmiał okrzyk, a tak zgodny, jakgdyby wydała go jedna potężna gardziel.
Generał uśmiechnął się z zadowoleniem i rozpoczął przemowę:
— Kadeci! Wielkie szczęście spotyka nas, bo będziemy oglądali ubóstwiane oblicze pomazańca Bożego, umiłowanego pana i ojca naszego — jego cesarskiej mości, imperatora Mikołaja Pawłowicza! Pamiętajcie, że musicie sprawnością swoją i zuchowatością zwrócić na siebie uwagę monarchy. Jest to kwestja honoru, bo dotychczas jeszcze żadna szkoła wojskowa w Rosji nie dorównała wysokiemu poziomowi podchorążych szkoły warszawskiej, prowadzonej przez wielkiego księcia Konstantego. Musimy dowieść, że i stolica posiada pierwszorzędny materjał na przyszłych oficerów, a nie tylko jacyś tam Polacy! Musimy zasłużyć na pochwałę jego cesarskiej mości. Pamiętajcie o tem!
Po szeregach kadetów znowu przemknął okrzyk:
— Postaramy się, wasza ekscelencjo!
Przez bramę na plac wpadł szalonym galopem kozak, zakręcił konia młyńcem i, krzyknąwszy: „Cesarz jedzie!“ — tym samym pędem wyleciał na ulicę, gdzie rozbrzmiewały już biegnące zdaleka „hurra“, którem zebrane tłumy witały monarchę.
Po chwili przed gmach korpusu zajechała dworska kareta, otoczona setnią kozaków, a za nią inne powozy ze świtą cesarską.
Z karety wysiadł Mikołaj i, zrzuciwszy płaszcz na ręce olbrzymiego lokaja, zamaszystym krokiem zbliżył się do kompanji honorowej.
Trębacz, przycisnąwszy trąbkę do ust, odegrał sygnał, ustalony przez cara Pawła na powitanie monarchy. W armji opowiadano sobie straszne rzeczy o tem, jak za złe wykonanie zawiłego sygnału obłąkany car rozkazywał kijami zabijać trębaczy.
Kadet, stojący przed kompanją, posiadał, widać, niezwykle potężną pierś, bo wszystkim się zdawało, że czyste, lecz ogłuszające dźwięki rozsadzą srebrny instrument, że lada chwila rozpryśnie się on na drobne kawałki.
Cesarz natychmiast zwrócił na to uwagę, zatrzymał się i słuchał.
Dumną i brutalną twarz jego rozjaśnił nagle uśmiech zadowolenia. Mikołaj, nie witając podchodzącego z raportem generała Paszkowa, zawołał:
— Nawet w gwardji huzarów nie słyszałem tak pięknego sygnału! Zuch trębacz.
— Rad jestem starać się, wasza cesarska mość! — odpowiedział donośnym, radosnym głosem kadet, nieruchomy, wyprostowany, niby w ziemię wrośnięty.
Cesarz wysłuchał raportu dyrektora, podał mu rękę i, obejrzawszy kadetów ostrym, przenikliwym wzrokiem zimnych oczu, krzyknął:
Zdorowo, rebiata!
Kompanja, wytężając piersi, na całe gardło ryknęła ustawowe powitanie:
— Życzymy zdrowia waszej cesarskiej mości!
Mikołaj, mając przy sobie dyrektora korpusu, a za sobą, — całą świtę w barwnych, kapiących złotem mundurach, białych rejtuzach, lśniących botfortach, szybkim krokiem skierował się do gmachu.
Nagle obejrzał się i krzyknął:
— Trębacz, za mną! Graj pobudkę!
Znowu drgała i rozbrzmiewała trąbka, rozsadzana parciem potężnego oddechu, a cesarz z lubością słuchał tych dźwięków przedziwnie czystych, trwożnych, jeszcze bardziej oszałamiających sztywne, nieruchome szeregi kadetów, zgromadzonych w sali.
Mikołaj powitał młodzież zwykłem, żołnierskiem pozdrowieniem i kazał im przejść przed sobą.
Kadeci maszerowali sprawnie, wpatrując się prawie nieprzytomnie w surowe oblicze i zimne, blade oczy cara.
Mikołaj rzucał kompanjom krótkie podziękowanie, na co chłopcy odpowiadali hucznemi okrzykami.
Podczas marszu, gdy dochodziła szósta klasa, zaszedł nieoczekiwany wypadek.
Na czele kompanji szedł stary, powszechnie lubiany kapitan, weteran dwóch wojen.
Opuszczając przed carem szablę, oficer zawadził rękawem o pas, a urwany guzik potoczył się po posadzce.
Cesarz nagle tupnął, podbiegł do szeregu i krzyknął ze wściekłością:
— Kompanja, stój!
Podszedłszy do kapitana, spytał go:
— Nazwisko twoje?
— Kapitan Głotow, wasza cesarska mość — odparł zmieszanym głosem wylękły oficer.
— Nie kapitan, ośle jeden, lecz szeregowiec! — wrzasnął Mikołaj, podnosząc pięść. — Nie możesz być oficerem, jeżeli gubisz guziki na rewji, bałwanie! Kompanja, naprzód, marsz!
W powietrzu zawisła burza. Od najmniejszego kadeta do generała — wszyscy zrozumieli, że straszliwy car był w złem usposobieniu. Dyrektor korpusu zbladł i spochmurniał.
Cesarz potoczył dokoła szyderczym wzrokiem i spostrzegł trębacza.
— No, zuchu, zagraj pobudkę do pogotowia bojowego!
Dźwięki krótkie, urwane, rozbiegające się niby myszy spłoszone, pomknęły na wszystkie strony.
Kolebać się zaczęły płomyki świec w żyrandolach, brzękły żałośnie mętne, stare szyby okien.
— Zuch! — rzekł cesarz i znowu się uśmiechnął.
Na placu odbyła się zwykła musztra. Kadeci przechodzili do ataku z okrzykiem „hurra“, padali na ziemię, błyskawicznie powstawali i biegli, rozsypując się w tyraljerkę, aż wreszcie rozpoczęli popisy gimnastyczne i bój na bagnety.
Cesarz, siedząc w głębokim fotelu, przyglądał się z zamiłowaniem ćwiczeniom wojskowym.
Skończywszy popisy, kompanje kadetów stanęły w szeregach nieruchome i strwożone pod badawczem, zimnem wejrzeniem cara.
Nagle Mikołaj zaśmiał się głośno i, klasnąwszy w dłonie, zawołał:
— Waśka, do mnie!
Od powozu cesarskiego nadbiegł lokaj.
Było to wybujałe nadmiernie chłopisko o barach szerokich, twarzy płaskiej i oczach wąskich i skośnych. Olbrzym miał na sobie czerwoną liberję, obszytą szerokiemi, złotemi galonami, przetkanemi czarnemi orłami dwugłowemi, białe pończochy i trzewiki z klamrami.
— Patrzcie, chłopcy! — rzekł ze śmiechem car. — Mój Waśka osadza konia w biegu i łamie podkowę, jak suchą gałąź. Kto, borykając się z nim, potrafi przez dwie minuty sprzeciwiać się temu siłaczowi, ten dostanie w upominku ode mnie złoty zegarek z orłem cesarskim. No, kto się chce spróbować z Waśką?
Z szeregów siódmej klasy wystąpił kadet, wysoki i mocny, jak młody dąb.
Po kompanjach przebiegł szmer głosów:
— Rodjonow... ten może borykać się najdłużej...
Jednak nie zgadli koledzy, bo ledwie się zwarli przeciwnicy, Rodjonow krzyknął głucho i padł, rozkładając ręce i oddając krew ustami.
Ciężkie, złowrogie milczenie zapanowało na placu.
— Chyba nikt już się nie waży? — urągliwym, złym głosem spytał car.
Natychmiast padła odpowiedź z poza fotelu carskiego:
— Jeżeli wasza cesarska mość pozwoli...
Mikołaj obejrzał się.
Wpatrzony w niego stał wyprostowany, nieruchomy trębacz, trzymając rękę przy daszku czapki.
— Ty? Taki mały? — rzucił pytanie zdziwiony cesarz.
— Jeżeli wasza cesarska mość pozwoli... — powtórzył kadet.
— No, cóż? — wzruszył ramionami Mikołaj. — Spróbuj...
Przeciwnicy wyszli na środek placyka. Setki oczu utkwiły w nich.
Car śmiał się, patrząc na tak dziwną parę zapaśników.
— Dawid i Goljat! — zawołał car, klaszcząc w dłonie. — Tylko tym razem zwycięży Goljat, bo w żadnym pułku nie znalazłem dla Waśki godnego przeciwnika. No, zaczynajcie! Trzymaj się mocno, Waśka, bo ten „wielkolud“ zgniecie ciebie, cha, cha!
Lokaj wykrzywił twarz po błazeńsku, przysiadł na zgiętych nogach, ręce opuścił do ziemi i, trzaskając w palce, wołał:
— Do nogi, do nogi, szczeniaku!
Trębacz pochylił się nagle i chwycił draba za ręce powyżej dłoni. Waśka szarpnął się, lecz ręce jego, zaciśnięte żelaznemi palcami trębacza, nie mogły się oderwać od ziemi. Kadet zgiął szeroki kark w kabłąk, wparł nogi w ziemię i trzymał przeciwnika w schylonej postawie.
Waśka szamotał się rozpaczliwie, rozkraczał i wierzgał nogami, ryczał, sapał i klął ohydnie, zapominając, że znajduje się w obecności cara.
Trębaczowi kark nabrzmiał, wyprężone zwały mięśni poruszały się na grzbiecie, lecz twarz, jak zwykle, pozostawała rumiana i spokojna.
Wreszcie lokaj carski cisnął się raz jeszcze, nie zdołał jednak wyrwać rąk ze straszliwego uścisku kadeta.
— Puszczaj! — zamruczał urwanym głosem.
Mikołaj wybuchnął głośnym śmiechem i zawołał:
— Udał mi się ten mały! Po skończeniu korpusu przydzielić go do mojej straży przybocznej! N-no, teraz proś, Waśka, pardonu u młodzika!
— Puszczaj! — powtórzył olbrzym, krzywiąc twarz z bólu. — Przebacz... puść!
Trębacz jeszcze bardziej wyprężył kark i, nagle się prostując, odrzucił od siebie zsiniałe, obrzękłe ręce przeciwnika.
Waśka z rykiem runął nawznak.
Kadet w okamgnieniu obciągnął na sobie pas i mundur i już stał nieruchomo, patrząc w oczy cesarza.
— Kiedy skończysz nauki, zuchu? — spytał Mikołaj.
— Na wiosnę roku przyszłego, wasza cesarska mość! — odpowiedział chłopak.
— Po skończeniu przypomnisz generałowi Paszkowowi, że masz być zaliczony do mojej straży!
— Najpokorniej dziękuję waszej cesarskiej mości! — na całe gardło, jak nakazywał regulamin garnizonowy wrzasnął uradowany trębacz.
— Jak się nazywasz? — spytał znowu cesarz.
— Władysław Lis, wasza cesarska mość! — natychmiast odpowiedział kadet.
— Władysław?! — powtórzył Mikołaj, mrużąc oczy i marszcząc brwi. — Polak?
Dyrektor korpusu, salutując, zaczął dawać objaśnienia:
— Wasza cesarska mość pozwoli, że zamelduję pokornie! Tego chłopca, gdy miał zaledwie trzy lata, znalazł przy drodze w swoim majątku na Inflantach generał Fersen. Chłopak był przywiązany do drzewa, a w kieszeni kurtki miał papier, z którego się dowiedziano, że ma lat trzy, na imię — Władysław, syn Ignacego nazwiskiem Lis, chrzczony podług obrządku rzymskiego...
— Dalej! — syknął car.
— Generał Fersen był wtedy już w stanie spoczynku, więc odesłał chłopaka do Petersburga, gdzie polecił umieścić go w cesarskim sierocińcu wojskowym, w roku ubiegłym przekształconym na korpus kadetów... — zakończył generał swój raport.
— Masz krewnych? Mówisz po polsku? Modlisz się po katolicku? — rzucał cesarz niecierpliwe pytania, surowo patrząc na zdumionego, nic nie rozumiejącego kadeta.
— Wasza cesarska mość pozwoli, że ośmielę się wyjaśnić co następuje... — znowu podnosząc rękę do czapki, odezwał się Paszkow. — Ten chłopak jest sierotą, o pochodzeniu swojem nic nie wie, nigdy nie opuszcza korpusu i nikt go nie odwiedza. Po polsku nie mówi, razem z innymi kadetami uczy się zasad religji prawosławnej, modli się w naszej cerkwi... Możemy dać o nim najlepszą odezwę.
— Hm... — mruknął cesarz. — W takim razie należy go ochrzcić podług naszego prawosławnego rytuału!
— Rozkaz, wasza cesarska mość! — odparł generał.
— No, a ty co powiesz na to, kadecie? — spytał car.
— Rozkaz, wasza cesarska mość! — krzyknął trębacz, prężąc kopulastą pierś.
— Sam będę twoim ojcem chrzestnym! — rzekł Mikołaj, uśmiechając się życzliwie.
— Najpokorniej dziękuję waszej cesarskiej mości! — jeszcze głośniej wrzasnął chłopiec.
— No, a teraz masz zasłużony upominek i odtrąb marsz paradny! — powiedział cesarz, podając kadetowi własny zegarek.
Podziękowawszy raz jeszcze, trębacz odegrał potrzebne sygnały, a potem, stanąwszy ztyłu za kompanją, „żórawim, pruskim lub pawłowskim“ krokiem przedefilował przed cesarzem z dziarsko podniesioną głową i roziskrzonemi od szczęścia oczyma.
Wychowany w szkole wojennej wiedział, że tego dnia wygrał wielki los i że jego karjera życiowa została utrwalona na zawsze. Zdziwił się jednak chłopak, że ta bezmierna radość nagle przygasła, a jakieś dziwne uczucie, dotąd nieznane, ni to przygnębiające, ni to budzące zaciekawienie, ogarniało go.
Cesarz tymczasem pożegnał dyrektora i profesorów korpusu, wyraził swoje zadowolenie z doskonałego wyglądu i sprawności wychowanków, poczem odprowadzany ogłuszającem „hurra“ odjechał.
Generał Paszkow, oficerowie i kadeci otoczyli natychmiast szczęśliwca, winszowali mu niezwykłej łaski monarchy i przyszłej świetnej karjery wojskowej.
— Ależeś ucapił tego Waśkę! — dziwił się generał Paszkow. — Przecież to chłop sążnisty, a co za bary?!
Prostując się służbowo, kadet odparł z wesołym śmiechem:
— Wasza ekselencjo, gdyby nie miłościwie nam panujący cesarz, jabym temu drabowi łapska pourywał. Chciałem tak zrobić, lecz pomyślałem, że nie będzie mógł płaszcza jego cesarskiej mości podać.
Oficerowie i kadeci wybuchnęli głośnym śmiechem.
Generał Paszkow, oznajmiwszy trzydniową przerwę wykładów z powodu „najwyższej“ wizyty, pozwolił kompanji powrócić do gmachu.
Kadeci z krzykiem radosnym wbiegali na schody.
Oficerowie, otoczywszy dyrektora, powracali do swoich mieszkań.
Ztyłu za nimi wlókł się blady, zrozpaczony kapitan Głotow, weteran z dwu wojen, ranny potrzykroć, starzec, sterany ciężkiem życiem bojowem.
Poruszał grubemi wargami i szeptał, zaciskając pięści.
— Za was tyranów ukoronowanych krew przelewałem... dla ciebie, abyś się utrzymał na tronie, walczyłem z najszlachetniejszymi ludźmi, którzy podnieśli przeciwko tobie, cesarzu okrutny, bunt grudniowy... A tyś znieważył mnie tak okropnie i ukarał tak niesprawiedliwie... Poczekaj! Poczekaj, kacie!...



Rozdział II.
Piorun z jasnego nieba.

W godzinę po odejściu cesarza w sali starszej klasy siedział przy stole uśmiechnięty Władysław Lis i prawił do otaczających go kołem kolegów:
— Jabym nie pozwolił Rodjonowowi borykać się z owym Waśką skośnookim, gdybym wiedział, że on taki mocny! Może Radjonow zmógłby go jednak, tylko głupio zrobił, bo się pozwolił obłapić temu drabowi. No, ale nic mu nie będzie, poleży w szpitalu i wyliże się. Nie pierwszyzna mu to! Raz już chorzał, gdy ze mną zadarł nieopatrznie, a wydobrzał przecież?!
— Słuchaj, Liszko, — zaczął chudy, blady kadet, — gdy będziesz pułkownikiem, nie zapomnij o mnie i weź do siebie na adjutanta! Okrutnie chcę nosić akselbanty!
— I o mnie pamiętaj, bo ja za ciebie tydzień w „pace“ przesiedziałem, gdy to w piątej klasie Niemca naszego chlapnąłeś papierową kulą z atramentem... — odezwał się inny.
Wszyscy koledzy zabiegali teraz o protekcję przyszłego ordynansa cesarskiego, który w pałacu będzie za pan-brat z najważniejszymi generałami.
Tylko jeden z kadetów — rudawy i piegowaty — stał przy ścianie i okrągłemi, ptasiemi oczami przyglądał się Lisowi.
Spostrzegł go chłopak i, podniósłszy głowę, spytał zaczepnie:
— A ty, Fedorczuk, dlaczego o nic nie prosisz?
Piegowaty kadet podniósł ramiona i głośno parsknął.
— Nie prychaj, popowiczu, jak źrebiec, tylko odpowiadaj! — nalegał Lis.
Fedorczuk pochylił głowę i, wbijając oczy w twarz kolegi, rzekł:
— Odpowiem, lecz przedtem chcę cię o coś zapytać...
— Jeżeli chcesz, to — pytaj! — zawołał chłopak, obrzucając go drwiącem spojrzeniem.
— Powiedz mi, czy ty z radością przyjmiesz nowy chrzest? Wielkim pędem przerzucisz się na łono naszej świętej, prawosławnej cerkwi? Będziesz się nazywał nie Władysław, syn Ignacego, lecz jakiś Włodzimierz lub, może, Włas Mikołajewicz?
Lis wzruszył ramionami i natychmiast odparł obojętnym głosem:
— Cóż u djabła?! Nie zajdzie przecież nic nowego? Ja i tak modlę się z wami razem i śpiewam w chórze cerkiewnym. Ojca swego nie znam, a może nie miałem go nigdy?
Zaśmiał się i gwizdnął przeciągle.
— Bydlę! — rzucił nagle Fedorczuk.
— Co?! — krzyknął Lis i jednym susem był już przy koledze. — Powtórz!
Fedorczuk spokojnie spojrzał na niego i odparł dobitnym, stanowczym głosem:
— Powtórzę to przed wszystkimi, lecz przedtem chcę z tobą pomówić na osobności...
Lis machnął ręką niedbale i rzekł z przekąsem:
— Chcesz przeprosić mnie bez świadków? Nic ci to nie pomoże! Albo odszczekasz to przed całem bractwem, albo zbiję cię na kotlet. N-no chodź, popowska pałko, i gadaj, chociaż wiem, że nic mądrego mi nie powiesz!
Wyszli do korytarza i zatrzymali się w umywalni, gdzie kadeci zwykle załatwiali wszelkie ze sobą porachunki.
— Mów! — rzekł Lis, marszcząc brwi.
Fedorczuk zmrużył oczy i długo się wahał. Wreszcie szepnął:
— Przysięgnij, że nikomu o tem nie powiesz i mnie nie wydasz!
— Czyś oszalał? Nigdy nikogo nie wydałem!... — zawołał z oburzeniem Lis.
Fedorczuk obejrzał się podejrzliwie i dodał:
— Gdyby się o tem dowiedziało naczelstwo, zginęlibyśmy obaj...
— Nie zawracaj głowy tajemnicami! — wybuchnął kolega. — Gadasz, jak stara cyganka. Nic nie rozumiem!
— Słuchaj... — szepnął Fedorczuk. — Powiedz mi, czy ty nigdy nie słyszałeś o tem, że jesteś Polakiem?
Zapytany na chwilę jedną zamyślił się, jakgdyby szukając czegoś w pamięci.
— Nie! — odparł stanowczo. — Dopiero dziś dowiedziałem się o tem i nie rozumiem, skąd jestem Polakiem? Zdaje mi się, że jest to źle... Nasz historyk przecież inaczej Polaków nie nazywa, jak „buntownikami“... Dlaczego uważa ich za buntowników — tego nie mogłem zrozumieć. Przecież mają oni swoje państewko, którem rządzi jego cesarska wysokość, cesarzewicz Konstanty Pawłowicz?
Fedorczuk pochylił się do ucha kolegi i szeptać zaczął:
— Tak, tak! Prawda, że nie mogłeś pamiętać tego. Słuchaj! wiesz, że mój ojciec jest popem we wiosce, leżącej w sąsiedztwie majątku starego Fersena. Generałowi Fersenowi caryca Katarzyna podarowała majątek ten na Inflantach za zwycięstwo pod Maciejowicami, gdzie się dostał do niewoli ranny polski generał, Kościuszko. W zeszłym roku, opowiadając w domu o kolegach, wymieniłem twoje nazwisko...
— No i cóż? — spytał z zaciekawieniem Lis.
Fedorczuk zajrzał do korytarza, długo nadsłuchiwał, czy nie zbliża się ktoś z kolegów lub dozorców, i znowu jął szeptać:
— Ojciec opowiedział mi i pod przysięgą milczeć nakazał, że jesteś dziedzicem majątku starego grafa Iwana Fersena, który umarł przed laty.
— Ja miałbym być spadkobiercą Fersena?! — zawołał Lis. — Bredzisz, drabie, czy chcesz mi oczy zamydlić?
Fedorczuk nie zwrócił uwagi na szyderczy wykrzyknik kolegi i ciągnął dalej:
— Nie spadkobiercą jesteś, lecz prawnym dziedzicem majątku Fersena. Słuchaj uważnie i staraj się zrozumieć, bo ci łaska carska w głowie przewróciła. Twój ojciec, Ignacy Lis, dostał się do niewoli razem z Kościuszką i podczas ucieczki z więzienia został zabity. Matce odebrano majątek i wypędzono wraz z tobą na cztery wiatry. Co się stało z matką twoją — ojciec mój nie wie. Opowiedział mi tylko, że stary Fersen znalazł ciebie przy drodze i kazał wychowywać w czeladnej, a potem posłał do naszego sierocińca. To i wszystko!
Lis chodził, założywszy ręce wtył, i myślał.
Gdy kolega umilkł, zwrócił ku niemu wzruszoną twarz i szepnął:
— Przysięgnij na Trójcę Świętą, że mówiłeś prawdę!
— Przysięgam na Boga i na Trójcę Świętą! — uroczystym głosem odpowiedział Fedorczuk i zamaszyście trzykrotnie się przeżegnał.
— Czy ojciec twój nic nie mówił o moim ojcu? — spytał Lis.
— Mówił, że był to sprawiedliwy, szlachetny i odważny pan, a matkę twoją nazywał świętą niewiastą — dobrą i miłosierną dla wszystkich — rzekł Fedorczuk.
Zapanowało milczenie.
— Dlaczego nazwałeś mnie bydlęciem? — cichym głosem zapytał Lis.
Piegowaty kadet zacisnął wargi i długo się nie odzywał. Wreszcie szepnął:
— Ojciec mój kazał ci to powiedzieć, gdybyś kiedy zapomniał, żeś Polak.
— Może i ty jesteś Polakiem?
— Nie, my pochodzimy z chłopów białoruskich. Ojciec mój lubił rodziców twoich, czci ich pamięć i modli się za dusze ich codziennie. Powiedział mi: „Bacz, Stefanie, aby młody Lis Polakiem pozostał i aby nie shańbił imienia dobrego!“ No, tedy, gdy zobaczyłem, że chcesz łaskę cesarską przyjąć i od swego narodu i wiary odstąpić, powiedziałem, że jesteś bydlęciem...
Lis podniósł głowę i gorący rumieniec zalał twarz jego.
— Ja przecież nic o sobie nie wiedziałem! — zawołał, niby się usprawiedliwiając. — Pamiętam tylko kucharkę Fersena, która karmiła mnie i łatała moje ubranie... Pamiętam także lokajczyka Griszę, bo spałem z nim we wspólnej izbie... Raz jeden tylko widziałem starego Fersena, gdy wyprawiał mnie do sierocińca... Przecież miałem wtedy zaledwie pięć lat, a czternaście przesiedziałem w sierocińcu i korpusie, brachu! Nikt mi nigdy o mojem pochodzeniu nie mówił... Uważałem się za Rosjanina i za prawosławnego...
Urwał nagle i zamyślił się.
— Teraz wiesz wszystko, czy prawie wszystko... — mruknął Fedorczuk.
Lis skinął głową w milczeniu.
— Jakżeż teraz postąpisz? — spytał piegowaty kadet.
— Cóż mam robić?... — szepnął zmieszany chłopak. — Muszę dopiero to wszystko dobrze sobie w głowie ułożyć. Dowiedziałem się dziś rzeczy dziwnych, tak bardzo dziwnych, że nie mogę się połapać... Chodźmy do klasy!
Powrócili razem i wnet wszystkie oczy spoczęły na nich.
— Towarzysze! — rzekł Lis. — Fedorczuk miał rację... Byłem bydlęciem, bo zapomniałem...
— O czem zapomniałeś? — pytali koledzy.
Lis milczał chwil kilka, a potem potrząsnął głową i odparł swobodnie:
— Zapomniałem o tem, że nie zasłużyłem na taką łaskę jego cesarskiej mości, najjaśniejszego pana! Nie wielki to zaszczyt przypodobać się cesarzowi z powodu zdrowej grdyki i mocnych łap! Wśród nas są inni, bardziej ode mnie zasługujący na łaskę monarchy.
Fedorczuk, z trwogą oczekujący odpowiedzi kolegi, odetchnął z ulgą.
Lis mówił dalej:
— Naprzykład, Frołow, który każde zadanie matematyczne rozwiązać potrafi, albo Szumacher, syn zasłużonego rotmistrza, kawalera orderu św. Jerzego, no, i inni jeszcze... A najbardziej jestem bydlęciem dlatego, że zapomniałem o kapitanie Głotowie. Jeżeli nadarzy mi się sposobność, będę prosił cesarza o łaskę dla poczciwego staruszka!
— Dobry z ciebie i sprawiedliwy kolega! — wołali kadeci, otaczając Lisa.
— Cóż to, dopiero dziś dowiedzieliście się o tem?! — pytał ich ze śmiechem Lis, lecz śmiech jego nie był wesoły ani szczery.
Kadeci zaczęli dzielić się wrażeniami z dnia ubiegłego i robić uwagi co do powierzchowności i zachowania się cara.
Lis, zamyślony i skupiony, odszedł do okna i stał, patrząc na plac, przez który biegły porwane wiatrem suche liście topoli i brzóz.
Fedorczuk opowiadał coś kolegom, lecz wzrok jego co chwila z tkliwością powracał ku barczystej postaci Lisa. Znał on dobrze swego kolegę i teraz wyczuwał, że w duszy tego wesołego, beztroskiego zwykle osiłka kotłowało się od nawału myśli nieznanych dotąd, sprzecznych, niepokojących, żądających postanowienia niezłomnego. Kto wie, może ta wichura wrażeń i myśli mogła się zerwać nagle i zmienić w burzę, pełną szalonych wybuchów i grozy. Fedorczuk znał dobrze naturę chłopca, naturę śmiałą aż do zuchwalstwa i pełną porywów.
Lis, nie odzywając się do nikogo z towarzyszy, z opuszczoną na piersi głową i zaciśniętemi wargami przeszedł się parę razy po sali. Co chwila tarł sobie czoło i wzdychał.
Wreszcie cicho wysunął się do korytarza i szybkim krokiem poszedł do ogrodu.
Ciemny i zapuszczony, a teraz przysypany brunatnemi, szeleszczącemi liśćmi nagich, smętnych brzóz i topoli, rzadko bywał odwiedzany przez kadetów. Chłopcy nadali mu nazwę „padołu płaczu i zgrzytania zębów“. Powstało to z tego, że do ogrodu uciekali kadeci, gdy czuli krzywdę, zadaną im przez kolegów, albo przez niesprawiedliwych dozorców, komendantów klas lub dyrektora.
Pod temi staremi drzewami niejedne młode oczy wylewały potoki gorzkich łez, niejedna pierś wydawała jęki i westchnienia ciężkie, niejedne usta szeptały słowa skargi lub przekleństw gorących, mściwych.
Teraz przyszedł tu Władysław Lis, trębacz VII klasy, szczęśliwiec, na którego padło miłościwe wejrzenie wszechpotężnego „władcy połowy świata“, przyszły ordynans wspaniałego imperatora.
W cudowny prawie sposób wszystko tak się złożyło, że chłopak powinien był czuć promienną, niczem nie zmąconą radość.
Nieznany sierota, oddany przez słynnego w Rosji wojownika do sierocińca carskiego i mogący marzyć najwyżej o dojściu do rangi kapitana, staje się nagle wybrańcem monarchy, otwierającym przed nim wolną drogę do najwyższych zaszczytów.
Kadet przypomniał sobie o tem i wyjął zegarek, otrzymany od Mikołaja.
Duży, złoty, ozdobiony wielką literą „N“ z koroną, wysadzaną drobnemi djamentami, już sam ten dar zapewniał przyszłemu oficerowi karjerę niepowszednią!
Był to „prezent cesarski“, a więc zapisany zostanie do formularza służbowego i, jako rzecz wyjątkowo nadawana, zabezpieczał posiadaczowi jego pierwszeństwo wśród rówieśników, szybsze awanse służbowe, najlepsze pułki do wyboru i ogólne poszanowanie w kołach wojskowych.
A tymczasem w sercu młodego Lisa radość znikła bez śladu, zgasła nagle i pozostawiła po sobie jakiś ból przykry i dotkliwy.
— Drab z tego Fedorczuka! Zatruł mi ten dzień szczęśliwy! — warknął Lis i zębami zgrzytnął.
Zdziwił się gdyż uświadomił sobie natychmiast, że złości nie czuł jednak przeciw koledze.
Było coś innego, co nagle wtargnęło do mózgu i serca beztroskiego kadeta. Długo jednak nie mógł zrozumieć, co go wzięło najbardziej.
Chodził po głównej alei i uporczywie wpatrywał się w ziemię, okrytą grubą warstwą suchych zwiniętych liści, zwarzonych już przez poranne przymrozki i zimne wiatry; chrzęściły one i szeleściły pod nogami, a coraz to inne spadały z wysokich drzew z suchym zgrzytem.
— Cóż u licha? — myślał Lis. — Byłem rosyjskim człowiekiem, na rosyjskiego oficera kształcono mnie; żyłem w zachwycie przed potęgą ogromnego imperjum naszego i nagle — nie jestem Rosjaninem... a budzące we mnie dreszcz oddania i zachwytu nasze imperjum nie jest wcale mojem... Urodziłem się Polakiem... Nauczyciele i pop korpusowy tak często powtarzali nam, że Polska, która „nierządem stoi, przegniła do reszty“, musiano ją więc ratować, zaprowadzić ład i porządek, uszczęśliwić naród... Trzech największych monarchów — rosyjska cesarzowa, król pruski i imperator austrjacki podzielili Polskę i zaczęli rządzić... Niewdzięczny naród nie chciał się poddać. Zuchwały bunt... Polacy — buntownicy...
Kadet westchnął ciężko i znowu uświadomił sobie, że nie czuje już tego oburzenia, które ogarniało go zawsze, gdy słyszał w klasie te powtarzane tak często uporczywie zarzuty i oskarżenia, rzucane przez nauczycieli przeciw Polakom.
Zdumiał się Lis, lecz po chwili przyszło mu na myśl, że pop wykładający religję, przeklinał także Napoleona, nazywał go „antychrystem“, „bestją apokaliptyczną“, potworem, ziejącym zarazą wolnej myśli i rokoszu, a tymczasem nauczyciel historji zachwycał się genjuszem wielkiego korsykańczyka i dowodził, że nie tyle Kutuzow i inni rosyjscy wodzowie, ile przestrzeń bezbrzeżna, mrozy siarczyste i śniegi głębokie obroniły Rosję przed miażdżącym ciosem „boga wojny“ za jakiego z uwielbieniem uważał Bonapartego.
Może więc „buntownik“ Kościuszko nie był jedynie buntownikiem, lecz jeszcze i kimś innym, większym i wznioślejszym? Żeby osądzić, trzeba wiedzieć wszystko i rozważyć do dna. Tymczasem o Polsce i Polakach kadeci słyszeli tylko stek wyzwisk, przekleństw, drwin i urągań, któremi sypali profesorowie, mówiący o „buntownikach“ z pianą na ustach. Lis nie wiedział nawet, co spowodowało powstanie Polaków i nie miał wyobrażenia o tem, czem Polska była przedtem, zanim ją „uszczęśliwić“ rozbiorem raczyli trzej najwięksi, „najszlachetniejsi“ monarchowie, pomazańcy Boży.
— Ojciec mój był człowiekiem sprawiedliwym, a przecież do buntu przystał? — zadał sobie pytanie Lis. — Musiał wiedzieć, że postąpił, tak, jak należało. Matkę carscy generałowie wypędzili z własnej siedziby i oddali ziemię i dom, do niej należące, Fersenowi, temu, który bunt zwalczał i ojca mego zgładził. Ojciec zginął, o matce nikt nic nie wiedział... a mnie samego karmiono w kuchni... kazano spać z lokajczykiem Griszką w tym samym domu, domu Lisów, gdzie przebywał wróg rodziny — stary, surowy Fersen!... Fersen to — zwykły sługa... sługa carycy, czy cara... Oni to kazali mu zagarnąć własność Lisów i oddali ją temu, którego żołnierze zamordowali ojca mego — Ignacego. Być może, że ci sami żołdacy carscy uśmiercili matkę moją... niewiastę świętą, jak ją nazywał ojciec Fedorczuka... Polska miała jakichś tam królów swoich, teraz oto rządzi nią brat carski, Konstanty... Może tak samo, jak Fersen rządził posiadłościami Lisów?... Do djabła rogatego! — żachnął się młodzieniec. — A ja, jak pies patrzyłem w oczy cara i, gdy obdarzył mnie łaską swoją, z trudem powstrzymałem się, aby nie paść mu do nóg... Tfu!!
Lis splunął i zatrzymał się, szukając słów, aby zakląć jak najstraszliwiej. Nagle podniósł głowę i jął nadsłuchiwać.
Doszedł go wyraźnie ciężki, rozpaczliwy, męski szloch.
Chłopak zaczął się rozglądać na wszystkie strony. Wkrótce przez sieć powikłanych gałęzi bzów i tawuły dojrzał na bocznej ścieżce ławkę z siedzącą na niej skuloną postacią.
Przyjrzał się dobrze i poznał starego kapitana Głotowa.
Stary oficer, oparłszy głowę na rękach, szlochał głośno.
Lis widział jak trzęsła mu się długa, siwa broda.
Kadet chciał niespostrzeżenie odejść, lecz po chwili zupełnie inne postanowienie dojrzało w głowie chłopca.
Wyprostował się służbowo i, trzymając dłoń przy daszku kepi, podszedł ku siedzącemu starcowi. Posłyszawszy chrzęst liści pod stopami zbliżającego się człowieka, kapitan podniósł zalaną łzami twarz.
Poznawszy salutującego mu kadeta, machnął ręką i rzekł cichym głosem:
— Możesz, kadecie, nie oddawać mi honorów wojskowych, albowiem szeregowca widzisz przed sobą... zwykłego szeregowca i — nic więcej! Nic! Takie to, proste!... Jedno tylko słowo carskie i po czterdziestu latach wiernej służby — „szeregowiec“, a tymczasem słowo to może być okupione dwoma, albo trzema życiami — mojem, staruchy żony i córki, którą z takim trudem utrzymujemy na Krymie, ratując od śmiertelnej choroby piersiowej...
Kapitan ścisnął w dłoniach siwą, gładko ostrzyżoną głowę i jęknął przeciągle.
Lis wyprostowany, nie odejmując ręki od czapki, rzekł:
— Pan kapitan zostanie dla mnie zawsze oficerem, ponieważ wszyscy lubimy pana kapitana, a jego cesarska mość, najmiłościwszy pan był zbyt surowy...
Głotow zerwał się z ławki i skoczył ku kadetowi.
Tupiąc nogami, wymachując pięściami i pieniąc się cały z oburzenia i nienawiści, stary kapitan krzyczał zdławionym głosem:
— Najmiłościwszy... najmiłościwszy!... Kto mógł z takim potwornym fałszem nazwać carów rosyjskich „najmiłościwszymi“?! Tylko niewolnicy, służalcy, pochlebcy, nikczemnicy! Czy ty, młodziku, wiesz, kim są carowie? Tu w korpusie wam nikt o tem nie powie! O, nikt! każdy wie, że czeka go za słowa prawdziwej oceny bataljon karny, rózgi, znęcanie się i śmierć niechybna...
Lis trząsł się cały ze zgrozy.
— Rzucić się na tego obłąkanego, zuchwałego starca i spoliczkować za ubliżenie ubóstwianemu monarsze! — miotała się myśl, lecz inna, całkiem odmienna nadbiegła natychmiast, a jakiś głos wewnętrzny szepnął namiętnie: — Czyż będziesz bronił cara, który zabił ojca twego, skazał na tułaczkę i śmierć matkę — kobietę świętą, a tobie zagarnął całe mienie i na niewolnika, pochlebcę i nikczemnika wychowywał w sierocińcu cesarskim?!
Kadet opuścił głowę i milczał ponuro, dręczony rozterką uczuć i myśli.
Zrozumiał nastrój młodzieńca stary kapitan i rzekł twardym, niemal surowym prawie głosem:
— Siadaj i słuchaj! Posłuchaj to, co ci powie człowiek, skazany na śmierć, nie potrzebujący już ani kłamać, ani ukrywać i obielać! Siadaj... Carowie są to mordercy ciał i jeszcze gorzej — bo dusz ludzkich! Carowie, ci pomazańcy Boży, to obłudnicy, tyrani, to — szatani i wrogowie ludzkości! Oni to zabijają wolną myśl w nas, myśl, dążącą do ustalenia królestwa Bożego na ziemi, oni to chcą cały świat zmusić do milczenia, chociażby miało ono stać się milczeniem wielkiego cmentarzyska! Oni to dążą do pokoju i do ładu, które, według ich mniemania, mają się zmienić w ich samowolę obłędną i dziką, niczem nie skrępowaną! Zaledwie kilka lat minęło od chwili, gdy szlachetni ludzie, oświeceni i wysoko urodzeni, zażądali od Mikołaja wolności obywatelskiej, konstytucji, zniesienia niewolnictwa w Rosji. Byli to członkowie „Związku prawdziwych i wiernych synów ojczyzny“[1] — bohaterowie, święci pańscy, żyjący na ziemi...
Lis znowu drgnął i zbladł.
Z ust kapitana Głotowa padły bowiem zaiste straszne słowa, które szeptem, w głębokiej tajemnicy powtarzano sobie w Rosji, oglądając się i nadsłuchując, czy nie kryje się w pobliżu zaczajony szpieg i zdrajca.
Chłopiec pamiętał dobrze grudniowe rozruchy r. 1825, gdy przed gmachem senatu zbuntowane wojska krzyczały: „Niech żyje konstytucja!“, a potem komendant Dybicz strzelał do nich z armat. Gdy już wszystko zostało stłumione, ktoś rozpowszechniał broszurki z portretami powieszonych z rozkazu Mikołaja „męczenników, którzy zginęli za lud“ — pułkownika Pestela, podporucznika Rylejewa, podpułkownika Murawjewa — Apostoła, podporucznika Bestużewa-Riumina i porucznika Kachowskiego; znajdowały się tam także wizerunki księcia Trubeckoja, księcia Oboleńskiego, księcia Bariatyńskiego, Wilhelma Küchelbekera, ks. Szczepkin-Rostowskiego i innych, skazanych na katorgę syberyjską.
Pamiętał Lis, że jedną taką broszurę znaleziono w siódmej klasie wychowanków sierocińca, i że wnet potem nastąpiły straszne czasy. Szaleć zaczęły różne komisje śledcze, zjeżdżał kilkakrotnie sam „wielki inkwizytor“ — hr. Benkendorf, uczniów klas wyższych poddano chłoście i zesłano do syberyjskich pułków, jako prostych szeregowców; naczelnika sierocińca, bohatera bitwy pod Borodzinem, majora Kustariowa, pozbawiono rangi i orderów i skazano na dwa lata ciężkiego więzienia; zmieniono wszystkich dozorców, wychowawców i nauczycieli; ścigano nawet rodziców chłopców, znajdujących się w sierocińcu.
I nagle znowu rozlega się to straszne słowo:
— „Związek wiernych synów ojczyzny!“
Nie zwracając uwagi na przerażenie kadeta, Głotow mówił, zapalając się coraz bardziej:
— Carowie nasi nie są Rosjanami, nie rozumieją oni duszy naszej i pogardzają Słowianami! W ich żyłach płynie zdradliwa, brutalna krew niemiecka, bo są oni szczeniętami dynastji podrzędnych niemieckich książąt. Nienawidzimy ich! Pawła zgładzono, Aleksander zginął od trucizny, marzymy o wytępieniu całej rodziny, nieprawnie noszącej nazwisko Romanowych... Oni coraz mocniejsze kajdany wkładają na ręce Rosji, aby nie mogła walczyć z nimi, gdy czynią zbrodnie ohydne, niezliczone!
— Zbrodnie! — wyrwał się Lisowi rozpaczliwy krzyk.
— Tak — zbrodnie! — odkrzyknął Głotow. — Bezprawnie rozszarpali oni Polskę, a gdy śmiele, szlachetnie i bohatersko upomniała się ona o zwrot ziem i wolności, we krwi utopili ją, najlepszych ludzi rzucili na powolną śmierć do kazamatów twierdz, do szybów syberyjskich; zdradziecko podbijali słabsze ludy, z ohydną bezczelnością wtargnęli do Turcji... z obłędnym uporem żądają od wszystkich królów, aby w zarodku dusili budzącą się myśl o prawie narodów rządzenia własną wolą i rozumem...
Odetchnął głośno i mówił dalej:
— Carowie — to obłudnicy i fałszerze, bo przyrzekają szczęście ludom, a niosą im niewolę! Aleksander przyobiecał Polsce wolność i niezależność, lecz później nie spełnił przyrzeczenia swego, a jego brat — Mikołaj resztki wolności wyrywa nieszczęśliwemu narodowi bohaterów i męczenników; oddał Polskę na pastwę dzikiej swawoli swego brata, Konstantego, i jego szpiegów i katów bez czci i honoru!
— Polska... — szepnął Lis.
Nie słyszał tego słowa starzec, trząsł ręką nad siwą głową i rzucał słowa ciężkie, jak głazy:
— Lecz nic z tego! Zrodzona myśl o wolności i prawdzie nie zginie, nie zginie! Żyje ona i krzepnie z dnia na dzień... Nastanie czas, gdy ogłosi swój wyrok, a wtedy powstaną z grobów cienie jej umęczonych bojowników i poprowadzą za sobą szeregi powstańców... W proch padną pałace, korony i berła carów, a nikt nie znajdzie mogił tyranów, bo zginą oni bezsławnie śmiercią ponurą i nikt nawet krzyża nie wzniesie nad kościami ich!
Stary kapitan urwał nagle, wbił blade oczy w wylękłą twarz kadeta i długo milczał.
Po chwili zaczął znowu mówić; głos drżał mu i załamywał się co chwila.
— Gdy nastąpi czas rewolucji pójdę w pierwszym szeregu przeciw carowi, żłopiącemu krew naszą, i skończę z nim porachunki za moją bojową służbę wierną, za rany, za trudy i za poniżenie! No, a teraz biegnij, kadecie, do generała Paszkowa i do tych służalców, nikczemnych, biegnij i donieś im, że były kapitan Głotow wychwalał rewolucjonistów i marzył o wielkim buncie! Biegnij i wyśpiewaj im wszystko. Oni to pochwalają, więc będziesz sowicie wynagrodzony. Nuże, prędzej!
— Panie kapitanie! — z oburzeniem zawołał Lis. — Nie jestem szpiegiem i donosicielem!
— Ach, tak?! — krzyknął, chwytając go za rękę, starzec. — A zatem, młodzieńcze, nie dawaj się usidlić w sieci podstępnych łask carskich! Szukaj ludzi, którzy dążą do przewrotu w Rosji, do zrzucenia nieznośnego, hańbiącego jarzma tyranów! Nie wiem, może, zginiesz, lecz w ostatniej chwili życia będziesz miał sumienie czyste i spokojne, wiedząc, iż umrzesz za naród nasz uciemiężony, sponiewierany!
Młody kadet wyprostował się nagle i twardym głosem, w którym zabrzmiała jakaś nieznana mu przedtem zimna zawziętość, odparł:
— Nie jestem Rosjaninem. Jam Polak!
Po raz pierwszy wymówił Lis to słowo; zupełnie nieoczekiwanie, jakgdyby nie swoim głosem przyznawał się do polskości.
— Tem bardziej!... — potrząsnął głową kapitan. — Polacy nigdy nie pogodzą się z ohydnemi, brutalnemi rządami Mikołaja i Konstantego. Lecz dlaczego mi to powiedziałeś?
Młodzieniec, spokojnie i twardo patrząc na starca, odrzekł natychmiast, a wydawało mu się, że myśl tę nosił oddawna w sercu i że gdzieś w głębi jego dojrzała ona i ukształtowała się na zawsze.
— Panie kapitanie! Ja też mam porachunki z carem, porachunki stare, a poniewierki i jarzma nigdy nie zniosę!
— Hardo mówisz, chłopcze, ale sprawiedliwie! — zawołał Głotow. — Podobasz mi się! — Pamiętaj tylko — szukaj ludzi, jednako z tobą myślących, a obawiaj się krzykaczy, bo ci niczego nie dokonają!
Umilknął i odszedł bez pożegnania.
Poczekawszy chwilę, Lis podążył do gmachu korpusowego, bo dyżurny dobosz wybijał sygnał wieczornego posiłku.



Rozdział III.
Spotkanie.

W dwa dni po odwiedzeniu korpusu przez cesarza Mikołaja kadeci starszej klasy zostali zaproszeni na bal dworski. Car, jak zwykle, przyjmował tego dnia wychowanków szkół wojennych. Adjutantura pałacowa poinformowała generała Paszkowa, że „znany osobiście jego cesarskiej mości kadet Lis ma się stawić z trąbką, gdyż cesarz życzy sobie posłyszeć raz jeszcze znakomitą grę trębacza“.
Kadeci, odświętnie ubrani, z białemi kitami na kepi i takiemiż pasami, pod dowództwem samego Paszkowa, zostali odprowadzeni do siedziby cesarskiej.
Piękny gmach pałacu Zimowego, dzieło wielkiego budowniczego Rastrellego, wspaniałe sale, tłumy generalicji, oficerów gwardji, kapiących złotem, obwieszonych orderami dworaków i posłów cudzoziemskich; zastępy strojnych dam o obnażonych ramionach i szyjach; połysk wspaniałych klejnotów olśnił, zachwycił wychowanków surowego sierocińca.
Lis mimowoli poddał się urokowi błyskotliwego życia, panującego w pałacu. Oczy błysnęły mu nagle, rozdęły się nozdrza, a mózg przeszyła myśl radosna, że za pół roku będzie wdychał tę atmosferę, przesyconą wonnościami, obracał się swobodnie w gronie potężnych dostojników, uroczych kobiet i wyższych dowódców, a wszyscy będą grzeczni i uprzejmi dla niego — oficera ordynansowego, stale przebywającego przy boku monarchy. Kto wie, może i on, jak ów przodek Paszkowa, dojdzie rychło do godności szlachcica imperjum rosyjskiego?
Adjutanci i „hof-furjerzy“ ustawili kadetów wzdłuż ścian „Malachitowej“ sali, przez którą miał przechodzić cesarz z cesarzową i witać zaproszonych gości z tą ujmującą, iście monarszą łaskawością, z jaką Mikołaj umiał zjednywać oddanych sobie przyjaciół.
W jednym z szeregów stał też Władysław Lis, trzymając trąbkę, wspartą na prawem biodrze.
Wkrótce zbliżył się do niego adjutant i zawołał:
— Kadet Lis! Cesarz cię wzywa!
Po chwili wprowadzono go do małej sali, w której w towarzystwie generała Benkendorfa przechadzał się monarcha, oczekujący na wyjście małżonki z wewnętrznych apartamentów pałacowych.
Mikołaj uśmiechnął się do stojącego przy progu kadeta i krzyknął wesoło:
— Rad jestem widzieć cię u siebie, zuchu! Jak się masz?
— Najpokorniej dziękuję waszej cesarskiej mości! — dziarsko odpowiedział chłopak.
— Chcę, żebyś zagrał sygnał imperatorski w chwili, gdy wraz z jej cesarską mością będziemy wychodzili do gości! A graj, chłopcze, dobrze! Nie chciałem wziąć trębaczy ani od huzarów, ani od kirasjerów, chociaż te pułki mają doskonałych muzykantów. Wszyscy zazdrościć ci będą, więc się staraj! Później z siedmiu innymi wykonasz na tarasie pałacowym „zorzę!“[2]
— Rozkaz, wasza cesarska mość! — zawołał Lis.
Cesarz odszedł i rozmawiał z Benkendorfem i starszym adjutantem, olbrzymim lecz chudym jak tyka, hrabią Pahlenem, którego ojciec brał udział w zamordowaniu cara Pawła.
Lis przyglądał się wysokiej, wiotkiej postaci Mikołaja, jego drapieżnemu orlemu nosowi, zimnym, dumnym oczom i wargom, co chwila zmieniającym wyraz.
Nic nadzwyczajnego, oprócz bezgranicznej pychy i poczucia zupełnej bezkarności, nie dojrzał kadet, więc pomyślał:
— I taki człowiek trzyma w swej ręce losy miljonów ludzi?
Następnie mignęła mu myśl, że oto on — syn zabitego, „sprawiedliwego“ Polaka stoi, jak posąg przed tym, który niezawodnie pochwaliłby to morderstwo, i nie ma prawa przemówić, ani poruszyć się nawet.
Potem przemknęła mu inna myśl, straszna, niemal bluźniercza, która przeraziła go.
— Gdyby tak — pomyślał Lis, — zbliżyć się do cara i rzec mu: „Twoja babka skrzywdziła mnie, odbierając mi rodziców i mienie, i oddając je staremu Fersenowi, burzycielowi Polski. Zwróć mi, coście mi zabrali!“ Może spełni sprawiedliwe żądanie, — wtedy padnę mu do nóg i powiem: „Służyć ci będę wiernie aż do śmierci!“ A co będzie, jeżeli zacznie krzyczeć i tupać nogami, jak na Głotowa za ten guzik urwany? Wtedy porwać go wpół, ot tam, gdzie zwisają złote końce akselbantów, zdusić, unieść nad głową i rrym! — cisnąć z rozmachem o tę lśniącą posadzkę... Boże, wielki Boże, nie wwódź nas na pokuszenie...
Był tak przerażony temi straszliwemi myślami, że aż przybladł, a nogi drgnęły i ugięły się pod nim.
Wzruszenie jednak prysnęło po chwili.
Otwarły się bowiem w tej chwili podwoje i do sali weszła carowa, a za nią długi orszak wielkich księżniczek i dam dworskich, kroczących parami.
Lisowi wydało się, że to jakieś zjawy senne, może nawet hufiec nieziemski spłynął nagle.
Białe powłóczyste szaty, długie treny, wlokące się po podłodze, tysiące skrzących się klejnotów, korony wielkie i małe na utrefionych fryzurach, nagie ramiona i piersi, ledwie przykryte koronkowemi rąbkami głęboko wciętych gorsów, płonące oczy, sploty kruczych, płowych i złocistych włosów, — wszystko ogarnął wzrokiem wyprostowany, skamieniały kadet, stojący przy drzwiach, jak posąg.
Jednocześnie z innej sali wyszli umundurowani panowie i generałowie, stanowiący świtę cesarską.
Marszałek dworu, skłoniwszy się nisko przed cesarską parą, dał znać adjutantowi, stojącemu przy drzwiach.
— Kadecie! — szepnął do Lisa oficer. — Gdy lokaj otworzy podwoje, wyjdziesz pierwszy i, stanąwszy o trzy kroki przed progiem, odegrasz sygnał, wskazany przez ceremonjał spotkania cesarza.
— Rozkaz! — odparł chłopak i, zręcznie uczyniwszy półzwrot, poszedł za wygalonowanym lokajem.
Drzwi się rozwarły szeroko, i Lis odegrał sygnał z taką siłą, że wszyscy się zdumieli. Obecnym się wydało, że potężne, czyste dźwięki wypełniły cały gmach olbrzymiego pałacu, a coraz to nowe, coraz bardziej burzliwe potoki ich wyrywają się z małej, srebrnej trąbki, rozsadzają mury i wkrótce wyprą wszystko, co się w nich znajduje.
Ostatnia, najtrudniejsza nuta — wysoka i nieskończenie długo drgająca w powietrzu udała się trębaczowi jak nigdy.
Mikołaj, prowadzący pod rękę cesarzową, mimo uroczystej chwili okazania wiernopoddanym swego majestatu, nie mógł się powstrzymać, aby nie rzucić kadetowi takiego spojrzenia, że niektórzy dworacy, mijając młodzieńca, uważali za stosowne pochylić przed nim głowy w uprzejmym, służalczym ukłonie.
Nie wiedzieli przecież, na jakie wyżyny mógł zajść ten nieznany chłopak o atletycznej piersi, — tymczasem skromny kadet-trębacz, co miał szczęście tak bardzo podobać się wszechwładnemu monarsze.
Lis szedł w końcu orszaku, bo tak kazał mu adjutant. Maszerował, jak na paradzie, lecz słyszał, że tu i ówdzie pytano o nazwisko jego i rzucano nań spojrzenia zachwytu, podziwu, pochlebstwa i służalczości. Stał się wschodzącą gwiazdą na firmamencie żołdackiego dworu rosyjskiego, gdzie nadewszystko ceniono silne mięśnie, sprawność ruchów i doprowadzoną do doskonałości zewnętrzną sztukę wojenną, zdatną do parad i igrzysk, lecz zbyteczną a nawet szkodliwą w bitwach.
— Lis... kadet starszej klasy korpusu Pawłowskiego... Przyszły oficer ordynansowy jego cesarskiej mości. Najjaśniejszy pan raczył zwrócić na niego uwagę podczas odwiedzenia szkoły... Podobno jest Polakiem... Sam cesarz raczył przyrzec mu, że będzie jego ojcem chrzestnym... Co za czystość i moc dźwięków!
Zdania te dochodziły uszu kadeta zewsząd.
Nagle posłyszał śpiewny głos niewieści, pytający po francusku:
— Pan rotmistrz mówi, że nazwisko tego młodzieńca — Lis i że jest Polakiem?
— Tak jest, pani, wiem to od adjutanta, który był w korpusie przy boku najjaśniejszego pana! — odpowiedział głos męski, poczem rozległ się cichy brzęk ostróg.
Nie odwracając głowy, Lis skierował oczy w stronę mówiących.
Zobaczył młodziutką panienkę o złocistych włosach, zaplecionych w gruby warkocz, który, jak ciężka korona otaczał małą, foremną główkę. Ściągła twarz nie była piękną, lecz wielkie niebieskie oczy i świeże usta o wyrazie łagodnym i słodkim czyniły ją bardzo pociągającą.
O, była to twarz miła, i odrazu tak bardzo droga, że Lis mimowoli uśmiechnął się radośnie, spojrzawszy na nią.
Nieznajoma rozmawiała z rotmistrzem w białym mundurze ze złotą taśmą na piersi.
— Żółty kirasjer!... — pomyślał chłopak i znowu wzrok swój skierował na panienkę, bo właśnie w tej chwili orszak cesarski, kroczący pomiędzy dwoma szpalerami gości, nisko chylących się przed monarszą parą, stanął, albowiem Mikołaj raczył zaszczycić rozmową posła króla pruskiego.
Lis znalazł się prawie tuż przy nieznajomej.
Oczy jej spoczęły na nim z zaciekawieniem.
Zarumienił się młodzieniec pod tym wzrokiem, który szukał czegoś na jego twarzy, pytał i natarczywie żądał odpowiedzi.
Z zachwytem i nigdy nie odczuwaną radością patrzył młodzieniec w te oczy, takie pogodne i czyste, jak niebo, i na te usta, rozchylone w łagodnym, nieświadomym uśmiechu.
— Anioł Boży!... — pomyślał Lis i wpatrywał się w niebieskie źrenice z coraz większą radością, czując, że głębokie wzruszenie ogarnia go, wzmaga się z chwilą każdą.
Pragnąłby stać tak wieczność całą, patrzeć i milczeć, wyczuwając nieziemskie rozradowanie i jakiś spływający mu do serca błogi spokój i ukojenie nieodczuwanego dotąd bólu lub tęsknoty.
Orszak ruszył dalej, sunąc przez nieskończoną amfiladę sal i szerokich galeryj, zapełnionych tysiącami zaproszonych gości, kompanij honorowych, wart, straży przybocznej, hajduków i lokajów dworskich.
Wreszcie przegląd został ukończony i cesarska para usiadła na podwyższeniu.
Mikołaj skinął ręką na komendanta pałacowego.
Ten wyprostowany, donośnym głosem oznajmił:
— Z rozkazu jego cesarskiej mości, trębacze siedmiu pułków gwardji oraz trębacz korpusu kadetów imienia cesarza Pawła odegrają „zorzę“, jako sygnał rozpoczęcia balu!
Adjutant, opiekujący się Lisem, skierował go na taras.
Siedmiu żołnierzy najlepszych pułków gwardji stało już w pogotowiu.
Obok nich postawiono kadeta.
Adjutant podniósł rękę i liczył:
— Raz... dwa... trzy!
Osiem trąbek srebrnych rozdarło nocny mrok.
Dźwięki mknęły ponad zasypiającem miastem, leciały przez szalony, wartki prąd Newy i głośnem echem odbijały się od murów wzniesionego przez wielkiego Piotra gmachu giełdy i dwóch kolumn rostralnych.[3]
Wkrótce jednak cała melodja została zagarnięta, zdobyta w posiadanie wyłączne przez trąbkę młodego kadeta o piersi kopulastej i twarzy spokojnej, nie zdradzającej żadnego wysiłku.
Wydawało się, że grał tylko kadet, a inni trębacze przygrywali mu, stanowiąc chór, nad którym górował srebrny, rozedrgany śpiew trąbki Lisa.
Uciszył się gwar w salach, bo wszyscy widzieli, że cesarz, przechyliwszy głowę, zasłuchał się w piękną grę trębaczy.
Gdy przebrzmiały ostatnie nuty „Zorzy“ Mikołaj kazał stawić przed sobą żołnierzy i każdemu własnoręcznie dawał srebrnego rubla, a, gdy podszedł kadet, zawołał do niego z dumą i przechwałką w głosie:
— Takiego trębacza nie ma żaden król w Europie! W niebie musiano cię słyszeć tej nocy, zuchu!
— Rozkaz, wasza cesarska mość! — wypalił kadet.
Mikołaj i cesarzowa zaśmieli się na tę odpowiedź, a fala służalczego śmiechu pobiegła coraz dalej, aż zamarła gdzieś w dalekiej galerji, gdzie wisiały pociemniałe od starości portrety i obrazy nieznanych malarzy flamandzkich i niemieckich, chętnie skupowane przez Piotra, Katarzynę I i carycę Annę.
Adjutant mrugnął na Lisa i razem wycofali się z tłumu otaczających monarchę wielkich książąt, dostojników dworskich, dowódców wojskowych i posłów zagranicznych, wśród których kręcili się podstawieni przez Benkendorfa szpiegowie, słuchający, co mówią cudzoziemcy o przyjęciu w pałacu potentata północnego imperjum i jakie dla niego żywią uczucia.
Adjutant przeprowadził Lisa przez wszystkie sale, aż weszli do bufetu.
Była to długa galerja, zatłoczona gośćmi, z obrzydliwą chciwością walczącymi o miejsce przy stołach, które uginały się pod ciężarem półmisków z jadłem i naczyń z napojami.
— Chcę się trącić z tobą kieliszkiem! — rzekł do Lisa adjutant, uśmiechając się przyjaźnie. — Gdy będziesz pełnił służbę przy najjaśniejszym panu, staniemy się najbliższymi współpracownikami, więc musimy żyć w przyjaźni, aby ręka rękę myła!
Zaśmiał się głośno i, trącając się szklanką, zawołał:
— Bądź zdrów, Lisie, czego ci życzy twój przyszły kamrat, rotmistrz hrabia Fersen!
Szklanka z brzękiem wypadła z rąk młodzieńca.
— Co się stało? — spytał oficer.
— Nic... nic!... wyślizgnęło mi się z rąk szkło... — wybełkotał Lis, lecz natychmiast opanował wzruszenie i dodał: — W korpusie nie bardzo uczono nas, jak się należy trącać i pić!
Zaśmiał się zupełnie już nieprzymuszenie, a nawet wesoło.
— Czy to ojciec pana rotmistrza posiada majątek na Inflantach? — spytał po chwili Lis, popijając wino i robiąc obojętną minę, chociaż serce waliło mu coraz silniej.
— Tak! Teraz ojciec nasz już nie żyje. Ja i dwóch moich braci odziedziczyliśmy po nim „Mzurową Włość“, bo tak się nazywa ta posiadłość, — odparł rotmistrz. — A ty skąd znasz te okolice?
— Pochodzę z Inflantów... Zresztą opowiadano mi to i owo — odparł, mrużąc oczy i zaciskając zęby.
— Eh! Niewielka to i niełakoma włość! Mój starszy brat w niespełna rok przegra ją w karty do reszty, bo prawie trzy czwarte już przegrał i przepił! — ze śmiechem zawołał Fersen, niedbale machnąwszy ręką.
W tej chwili podszedł do nich generał Paszkow i, uśmiechając się do Lisa, rzekł:
— Idź, chłopcze, do swoich kolegów, bo zaraz rozpoczną się tańce, a poto przecież jesteście tu zaproszeni, aby piękne panie nie nudziły się i tańczyły jak najwięcej!
Lis ukłonił się i odszedł natychmiast.
Miał zmarszczone brwi i myślał:
— Ojca zabili, matka zginęła bez wieści, ograbiono całą rodzinę poto, aby młody Fersen przepił i przegrał ziemię naszą?! Do pioruna! Gdybym tak spotkał we cztery oczy tego opoja i szulera...
Zacisnął szczęki i pięści i ze skurczoną, mściwą twarzą stanął przed kolegami.
— Liszko, aleś dął dziś, aż w uszach dudniło i dech spierało w dołku! — wołali koledzy, otaczając go. — Dumni byliśmy z ciebie. O! A ty czemu taki zły?
Lis potrząsnął głową i odparł:
— Eh, nic! Miałem przykre spotkanie, które popsuło mi humor, bo właśnie piłem na „ty“ z adjutantem najjaśniejszego pana.
— Z którym? Może z hrabią Pahlenem? — pytali kadeci.
— Nie! Z hrabią Fersenem... — od niechcenia mruknął Lis i zaczął wciągać rękawiczkę.
— Z kim piłeś? — spytał Fedorczuk, podchodząc do niego.
— Z Fersenem. Jest to młodszy syn starego hrabiego, zwycięzcy z pod Maciejowic — syknął z nienawiścią w głosie kadet.
— Hm... — zamruczał Fedorczuk.
Orkiestra wojskowa zagrała poloneza.
Mikołaj, prowadząc za rękę cesarzową, poprzedzany przez marszałka dworu, szedł w pierwszej parze.
Do kadetów pawłowskiego korpusu podbiegł oficer pułku preobrażeńskiego i krzyknął:
— Zapraszać panie, siedzące na sali! Biegiem! biegiem!
Kadeci ruszyli tłumnie niby do ataku, lecz w tej chwili przypadł do nich rotmistrz kirasjerów z niebieską kokardą wodzireja na ramieniu i spytał zdyszanym głosem:
— Gdzie tu jest kadet Lis?
Chłopiec stanął przed nim.
— Proszę iść za mną! — rzekł oficer.
Po chwili Lis pochylał się już w ukłonie przed panienką, którą spostrzegł podczas defilady orszaku cesarskiego.
Rotmistrz, pobrzękując ostrogami, mówił po francusku:
— Oto jest kadet Lis! Dostarczyłem go żywym na rozkaz pani.
— Dziękuję, panie rotmistrzu! — z uśmiechem odparła panienka i podała dłoń kadetowi.
Stanęli w długim orszaku tańczących par i sunęli ręka w rękę przez sale i galerje pałacowe.
Panienka zapytała o coś swego tancerza.
Lis nie zrozumiał pytania. Było w niem coś niby znajomego, słyszanego kiedyś, lecz i obcego zarazem.
— Przepraszam panią, nie pojmuję... — rzekł po francusku zmieszany chłopak.
— Ach, przepraszam! — zawołała. — Z przyzwyczajenia zaczęłam rozmowę po polsku...
Lis, nie zdając sobie sprawy, ścisnął rękę panienki.
Był to uścisk tak potężny, że wydała cichy okrzyk bólu, lecz niebieskie oczy błysnęły radośnie.
— Boże, co ja narobiłem?! — jął się tłumaczyć Lis. — Niech pani będzie taka dobra i przebaczy mi niezręczność moją! Nie wiem, jak się to stać mogło? Jesteśmy bardzo nieobyci w towarzystwie... Spędziłem czternaście lat w korpusie i dopiero dziś po raz pierwszy... mam zaszczyt... mam szczęście... tańczyć z damą...
Gęsty, gorący rumieniec okrył twarz kadeta, stał przed panienką z pochyloną głową i bezwładnie opuszczonemi rękami, bełkocąc:
— Przepraszam... przepraszam bardzo pokornie!...
— A dlaczego pan tak mocno ściśnął mi rękę, gdy usłyszał, że odezwałam się po polsku? — spytała panienka i uśmiechnęła się łagodnie.
Kadet podniósł głowę i zajrzał w oczy swej towarzyszki.
— Nigdy nie słyszałem tej mowy... chociaż jest to mowa mego ojca i matki, których nie pamiętam wcale... Jestem sierotą... wychowałem się wśród Rosjan — najpierw w sierocińcu... potem w korpusie, ale, ale ja jestem Polakiem... co prawda, dowiedziałem się o tem dopiero trzy dni temu...
Panienka nagle ujęła go za rękę i szepnęła:
— Tańczmy dalej, a pan niech mi opowie o sobie wszystko, co pan wie...
Lis, z wdzięcznością i zachwytem spojrzawszy na nią, opowiedział jej swoje krótkie dzieje, słyszane od Fedorczuka i generała Paszkowa, a gdy doszedł do tego, że sam car chce być chrzestnym ojcem jego, panienka szepnęła:
— To straszne! Do tego nie można dopuścić!
— Teraz nic nie pomoże! — odparł ponuro młodzieniec. — Taka jest wola najjaśniejszego pana...
— Musimy obmyśleć coś takiego, aby cesarz raczył odwołać swoje postanowienie — rzekła panienka stanowczym głosem, który zabrzmiał namiętnie.
— Jak to uczynić? — spytał chłopak. — Któż potrafi przekonać o tem jego cesarską mość? To — beznadziejne...
— A pan sam nie chciałby zmienić wiary? — szepnęła panienka, bacznie i surowo patrząc na kadeta.
— Pani, — odparł po namyśle, — nie mam żadnego pojęcia o wierze rzymsko-katolickiej, bo nikt mnie jej nie uczył, ale ja nie chcę zmieniać jej, bo tak wierzyli i modlili się rodzice moi.
— Ach, jak to pięknie pan powiedział! — zawołała panienka i ścisnęła mu rękę mocno, serdecznie. — Zatem wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej!
— Co może być lepszego? — mruknął. — Moja piosenka skończona — będzie tak, jak postanowił cesarz.
— Mam pewien plan... — zaczęła szeptać, pochylając się do niego. — Jutro pojadę do księżny Joanny i będę prosiła ją o radę i pomoc. Cesarz bardzo lubi księżną panią... i, z pewnością, nie odmówi jej...
— Nie wiem o kim pani mówi, bo nic nie słyszałem o księżnej Joannie! — przyznał się kadet, ze zdumieniem patrząc na ruchliwą, zmienną twarzyczkę swej uroczej towarzyszki.
— Mówię o księżnie Łowickiej! — objaśniła.
Zmieszany i zawstydzony Lis milczał.
— Teraz pan zrozumiał? — spytała panienka.
— Nic a nic... — szepnął z westchnieniem.
Panienka zaśmiała się wesoło i zawołała:
— Czegóż was uczą w tym korpusie?
— Trochę — matematyki, literatury, geografji i historji rosyjskiej i rzymskiej, strategji i artylerji, więcej francuskiego i niemieckiego, a najwięcej — to musztry, gimnastyki, fechtunku, konnej jazdy i tańców... — wyrecytował kadet.
— No, to widzę, że muszę panu objaśnić wszystko dokładnie — zaśmiała się panienka. — Księżna Łowicka jest małżonką cesarzewicza Konstantego...
— Cóż mi z tego przyjdzie? — przerwał jej Lis. — Skoro jest małżonką wielkiego księcia, tedy jest Rosjanką i prawosławną, jak i on!
— Myli się pan! Księżna pani pochodzi z polskiej, katolickiej rodziny Grudzińskich; prawda, że księżna nie miesza się nigdy do spraw ważnych dla naszego narodu i państwa, lecz w drobnych rzeczach, a pan, panie kadecie, jesteś właśnie taką, „rzeczą drobną“, nieraz nie odmawia swej pomocy.
— Nie do wiary! — zawołał zdumiony młodzieniec. — Czyż to możebne w istocie? Cesarzewicz wziął za żonę Polkę?! No — no?
— Nie tylko „wziął“, lecz tak ją kocha, że dla niej zrzekł się praw do tronu, który zajął po śmierci cesarza Aleksandra brat jego, Mikołaj... szczęśliwie nam panujący monarcha, — objaśniała panienka.
— Któż może dotrzeć do tak wysokiej osoby? — z beznadziejnym wyrazem twarzy odezwał się Lis, machnąwszy ręką.
— Ja... — odparła natychmiast panienka. — Ja, bo jestem spokrewniona z księżną panią dość blisko.
— Pani?
— Tak! Nazywam się Juljanna Truszkowska. Ojciec mój mieszka na Litwie, lecz mama jest z królestwa kongresowego, z domu Derpowska i z tej też rodziny pochodzi matka księżny pani... Ale oto i koniec poloneza!... Proszę mi powiedzieć, kto jest dyrektorem korpusu?
— Generał Paszkow... — odparł zdumiony Lis, odprowadzając pannę Truszkowską do jej miejsca przy siwej, wyniosłej matronie, siedzącej w otoczeniu starszych pań.
— Ciociu, — powiedziała panienka, wskazując na kadeta, — przedstawiam cioci pana Władysława Lisa, tego, który to tak pięknie grał dziś na trąbce!
Siwa pani podniosła lornetkę do oczu i, obejrzawszy barczystą postać, rumianą twarz i śmiałe oczy pochylonego przed nią w ukłonie młodzieńca, spytała uprzejmie:
— Lisa? No, proszę? Z jakichże to Lisów? Z kresowych, czy z Mazowsza, a może, z tych, co na Warcie się utrzymali cudem niemal?
Lis milczał, bo nie rozumiał, o co go pyta ta poważna, dostojna nad wyraz pani.
— Z jakiej linji Lisów pochodzisz, mój chłopcze? — powtórzyła pytanie matrona.
Zarumieniony po uszy kadet jąkał się, jak żak:
— Nie wiem... nie wiedziałem, że Lisowie mają... linje... Ja jestem poprostu Lis... kadet siódmej klasy korpusu imienia cesarza Pawła...
Kłaniał się raz po raz i rumienił się coraz bardziej.
Panna Truszkowska przyszła mu z pomocą i szepnęła kilka słów do ucha staruszki.
Tiens[4]?! — zawołała sądziwa pani. — C’est èpatant![5]...
Znowu podniosła do oczu szkła i badawczo przyjrzała się młodzieńcowi.
— Założyłabym się, że takim być musiał Wańko z Lisowa... Rodzinne cechy nigdy nie zanikają w Lisach — zawyrokowała stanowczo. — C’est merveilleux![6].
Chłopak słuchał tego, jak na niemieckiem kazaniu, i wciąż się kłaniał.
Odetchnął z ulgą, gdy mógł wreszcie odejść. Tańczył później z jakąś pulchną krasawicą, przybyłą na bal z Moskwy. Ta przyciskała się do niego wybujałą piersią i, przewracając oczy, szeptała słodko:
— Pan tańczy, jak Febus... Szkoda tylko, że nie ma pan ostróg... Ach, przepadam za „malinowym“ brzękiem ostróg! A jak pan cudownie gra! Nigdy nic podobnego nie słyszałam, chociaż w korpusie papy są znakomici trębacze... Powiedziano mi, że zostanie pan przydzielony do świty jego cesarskiej mości? Ach, wtedy spotkamy się jeszcze nieraz! Nieprawdaż? Pan przypomni sobie skromną prowincjonałkę?...
— A to ci babsko szarżuje? — myślał Lis, lecz na głos tego nie wypowiedział. Mruczał tylko jakieś niewyraźne słowa i wypatrywał wolne krzesło, na którem mógłby usadowić „skromną prowincjonałkę“ i drapnąć od niej jak najdalej.
Skończywszy taniec, ukrył się w bufecie, gdzie pił jakieś smakowite napoje chłodzące i oglądał publiczność, która, niby zgraja zgłodzonych wilków, oblegała stoły, nakładając na talerze olbrzymie kawały mięsiwa, pasztetów, wlewając w siebie wódkę i wino; niektóre damy chowały nawet nieznacznie do torebek lub do kieszeni i czapek mężów owoce, cukierki i złocone orzechy, unosząc je w upominku dla nieobecnych członków rodziny lub na pamiątkę o wizycie w pałacu cesarskim.
Dziwił się temu kadet i czuł pogardę dla tej dzikiej, żarłocznej hordy, tłoczącej się przy jadle i napitkach, jakgdyby od trzech dni nic w ustach nie miała.
— A to ci goście! — śmiejąc się w duchu, myślał Lis. — Banda zjadaczy, drapichróstów, zlizujących carskie półmiski!
Nagle odżyły mu we wspomnieniach słowa kapitana Głotowa o tych pochlebcach, nikczemnikach i służalcach, którzy przyklaskują najgorszej samowoli cesarzy, i zrozumiał wtedy, jak trudnem jest zadanie walczyć o nowe życie w tem ogromnem państwie, rządzonem twardą ręką Mikołaja.
Po chwili wzruszył spokojnie ramionami, bo przyszło mu na myśl, że niema poco troskać się o Rosję; był przecież Polakiem, Lisem, który ma jakieś „linje“ niby prawdziwa dynastja panująca i że chodzi tylko o to, aby car rządził sobie w Rosji, a nie porywał się na Polskę.
Imię Polski nabrało teraz dla niego uroku, może dlatego, że panna Juljanna Truszkowska pochodziła z tego kraju, który był również jego ojczyzną.
Postanowił sobie solennie znaleźć na mapie Mazowsze i Wartę, o których wspominała siwa dama i te... „kresy“, chociaż znaczenia tego słowa nie pojmował wcale.
Po balu odprowadzono wychowanków szkół do koszar pułku preobrażeńskiego, ochraniającego pałac Zimowy, i tu podejmowano kolacją z winem i różnemi, nieznanemi kadetom smakołykami. Wznoszono toasty na cześć jego cesarskiej mości, cesarzowej i panującego domu Romanowych; podochocona młodzież ryczała „hurra“, lecz Lis nie krzyczał, udając, że pije na umór i bawi się wybornie.
Już świtać zaczęło, gdy kadeci powrócili do korpusu, bladzi, zmęczeni, a rozchodzili się po swoich „dortuarach“ chwiejnym, niepewnym krokiem.



Rozdział IV.
Powrót zbłąkanego.

Na brzegu brudnej, cuchnącej rzeki Fontanki, przecinającej środkową część Petersburga, naprzeciwko rozległego parku, należącego do słynnego w dziejach Rosji rodu tatarskich książąt Jusupowych, wznosiły się olbrzymie gmachy, w stylu koszarowym, — nudnym i ponurym.
Wszystkie te zabudowania, rozrzucone na dużej przestrzeni, stanowiły posiadłość wielkiego księcia Konstantego, stale przebywającego w Warszawie.
Cesarzewicz nie lubił Petersburga i niechęci swej do stolicy imperjum rosyjskiego wcale nie ukrywał.
Dowiedziawszy się o szczegółach zamordowania ojca swego, cesarza Pawła, przez oficerów gwardji i wyższych dostojników pałacowych, w co, jak mówiono wielkiemu księciu, byli wtajemniczeni zawczasu i mogli przeszkodzić w dokonaniu zamachu bracia jego Aleksander i Mikołaj, cesarzewicz przez całe swoje życie nie mógł zwalczyć uczucia nienawiści i pogardy dla Rosjan i szczególnie dla arystokratów petersburskich, których w napadzie gniewu nazywał „carobójcami“.
Jedną z oficyn zabudowań pałacowych Konstanty oddał marszałkowi Brońcowi, ojczymowi małżonki swojej, księżny Joanny Łowickiej.
Marszałek zjeżdżał tu rzadko, poto tylko, żeby odczasu do czasu pokazać się na dworze cesarskim i coś-niecoś wycyganić dla siebie. Nie ośmielał się bowiem pan Broniec prosić o coś Konstantego, ponieważ zbyt dobrze znał gwałtowny charakter i niczem niepohamowaną brutalność cesarzewicza, piastującego godność naczelnego dowódcy wojsk polskich, a w rzeczywistości coraz bardziej zaciskającego w twardych i dzikich rękach losy Polski kongresowej.
Jednak petersburska siedziba marszałka Brońca nigdy nie świeciła pustkami. Stawał tu ze swoją świtą nominalny namiestnik Królestwa Polskiego, generał Zajączek, jeszcze częściej — niegodziwy doradca wielkiego księcia, pijak, rozpustnik, szpieg i ciemiężca — senator Nowosilcow, zagorzały wróg konstytucyjnych praw Polski, a z nim razem znienawidzeni przez Polaków, a cieszący się zaufaniem cara oficerowie Van-der-Noot, Kampen i Szlej. Mieszkał tu też ówczesny minister, książę Lubecki, i inni działacze polscy, zmuszeni z tej lub innej racji przebywać w „północnej Palmirze“, jak nazywano Petersburg.
Najczęściej zaś oficynę w pałacu Konstantynowskim zamieszkiwała sama pani Brońcowa. Dama ta lubiła pokazywać się w stolicy i umiała, jak nikt inny, załatwiać przeróżne sprawy, odwiedzając liczne kancelarje urzędowe, gdzie wszędzie miała wstęp, jako matka księżny Łowickiej, oraz podejmować szumnie znajomych dostojników, których poznawała na przyjęciach dworskich i na balach arystokracji stołecznej.
Do pani marszałkowej zjeżdżały się z Litwy, Białej Rusi i Kongresówki, gdzie ta o nader obszernych koligacjach dama miała rozgałęzione stosunki, całe hufce ciotek, wujenek i kuzynek, proszących o protekcję i pomoc wpływowej krewniaczki.
Na jesieni r. 1830 przybyła do niej generałowa Romerowa z siostrzenicą pani marszałkowej — Juljanną Truszkowską, panienką 17-letnią, niezamożną, lecz starannie wykształconą.
Pani Marjanna Romerowa zjechała nad Newę w celu uzyskania ułaskawienia dla swego syna, który dostał się w ręce szpiegów. Wykryli oni bowiem przynależność młodego studenta do rozwiązanego przed laty stowarzyszenia „Promienistych“ i wszelkiemi sposobami dążyli do ostatecznego uwikłania go w swe sieci.
Panna Juljanna Truszkowska miała zaś własną sprawę, którą marszałkowa obiecała poprzeć.
Chodziło jej o uzyskanie zezwolenia rządu na wyjazd do Paryża, gdzie miała się poświęcić studjom lekarskim, Francję zaś w owe czasy uważano za „kuźnię rewolucji, buntu i wszeteczności wszelakiej“.
Młoda panienka dla swej wizyty nad Newą wybrała czas jak najlepszy, albowiem w pobliżu stolicy, w swoim pałacyku w Carskiem Siole na początku jesieni przebywała od dni kilku księżna Joanna Łowicka, zmuszona do tego niebywałą łaską cesarza Mikołaja, który rozkazał nazwać imieniem małżonki swego brata nową fregatę.
Księżna musiała być więc „matką chrzestną“ okrętu i wyrazić cesarzowi swoją wiernopoddańczą wdzięczność za tak wysoki zaszczyt, poczem powrócić do Warszawy.
Pewnego dnia na początku listopada r. 1830 do bramy pałacu Kostantynowskiego zbliżył się barczysty, rumiany kadet o śmiałej twarzy i jasnych oczach.
Stojący przy furcie hajduk dość brutalnie zatrzymał go.
Kadet, wyjął z poza zawiniętego mankieta rękawa żółtą, urzędową kopertę i rzekł:
— Nazywam się Władysław Lis! Zostałem wezwany tu przez kancelarję ministra wojny.
— Ach tak, wasza dostojność! — zawołał hajduk, zrywając czapkę z głowy. — Pani generałowa Romerowa kazała mi natychmiast odprowadzić waszą dostojność do apartamentów pana marszałka!
Kłaniając się w pas, wskazywał gościowi drogę.
Przechodząc przez obszerny dziedziniec, kadet mruczał do siebie:
— Pani generałowa... pan marszałek... moja dostojność... — jakieś cuda z bajki! Nic nie rozumiem, lecz widzę, że trafiłem do krainy niespodzianek i wypadków przedziwnych!...
Hajduk wprowadził go do sieni oficyny, stojącej w głębi ogrodu, pomógł zdjąć płaszcz, obciągnął na nim mundur i pas, strzepnął kurz z butów i wskazał na drzwi, mówiąc:
— Wasza dostojność raczy wejść tędy, bo tam właśnie przyjmuje gości pani generałowa!
Lis wszedł do dużego, pięknie umeblowanego salonu, zastawionego ciężkiemi fotelami, kanapami, kozetkami, szafkami z porcelaną i srebrem.
Na ścianach, obitych ciemno-szafirową jedwabną tkaniną, haftowaną w srebrzyste lilje, wisiały obrazy w drogich, złoconych ramach.
Kadet nie spostrzegł nikogo w salonie, lecz gdy postąpił kilka kroków naprzód, rozległ się głos niewieści:
— Nareszcie!
Lis obejrzał się i złożył niski ukłon. Dopiero teraz spostrzegł sędziwą matronę, której był przedstawiony na balu. Siedziała w głębokim fotelu, patrzyła na gościa przez lornetkę i uśmiechała się, wyciągając doń długą, bladą dłoń.
— Teraz Juljanna umityguje się nakoniec! — mówiła. — Nie uwierzysz, młodzieńcze, jak dziewczyna miotała się, szukając sposobu na ciebie, aż dopóki zupełnie przypadkowo nie poznałyśmy u starej feldmarszałkowej Kutuzowej generała Paskiewicza, który wystarał się o list ministra do twego dyrektora, z poleceniem, abyś nas w każde święto odwiedzał w pałacu cesarzewicza...
— Teraz rozumiem!... — odparł Lis, składając pocałunek na dłoni staruszki. — Ja i koledzy głowiliśmy się nad tem, co może znaczyć papier z kancelarji pana ministra wojny!...
— To sprawki Juljanny, która zamierza przerobić ciebie stante pede[7] na prawdziwego Polaka! — zaśmiała się pani Romerowa. — Z pewnością, jednak, nie zapytała się ciebie, czy sam pragniesz tego?
Staruszka westchnęła i po chwili dodała:
— Tak! Coraz więcej teraz mamy takich, którzy radziby byli zapomnieć o Polsce i o swem pochodzeniu lechickiem... Minęły, powiadają, te czasy, gdy miano Polaka przynosiło honor i splendor... Teraz inaczej... o, jakżeż inaczej!...
Lis zamienił się w słuch i nawet oddech zahamował.
Czuł, że w tym domu dowie się wreszcie wszystkiego, czego brakowało mu, aby powziąść jakieś postanowienia, które po pamiętnej rozmowie z Fedorczukiem już kiełkowało w sercu jego.
— Proszę mówić!... — szepnął z namiętną prośbą, widząc, że staruszka umilkła i, jakgdyby w rozpaczy, przycisnęła blade dłonie do piersi.
Pani Romerowa podniosła na niego oczy i odparła:
— Pozostawiam to Juljannie, bo młoda osoba ma w sobie więcej sił i wiary niezłomnej... Ona cię oświeci, miły chłopcze...
To rzekłszy, zadzwoniła, a gdy wszedł sługa, kazała mu prosić panienkę do salonu.
Po chwili wbiegła panna Juljanna i, serdecznie uścisnąwszy rękę kadeta, jakgdyby oddawna panowała pomiędzy nimi zażyłość i przyjaźń, zawołała:
— Wezmę pana w obroty! Musi pan być bardzo cierpliwy, uważny i pojętny, bo czasu mamy mało, a do odrobienia — niezliczoną moc! Zostanie pan zwolniony od nauki tylko podczas śniadania, obiadu i kolacji, a resztę czasu poświęcimy na to, co jest najważniejsze teraz i nieodzowne, ponieważ...
Urwała i zamyśliła się przez chwilę poczem, potrząsnąwszy złocistą główkę, zakończyła:
— Nie! Do tego dojdziemy później... A teraz nie przeszkadzajmy cioci, która czyta „Malwinę“ pani Anny Nakwaskiej, i chodźmy do bibljoteki... Tam tak dobrze się gwarzy!
Ujęła go za rękę i pociągnęła za sobą.
W izbie, zastawionej ciężkiemi szafami, pełnemi książek, oświetlonej dużem oknem ze szkieł różnobarwnych i ogniem palącego się kominka, usiedli przy stole; leżały na nim jakieś mapy rozwinięte, kilka książek, papier i ołówek.
Panienka spoważniała nagle i, rzuciwszy badawcze i rzewne zarazem spojrzenie na Lisa, uczyniła na piersi znak krzyża świętego, a później oczy wzniosła na wiszący nad klęcznikiem srebrny krucyfiks.
— Pani się żegna inaczej niż my!... — zauważył kadet.
— Żegnam się po katolicku — odparła. — Proszę powtórzyć to za mną: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego — amen!“ Jeszcze raz! Doskonale! Teraz pan może już modlić się po polsku do Boga — Stwórcy. Napiszę panu jeszcze „Ojcze — nasz“ po polsku i „wieczne odpocznienie“. Będzie pan modlić się odtąd w rodzinnej mowie za ojczyznę i za swych zmarłych rodziców! Żeby na przyszłą niedzielę umiał pan te modlitwy na pamięć, bo razem pójdziemy do kościoła!...
Szybko napisała modlitwę Pańską i „wieczny odpoczynek“, a, oddając kartkę chłopakowi, z zadowoleniem spoglądała na jego zamyśloną i poważną twarz, na której nie dostrzegła ani cienia zakłopotania, ani też drwiącego uśmiechu.
— No, a teraz będziemy mówili o czemś innem! — zawołała panienka. — Kto są Lisowie, mój panie?
Wzruszył ramionami i potrząsnął głową.
— Nie wiem! — rzekł. — Fedorczuk powiedział mi tylko, że są Polakami i mieli posiadłość ziemską na Inflantach... To i wszystko!
— Bardzo mało! — zaprzeczyła energicznie. — Lisowie należą do jednego z najstarszych rodów polskich i pieczętują się herbem Lis, który wygląda tak!
Rysując wizerunek herbu ze strzałą, dwakroć przeciętą i z półlisem, umieszczonym w koronie, panienka mówiła:
— Przodek pana z w. XIII-go Wacław, czyli Wańko z Lisowa był ulubionym rycerzem księcia Henryka Pobożnego, Piastowicza Śląskiego, który zginął w bitwie z Tatarami i zdradliwemi kniaziami ruskimi pod Lignicą (ot tu, niech pan spojrzy na mapę!). Ten Wańko posłował na dworach czeskiego i węgierskiego królów, a później pobił na głowę armję tatarską. Był to mocarny, odważny i przebiegły rycerz... wierny, ofiarny syn ojczyzny!
Kadetowi aż się oczy roziskrzyły i błysnęły kły, a dziewczyna, coraz bardziej zapalając się, opowiadała dalej o tem, że wśród Lisów było kilku wysokich dostojników Kościoła, a więc: arcybiskup gnieźnieński Pełka, arcybiskup poznański Mikołaj; o tem, że Lisowie straż trzymali nad Wartą przeciwko zalewowi niemieckiemu i od północy, broniąc rubieży polskich od najazdów pogańskich Prusów oraz drapieżnych, chciwych i podstępnych krzyżaków; mówiła o bitwie Grunwaldskiej, gdzie Jaksa Lis z Targowiska w pierwszym szeregu wraz z ośmiu najznakomitszymi rycerzami polskimi, walczył z krzyżackim zakonem niemieckim, gdy to król Władysław Jagiełło odniósł nad nim zwycięstwo sławne; wyliczała imiona Lisów, którzy po udanej wojnie z Moskwą, na zawołanie króla Stefana Batorego, osiedlać się zaczęli na Inflantach i Białej Rusi, piersią swoją osłaniając ojczyznę od wschodu; z ogniem w źrenicach szeptała o harcach Lisów na Rusi podczas panującego tam bezkrólewia, i na zachodzie, gdzie docierali aż do Renu, roznosząc wszędzie sławę miecza polskiego i szerząc klęskę; prawiła o przygodach Władysława Lisa na Bałtyku, gdy król Zygmunt III o to morze ze Szwedami się prawował, wspomniała też tych Lisów, którzy śmiercią walecznych polegli pod sztandarami Kościuszki, obrońcy prawdziwej wolności, bo nie szlachty tylko, lecz całego narodu polskiego; mówiła też o Lisach, poległych w bitwach Napoleona Bonapartego, wielkiego wodza i wojownika, chociaż zawiódł on był nadzieje Polski...
Wreszcie umilkła, wyczerpana i blada.
Kadet nie odzywał się.
Siedział z głową opartą na dłoniach i, cały zamieniony w słuch, oddychał porywczo i często, płonął i drżał ze wzruszenia.
Oczy jego zwykle jasne i pogodne, ciskały teraz błyskawice, a twarz stała się dumna i uduchowiona.
Po chwili oprzytomniał i spojrzał na dziewczynę.
— Dziękuję pani... o, jakże gorąco dziękuję! — wyszeptał. — Teraz wiem, jaka krew płynie w moich żyłach. Gdyby nie pani...
Zerwał się z krzesła i nagle ze szlochem padł jej do stóp w porywie wdzięczności bezmiernej, żądającej czynu i wyrazu.
Cały ten dzień przegadali ze sobą.
Panienka opowiadała mu o dziejach Polski, o sławnych królach, hetmanach uczonych, o bitwach i zwycięstwach, a nigdy nie zapominała wtrącić słówka o tem, czem się zasłużyli w tym lub innym okresie Lisowie, dalecy i bliscy przodkowie trębacza korpusu kadetów imienia cesarza Pawła, ulubieńca surowego imperatora Wszechrosji — Mikołaja.
— Skąd pani wie tyle o Lisach? — zapytał wreszcie chłopak.
— Skąd? — powtórzyła dziewczyna. — Mój dziadek, ś. p. Gerwazy Truszkowski, miał za żonę Zofję z Lisów. Była to niewiasta uczona i po śmierci swej pozostawiła wraz z pamiętnikiem spisaną starannie kronikę swego rodu. Na końcu manuskryptu zrobiła babka taki napis: „Ród Lisów, co wiernie stróżował ojczyzny nad Wartą, Bzurą, Dźwiną i Wisłą, nie dla zaszczytów, nie dla sławy i bogactwa, ino z uczciwości duszy i gorącego miłowania, podupadł, ubożał coraz bardziej, albowiem troskał się nie o siebie, ino o dobro kraju i narodu, za co należy mu się wspominek, aby imię sławnego rodu prastarego w niepamięć nie poszło“.
— Rozumie pan? — zapytała i powtórzyła z naciskiem: „Troskał się nie o siebie, ino o dobro kraju i narodu“...
Lis w milczeniu skinął głową w głębokiem zamyśleniu.
Powróciwszy wieczorem do korpusu, długo nie mógł usnąć, przewracał się z boku na bok, męczył się aż do świtu, ale zato nauczył się polskich modlitw i w pamięci swej odtworzył obraz dziejów Polski i historję rodu swego, wyraźnie słysząc dźwięczny, słodki głosik Juljanny, dochodzący doń zdaleka.
Gdy rano kadeci stali w sali i śpiewali modlitwę za zdrowie cara i panującej rodziny, Lis milczał i myślał:
— Teraz już nie oszukacie mnie! Wiem, że wszyscy carowie czyhali na zgubę Polski, aż rozdarli ją na szmaty, a teraz chcą ją w niewolnicę obrócić! „Najmiłościwszy“ pan! Najmiłościwszy dla swoich dworaków, a najsurowszy i najniesprawiedliwszy dla ludu mego!...
W myśli powtarzał po polsku „Ojcze nasz“, modląc się o szczęście ojczyzny...
Kiedyś, przechodząc koło dyrektora, posłyszał, jak generał krzyknął do niego:
— No, jak się masz, przyszły ordynansie cesarski? Prędko urządzimy chrzest!
— Najpokorniej dziękuję waszej ekscelencji! — odpowiedział Lis, a w duszy z zaciętością mówił do siebie.
— Lis nie będzie oficerem do posług Mikołaja! Ja pochodzę od sławnych rycerzy, ród swój wywodzących z mroku wieków minionych, a car ma za przodków jakichś książątek szwabskich, których, z pewnością, Lisowie tłukli nieraz! Żeby taki Mikołaj, dziki i wściekły tyran, był moim ojcem chrzestnym?! Przenigdy! Całuj, generale, psa w nos...
Jednak wiadomość, zasłyszana od Paszkowa, zaniepokoiła Lisa.
— Trzeba nagwałt coś zrobić, bo inaczej, tylko patrzeć — pociągną mnie do cerkwi! — myślał z trwogą kadet, lecz daremnie łamał sobie nad tem głowę, nic obmyśleć nie mogąc.
Wreszcie machnął ręką i gwizdnął radośnie.
Sam nie wiedział skąd spłynęło na niego nagłe uspokojenie. Czuł niezłomną pewność, że stanie się coś, co odwlecze, a może nawet zupełnie zniweczy pomysł Mikołaja.
Każdej niedzieli biegł Lis do oficyny marszałka Brońca i cały dzień spędzał z panną Juljanną lub z sędziwą panią Romerową. Obie panie opowiadały mu, co się dzieje w Polsce pod rządami brutalnego Konstantego i ohydnego Nowosilcowa, który zamierzał zniszczyć odrębność królestwa Polskiego i uczynić z niego „gubernję“ rosyjskiego imperjum.
Chłopak drżał, słuchając tych opowiadań smutnych i ponurych, pięści zaciskał, aż mu stawy chrzęściły, i zgrzytał zębami, jak młody wilk.
Dowiedział się z przerażeniem o samowolnem ograniczeniu przez cara praw sejmu, uszanować które przysięgał uroczyście; łzy mu nabiegły do oczu, gdy słyszał o zupełnem zniszczeniu szlachetnego aktu konstytucji 3 maja; z trudem powstrzymywał się, aby nie kląć po żołniersku, dowiadując się o niecnej robocie szpiegów senatora Nowosilcowa, nie przebierającego w środkach; o niespełnionej przez cesarza Aleksandra obietnicy przyłączenia Litwy do Polski pod berłem cara; pojmował teraz, że chociaż rosyjscy pochlebcy nadali Aleksandrowi przydomek „Błogosławionego“, okazał się on drapieżnym obłudnikiem i bezczelnym kłamcą, gdyż milczeniem swojem potakiwał samowoli i bezprawiu Konstantego, torturującego oficerów i żołnierzy, dręczonych, znieważanych podczas nieprzerwanych musztr i manewrów.
Dowiedział się młody Lis o straszliwym ucisku drukowanego słowa w konstytucyjnej Polsce. Wiedział, że w Rosji srożył się zacofany, ciemny Uwarow, lecz i ten nie dopuszczał się takich zbrodni nad żywą myślą i sumieniem ludzkiem, przed jakiemi nie cofał się w Warszawie wynaleziony przez Nowosilcowa przekupny zdrajca swego kraju, cenzor Szaniawski, lub minister Stanisław Grabowski, usiłujący zniszczyć oświatę i spodlić młodzież.
Pewnego razu pani Romerowa opowiedziała chłopakowi o ponurych dziejach tajnego Towarzystwa Patrjotycznego, kierowanego przez majora Walerjana Łukasińskiego i jego pomocników — Ignacego Dobrogojskiego i Mikołaja Dobrzyckiego, wydanych w ręce wielkiego księcia Konstantego przez zdrajcę Karskiego. Lis, posłyszawszy o skazaniu ich i o publicznem nad nimi znęcaniu się katów, zakuwających nieszczęsnych w kajdany, huknął pięścią w stół i krzyknął z rozpaczą i wściekłością:
— Jak długo będą znosili Polacy takie rządy? Należy ogłosić cesarza wrogiem narodu, pozbawić korony, zabić Konstantego, jak zgładzili Pawła, i rozpocząć wojnę z Rosją! Młodzież powinna to uczynić!
Obie kobiety spojrzały na siebie znacząco i opuściły oczy tajemniczo.
Po chwili panienka przyniosła zwój papieru i po francusku przetłumaczyła Lisowi „Odę do młodości“ Mickiewicza, a potem opowiedziała mu treść „Konrada Wallenroda“.
Chłopiec skrzywił się i rzekł:
— Oda jest piękna i wzniosła! Zato poemat nie podobał mi się... Mężczyźni powinni walczyć otwarcie, oko w oko, pierś z piersią... Podstęp jest bronią niewolników!... Chytrość wojenna jest rzeczą niezbędną i korzystną, lecz przedtem powinno nastąpić wypowiedzenie wojny...
Wysłuchawszy opowiadania o tem, jak sąd sejmowy, wiedząc o pogróżkach cara, uniewinnił spiskowców polskich, będących w stosunkach tajnych z rosyjskiemi grupami rewolucyjnemi, Lis wskoczył i krzyknął w uniesieniu:
— Sąd uratował honor narodu! Nie uległ despotycznej woli cesarza! O jakżeż jestem dumny z tego i szczęśliwy!
— Nic to nie pomogło! — z westchnieniem rzekła generałowa. — Cesarzewicz kazał uniewinnionych schwytać ponownie i przewieść do Petersburga.
— Tak? — spytał Lis, zgrzytnąwszy zębami. — Cóż dalej będzie?
Zapanowało milczenie, które przerwała pani Romerowa, mówiąc:
— Nic innego nie pozostaje, jak tylko zdać się na łaskę i niełaskę cesarza Mikołaja... prowadzić układy, politykować, posyłać delegatów, aby prosili cara o zachowanie konstytucji.
Chłopak energicznie potrząsnął głową i odparł twardym głosem:
— Nic innego nie pozostaje, jak bronić tej konstytucji i honoru narodu ręką zbrojną! Ja pierwszy pójdę!...
Panienka z krzykiem radości i szczęścia rzuciła się ku niemu i szeptała gorąco, patrząc w jego oczy, pełne płomieni i uniesienia.
— Niech Bóg cię natchnie, miły, szlachetny panie Władeczku, niech cię prowadzi drogą świetlaną!...



Rozdział V.
Rzucona rękawica.

W grudniu, w dzień imienin cesarza, po paradzie na placu korpusowym, Lis, zameldowawszy się u dyżurnego oficera, jak zwykle, wyszedł na ulicę i szybkim krokiem szedł wybrzeżem Fontanki ku pałacowi Konstantego.
W oficynie, gdzie się mieściło mieszkanie marszałka Brońca, witano chłopca radośnie, lecz od badawczych oczu jego nie mogły się ukryć niepokój i troska na twarzach panny Truszkowskiej i sędziwej generałowej.
Nie śmiał pytać, więc natychmiast zaczął odrabiać z panną Juljanną zadaną mu lekcję z historji i języka polskiego, którego uczył się po nocach, przynosząc z wizyt świątecznych książki i całe arkusze, zapisane słówkami i zdaniami, układanemi przez młodą nauczycielkę.
Uczył się z całym zapałem, bojąc się ujrzeć zmarszczoną brew dziewczyny lub usłyszeć jej smutne westchnienie.
Dałby za nią porąbać się na kawałki i bez namysłu zginąć w jej obronie, gdyż stała się dla niego tak wielkiem, tak wszystko w życiu i uczuciach jego przenikającem szczęściem, niezgłębionem, a promiennem, że niemógł już wyobrazić sobie istnienia bez niej.
Była to podświadoma dopiero miłość młodzieńcza, pierwsza i nieraz ostatnia, wypalająca nigdy nieznikające ślady w sercu i duszy, miłość, która później zaważyć może na szalach życia, wstrzymując od złych czynów i budząc jasne, czyste i wzniosłe porywy.
Lis czuł się niemianowanym rycerzem Juljanny, ślubował jej każdem biciem swego serca, każdą myślą, każdym odruchem duszy wierność i przysięgał sobie, że stanie się godnym jej przyjaźni i dobroci w każdej okoliczności życiowej, bez zastrzeżeń, bez wahań.
Nie śmiałby powierzyć sam sobie największej tajemnicy, która jeszcze zaledwie świtała w nim, i wolał patrzeć na Juljannę z uwielbieniem i ślepem oddaniem, czuć tę wielką radość i szczęście bezmierne, jakgdyby w tej wiotkiej dziewczynie o złotej koronie miękkich włosów, o oczach pogodnych zawsze i jasnych, odnalazł matkę, siostrę i utraconą, zdawało się, na zawsze ojczyznę.
Uczył się więc z uporem szalonym, robiąc szybkie postępy i ciesząc się, że z dniem każdym staje się bliższym Juljannie, bardziej zrozumiałym dla niej, a rozumiejącym jej przeżycia i uczucia, że budzi w niej podziw i coraz głębszą przyjaźń dla siebie.
Już nie zwracała się doń z zimnym, nic nie znaczącym frazesem:
„Monsieur Lis“, lecz mówiła słodkim głosem: „Panie Władeczku“, co budziło w nim jakąś nieznaną rozkosz i cichą, promienną radość.
Chłopak, siedząc obok panienki, opowiadał jej o granicach dawnego Królestwa Polskiego, z zachwytem i dumą ogarniając na mapie olbrzymią połać Europy, należącą do królewskiego rodu Piastów.
Nagle panna Juljanna dotknęła jego ramienia.
Zdumiony podniósł na nią oczy.
— Pan nic nie słyszał, co się dzieje na świecie? — zapytała.
— Nie! — odparł, czując jakiś niepokój, nagle ogarniający go.
Panienka pochyliła mu się do ucha tak blisko, że poczuł na skroni gorący oddech jej i lekkie muśnięcie złocistych pasemek włosów, wijących się nad czołem.
— W Warszawie wybuchło powstanie!... — szepnęła dobitnie.
— Powstanie! — zawołał chłopak, zrywając się z krzesła.
Panienka skinęła główką i szeptała dalej:
— Dziś przyjechał do nas pchnięty przez mego ojca goniec. Donosi nam, że wychowankowie warszawskiej szkoły podchorążych rozpoczęli pierwsi. Chcieli oni pod dowództwem swego instruktora, podporucznika grenadjerów gwardji, Piotra Wysockiego, uwięzić lub zabić wielkiego księcia Konstantego, rozbroić gwardję... Ośmnastu z nich z niejakim Nabielakiem na czele napadło na pałac cesarzewicza w Belwederze, lecz wielki książę zdołał ukryć się i zbiec, bo nasi pomylili się, zabijając zamiast niego, generała Gendre.
— Do djabła! Pokpili sprawę! — wyrwało się Lisowi.
— Tak! — zgodziła się panienka. — Wielkiemu księciu udało się ściągnąć całą jazdę, lecz mimo to nie ośmielił się on rozpocząć działań wojennych i opuścił Warszawę. Powstanie rozszerza się i rośnie z każdym dniem, bo arsenał zdobyto i lud warszawski uzbroił się, tworząc nowe pułki...
— Kto jest naczelnym wodzem Polaków? Czy są zdolni generałowie, znający się na wojnie? — rzucał pytania Lis, czując jak płomień ogarnia go.
— Zdaje się, że dowódcą ma zostać gen. Chłopicki, sławny z czasów powstania kościuszkowskiego i wojen napoleońskich, przez wszystkich lubiany wojownik, tyle tylko pisze mi ojciec... — odparła i dodała ze smutkiem w głosie: — Tatuś nalega, abym natychmiast powracała do Nowogródka, gdyż obawia się, że Mikołaj, rozgniewany na powstańców, każe uwięzić wszystkich mieszkających w Petersburgu Polaków, jako zakładników. Marszałek Broniec wyrobił już dla nas przepustkę... Ciocia pojedzie ze mną... Ma ona list księżny Łowickiej... Teraz nieprędko się zobaczymy, panie Władeczku! A nie zapominać tego, czego się już pan nauczył... Może, kiedyś będziemy znowu pracowali razem... Ale kiedy, to jeden Bóg raczy wiedzieć... Smutno mi, panie Władeczku, bo, doprawdy, bardzo polubiłam pana...
W innych okolicznościach te słowa panienki poruszyłyby serce chłopaka do żywego, teraz jednak prawie nie zwrócił na nie uwagi.
Stał zamyślony i poważny. Wreszcie się odezwał.
— Nie trzeba się smucić! Należy cieszyć się, że naród zamierza zrzucić jarzmo!...
Pomyślał chwilkę i szepnął:
— A ja nic nie zapomnę!...
Odchodząc, żegnał pannę Juljannę i sędziwą generałową bardzo serdecznie, lecz miał surowy wyraz oczu, zaciśnięte wargi i zacięty wyraz twarzy.
Szedł przez miasto nieczuły na trzaskający mróz i skrzypiący pod nogami śnieg. Myśli gorące i szalone kotłowały się w młodej głowie i powolnie, jak wzburzone morze, układały się niezłomne postanowienie.
W korpusie już też wiedziano o wybuchającem w Polsce powstaniu. Jakiemiś nieznanemi szczelinami przesączały się wieści, stanowiące tymczasem tajemnicę państwową. Były one niepomyślne dla Rosji, a, przechodząc z ust do ust, wyolbrzymione do rozmiarów klęski, zdradzały utajoną radość z powodu nowych trudności dla znienawidzonego cara i rządu.
W Petersburgu opowiadano sobie w tajemnicy, że wielki książę w przebraniu kobiecem ukrył się przed zamachowcami w apartamentach swej żony, a później zbiegł do koszar pod obronę gubernatora Warszawy, generała Lewickiego; śmiano się z ucieczki starego rozpustnika i szpiega, Nowosilcowa, który tak był przerażony zrywającym się nagle gniewem ludu polskiego, że, wpadłszy do gabinetu hrabiego Benkendorfa, rozpłakał się, aż surowy szef żandarmów przywiódł go do równowagi, spoliczkowawszy i kazawszy jechać do Wilna; rozpowszechniano pochodzące ze sfer dworskich słuchy, że cesarz Mikołaj jest bardzo strwożony, gdyż obawia się interwencji państw ościennych.
W kilka dni potem w korpusie gruchnęła wieść, że generał Paszkow zostaje przydzielony, jako dowódca brygady, do armji, posyłanej przeciwko Polsce.
Wiadomość ta sprawdziła się, bo Paszkow sam oznajmił o tem pewnego dnia, zgromadziwszy kadetów w wielkiej sali.
— Kadeci! — rzekł do nich. — Najmiłościwszy pan polecił sławnemu wodzowi naszemu, feldmarszałkowi, hrabiemu Iwanowi Iwanowiczowi Dybiczowi Zabałkańskiemu ukarać buntowniczych Polaków za to, iż podnieśli zuchwałe powstanie, targnąwszy się na święte prawa ubóstwianego monarchy naszego do korony polskiej. Głównodowodzący raczył zaszczycić mnie swojem zaufaniem i postawił mnie na czele osobnej brygady. Jestem szczęśliwy, że będę mógł wiernie służyć jego cesarskiej mości, jako dowódca i żołnierz! Wojna ta zostanie skończona za jednem zamachem, zmieni się w triumfalny marsz pułków jego cesarskiej mości! Otrzymałem pozwolenie na zwerbowanie wśród was, kadeci starszej klasy, ochotników do swej grupy. Pytam was, kto życzy wstąpić do szeregów armji czynnej i spróbować wojny, zaprawiając się do przyszłych czynów bojowych?
— Ja! — krzyknął piegowaty Fedorczuk.
— Ja! — wtórował mu Lis, marszcząc czoło i zaciskając zęby.
— Ja! — zawołał Rodjonow.
— Ja! Ja! Ja! — wołali inni.
— Nie wszyscy, nie wszyscy! — śmiał się generał. — Musimy wybrać najodpowiedniejszych, zdolnych do zniesienia trudów wojennych. Doktorze, poruczam to panu i proszę o raport za godzinę! Do widzenia, kadeci, po wojnie i zwycięstwie!
— Życzymy waszej ekscelencji pomyślności! — przebiegł po sali głośny, ustawowy okrzyk kadetów.
Lekarz wybrał zaledwie siedmiu ochotników, a wśród nich olbrzymiego Rodjonowa, barczystego, o kopulastej piersi Lisa i chudego, lecz mocnego Fedorczuka.
W umywalni Lis przyłapał Fedorczuka.
— Cóż to, drabie, — zagadnął go szeptem, — będziesz Polaków prał?
— A ty? — pytaniem na pytanie odparł popowicz.
— Ja? — obojętnie wzruszył ramionami chłopiec i uśmiechnął się chytrze. — Ja...
— No, ty przecież, bo o ciebie pytam, Liszko! — zawołał Fedorczuk.
— Cóż ja innego, bracie, mogłem zrobić? — odparł Lis. — Gdybym nie poszedł na ochotnika, wnet powiedzieliby, że „zdradliwa“ polska krew przemówiła, lub, że stchórzyłem... Czyż nie tak?
— Prawda! — zgodził się piegowaty kadet. — Ale jakże to ty będziesz prał swoich?
— Tak zmajstruję, że zostanę trębaczem przy sztabie generała... — uśmiechając się i mrużąc jedno oko, szepnął chłopak.
— Lis z ciebie prawdziwy! — zawołał Fedorczuk.
— Lis — nazwisko, czy lis — zwierzę? — spytał, poważniejąc nagle, kadet.
— Pewno, że zwierzę! — odpowiedział popowicz.
— Jeżeli tak, to już zgoda! — zaśmiał się chłopiec i znowu już szeptem zapytał: — No, a jak tam z tobą będzie?
Fedorczuk wyszczerzył zęby i szepnął koledze do ucha:
— Ja albo do niewoli oddam się z punktu, albo, jeżeli Dybicz dojdzie prędko do granicy austrjackiej, czmychnę do swoich unitów w Galicji. (Tak i tak harować tu będę do siwych włosów, nim do rangi kapitana dobrnę!). Tam może prędzej dojdę do kawałka roli i żyć będę po ludzku, bez potrzeby znęcania się nad ludźmi i znoszenia obelg i poniewierki od przełożonych. Zbrzydło mi to do reszty w korpusie, a gdy pomyślę, że czeka mnie jeszcze dobre trzydzieści lat w pułku — brr! aż mi włosy na głowie powstają! Dość kiełbasy, chcę też innego przysmaku!
Więcej już nic do siebie nie mówili, tylko uścisnęli się za ręce i poszli korytarzem do klasy.
Na progu Fedorczuk zajrzał w oczy Lisowi i szepnął:
— A bacz, abym ciebie znów nie nazwał bydlęciem, brachu...
Lis podniósł na niego zamyślone, prawie surowe oczy i nic nie odpowiedział.
Fedorczuk klepnął go po ramieniu i mruknął:
— Ja wiem, że tego nigdy ci nie powiem... trębaczu dywizji generała Paszkowa!...
Zmrużył oko i uśmiechnął się domyślnie.
Lis patrzał na kolegę twardym, spokojnym wzrokiem i nie odzywał się więcej.
Nazajutrz ochotnicy zaczęli już pełnić obowiązki ordynansów przy swoim generale i całemi dniami biegali po mieście, spełniając rozkazy Paszkowa.
Lis został posłany do gmachu sztabu generalnego, gdzie się mieściła kancelarja feldmarszałka Dybicza-Zabałkańskiego i gdzie musiał załatwić kilka spraw, poleconych mu przez dowódcę.
W korytarzach i biurach kadet poznawał adjutantów generałów Szachowskoja, Tolla, Pahlena, Rosena, Geismara, Witta i Kreutza, najwybitniejszych wodzów, wyznaczonych przez cara do armji czynnej.
W sztabie było gwarno i tłoczno, omawiano tu wieści, przysyłane z Wilna i z głównej kwatery wielkiego księcia Konstantego, który po odwrocie z pod Warszawy stanął już był na Litwie.
Wieści te były dość sprzeczne i to cieszyły, to do rozpaczy doprowadzały Lisa, uważnie słuchającego.
Doniesienia mówiły o obraniu generała Chłopickiego na dyktatora Polski, lecz dodawano, że, podobno, sam on nie wierzy w powodzenie powstania i od wojny z Rosją powstrzymuje naród wszystkiemi siłami, że dopomaga mu w tem z innych pobudek książę Adam Czartoryski, który całą nadzieję pokłada w poparciu powstania przez Anglję, Francję i Turcję.
W Petersburgu już krążyły wieści, że na czele wojsk polskich ma stanąć Radziwiłł. Nie obawiano się go w sztabie, lecz mówiono, że Polacy bądź co bądź mają też innych zdolnych wodzów, którzy, jeżeli nie potrafią wyrwać Dybiczowi zwycięstwa, to w każdym razie mogą wojnę przeciągnąć: szeptano w zaufaniu, że cesarz bardzo obawiał się tego, rozumiejąc, iż powinno to wkońcu wywołać protest państw europejskich, które zagwarantowały na kongresie wiedeńskim samoistność i konstytucję Polski. Wymieniano nazwiska generałów Dwernickiego, Prądzyńskiego, Skrzyneckiego, Dembińskiego, Szembeka, Chrzanowskiego i innych, wychowanych w sławnej i twardej szkole Napoleona.
Błąkając się po korytarzu i czekając na pismo głównego intendenta, Lis zetknął się z młodym Fersenem.
Ten poznał go odrazu i zawołał:
— A ty co tu robisz, przyjacielu?
Dowiedziawszy się, że chłopak został zaliczony na ochotnika, do sztabu generała Paszkowa, ucieszył się i zaczął opowiadać o sprawach, dotyczących wojny.
— Duch powstania w Polsce ogarnia szybko cały naród — mówił poufnie — i to bardzo niepokoi najjaśniejszego pana, bo wiemy, że młodzież sypnęła się już do wojska, a nawet i chłopi tam i ówdzie ruszać się zaczynają... Cesarz miotał się, jak szalony, i przed trzema dniami raczył obić własnoręcznie starszego adjutanta, który zameldował mu o wynikach poselstwa księcia Lubeckiego i Jezierskiego do Petersburga i o świętokradczej proklamacji Romana Sołtyka, żądającej od Sejmu detronizacji cesarza. Dziękowałem Bogu, że tego dnia nie byłem na dyżurze przy boku jego cesarskiej mości!
— A co się właściwie stało? — obojętnym głosem zapytał Lis.
— Cesarz przyjął posłów polskich, którzy przedstawili mu warunki uspokojenia kraju i prosili o wstrzymanie kroków wojennych, lecz on oburzony zuchwałością Polski, oznajmił: „Jeżeli Polacy uzbroją się przeciwko mnie i staną w gotowości do walki z wojskiem pana swego, natenczas oni sami i wystrzał z ich armat obalą Polskę i sami staną się odpowiedzialnymi za nieszczęścia swojej ojczyzny“.
— I cóż na to posłowie? — spytał Lis.
— Posłowie, jak to zwykle posłowie, wysłuchali i odjechali, lecz na to oświadczenie cesarza odpowiedział sejm polski w Warszawie... ale jak odpowiedział!
Fersen zniżył głos i zakończył opowiadanie szeptem.
— ...Sejm gotów jest pozbawić jego cesarską mość korony i tronu polskiego i rozpocząć wojnę z Rosją!
Lis zwarł szczęki, aby nie wydać okrzyku radości. Po chwili zapytał:
— Cóż teraz będzie?
— To, co już jest, — wojna! — odparł adjutant carski. — Przed paru dniami sztab feldmarszałka był bardzo zaniepokojony doniesieniem z Warszawy, że niejaki Maurycy Mochnacki, mający wpływ na młodsze pokolenie, nastawał na przeniesienie wojny odrazu na Litwę, Wołyń i Białą Ruś, ponieważ, jak zuchwale twierdzą Polacy: „wola i sprawa polska do Dźwiny i Dniepru jest jedna i nierozdzielna“ i że wszyscy Polacy, rozsiani na tym obszarze, stanowią jeden naród i jedno państwo polskie, jak to było przed rozbiorem jego, zarządzonym przez cesarzową Katarzynę Wielką... Tego się najbardziej obawiano w sztabie, gdyż oznaczałoby to długą wojnę, a tymczasem my mamy kłopotów wyżej uszu! Rewolucja coraz bardziej ogarnia zachód i ma silne echa u nas. Imperator Mikołaj zamierzał posłać feldmarszałka Dybicza na pomoc królowi Niderlandów, a teraz wszystko wzięło w łeb! Armję tę wypadło użyć przeciwko Polakom. Coprawda 200.000 bagnetów i 600 dział, może, dadzą sobie tymczasem z nimi radę, lecz w wypadku powstania na Litwie, Podolu i Białej Rusi — tego nie wystarczy... Tymczasem w składach wojskowych, w arsenałach i w magazynach intendentury — pustka i czarna rozpacz! Z pieniędzmi też podobno jest krucho. Zbyt dużo ich pochłonęły minione wojny, które pociągnęły za sobą szalone wydatki.
— Czyżby Polacy nie rozumieli pożytku, wprost konieczności takiej strategicznej operacji? — zapytał Lis, z beztroską miną patrząc na Fersena. — Z pewnością tak właśnie postąpią.
— Polacy już popełnili fatalny dla nich błąd! — zawołał oficer. — Chłopicki zwleka z rozpoczęciem ofenzywy i widocznie nosi się z zamiarem ograniczyć się wyłącznie do obrony królestwa kongresowego. Chwała Bogu, bo inaczej mielibyśmy trudne tereny do zdobycia, również jak przerwany dowóz posiłków, amunicji i prowjantów! Na płaszczyźnie polskiej powstańcze wojska nie wytrzymają naszego uderzenia!
Przez kilka dni wędrówek po kancelarjach i różnych urzędach wojskowych Lis dowiedział się o istotnej sytuacji w Polsce, o zamierzeniach i przygotowaniach Dybicza i sztabu, który zaczynał już formować drugą armję.
Pewnego razu, spotkawszy Fersena, posłyszał, że na parę dni przed odejściem na wojnę armja będzie składała przysięgę na błoniach zamiejskich. Zamyślił się głęboko chłopak. Czuł, że nie powinien przysięgać, bo nie chciał być krzywoprzysiężcą i zdrajcą; nie mógłby uczynić tego za żadną cenę.
Ale, widać, szczęście sprzyjało mu, gdyż w toku rozmowy dowiedział się, że Fersen miał nazajutrz jechać z tajemną sztafetą do gubernatora Wilna, generała Chrapowickiego, wioząc odręczny list cesarza.
Chłopak odrazu obmyślił plan działania i, uśmiechając się, rzekł do Fersena:
— Panie rotmistrzu, chciałbym jeszcze pożegnać pana jutro. Jak to zrobić?
— Jutro?... jutro?... — powtórzył oficer. — Jutro aż do wyjazdu, który nastąpi w południe, będę musiał pozostać w kancelarji pałacowej i w adjutanturze... Ale już wiem! Przecież masz teraz konia, nieprawdaż? No, to doskonale się składa! Wyjedziesz za rogatki w południe i albo zaczekasz na mnie, albo już znajdziesz mnie w karczmie koło wsi Obuchowo. Będę zmieniał konia, bo tam wypada pierwszy etap dla kurjerów. Spotkamy się w karczmie i zdążymy napić się czegoś na pożegnanie. Więc — do jutra!
— Do jutra! — zawołał uradowany kadet.
Nie każdy może przewidzieć dzień jutrzejszy, a z dwóch ludzi jeden napewno się pomyli...
Tak też pomylił się świetny, robiący oszołamiającą karjerę młody adjutant Mikołaja, — hrabia Fersen.
Nazajutrz do małej karczmy, zatłoczonej oficerami i kurjerami, wszedł szeregowiec konnych strzelców.
Dnia tego szalała silna zamieć. Suchy, zmarznięty śnieg, smagany potężnemi podmuchami wiatru, kłębił się i syczał złośliwie.
Przybyły żołnierz miał twarz czerwoną z mrozu, a szynel i czapkę, okryte zlodowaciałą korą śnieżną. Z trudem otrząsnął się ze śniegu i przetarł oczy. Natychmiast błysnęły mu radośnie.
W kącie przy oknie dojrzał siedzącego oficera.
Podbiegł do niego i uścisnął mu dłoń.
— Napijemy się grzanej wódki z cynamonem, dobre to na taką psią zamieć! — rzekł oficer.
— Czy pan rotmistrz nie ma ze sobą ordynansa? — spytał strzelec.
— Nie, kadecie Lis! — odrzekł. — Musisz wiedzieć, że tajemna sztafeta „feldjegra“ polega na jednym, zaufanym człowieku. Tu pomiędzy oficerami, spotkałem kilku znajomych, lecz nawet nie salutowałem im. Oni wiedzą, że jestem Fersenem, a jednak nie zbliżają się do mnie, bo rozumieją, że nie chcę być poznanym, ponieważ jadę służbowo w sprawach ściśle poufnych i nadzwyczajnej doniosłości.
Napiwszy się gorącej, aromatycznej wódki, przyjaciele wyszli na dwór.
Przed karczmą stał już osiodłany dla Fersena koń kozacki, chudy i śmigły.
— Odprowadzę trochę pana rotmistrza — rzekł Lis, wsiadając na starą, ociążałą szkapę taborową.
— Doskonale! — ucieszył się oficer. — Odrobię potem spóźnienie, nie popasając aż do piątego etapu. Jedźmy!
Lis człapał obok Fersena i bacznie się rozglądał.
Szosą, zasypaną wydmami śnieżnemi, pełną wykrotów i wybojów, ciągnęły tabory, wychodzące przed pułkami. Zaśnieżeni, obmarźli żołnierze, tuląc się w płaszcze i nasuwając na oczy i twarze czapki i baszłyki, siedzieli na furach, lub biegli obok, skacząc i wymachując rękami dla rozgrzewki.
Wreszcie las otoczył jeźdźców. Droga przecinająca bór, robiła w nim nagły skręt.
Lis stanął na strzemionach i obejrzał się.
Ztyłu nikt nie mógł już dojrzeć jeźdźców, przed nimi zaś mknęła ze świstem i wyciem ruchoma mgła śnieżna, przez którą ledwie majaczyły w oddali jakieś czarne sylwetki, ni to wozów, ni to drzew.
Błyskawicznym ruchem kadet porwał Fersena, zdusił i cisnął na śnieg. Zeskoczywszy z konia, zawlókł ogłuszonego oficera do lasu, wyjął z kieszeni listy i zerwał z niego ciepły półkożuszek; owinąwszy rotmistrza swoim płaszczem, chłopak zakneblował mu usta i starannie przywiązał do drzewa.
— Tak! — mruczał przez zęby kadet. — Teraz proś Boga, aby cię ktoś znalazł, bo inaczej zmarzniesz na kość i już nigdy nie ujrzysz „Mzurowej Włości“, ty — carski pachołku! Mówiłeś, że ręka rękę myje? Tyś mi moją wymył, a ja przecież mógłbym zdzielić cię pomiędzy oczy i zrobić z tobą porządek na wieki, a widzisz? — opiekuję się tobą i troskam, abyś mi nie skostniał na amen...
Po chwili barczysty jeździec, przyodziany w ciepły lisi kożuszek, smagał rączego bachmacika dońskiego i pędził co tchu na zachód.
Chyba niktby prędzej od Władysława Lisa nie dojechał... prawda, że nie do Wilna, lecz do Nowogródka, i nie do generała Chrapowickiego, lecz do czcigodnego pana Ksawerego Truszkowskiego, siedzącego, jak borsuk, w swoim leśnym dworku.
Ostrożny pan Ksawery miał rozstawione po drogach czaty, więc został uprzedzony o tem, że jakiś „ruski“ pędzi do dworu co koń wyskoczy.
Ujrzawszy wpadającego na szeroki dziedziniec jeźdźca ze szlifami, pan Truszkowski, nie wiele myśląc, wygarnął do niego z guldynki, lecz chybił, a gdy zamierzał poprawić, posłyszał głośny okrzyk w łamanej polszczyźnie:
— Kiej czort tam strzela bez nijakiego pytania?! „Dzieło“ jest do pana Truszkowskiego od panny Juljanny...
Posłyszawszy to, wypadł szlachciura, jak opętany, i pytać jął skwapliwie, a niespokojnie:
— Gadaj, asan, na miły Bóg, gadaj zaraz, co się przydarzyło Julci? Może Moskale pochwycili moje kobiety w drodze? Gadaj-że, bo oszaleję!
Lis kłaniał się grzecznie i objaśniał, jak mógł, po polsku, że wspomniał imię panienki, aby do niego niczem do kaczora z guldynki nie strzelano.
Dopiero we dworze opowiedział, że zbiegł z armji rosyjskiej i postanowił przejść do Polaków, którym przywiózł jakoweś tajne pisma od cara do gubernatora wileńskiego.
— A toś chwat! — wołał szlachcic. — Oby więcej takich było, wtedy wygarbujemy skóry moskiewskie na safjan, mosanie!
Uradowany nie wiedział, gdzie posadzić i czem częstować drogiego gościa, którego nazwisko już znane mu było z relacyj córki i pani Romerowej.
Zasmucił się i niebawem spochmurniał młodzieniec; dowiedział się bowiem, że pani Truszkowska wraz z córką dla bezpieczeństwa przed drabantami Chrapowickiego, który okrutnie się srożył na Litwie, wyjechały. Udały się one, omijając większe miasta, w spokojne okolice pod Sieradzem. Małżonka pana Ksawerego miała tam możnych krewniaków, nieraz przebywających na dworze księżny Łowickiej, a więc powaga i imię małżonki wielkiego księcia skutecznie broniły ich przed swawolą i bezprawiem moskiewskich zbirów.
— Cóż zamierzasz czynić ze sobą, kawalerze? — pytał pan Truszkowski. — Może będziesz się przedzierał do Chłopickiego? Dam ci tedy przewodnika, bo u nas tylko lasami przekraść się można.
— Nie, ja na Litwie pozostanę! — odparł Lis. — Tu należy niepokoić Rosjan i podnieść powstanie, bo tego najbardziej obawiają się w Petersburgu.
— W sedno utrafiłeś, asanie! My też tak suponujemy, ino, niestety, nie idzie to po myśli dyktatora i rządu, bo zwlekają tam, marudzą.
To rzekłszy, pan Ksawery zaczął szeptać do Lisa:
— My tu już na własną rękę zaczynamy szczypać „mochów“ i psować im zabawę. Potworzyły się tu kupki powstańcze, tymczasem luźne, trudniące się partyzantką i podjazdami. Niech któryś z polskich wodzów marsz na Litwę rozpocznie, wtedy wszyscy się połączą, bo teraz, gdy z Warszawy o kampanji litewskiej niema słuchów, — podręczniej i przezpieczniej jest małemi oddziałami grasować, napadać, kryć się i, znów wychynąwszy z puszczy, rozbrajać po miasteczkach drobne załogi moskiewskie, przełapywać tabory i pocztę, psuć mosty i wszczynać hałas niepokojący przeciwnika.
— Na Litwę pójdzie korpus generała Kreutza — wtrącił Lis.
— Wiemy już, że jakieś siły zostały tu pchnięte. Czekamy na nie! — mówił szlachcic. — Tymczasem mamy tu już kilka oddziałów, a prowadzą je zapalone głowy. Przeciszewski, Giedrym, Jacewicz i Borysiewicz myszkują na Żmudzi i bardzo niepokoją okrutnika Werzilina; w mińszczyźnie pułkownik Radziszewski ma pod bronią 3.000 chłopa i tabory przednie; u nas w Wileńszczyźnie partyzantkę uprawiają Załuski, panna Emilja Platerówna, dziewica zgoła kawalerskiej fantazji, no, i mój syn!... W augustowskiem do dużych poczynań przygotowane są partje Szona i Puszeta, inni już rozpoczęli harce na Wołyniu i Podolu... Możni panowie też gotowi pułki wystawić, chociaż Warszawa o tem jeszcze, ponoć, wcale nie myśli...
— Panie Truszkowski! — zawołał Lis. — Proszę o przewodnika do oddziału syna pana. Będę wiernie służył mu i bronił, bo... bo...
— Bo co? — zapytał szlachcic, patrząc na nagle zarumienioną i zmienioną twarz chłopaka.
— Bo jest on bratem panny Juljanny! — wybuchnął Lis szczerym głosem.
— Ach, to tak?... — mruknął szlachcic.
— Tak! Panna Juljanna zrobiła ze mnie Polaka i nauczyła, jak mam pokierować życiem swojem...
— Tylko-li wdzięczność przemawia twemi ustami, młodzieńcze? — pytał dalej pan Truszkowski.
Lis zawahał się na chwilę, lecz podniósł głowę i odpowiedział twardym głosem:
— Jeżeli Rosjanie wezmą mnie do niewoli, zginę, jako dezerter i zdrajca. Życie moje będzie stale w niebezpieczeństwie, więc nie chcę ukrywać prawdy przed śmiercią, która może mnie spotkać każdego dnia. Ja... miłuję pannę Juljannę!...
Chłopak schwycił dłoń leciwego szlachcica i do ust przycisnął.
— Boże błogosław ci, chłopcze! — szepnął pan Ksawery, wzruszony bardzo.



Rozdział VI.
W ziemi ojczystej.

Na brzegu zamarzniętego jeziora Świteź pod wieczór zatrzymał się mały oddziałek rosyjski i zaczął się przygotowywać do noclegu.
Żołnierze, ustawiwszy karabiny w „kozły“, ochoczo rąbali gałęzie, cienkie brzezinki i olszyny, klecąc szałasy. Na przysypanym śniegiem pniu siedziało dwóch oficerów.
Jeden z nich, stary kapitan o siwej brodzie i twarzy tatarskiej raz po raz pociągał z manierki wódkę i mówił do towarzysza, tęgiego, rosłego porucznika, łakomie spoglądającego na coraz bardziej przechylane naczynie.
— Tak to, mój miły Owsienko, znowu wojenkę robimy! Musimy się postarać i nie oszczędzać buntowników, bo pułkownik Bartolomei nie żartuje. Wydał on rozkaz, aby porządek był na trakcie z Mińska do Grodna, bo tędy wojsko przejdzie i tabory pociągną. Na szosie huzary będą patrolowali, a my tu po bocznych drogach, aby jakaś wataha powstańcza nieporządków i hałasów nie wszczynała.
— Wiadomo, panie kapitanie, że nie będziemy cackać się z buntownikami! W razie czego, pod drzewo i ołowiem w łeb! — odparł porucznik. — Ośmielę się poprosić o swoją manierkę, bo mróz po kościach chodzi.
Kapitan oddał prawie wypróżnioną flaszkę towarzyszowi i głuchym, grubym głosem, jął nucić:
Ach ty Wołga, Wołga — mać rodnaja!...[8].
Potem długo krzesał ognia, aż zaćmił fajkę i, pokrzykując na żołnierzy, czekał na ukończenie szałasu.
W godzinę później, gdy mrok już zapadł, w obozie poczęły milknąć głosy.
Po posiłku żołnierze pokładli się na ściętych gałęziach świerkowych i, przyciskając się do siebie, zasypiali.
Ogniska, zrzadka podsycane przez trzech stojących na czatach żołnierzy, przygasały powoli.
Cisza zaległa brzegi jeziora. Czasem tylko rozległo się tęgie chrapanie śpiących, parsknięcie konia lub jakiś nieznany głos leśny dobiegał z kniei.
Jeden z wartowników podszedł do brzegu, zarośniętego szuwarami, i głowę wytknął nad niemi, aby zajrzeć na lodowatą powierzchnię Świtezi, gdy w tej samej chwili jakaś postać wychynęła z oczeretów i jednem uderzeniem obaliła żołnierza na śnieg.
— Co tam takiego, Michajło? — spytał inny Moskal, stojący o kilkanaście kroków dalej.
— Nic! — rozległ się spokojny głos. — Noga mi się podwinęła i upadłem. Zaraz przyjdę do ciebie, towarzyszu.
Ciszę nocną przeszyły wkrótce dwa krótkie, zduszone okrzyki. Ten i ów ze śpiących ludzi poruszył się i nadsłuchiwać zaczął, lecz, uspokojony ciszą i miarowemi krokami stojących na czatach towarzyszy, znowu usnął, szczelniej otulając się płaszczem.
Tymczasem wartownicy zbliżyli się do zestawionych karabinów, związali je rzemieniem i ukryli w gąszczu krzaków.
Po chwili jeden z nich wszedł do szałasu, skąd wkrótce doszły odgłosy ciężkich ciosów, mruczenie i głuchy jęk, jedyny i straszny o tej godzinie niemej, tajemniczej ciszy nocnej.
Barczysty człowiek wypadł z szałasu i półgłosem rzekł do towarzysza:
— No, teraz wszystko w porządku! Wypal-no, bracie, z karabina!
Buchnął strzał, a echo jego długo mknęło od drzewa do drzewa puszczy, dopóki nie umarło gdzieś za Świtezią.
Z wyciem przeraźliwem zrywali się ze snu zbudzeni, oszaleli ze strachu żołnierze i miotali się w ciemności, nie wiedząc, gdzie mają się ukryć, padając, potrącając się i walcząc ze sobą na pięści.
— Do broni!... — krzyknął wachmistrz, lecz w tej chwili rażony kulą runął na ziemię.
— Żołnierze, stać! — rozległ się donośny, rozkazujący głos.
Znajoma komenda uspokoiła żołnierzy. Bieganina i zgiełk ustały.
— Żołnierze! — przemówił do nich barczysty człowiek w krótkim półkożuszku. — Jesteście otoczeni przez powstańców. Jeżeli nie poddacie się, każę wystrzelać wszystkich do nogi.
— Poddajemy się! Poddajemy się! — wołali przerażeni moskale, podnosząc ręce do góry.
— Czy niema wśród was Litwinów? — pytał z ciemności ten sam głos, a wtórował mu suchy szczęk odwodzonego kurka.
— Jest nas tu czterech ze Żmudzi! — odpowiedziano z tłumu.
— Wychodźcie naprzód! — padła komenda.
Czterech żołnierzy stanęło przed barczystą postacią nieznajomego.
— Kochacie Moskali? — zapytał.
— Hej tam! — odparli chórem. — Gdzie-ta kochamy?! Oni dla nas byli od katów gorsi... Ani nas do szkół nie puszczali, ani też żadnemu nie pozwolili dojść do rangi oficerskiej, ani na księdza się wyświęcić. O, psi syny! Oni z nas siedem skór łupili podatkami, niewolą i różnemi powinnościami... Za rabów swoich mieli... juchy, moskiewskie capy!
— No, dobrze! — zawołał wesoło nieznajomy. — Tedy powiążcie tych drabów i prowadźcie ich za mną.
Północ jeszcze nie minęła, gdy drogą leśną, biegnącą od brzegu Świtezi ku Niemnowi, sunął dziwny pochód.
Na przodzie, pochylony nad ziemią szedł szybko, niby węsząc trop, chudy, wysoki chłop litewski w białej siermiędze z olbrzymim kołnierzem baranim i w takiejż czapie. Opierał się na sękatej pałce i coś mruczał pod płowemi wąsami, z których zwisały mu długie sople lodu.
Za chłopem, który, snadź, był przewodnikiem, szło pięćdziesięciu rosyjskich strzelców ze związanemi wtył rękami, strzeżonych przez czterech zbrojnych w karabiny żołnierzy, a za nimi jechał na koniu niewysoki, barczysty młodzieniec i prowadził trzy konie, obładowane karabinami.
Gdy już odeszli byli spory szmat drogi od Świtezi, przewodnik zatrzymał się i jął nadsłuchiwać. Wreszcie uśmiechnął się i, zbliżywszy się do jeźdźca, szepnął:
— Słysz, panoczku, jak wilki grają?
Siedzący na koniu młodzieniec wytężył słuch i odparł:
— A grają, niech im tak śmierć gra!...
— Zwęszyły one tych, których pozostawiliśmy nad Świtezią, panoczku.
— Tamci na nic dobrego nie są już zdatni, chyba na wilczą strawę, — zaśmiał się jeździec. — Ruszaj, dobry człowieku, bo do świtu dojść musimy. Spieszno mi do młodego pana Truszkowskiego!
— A no, zanim brzask wypełznie z ciemni, będziemy już za Lachowiczami, a tam już ino raz skoczyć... — mówił chłop, rozdmuchując hubkę.
— Naprzód! — rozkazał młodzieniec. — Gadu-gadu, a stoimy na miejscu, niby wiorsty przydrożne...
Ruszyli szybko, brnąc w śniegu i zapadając się w wykroty rzadko uczęszczanej drogi.
Ledwie pierwszy brzask, jeszcze mętny i szary, zaczął się sączyć zewsząd i wpełzać do lasu, przewodnik przystanął i, obejrzawszy korę na pobliskich drzewach, cicho gwizdnął.
Długo nikt nie odpowiadał, aż nagle tuż z poza drzew rozległo się pytanie:
— Co zacz za ludzie?
— Swoi! — zawołał chłop. — Wincenty Matulanis od starego pana.
— W jakiej sprawie? — padło nowe pytanie.
— Stary pan kazał mi prowadzić przyjezdnego gościa, a on nad Świtezią Moskali pobił i dużą kupę do niewoli pobrał z orężem i końmi...
Z krzaków wyszedł młody, o dziarskiej, zuchowatej twarzy człowiek z pistoletem w ręku.
— Co za gość? — spytał.
Jeździec zeskoczył z konia i rzekł spokojnie:
— Władysław Lis, kadet starszej klasy, zbiegły z armji rosyjskiej do swoich. Jestem znajomym panny Juljanny, siostry pana Truszkowskiego, z którym chcę się widzieć bez zwłoki!
— Chociaż źle wysławiacie się po naszemu, lecz szczerem sercem witam was, druhu, bo wspominała o was w domu siostra moja. Truszkowski jestem, do usług!
Nie wiadomo, jak się to stało, lecz oto nieznajomi, jeszcze obcy dla siebie padli sobie w objęcia, jak starzy przyjaciele po długiej rozłące.
— Do śmierci wierność i przyjaźń ci ślubuję! — z wybuchem zawołał Lis.
— Bratem mi będziesz najmilszym! — odparł Truszkowski. — Zwyciężymy, albo polegniemy za ojczyznę!
— Przysięgam! — odparł Lis.
Wkrótce siedzieli w obozie.
Młody powstaniec opowiadał Lisowi, że ma oddziałek, dwustu konnych liczący, a zaopatrzony w konie, broń i spiżę z dóbr Nieświeskich.
— Mało nas jest tymczasem, lecz ruszają się już ludziska, ruszają! — mówił partyzant. — Na Żmudzi, gdzie Moskali nienawidzą, ruchawka idzie na całego! Chłopi się rwą do bitwy, tylko broni brakuje... Czekamy na rozkazy z Warszawy... Tymczasem potrosze w partyzantkę się bawimy... Na własną rękę napadamy na transporty, pocztę i gońców, ciągnących szosą z Mińska na Grodno i Wilno.
— Czy wiedzą o was rosyjscy dowódcy? — spytał Lis.
— Wiedzą, bo pchnięto już tu bataljony Bartolomei, i Wersilina; tego i owego partyzanta poturbowano, lecz mnie się dotąd nic nie dzieje... wymykam się i kły pokazuję, gdzie mogę. Siedzę blisko od Pińszczyzny. Niech mi tylko zaświecą w oczy, zaraz daję nura na Łań lub Cnę, a tam sam czart nie wytropi, bo Poleszuki w takich bajorach i grzęzawiskach ukryją, że lepsze to od murów fortecznych, bracie!
Lis uderzył się nagle w czoło i zakrzyknął:
— Ja tu słucham, a tymczasem w zanadrzu mam listy cesarza!
— Na miły Bóg, dawaj! — wrzasnął Truszkowski.
Rozdarli koperty i odczytali dwa listy, z których jeden był do cesarzewicza Konstantego z rozkazem, aby nie dopuścił do wybuchu powstania na Litwie, ponieważ to zmieniłoby cały plan kampanji. W liście tym cesarz oświadczał, że przystępuje do formowania nowej armji, którą ma prowadzić generał, hrabia Tołstoj, otrzymujący od monarchy instrukcje osobiste. Drugie pismo, adresowane do generała Chrapowickiego, gubernatora Wilna, zawierało zezwolenie na zastosowanie na Litwie najsurowszych zarządzeń, które cesarz obiecywał uznać i pochwalić bez zastrzeżeń, jako niezbędne i dla dobra imperjum pożyteczne.
W liście tym z niezwykłą szczerością i niepokojem pisał Mikołaj o obawie i trwodze swojej wobec możliwości powstania całego narodu uzbrojonego i o przyłączeniu się Litwy i Wołynia do walki z Rosją.
— To są bardzo ważne wieści! — zawołał Truszkowski. — Być może, tylko one potrafią zmusić rząd warszawski do przeniesienia działań bojowych w nasze strony. Musisz, bracie, pędzić co tchu do Warszawy!
Lisowi rumieńcem oblała się twarz. Spuścił oczy i zapytał:
— Czy z Warszawy daleko do Sieradza?
— A co ci, chłopcze, po Sieradzu?! — zdziwił się Truszkowski, lecz, widać, przyszło mu coś do głowy, bo uśmiechnął się pod wąsem i rzekł:
— Dla dobrego jeźdźca wszędzie blisko...
Nie mówili o tem więcej, bo Truszkowski zaczął rozwijać swój plan.
— Dam ci kilkunastu najsetniejszych chłopów, którzy znają Litwę i Kongresówkę, jak swoją wieś. Z nimi dojedziesz szybko, a, gdyby jakiś oddział zastąpił ci drogę, z tymi ludźmi można się ważyć na rzeczy zuchwałe... Na miły Bóg, zbytnio nie spiesz się, Władku, z powrotem, ino krzycz, przekładaj, proś, aby na Litwę uderzyli,... ja zaś tymczasem powiadomię o posłowaniu twojem panów Onufrego Jacewicza, Matuszewicza i Ezechiela Staniewicza, aby gotowi byli, oni zaś gońców pchną do innych, którzy już partje swoje mają.
— Muszę wiedzieć, kto już powstał, bo chyba będą pytali mnie o to w Warszawie? — rzekł Lis.
— Słusznie! — zgodził się Truszkowski. — A więc powiedz, że są to bitni panowie: Grużewski, Rymkiewicz, bracia Staniewiczowie Ignacy i Zenon, Józef Syrewicz z Telszów, bracia Kalinowscy i Strawińscy z Rosień, Stanisław i Konstanty Herubowicz z powiatu szawelskiego, Włodzimierz Gadon, Onufry Jacewicz, Radziszewski, dalej — mamy Szona i Puszeta; coś knują książę Gabrjel Ogiński, profesor Gronostajski, Benisławski, Domejko, Żyliński, Romerowie święciańscy. Kupa tego spora się zbierze, może 5.000, może 7.000 chłopa, a niech-no tylko Warszawa ogłosi manifest do Litwy, Białej Rusi, Podola i Wołynia, — sypną się chłopi zewsząd, wtedy, ba! na 30.000 zbrojnego ludu liczyć można!... Tak mów, bo nie będzie w tem nijakiej przesady!
Lis, starannie wszystko zanotowawszy na kopercie cesarskiej, nazajutrz o świcie siedział już na koniu i z dumą spoglądał na dwudziestu jeźdźców, danych mu przez Truszkowskiego. Lud to był rosły, o marsowych twarzach, lecz ponuro milczący.
Wesoły zawsze młodzieniec zwrócił na to uwagę przyjaciela.
Lecz ten tylko ramionami wzruszył i odparł spokojnie:
— Litwini — to; chłop nasz nie skory do śmiechu, ale zacny żołnierz.
Podali sobie ręce.
— Niech Bóg prowadzi szczęśliwie! — rzekł Truszkowski.
— Niech i ciebie Bóg strzeże od złego! — odpowiedział Lis i rzemienie uzdy zgarnął.
Truszkowski w tej chwili skoczył ku niemu i, raz jeszcze ściskając mu rękę, szepnął:
— A jeślić wiatry pomyślne zaniosą do Sieradza, tedy pytaj o Pyszków Kobierzyckich... Z Bogiem!
— Dziękuję! — krzyknął Lis radośnie i spiął konia.
Szlachetka zaściankowy, Józef Stulgiński, prowadził oddziałek na Wołkowysk, Swisłocz, Bielsk ku Bugowi.
Lis rozumiał, że wielki książę Konstanty i generał Chrapowicki torowali wolną i bezpieczną drogę Dybiczowi. Wszędzie kręciły się podjazdy, a mniejsze i większe oddziały grasowały po wsiach, dworach i miasteczkach, zabierając mieszkańcom zapasy żywności, baranice, buty, bydło i wywożąc wszystko na furach taborowych.
Na traktach głównych, na które tylko zrzadka wychodził Lis ze swymi ludźmi, patrolowali żołnierze z gwardji Konstantego.
Tuż pod Bielskiem wypadło Lisowi zapaść do puszczy i posłać dwóch ludzi po chleb, mięso i owies; konie bowiem były zdrożone, przedzierając się marnemi drogami, a ludziom dokuczał głód.
Czekając na powrót furażerów, Lis wyszedł na biegnącą w pobliżu szosę bitą i rozglądał się na wszystkie strony.
Narazie nic podejrzanego nie spostrzegł na drodze, lecz po pewnym czasie doszły go odgłosy pieśni, krzyki przeraźliwe i tupot koni. Zaczaiwszy się w krzakach, czekał.
Wkrótce z poza zakrętu szosy wybiegło czterech jeźdźców. Konie pędziły w cwał. Ochrypłe, pijane głosy darły się, wykrzykując słowa sprośnej, żołnierskiej piosenki rosyjskiej, a im wtórowały rozpaczliwe zawodzenia, cienkie i jękliwe.
Lis wyciągnął pistolety z za pasa i obejrzał kurki.
Gdy jakie dwieście kroków dzieliło nadjeżdżających od niego, młodzian spostrzegł szlify oficerskie na dwóch słaniających się na siodle jeźdźcach, którzy prowadzili za uzdę konie, z przywiązanemi do nich niewiastami.
Nagła myśl błysnęła w głowie Lisa:
— Być może Moskale tak samo będą wieźli pannę Juljannę...
Zgrzytnął zębami, i, ujrzawszy pierwszego jeźdźca, dobiegającego do jego kryjówki, zmierzył do niego i wypalił. Oficer, nie wydawszy głosu, runął na ziemię.
— Ręce do góry! Poddaj się! — wrzasnął Lis i wyskoczył na drogę.
Drugi oficer usłuchał rozkazu i zdarł konia.
Młodzieniec, nic nie mówiąc, podszedł do niego, szarpnął za pas, zerwał z siodła i postawił przy sobie.
— Mów, capie, coście nabroili? — spytał groźnie.
Oficer milczał, patrząc z przerażeniem na surową twarz, stojącego przed nim powstańca.
Nie mógł mówić, bo strach odjął mu język. To widząc, Lis zwrócił się do kobiet, które cicho płakały, patrząc na niego błagającemi oczyma.
— Jaką krzywdę uczyniono wam? — spytał.
— Podjazd huzarów napadł na nasz dwór — odpowiedziały przez łzy. — Rodziców zabili żołnierze, dwór ograbiono, a nas ci oficerowie porwali ze sobą....
— Ilu ludzi ci rabusie mają pod sobą? — przerwał im Lis.
— Może dwudziestu pięciu lub trzydziestu... — jęknęły.
Lis, nic nie mówiąc, gwizdnął. Nie potrzebował zresztą robić tego, bo na odgłos wystrzału wszyscy jego ludzie już biegli ku szosie. Wypadli teraz i otoczyli swego komendanta.
Młodzieniec opowiedział o spotkaniu i zakończył ponurym głosem:
— Powiesić tego rotmistrza przy drodze! A później na koń!
W pół godziny potem mały oddziałek powstańców, prowadzony przez zwolnione od więzów panienki, znienacka wpadł do dworu, gdzie pijani żołnierze ucztowali, wynosząc z piwnic stare antałki i omszałe gąsiory.
Załatwiono się z nimi szybko, a ciała zabitych wrzucono do przerębli w rzece.
Napadnięty i zrabowany dwór należał do pana Laskowskiego. Dziedzic i małżonka jego, na szczęście, nie byli zabici, dostali tylko cięcia pałaszami i wkrótce powrócili do przytomności.
Wypocząwszy we dworze i popasłszy konie, Lis ruszył dalej, usilnie przedtem doradzając panienkom, aby wraz z rodzicami i najcenniejszem mieniem uchodziły w granice Królestwa.
Ominąwszy Bielsk, Lis natrafił na partję powstańców, kryjących się w puszczy Białowieskiej i, zasięgnąwszy języka, jechał dalej.
Przeszedłszy Bug pomiędzy Drohiczynem a Sokołem, Lis zdumiał się bardzo.
Był już przecież w granicach królestwa kongresowego, ku któremu zmierzał z wielką siłą stary, wprawny wódz Dybicz, mając przy boku swoim takich sławnych generałów, jak Toll i Szachowskoj, a tymczasem Lis nigdzie nie spotykał wojsk polskich.
Jakaś trwoga zakradła się do serca młodzieńca.
Parł, ile tchu koniom starczyło, dążąc ku Warszawie.
Na popasach dowiedział się wielu rzeczy, dotąd nieznanych mu.
Spotkał w Węgrowie niejakiego pana Tołłoczko, spokrewnionego z panem Gustawem Małachowskim, posłem i ministrem; szlachcic, posłyszawszy, że młodzieniec przybywa z Litwy, w palce trzasnął i mruczeć zaczął:
— Litwa... Litwa! Tam musiałby teraz być z wojskiem generał Chłopicki, a nie w Warszawie, gdzie już pokpili sprawę, dawszy zgodę swoją na wypuszczenie Konstantego ze stolicy. Taki zakładnik i, patrzno, kawalerze, grzeczniutko puścili go wolno! Popełniono tem wielki błąd — wszyscy tak myślą! Że też taki Chłopicki, uważany za „boga wojny“, opromieniony blaskiem sztandarów napoleońskich, bohater legjonów Kniaziewicza i Dąbrowskiego, — nie zrozumiał tego! Słysz, powiadają ludzie, że dyktator o układach z carem myśli, a tych, co przy powstaniu wiernie stoją, naraził sobie! Na szczęście Sejm się zgromadził i jako — tako podtrzymuje ducha i wiarę w narodzie. Młodzi, powstanie wszczynając, na starszych, znakomitych, sławnych i popularnych się oglądali i z rąk swoich wodze popuścili. A któż ci sławni? Chłopicki, ks. Czartoryski, Skrzynecki? Dobrzy oni Polacy, lecz, dobrodzieju, tego w dobie obecnej djablo mało... Potrzebujemy zuchwalców, młodych wodzów rewolucyjnych, dobrodzieju! — Dobrze mówię — „ zuchwalców!“ — ciągnął szlachcic, coraz bardziej się zapalając. — Zuchwalców, dla których potęga Moskwy — furda! Opinja Europy, — furda! Przewaga sił zbrojnych — też furda! Potrzebujemy zuchwalców, którzy mogliby pokazać światu żywą Polskę, nieugiętą, nieustraszoną, gotową do ofiar bez liku, do walki o wolność, co to jęczy teraz wszędzie w jarzmie. Nie usłuchali Mochnackiego, bo go wszyscy się obawiali, jako zapaleńca, a który, jak teraz widać, miał najtęższą głowę; nie usłuchali orędzia, co w imieniu „Towarzystwa Zjednoczonych Braci“ Litwy, Wołynia, Podola i Ukrainy odczytał w Sejmie profesor Joachim Lelewel! Ta wojna z Moskwą powinna być natchniona duchem rewolucji! Taka tylko mogłaby porwać wszystkich i natchnąć. Musimy odnieść jedno-drugie zwycięstwo nad Moskalami, wtedy wszystko się odmieni! Wtedy możemy się odwoływać do sumienia Europy, sumienia, które zdążyło już się uspokoić i usnąć, zapatrzone w rosnącą potęgę Rosji, zasłuchane w obłudne przyrzeczenia i szumne manifesty Mikołaja. Jedynie zwycięskie bitwy przebudzą gnuśne sumienia za kordonem! Bez zwycięstwa nasi posłowie niczego w obcych krajach nie wskórają! Tylko wojna, tylko miażdżący cios!
Lis nie słuchał dalej i wypadł z karczmy.
Przed południem stanął już w Warszawie i zameldował się w kancelarji gen. Radziwiłła.
Książę wysłuchał raportu w obecności dwóch obecnych w biurze generałów: Dwernickiego i Dembińskiego i głosem ospałym oświadczył:
— Dziękuję, kawalerze, za uczciwą służbę! Listy cesarza i twoje relacje przedłożę panu Dyktatorowi dziś jeszcze... Bywaj zdrów!
Lis, odsalutowawszy, zamierzał wyjść, lecz Dwernicki zawołał:
— Na Boga, panie generale, przecież tego zucha należy przesłuchać niezwłocznie, bo, jak mi się widzi...
Spojrzawszy jednak w obojętne oblicze naczelnego wodza, urwał nagle i tylko mruknął do Lisa:
— Przychodź rychło do mojej kwatery!
— Rozkaz! — odparł młodzieniec i wyszedł.
Ucieszył go wygląd Dwernickiego. Bardzo małego wzrostu, gruby, barczysty, niby z jednego kawału mocnego kamienia wykuty, generał pociągał ku sobie wesołą, rumianą, dziarską twarzą. Podkręcone, siwe wąsy nie mogły ukryć jurnego i figlarnego uśmiechu, co chwila rozchylającego świeże, pulchne wargi. W oczach jego nigdy nie gasnął ogień śmiałego, zuchwałego porywu i jednocześnie beztroski żołnierskiej. Gdy o wojnie mówił — rósł, poważniał, potężniał. Tak sobie wyobrażał Lis polskich wodzów, spadkobierców Batorego, Sobieskiego, sławnych hetmanów, o których z takim zapałem opowiadała mu w pałacu cesarzewicza w Petersburgu panienka o złocistej główce.
Wieczorem Lis stawił się w kwaterze generała Józefa Dwernickiego i sprezentował mu swoich ludzi, przyprowadzonych z Litwy. Generał wesołym głosem, który nawet na ponure, nieufne twarze Litwinów wywołał uśmiech, krzyknął:
— Kapitanie Lewiński!
Z sąsiedniej izby wypadł z brzękiem pałasza, zuchowaty oficer i stanął, wyprostowany, jak struna, przy progu.
— Weźmiesz tych ludzi do drugiego pułku ułanów, chociażby do swego szwadronu, bo to lud zębaty okrutnie, a z tego młodzika dobrego porucznika urobisz, bo to nie byle kto, tylko kadet petersburski, mocno szkolony!
— Rozkaz! — odpowiedział Lewiński i, skinąwszy na Litwinów, wyszedł wraz z nimi.
Lis pozostał z generałem i opowiedział mu o sobie wszystko, co wiedział od Fedorczuka i panny Juljanny.
— Niema co mówić! Grackoś się spisał, kawalerze! — rzekł Dwernicki. — Przecież o Lisach słyszałem, a i po legjonach tłukło się ich kilku i tu, i tam! Chłopy naschwał i w garści srodze mocni! Słuchając o twej przygodzie z owym Waśką cesarskim, pomyślałem zaraz, że niedaleko pada jabłko od jabłoni! Chcesz, kawalerze, służyć w moim korpusie?
— Tak jest, dziękuję panu generałowi! — odparł Lis. — Tylko...
— Cóż to za „tylko“?
— Tylko błagam pana generała pamiętać o Litwie, bo tam zaprawdę możemy zagrozić Rosji! — składając ręce, jak do modlitwy, zawołał Lis. — A nie można z tem zwlekać, bo, tylko patrzeć, armja Dybicza wkroczy w nasze granice!...
Dwernicki sposępniał nagle i milczał długo.
Gdy podniósł głowę — w oczach błysnęły mu ognie.
Pohamował się jednak i odparł:
— O tem powinien myśleć naczelny wódz, bracie, a moja rzecz — spełniać rozkazy i bić się, gdy czas przyjdzie! Wiem, iż nie łatwa to rzecz, bo wojsko, przez Konstantego szkolone, dobre jest od parady, a nowozaciężne pułki żadnej służby nie znają. No, ale bić się będą...
Po chwili Dwernicki spojrzał na siedzącego przed nim młodzieńca; twarz generała była już jak zwykle wesoła i dziarska.
— Hej, chłopcze, powiedz lepiej co masz zamiar robić? Nie jesteś mi narazie potrzebny, bo pułki mam w komplecie i teraz frasuję się mocno o opierunek i amunicję. Pewno, masz tu znajomych, a może chcesz krewnych poszukać, więc urlop dać ci mogę na dwa tygodnie...
— Pokornie dziękuję! — ucieszył się Lis. — Chciałbym pojechać do Sieradza, panie generale.
— No, to i pojedziesz! — kiwnął głową generał. — A pieniądze masz?
— Mam, bo w trokach owego Fersena była ich spora kupa, wystarczy mi ich na długo, panie generale! — odparł świeżo upieczony porucznik.
— Jedź, a za dwa tygodnie powracaj! Bądź zdrów, poruczniku!
Lis pożegnał generała i tegoż dnia wyjechał z Warszawy, mając ze sobą dwa konie luzem, na zmianę idące pod siodłem.
Sunął szybko naprzód, popasając tylko tyle, aby koniom zadać obroku i samemu coś przegryść w karczmie, więc drugiego dnia późnym wieczorem już mijał Łask.
Cicha, mroźna noc otoczyła go zwojami mroku, przetkanego srebrzystemi promieniami księżyca.
Koń szedł szerokim kłusem, prychając ochoczo. Lis kiwał się, drzemiąc na siodle.
— Stój! — rozległ się nagle okrzyk i kilku konnych zastąpiło mu drogę.
— Kto taki? Skąd? Dokąd? — padły pytania.
Lis przyjrzał się uważnie. Byli to niezawodnie Polacy, więc odpowiedział wesołym głosem:
— Ułan 2-go pułku z korpusu generała Dwernickiego!
Jednak, że jeszcze źle władał mową polską były kadet rosyjski, więc nie uwierzyli mu jeźdźcy, patrolujący na trakcie.
— Pokaż papiery! — rzekł jeden z nich, podjeżdżając z boku.
— Nie mam papierów, bo dopiero zostałem przydzielony i jadę na urlop do...
Nie skończył, bo ów, który zajechał mu był z boku, krzyknąwszy — „Szpieg!“, schwycił go za ramię. Inni wnet otoczyli Lisa i zamierzali go związać.
Młodzieniec perswadował im, opowiadał o sobie, prosił, aby zaniechali go, lecz, widząc, że nic nie pomaga, w mig porozrzucał napastników, jak odyniec, opadnięty przez ogary. Mógłby zrobić im krzywdę, bo mocny był nadmiernie i do bójek w korpusie nawykły, miał również szablę przy boku i pistolety w olstrach, lecz nie chciał turbować swoich, więc konia uderzył piętami i pognał, zły na siebie i napastników.
Zmęczona klacz potknęła się nagle i zaryła pyskiem w śniegu.
Jeździec spadł z siodła, a gdy się gramolić począł z ziemi, nadbiegł jeden z napastników i ciął go w głowę.
Lis krzyknął, ręce rozłożył szeroko, jakgdyby chwycić się chciał niewidzialnej opory, zatoczył się i padł...



Rozdział VII.
Dziwne drogi ludzkie.

Szosą z Łaska do Sieradza jechały szparko kryte sanie, zaprzężone w cztery tęgie konie, a jakiś krewki mąż co chwila wytykał głowę przez okienko i pokrzykiwał:
— Macieju, poganiaj!
Stangret strzelał z bata, lecz koni nie bił, bo same szły dobrym kłusem, aż grudki śniegu wylatywały wysoko z pod kopyt.
Na skręcie szosy kilka jeźdźców zatrzymało sanki.
— Kto jedzie? Pokazać glejt! — rozległy się głosy.
Szlachcic znowu wyjrzał, opuściwszy oszkloną ramę, i zapytał zdumiony:
— Co to za ludzie? Odkąd to obywatelom bez opowiadania się nie wolno jeździć szosami?
Jeden z jeźdźców, przyjrzawszy się baczniej, zawołał:
— Ach, to pan Kobierzycki! Przepraszamy bardzo, lecz posłano nas przełapywać szpiegów, których pono wszędzie nasadził Konstanty, a ci węszą i donoszą Moskalom.
Szlachcic wysiadł z sani, przeciągnął się, żeby wyprostować zdrętwiałe członki, i nagle spostrzegł leżącą postać i czarną plamę krwi na śniegu.
— A cóż to za wypadek? — spytał, niespokojnie patrząc na jeźdźców.
Oficer, dowodzący patrolem, pocierając uszkodzoną rękę, opowiadać zaczął o zajściu z jakimś osiłkiem, który, gdy go chcieli do sztabu odstawić, poturbował wszystkich, tego i owego razem z koniem obalając.
— Przepraszam, pana oficera, a za coście go napadli? — spytał pan Kobierzycki.
— Po polsku strasznie się źle wysławiał, Moskalem od niego trąciło, myśleliśmy, że szpieg... — odparł oficer.
— No, i cóż, istotnie się szpiegiem okazał? — pytał dalej szlachcic.
— Nie wiemy... bo jeden z moich żołnierzy zaciął go...
Pan Kobierzycki pochylił się nad leżącym.
— Zdaje mi się, że już po nim... — mruknął, i, przyklęknąwszy na śniegu, przyłożył ucho do piersi rannego.
Leżący w kałuży krwi człowiek nagle się poruszył i, robiąc straszliwy wysiłek, uniósł głowę.
— Władysław Lis... jadę do panny Juljanny... do Pyszkowa... — wybełkotał.
Skrwawiona głowa opadła znowu na śnieg, gdzie się rozpływała coraz szerzej wielka, czarna plama.
— Na miły Bóg! — zakrzyknął pan Kobierzycki. — Toż to chyba o krewniaczce księżny pani Łowickiej, Juljannie Truszkowskiej, bredził ów człek... Mieszka ona z matką w moim Pyszkowie... Proszę o pozwolenie zabrania rannego ze sobą... u mnie go dla badania sądowego znajdziecie, jeżeli nie zemrze, bo, widzę, że srodze zranion...
Oficer, zmieszany i zaniepokojony, na żądanie szlachcica przystał skwapliwie i rozkazał żołnierzom, aby ostrożnie złożyli rannego do powozu.
Pan Kobierzycki kazał stangretowi ruszać i oddalił się, mrucząc pod wąsem:
— Ostrożność dobra rzecz, tylko poco napadać na drodze i od ucha rąbać?... Nie godzi się to...
Jechał, pykając fajkę i słuchając ciężkiego rzężenia nieznajomego.
— Przy karczmie Joski staniesz i po Francuza-cyrulika skoczysz! — krzyknął do stangreta.
Jako też wkrótce zajechali przed karczmę, stojącą przy szosie. Maciej, konie uwiązawszy, pobiegł do wsi i przywlókł za rękaw figurę dziwaczną i wystraszoną.
— No, mośju, kuruj tego nieboraka! — rozkazał dziedzic, wychodząc z sani i ręką wskazując na leżącą w nich postać, otuloną w baranicę.
Przybyły cyrulik, wysoki, chudy, o ostrej bladej twarzy i sumiastych wąsach, z trudem podskakując na jednej nodze, bo drugą miał drewnianą, zajrzał do powozu i śpiewną mową, mieszając francuskie i polskie słowa, mówił:
Rien[9] widzieć... Ciemno, très sombre[10]... noc... Il faut transporter[11], transportować do karczmy, excellence[12]...
Z trudem przeniesiono rannego do izby.
Cyrulik znał się na rzeczy i oglądał nieznajomego z wielką biegłością.
Nic dziwnego, bo był to felczer armji napoleońskiej, który z odmrożoną nogą dotarł podczas pamiętnego odwrotu z Rosji aż do Polski i tu już pozostał. Wędrując z miejsca na miejsce, to jako nauczyciel, to kucharz, znalazł wreszcie cichą przystań, bo się ożenił z gospodynią państwa Karnkowskich i osiadł na roli pomiędzy Łaskiem a Sieradzem. Fachu lekarskiego nie porzucił jednak i praktykował, słynąc w całej okolicy, jako doskonały „cyrulik“, co to goli znakomicie, krew puszcza, pijawki i bańki stawia a zna się wybornie na ziołach wszelakich, z których „dekokty“ nader skuteczne warzył.
Długo oglądał francuz rannego, wreszcie szwargotać zaczął:
— Ten, który usiekł biedaka, umiał szablą robić! Ho, ho! Taki wspaniały attaque à la tête![13] Bon sabreur[14]... rębajła znakomity!
— Cóż to myślisz sobie, mośju, że zaprosiłem cię, abyś mi wychwalał tego, który ranę owemu biedakowi zadał? — zawołał pan Kobierzycki z oburzeniem.
Oh, non![15] — uśmiechnął się francuz. — Tylko ja lubię dobry „sabreur“, widziałem jednego takiego, który służył w wielkiej armji de l’Empereur[16] w polskich szwoleżerach... nazywał się Aleksander Fredro... Oh! Il fût le dieu d’éscrime![17] Ale... zaraz... zaraz...
Kulejąc i postukując drewnianą nogą, szybko wyszedł z izby, a gdy powrócił, niósł ze sobą słoik z szarpiami i drugi z jakąś maścią, miednicę, nożyce i gąbkę. Długo obcinał zlepione krwią włosy, starannie obmywał ranę, a potem nałożył szarpie z maścią, obandażował głowę i rzekł:
— Teraz można jechać à la maison...[18] Przed południem gorączka przyjdzie, chory zacznie miotać się... gadać w malignie... Trzeba donner[19] dekokt gorzki i nowy bandaż nałożyć... Ja przyjechać do Pyszków z flaszką, pijawkami i bandażem, excellence?
— Przyjeżdżaj, przyjeżdżaj, mośju, bo, chociaż nie znam tego młodzieńca, okrutnie mi go żal i suponuję, iż krzywda mu się stała, — odparł dziedzic.
Przy pomocy Żyda ułożono rannego na saniach i ruszono dalej, — ostrożnie, aby krew nie rzuciła się z opatrzonej rany.
Była godzina szósta rano, gdy przed pałac Pyszkowski zajechały sanie pana Kobierzyckiego.
Wniesiono chorego do pokoju gościnnego i złożono na tapczanie pod dozorem lokajczyka Szymka, chłopaka młodego, lecz sprytnego i silnego.
Tymczasem pan Kobierzycki szybko się przebrał i, dowiedziawszy się, że domownicy są już przy śniadaniu, zeszedł do jadalnej sali.
Przy stole siedziało kilkanaście osób, bo we dworze Kobierzyckich znaleźli schronisko uciekinierzy z Warszawy i okolic, gdzie spodziewano się rychłych starć wojennych. Wśród gości przebywały też we dworze pani Truszkowska z córką Juljanną.
Towarzystwo spożywało śniadanie w pośpiechu, gdyż wszyscy musieli iść do pracy.
Panie — szyć bieliznę dla wojska, dziergać szarpie, robić na drutach ciepłe pończochy, szaliki, rękawice dla żołnierzy; młodzież miała rozkaz stawić się do Sieradza na ćwiczenie wojskowe, do patrolowania po drogach i przy składach aprowizacyjnych, a starsi — przejść co rychlej do salonu na omawianie bieżącej chwili, która wszystkich dręczyła niepewnością i, co było najcięższem, — tajemnicą, okrywającą zamiary dyktatora i rządu.
Pan Józef Kobierzycki mówił właśnie o tem, że spotkany w Łasku urzędnik przy izbie poselskiej, pan Wincenty Łoś, zwierzył się przed nim i opowiadał o troskach marszałka, pana Władysława Ostrowskiego.
Wiadomości, zebrane przez dziedzica, nie były pocieszające, więc niepokój ogarnął obecnych.
To widząc, pan Józef wychylił kubek gorącego mleka, odchrząknął i rzekł:
— Nie trzeba się trwożyć, moi państwo, jeżeli zjedzie tu komisja śledcza lub wojskowa, przywiozłem bowiem do Pyszkowa biedaka, podejrzanego o szpiegostwo, a usieczonego podczas ujęcia go.
— Któż to taki? — zapytała babcia Kobierzycka.
— Nie wiem! — odparł dziedzic. — Jeżeli nie przesłyszałem się, wymienił swoje nazwisko... Lis, ale że był nieprzytomny, więc może...
— Czy jest to młody człowiek? — spytała, blednąc i podnosząc się gwałtownie, panna Juljanna.
— Otóż to! — zawołał pan Kobierzycki. — Dziwna rzecz!... Ranny powiedział, co prawda, bardzo niewyraźnie, że jedzie do Pyszkowa do panny... Juljanny. Postanowiłem tedy zabrać go ze sobą, inaczej zmarłby niezawodnie, bo powiadam wam, ma porządnie rozłupaną głowę. Cyrulik...
— Mamusiu! — krzyknęła panienka. — To nikt inny tylko Władeczek Lis, poczciwy, zbłąkany na obczyźnie chłopak, którego wraz z ciotką Marjanną kształciłyśmy w Petersburgu!
Panienka wybiegła z pokoju, a za nią podążyła pani Truszkowska.
— Bacz, Józefie, aby miast komisji sądowej, nie przybyła tu komisja księża! — mruknęła babcia Kobierzycka.
— Nie daj, Boże, aby ten chłopak zmarł u nas! Nabawiłbym się dopiero kłopotów! — zawołał dziedzic.
— Nie o tem mówię! — wzruszyła ramionami starowinka. — Śluby małżeńskie węszę, bo mi już to w karty potrzykroć wczoraj wypadało.
— Zaś tam ślub! — żachnął się szlachcic. — Człek ledwie zipie, tylko patrzeć, z Bogiem się połączy, a babcia mi o weselisku prawi! Nie takie teraz czasy, by o tem myśleć!
— Młodym na miłość wszelki czas dobry! — uśmiechnęła się pogodnie i zaczęła szperać w torbie, szukając talji kart i okularów.
Wkrótce sala opustoszała.
Tylko dziewczyny pokojowe krzątały się, sprzątając ze stołu i plotkując o parobkach i starym lokaju Teofilu, którego wczoraj żona znowu biła i przygadywała brzydko, nazywając „łysym wiercipiętą“...
Tymczasem w izbie gościnnej, gdzie leżał ranny, przy tapczanie stały panie Truszkowskie.
Panienka, klęcząc przy młodzieńcu, głaskała go po rękach i zaglądała w jego bladą, nieruchomą twarz. Pani Truszkowska szeptała modlitwy, z trwogą patrząc w zrozpaczone oczy córki.
Chory poruszył się nagle, usta mu drgnęły i skrzywiły się w bolesnym uśmiechu.
— Jadę do Pyszkowa... do panny Juljanny Truszk... — szepnął, ledwie rozchylając usta.
Widocznie myśl ta owładnęła nim całkowicie i tkwiła w nieprzytomnym mózgu.
— Panie Władeczku! Panie Władeczku! — mówiła panienka, pochylając się nad nim.
Chłopak nie słyszał, bo ani odpowiedział, ani oczu nawet nie otworzył.
Po chwili rumieniec zalał twarz jego. Ranny żywiej się poruszył, jął mruczeć, bełkotać i wykrzykiwać rosyjskie i polskie słowa, a gdy chciał zerwać z siebie bandaż, obydwie panie wraz z Szymkiem musiały trzymać go za ręce. Słaby, posiekany i nieprzytomny młodzieniec zachował jednak siłę tak ogromną, że tęgi lokajczyk, pchnięty mocno, aż do ściany dwa razy odleciał i z przestrachem szepnął:
— A toż to mocny pan, proszę jaśnie panienki, siłacz okrutny!...
Siłę jednak zachował Lis, widać, tylko w prawej ręce, bo lewa dłoń jego, którą trzymała dziewczyna w swojej, uspokoiła się natychmiast i tylko drgała chwilami. Może, zresztą, jakimś wewnętrznym wzrokiem, lub resztkami świadomości, budzącej się na krótko, ranny widział pochylone nad nim spłakane, pełne troski i niepokoju, słodkie oblicze złotowłosej panienki.
Juljanna na krok nie odstępowała od łoża chorego, wlewała mu do ust wodę z sokiem i poprawiała poduszki i bandaże, na których wykwitnęła i rozpływała się coraz bardziej krwawa plama.
Koło południa przyjechał cyrulik Ferand ze szkatułą, znaną w całej okolicy, a zawierającą leki przeróżne.
Znowu oglądał Francuz ranę Lisa, lecz już nie zachwycał się cięciem, tylko głową kiwał, sapał i mruczał:
Parbleu![20] Przez taka wielka dziura la vie[21] może łatwo uciec... Hm, hm... Ale jeszcze żyje... twarda głowa, mocna głowa, dlaczego nie będzie jeszcze żyła?...
Gadając do siebie, nakładał jakieś smarowidła, stawiał pijawki za uchem i na skroniach, bo jak mówił:
Il faut[22] odciągnąć krew, która się zwarzyła.
Więc „odciągnął“ krew, obandażował głowę, kazał śniegiem okładać czoło, a później wyjął ze szkatuły dużą butlę i rzekł:
— Dobry „dekokt“![23] Tysiąc grenadjerów de l’Empereur[24] Napoleon wyleczyłem!...
Pomacawszy rannemu puls i przyłożywszy ucho do piersi, uśmiechnął się i mruknął wesoło:
Très bien[25] serce comme[26] miech kowalski... Très bien!
Zaśmiał się już zupełnie wesoło i, zwracając się do Juljanny, szepnął z domyślnym uśmiechem:
Courage, mademoiselle![27]
Zadowolony z siebie poszedł do domku rządcy, bo wiedział, że dostanie tam uczciwą szklanicę miodu, czy węgrzyna, za którym przepadał cyrulik, zmuszony pić tylko pokryjomu, gdyż magnifika mośju Feranda słynęła z chyżości języka i wartkości dłoni, karcącej lekkomyślnego męża za byle jakie przewinienie.
Przy obiedzie pani Truszkowska musiała opowiadać o spotkaniu i znajomości córki swej z Lisem, ulubionym trębaczem Mikołaja, i o tem, jak w krótkim czasie odezwała się w chłopaku krew polska, gorąca i wierna.
Panna Juljanna, która tylko na chwilkę usiadła do stołu, mówiła z takiem przejęciem i zachwytem o swoim uczniu, że wszyscy uczuli przyjaźń dla tak niefortunnie przyjętego w ojczyźnie młodzieńca; tylko niepoprawna babcia Kobierzycka zachichotała cieniutko i rzuciła w przestrzeń:
— Dziś znowu w kartach wesele wypadło, chi! chi! chi!
Pan Józef upomniał staruszkę piorunującem spojrzeniem, lecz na szczęście panienka nie słyszała słów babci i nic nie spostrzegła.
Mówiła swoim słodkim głosikiem:
— Poczciwa to, szczera i czysta, jak łza, dusza! Sierota nieszczęśliwy, skrzywdzony, porwany i oszukany przez Moskali. Lecz powrócił do swoich, widzicie?! Bóg miłosierny nie dopuści, aby mu się zmarło tak bezsławnie! Krzywda stała się Władeczkowi, ciężka krzywda! Nie winien on temu, że jeszcze źle po polsku mówi... całe życie w Rosji strawił, mowę naszą utracił, ale duszę zachował. To zaś ważniejsze!...
Przez całą noc na zmianę siedziały przy rannym pani Truszkowska z córką, raz po raz zaglądali do pokoju państwo Kobierzyccy i inni domownicy i dopomagali trzymać Lisa, miotającego się w gorączce, podważać łyżką zaciśnięte zęby, aby można mu było wlać w usta spieczone „dekoktu“ lub orzeźwiającego napoju.
O świcie ranny czuł się jeszcze gorzej.
Porywał się wstać, bredził, sięgał rękami po bandaże, chcąc je zerwać, bo, widać, dotkliwie bolała go głowa, lecz oczu nie otwierał, coraz mocniej zaciskając, opuchnięte, nabrzmiałe powieki, zgrzytał zębami i prężył się cały, borykając się z niewidzialnym wrogiem.
Przybiegł cyrulik, pozostawiony przez pana Józefa we dworze, znowu choremu tętniącego gwałtownie pulsu dotykał i bicia serca słuchał, a potem głową kiwał i już nie twierdził, że wszystko jest très bien, bo rozumiał, że dusza z ciałem walczy, chcąc się wyrwać i uciec tam, gdzie niema ani trosk, ani bólów, ani żalu gorzkiego.
Długo wahał się Ferand, aż szepnął dziedzicowi do ucha:
— Można teraz po księdza posłać... Może, le bon Dieu...[28] pomagać...
— Umiera? — spytał pan Kobierzycki.
— Lekarz nigdy nie może powiedzieć: „umiera“, on tylko mówi napewno: „umarł“... — odparł imć Ferand.
Przybył ksiądz z Sakramentami, konającemu grzechy odpuścił, dał ostatnie olejem namaszczenie, w ręce włożył świecę gromniczną i modlić się zaczął narazie łacińskiemi, a potem prostemi, zrozumiałemi, z serca idącemi słowy:
— Boże miłościwy, Panie nasz i Stwórco! Odpuść odchodzącemu z tego świata bratu naszemu grzechy jego świadome i nieświadome, jako jesteś źródłem miłosierdzia i sprawiedliwości! Niech w te ostatnie chwile życia ziemskiego, umierając w obcym domu, wśród obcych ludzi, jakaś myśl radosna, opromieni go, ukoi, osłodzi ostatnią mękę jego, odpędzi nieznośną tęsknotę śmiertelną i strach przed nieznaną, umysłem nieogarniętą wiecznością!
Ranny poruszył się i westchnął głęboko.
Spieczone, suche wargi poruszyły się niespokojnie, drgać poczęły w wielkim wysiłku powieki i nagle szept przenikliwy, świszczący wyrwał mu się z gardła:
— Jam ułan generała Dwernickiego... Do miłej ojczyzny na... służbę wierną wróciłem... Albo zwyciężyć... albo polec... Wszystko zapomnieć dla ojczyzny... Raz tylko ujrzeć ją... umiłowaną, wytęsknioną... Juljanna Truszkowska... Pyszków... urlop...
Osłabiony, leżał milczący, tylko w piersi mu coś grało, dreszcze wstrząsały rozpalonem ciałem, drżały usta i dzwoniły zęby, drobniutko i częstotliwie, niby żałosny brzęk cienkiego szkła, potrąconego niebacznie.
Panna Juljanna, klęcząc u wezgłowia chorego, cicho płakała.
Ale nie tylko ona, płakały też inne niewiasty, a nawet pan Kobierzycki ocierał łzy.
Ksiądz przerwał modły i, rozumiejąc, iż w tej chwili smutnej lecz uroczystej zarazem, dzieje się wielka tajemnica, gdy pod promieniami łaski Bożej przemawia dusza, już zwolniona z więzów śmiertelnego ciała, przeżegnał umierającego krucyfiksem i cicho wyszedł z pokoju.
Za nim podążył pan Józef i tuż za progiem spytał proboszcza:
— Słyszałeś, Jegomość, co mówił ten chłopczyna?
— Słyszałem, panie dobrodzieju, bom tuż przy łożu klęczał, — odpowiedział szeptem proboszcz.
— No, tandem[29] tedy zbrodni nad nim dokonano? Zabito ułana polskiego... zacną duszę zgładzono... — utyskiwał poczciwy szlachcic. — Co się dzieje! Co się dzieje! Niewinnych ludzi o zdradę posądzają i na wielkiej drodze — rrym! po czaszce i do rowu! Eh! Na to nie pozwolę... Wnet pchnę pachołka do Dwernickiego z zapytaniem, czy ma takiego ułana pod sobą, bo może w gorączce tylko gadał bez sensu...
W pokoju chorego, niewiasty otoczyły panią Truszkowską i szeptały z przejęciem:
— Powiedział, że jechał ujrzeć ukochaną... Naszą Julcię po imieniu nazwał i z nazwiska... Tu już fałszu nijakiego być nie może!... Po ostatniem olejem świętem namaszczeniu oprzytomniał, snąć, i przemówił! Biedaczyna, sierota opuszczony, bezdomny!... Taka go spotkała krzywda straszliwa!
Panie znowu popłakiwać zaczęły i szeptać modlitwy.
Panna Juljanna nie ruszała się z miejsca i do nikogo się nie odzywała.
Klęczała po dawnemu i wpatrywała się w twarz rannego, jakgdyby oczekiwała, że jeszcze przemówi, że podniesie ciężkie powieki i spojrzy na nią swemi oczami — jasnemi i pogodnemi.
Rozumiała, że ten — taki prosty i uczciwy chłopak umiera. Nadziei nie miała, ale nie czuła jeszcze rozpaczy w sercu.
Zdziwiła się, uświadomiwszy sobie, że jedna i ta sama, uporczywa i gorąca myśl przeszywa mózg jej i zmusza ją ustami poruszać i szeptać coś bez dźwięku.
Jakgdyby obca sobie istota słuchała tego szeptu, chociaż nie był on szmerem warg, lecz cichym głosem duszy.
Słyszała wyraźnie ten głos, powtarzający raz po raz:
— Masz miłość w sercu swojem dla mnie? Przysięgam na Boga, na Matkę z Jasnej Góry, że, jeżeli sądzone ci jest życie, pójdę z tobą na dolę i niedolę!
Zdumiała się, zrozumiawszy straszne znaczenie tych słów, dźwięczących w głębi duszy, ale natychmiast oczy podniosła na obraz Bogarodzicy Częstochowskiej i powtórzyła, wymawiając szeptem, lecz wyraźnie, słowo po słowie, jak na spowiedzi:
— Jeżeli sądzone ci jest życie, pójdę z tobą na dolę i niedolę! Przysięgam na Matkę z Jasnej Góry!



Rozdział VIII.
Troski i radości.

Generał Dwernicki odpisał dziedzicowi Pyszkowa i w liście swoim potwierdził przynależność „młodego, bohaterskiego porucznika“, Władysława Lisa, do 2-go pułku ułanów swego korpusu, wspomniał o dostarczeniu przez niego nader ważnych listów oraz o zniesieniu przez tego „dziarskiego młodziana“ dwóch partyj nieprzyjacielskich.
Generał okrywał podejrzanego o szpiegostwo ułana swoją powagą i w końcu pisma swego zalecał, aby, jeżeli zajdzie potrzeba, zaaresztowanego stawiono na sprawę do Warszawy, po całkowitem chorego wydobrzeniu, co usilnie nakazywał też miejscowemu komendantowi.
Lecz komendant, kapitan Czyżewski, dostał już był osobny rozkaz z głównej kwatery, o czem natychmiast powiadomił pana Kobierzyckiego, wyrażając ubolewanie z powodu przygody, która spotkała jego gościa, a co usprawiedliwionem być może tylko nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, jako to: niepoprawnością mowy polskiej pana porucznika Lisa, oraz karygodną „gorączką“ jednego z żołnierzy, patrolujących na szosie.
List generała Dwernickiego nadszedł był właśnie wtedy, kiedy ranny młodzieniec, po czterech dniach zmagania się ze śmiercią, do przytomności powrócił i mowę odzyskał.
Ujrzawszy nad sobą wzruszoną, spłakaną i przybladłą twarz panienki, drgnął, słabemi, drżącemi rękami oczy przetarł, spojrzał znowu i nagle krzyknął:
— Juljanno!... panno... Juljanno!...
Nic już więcej mówić nie mógł, bo szlochać zaczął, jak bezradne, skrzywdzone dziecko i ustami poruszać cicho, tak cicho, że tylko Juljanna posłyszała urwane słowa modlitwy, tego „Ojcze nasz“, co go sama niegdyś nauczyła.
Młodość, potężne siły i miłość miały lepszy skutek niż wszystkie dekokty cyrulika.
Chłopak szybko powracał do zdrowia, tylko słabość nie opuszczała go i gwałtowne bóle głowy dolegały mu jeszcze.
Jednak Francuz miał i na te przypadłości wypróbowane leki, więc poił pacjenta coraz to nowemi ziołami, bańki i pijawki przystawiał i raz nawet „krew otwierał“.
Skuteczne to były zabiegi, bo po tygodniu Lis już siedział na tapczanie i, obłożony poduszkami, opowiadał szczegółowo o swej ucieczce z Petersburga i o przygodach w drodze do Pyszkowa.
— Jakiś niecny człowiek porąbał pana! — zawołała słuchająca go pani Sempolińska, niewiasta serca wrażliwego.
Lis z oburzeniem przerwał jej, mówiąc:
— Gdy wiem teraz, co mnie spotkało, rad jestem! Widzę, że dowództwo myśli o wszystkiem i nad wszystkiem czuwa. Sam jestem winien, że bez papierów pojechałem. Kiedy wojna, to — wojna, trzeba, żeby wszystko w porządku było! Ten żołnierz ustawowo postąpił: uciekałem, więc ciął mnie szablą. Dobry żołnierz i służbę zna!
Wszyscy się dziwili, słysząc to, a ten i ów z obecnych szepnął:
— Dzielny chłopak i serce ma sprawiedliwe! Zamiast zemstę knować, usprawiedliwia krzywdziciela...
Zaledwie zmniejszyły się bóle głowy, Lis, składając ręce, jął prosić Juljanny, aby zechciała go dalej uczyć.
— Niech dobra pani nie odmawia mi tego, chyba, że chce, aby mnie za moją tatarsko-moskiewską polszczyznę znowu gdzieś w innem miejscu usieczono lub postrzelono! — mówił, gorąco patrząc w promienne oczy dziewczyny.
— Z radością, panie Władeczku! — zgodziła się natychmiast. — Trafiłeś do Pyszkowa doskonale, bo, oprócz mnie, będziesz miał doborowych preceptorów. Powiem panu, że gości u nas pan Jędrzej Zaleski, asystent znakomitego uczonego, profesora Joachima Lelewela. Ten dopiero pana w mig oświeci i nauczy historji, geografji i literatury polskiej, bo sam rozprawy uczone pisze i poezje układa bardzo piękne. Jest też pan Jelski, brat polityka znakomitego, a człek wielce uczony, bo studja w uniwersytetach zagranicznych odbywał!
We dworze państwa Kobierzyckich znowu płynęły Lisowi godziny i dni, spędzane, jak to bywało niedawno w pałacu cesarzewicza, na nauce i rozmowach.
Wszyscy razem wzięli go w obroty, uczyli na wyścigi, doradzali i poprawiali mowę jego. Z wdzięcznością przyjmował to wszystko, lecz z utęsknieniem oczekiwał chwili, gdy mógł iść do panny Juljanny i przy niej czytać różne dzieła, albo słuchać, patrząc w jej oczy niebieskie, pogodne, a tak umiłowane, że, gdy myślał o tem, serce tłukło mu się w piersi gwałtownie, jak gdyby wyskoczyć chciało i lec u jej stópek drobnych.
Jednak żadne wyznanie, żadne wejrzenie miłosne nie padło z ust młodzieńca.
Coś potężniejszego od miłości nakazywało mu milczenie, coś przemawiało do rozsądku głosem ostrzegawczym, hamowało poryw nagły i ognisty.
Tą dziwną siłą, wstrzymującą uczucie młode i potężne, była troska o kraj.
W salonie państwa Kobierzyckich wisiała duża mapa, przed którą zbierali się domownicy i słuchali dziedzica, czytającego wiadomości polityczne, umieszczane w „Orle Białym“, „Dzienniku Powszechnym“, w „Kurjerze“ i „Gazecie Warszawskiej“, w uniwersałach dyktatora i w różnych ulotkach „extraordynaryjnych“.
Z pism dowiadywało się społeczeństwo lub domyślało o trudnościach, które napotykało tak ofiarnie rozpoczęte przez podchorążych warszawskich powstanie.
Dyktator Chłopicki wierzył jeszcze w możliwość układów z Mikołajem, co mu usilnie doradzali posłowie Prus i Austrji.
Dla nikogo nie było już tajemnicą, że Prusy niemal otwarcie występują przeciwko Rządowi Narodowemu. Na rozkaz z Berlina, na granicy Polski stanęły cztery korpusy pruskie pod naczelnem dowództwem generałów Gneisenau i Clausewitza. Władze zasekwestrowały gotówkę Banku Polskiego oraz prywatne kapitały polskie, złożone w bankach niemieckich, zakazany został wywóz broni, amunicji i materjałów lekarskich do Królestwa, skonfiskowano w portach transporty broni, zakupionej w Anglji.
Austrja pod naciskiem Metternicha działała też wrogo względem Polski, lecz jak zwykle tchórzliwie i skrycie. Tam też sekwestrowano Polsce broń, zamówioną we Wiedniu, lecz fabryki rządowe sprzedawały stare karabiny i inne materjały zarówno Polsce jak i Rosji. Jednak, zawdzięczając gubernatorowi Galicji, księciu Lobkowitzowi, z poza kordonu nadciągnęły liczne grupy ochotników, lekarzy i potajemne transporty broni, szpitalnego i ambulansowego zaopatrzenia.
Z Galicji do Kongresówki zbiegali studenci krakowscy i lwowscy, lekarze, młodzi rzemieślnicy, przekroczyła granicę cała kompanja piechoty austrjackiej, a najwięcej huzarów węgierskich, bo Węgry podtrzymywały gorąco hasło powstania.
Galicja też wystawiła legję nadwiślańską.
Wrogie zarządzenia Niemców również nie przeszkodziły napływowi ochotników do powstania. Z Wielkopolski gromadnie przybywała szlachta, porwana przykładem Mycielskich, którzy oddali ojczyźnie całą młodzież swoją; dążyli za nimi uczniowie gimnazjalni, mieszczanie i nawet chłopi.
Nadzieje i plany ks. Adama Czartoryskiego rozsiały się, jak dym. Ani interwencji, ani pomocy z zagranicy nie doczekał się sędziwy polityk, chociaż przez ajentów polskich o to czynił nieprzerwane zabiegi.
W Anglji minister Palmerston odmówił wszelkiego poparcia i skłaniał Polskę do niezwłocznego zdania się na łaskę Mikołajowi, „prawowitemu monarsze, do którego należy korona polska“.
Nieudolny, zawikłany w sprawę Belgji i wyglądający pomocy od cara rosyjskiego król francuski, Ludwik-Filip, odrzucał wszelkie propozycje radykałów, nalegających na poparcie Polski, i przez swego ministra Sebastjaniego radził Polakom rozpocząć układy z Rosją, zastrzegając się jednocześnie przed wszelką pomocą finansową lub nawet interwencją dyplomatyczną.
Turcja, na którą bardzo liczył Czartoryski, nietylko nie wystąpiła w obronie królestwa kongresowego, lecz, za namową posła rosyjskiego, wydaliła z granic swoich przedstawiciela polskiego rządu narodowego.
Szwecja, obawiając się potężnego sąsiada, wręcz zerwała wszelkie stosunki z rządem powstańczym i nawet ścigała emigrantów z Finlandji, którzy sprzyjali dążeniu Polski do obrony swoich praw i wolności, zagrożonych przez Rosję.
Nie było już żadnej wątpliwości, że Polska liczyć może wyłącznie na własne siły, ofiarność i męstwo.
Na szczęście, sprężyście i planowo działała Rada Administracyjna a nad sprawami tworzenia wojska miała oko Najwyższa Rada Tymczasowa, a także wyłoniona w składzie ludzi energicznych i fachowych Komisja Rządowa Wojny oraz Komisarjat Wojskowy.
To też przygotowania wojenne szły dość szybko i, jak na niewymownie ciężkie czasy, dość sprawnie.
Stawili się starzy, dymisjonowani już szeregowi, a nawet ci, którzy bili się w wojsku Kościuszki; ogłoszono nowy pobór, który dał materjał do tworzenia straży bezpieczeństwa, a z niej formowano też wojsko regularne. Powiększano kadry starej piechoty, szkolono pułki nowej, gdzie pod komendą bywałych już, bojowych oficerów, młodsi, werbowani z pośród pełnych zapału i miłości ojczyzny ziemian, studentów, urzędników, uczniów starszych klas gimnazjów, wychowywali żołnierzy na przyszłych wojowników.
Generałowie Dwernicki, Skarzyński, Umiński, Łubiński i podchorążowie Szkoły Jazdy, mianowani oficerami, bardzo szybko doprowadzali kawalerję do stanu bojowego.
Dochodziły do Pyszkowa słuchy, że najlepiej się jednak przedstawiała artylerja. Naczelne dowództwo pokładało w niej wielkie nadzieje, szczyciło się doskonałymi kanonjerami i szczególnie niezwykłą sprawnością artylerji konnej, którą uczył „szarż skokami“ Bem, oficer ognistego temperamentu.
Lis dziwił się, że wobec groźnego przeciwnika Rząd nie ogłaszał dotąd pospolitego ruszenia, o którem, jak sam słyszał w głównym sztabie w Petersburgu, napomykali nawet w Rosji. W Polsce zaś, jak mu się wydawało, było to wprost niezbędnem, wobec liczebnej przewagi nieprzyjaciela.
Pan Kobierzycki z westchnieniem objaśnił go, że pospolite ruszenie w Polsce z różnych powodów nie jest rzeczą łatwą.
— A gdzież zdobędzie rząd karabiny, amunicję, szable, konie i kulbaki dla takiej nawały nowych żołnierzy? — pytał szlachcic.
Lis westchnął ciężko i zamyślił się.
Strategję w korpusie wykładał kadetom sam dyrektor Paszkow, uważany w Rosji za jednego z najzdolniejszych generałów, więc Lis miał wpojone sobie w szkole pojęcia, dotyczące wojny.
Pamiętał doskonale, że Paszkow, wyjaśniając różne okresy minionej wojny z Napoleonem, dość otwarcie określał wartość żołnierza rosyjskiego. Określenia generała utkwiły mu w pamięci.
Wpatrując się w mapę Polski i Litwy, Lis mówił stroskanym głosem:
— Rosyjski żołnierz, prosty chłop i bezprawny niewolnik, wojny nie lubi i nigdy celu jej zrozumieć nie może. Bił się on dobrze z Francuzami, lecz w tem niema nic dziwnego. Napoleon zagroził wszystkim niezliczonym wsiom, gdzie ci niewolnicy mieli swoje rodziny. Bronili ich, stawali się bohaterami, dzikimi wojownikami, ponieważ nienawidzili najeźdźców. Polska powstająca? Co to może ich obchodzić? Idą na wojnę, bo muszą, nawykli do ślepego, pod groźbą kary zrodzonego posłuszeństwa. Jedna klęska i — stracą ducha! Przekonanie, że wojna ta nie jest marszem triumfalnym, zniechęci nietylko szeregowców, lecz nawet większą część oficerów. Musimy zatem zadać im tę klęskę i wzbudzić obawę przed niebezpieczeństwem. Dlatego należy podnieść powstanie na Litwie, Białej Rusi, Wołyniu, Ukrainie, przenosząc wojnę, chociażby obronną tylko, na kresy. Jeżeli zaś dowództwo postanowiło działać lojalnie i bronić się we własnych granicach, — to musi w takim razie przygotowywać niezbędną klęskę dla Moskali, inaczej spadnie ona na nas.
— Mądrze gada ten młodzik, niech go kule biją! — zawołał stary pan Prażmowski, weteran, który stracił nogę w legjonach Dąbrowskiego.
— Przecież każde państwo o możliwości wojny myśli ustawicznie bo bez tego nie można! — prawił Lis. — Mówicie sami, że generałów i pułkowników mamy dobrych. Jest Chłopicki i Skrzynecki, nazywaliście jeszcze Prądzyńskiego, Weyssenhofa, Dwernickiego, Dębińskiego, Chłapowskiego, Klickiego, Chrzanowskiego i wielu innych. Mamy też niezawodnie wywiad. Kto wie, może dowództwo zna dokładnie, czego warte są wojska feldmarszałka Dybicza, bo nie powiedziałem panom najważniejszego...
— No, to gadajże, poruczniku, bo aż mi serce rośnie, gdy cię słucham! — zakrzyknął krewki pan Limanowski, który wszystkich swoich synów, a nawet wnuków do wojska posłał bez namysłu.
Lis, posłyszawszy swój nowy, a tak zaszczytny tytuł porucznika, aż pokraśniał z radości i z dumą spojrzał na pannę Juljannę.
— Nie powiedziałem państwu, — ciągnął, — że w korpusie generał Paszkow przytaczał kilka wypadków, gdy to wojska rosyjskie, liczebnie silniejsze, ustępowały z pola bitwy z powodu popłochu, który wzbudzały w ich szeregach nieoczekiwane i szybkie ruchy nieprzyjaciela. Otóż myślę, że dowództwo, napozór tak lekkomyślnie wpuszczając Dybicza w granice Polski, przygotowało jakiś niespodziewany, piorunująco szybki manewr. Jeżeli da on dobre wyniki, — w armji rosyjskiej natychmiast zacznie się szerzyć popłoch. Dybicz będzie zmuszony do odwrotu, a wtedy Rząd ogłosi odezwę do Litwy i Wołynia, wzywając je do powstania na tyłach nieprzyjaciela! Co wtedy z tego wyniknie?
— Jak mi Bóg miły, odetniemy moskali od Rosji! — krzyknął pan Prażmowski i drewnianą nogą bił w podłogę. — Ależ, młodzieńcze, widzę, że ci w głowie nie igłą układano! Będzie miał pan Józef Dwernicki pociechę z tego porucznika od ułanów! Bo to mówię wam, panowie, ćwik z tego Dwernickiego! On to w ostatni dzień bitwy pod Lipskiem ostatni wyszedł, gdy odwrót polskich wojsk został zakończony, a przedmieścia były już ogarnięte pożarem. Car Aleksander pragnął przeciągnąć Dwernickiego na swoją stronę i adjutantów do niego w tej sprawie posyłał, a pan Józef, że to człek szparki, w gorącej wodzie kąpany, zamiast odpowiedzi chciał owego posła na gałęzi obwiesić. Cha — ha — ha! Znam ja pana Dwernickiego! Dobry, urodzony to wojak! Ho! ho! Zna się na żołnierzach stary zagończyk!
Inni panowie też chwalili młodego oficera i przepadali za nim, bo ducha, upadającego i skłonnego do przygasania rychłego, podsycał, mówił z taką wiarą i znajomością rzeczy, a przytem poważnie i fachowo, że koił troski i zwątpienia.
Takie to rozmowy codziennie powtarzały się w salonie dworu pyszkowskiego, a na te pogadanki zjeżdżali się nawet okoliczni sąsiedzi, mocno zaniepokojeni tem i owem, co dochodziło do ich uszu z Warszawy i Modlina.
Plotek i prawdziwych wieści było stanowczo za dużo, bo z nich korzystali ajenci austjaccy i pruscy, o wszystkiem skwapliwie donoszący do Lwowa, gdzie pod opieką rządu austjackiego działał sprawnie wywiad rosyjski. Korzystali też z tego węszący po całej Polsce tajni szpiegowie, kierowani za rosyjskie pieniądze przez niejakiego Zangla, który miał wspólników pośród warszawskich Żydów.
Gadatliwa, lekkomyślna i skłonna do wynurzeń szlachta niejedną tajemnicę bezwiednie odsłoniła nieprzyjacielowi z nałogu gadulstwa i przyzwyczajenia do krytykowania wszystkiego, co tej lub owej, mocno nieraz zakutej lub zawianej głowie, nagle się nie spodobało.
Lis uspokajał swoich nowych przyjaciół, lecz w sercu nosił troskę i trwogę. Czuł, że dzieje się nie tak, jak się dziać powinno w tak odpowiedzialnych, niebezpiecznych czasach, gdy wszystko stawiano na jedną kartę.
Życie jego płynęło w tak wielkiem, niczem, zdawało się, niezmąconem szczęściu obok ukochanej, złotowłosej dziewczyny, a jednak codzień pytał monsieur Feranda, czy pozwoli mu już wsiąść na koń i do pułku jechać.
Cyrulik, chociaż oczom swoim nie wierzył, widząc, jak szybko do zdrowia powraca jego pacjent, ciągle jeszcze wstrzymywał go, gdyż obawiał się, że ledwie zagojona blizna otworzyć się może.
Termin urlopu zbliżał się z nieubłaganą szybkością.
Lis wiedział dobrze, że panna Juljanna ma go już w swem sercu, rozumiał, że musi jej coś powiedzieć, aby to, co było wyczuwane tylko, ujęte zostało w kształt słowa twardego i niezłomnego.
Jakaś myśl, ledwie uświadomiona, wciąż wstrzymywała go od kroku stanowczego.
Znał Juljannę i to mu stało na przeszkodzie.
Uczciwy, myślący więcej o innych, niż o sobie, Lis, pozostając w samotności, rozumował tak:
— Jeżeli zwiążemy się słowem, co z tego wyniknie? Wojna będzie okrutna i ciężka. Nie wiem, czy wyjdę z niej cało, a wtedy pocóż mam pozbawiać wolności Juljannę? Przecież, złożywszy przysięgę, pozostanie mi wierną na całe życie i nigdy już nie zazna szczęścia żony i matki. Jak Bóg da, tak niech będzie! Powiem jej o miłości swojej po wojnie, oby Bóg dał, zwycięskiej!
Pewnego razu panienka znalazła go w bibljotece i usiadła obok, uporczywie mu się przypatrując.
Zdumiony młodzieniec zapytał:
— Czy pani się gniewa na mnie?
— Ktoby się mógł gniewać na pana Władeczka! — zawołała i, westchnąwszy, szepnęła:
— Niech mi pan powie, ale tak, jak na spowiedzi, czy pan istotnie wierzy w zwycięstwo nasze?
Opuścił oczy i odparł wymijająco:
— Żołnierz myśli tylko o zwycięstwie...
— Panie Władeczku, nie obracaj pan lisa ogonem, chociaż sam jesteś Lisem! — rzekła z wyrzutem. — Proszę o prawdę! Czy wierzysz, że możemy się przed taką potęgą, jak Rosja, obronić? Czy nie zmiecie ona nas za jednym zamachem?
Lis potrząsnął głową i rzekł poważnie:
— Wierzę, że każdą potęgę można zwalczyć, jeżeli przeciwnik jej ma gorętszy i ofiarniejszy duch. Moskwa nas za jednym zamachem nie zgniecie!...
— Dobrze... — szepnęła dziewczyna. — Czy wierzy pan w zwycięstwo nasze? Tak czy nie?
Lis milczał, unikając odpowiedzi, która bolała go, bo już ją oddawna nosił w sobie. Patrzał na Juljannę błagalnym wzrokiem, jagdyby oczekiwał od niej zwolnienia od nieznośnej męki.
— Tak czy nie? — prawie surowo powtórzyła panienka.
Lis westchnął i przez zaciśnięte zęby z jękiem rzucił jedno tylko słowo.
— Nie!
Dziewczyna ręce splotła na kolanach i szepnęła:
— Ja wiem to napewno!
— Pani?! — zawołał.
— Tak! — odparła. — Wiem, że wojnę przegramy, bo myślę, że już ją przegraliśmy. Nie znalazło się bowiem w Polsce nikogo, kto mógłby cały naród porwać do walki... Ale nie o tem chciałam mówić!
Lis słuchał z coraz większym zdumieniem i trwogą.
— Panie Władeczku, — szepnęła panienka, biorąc go za rękę, — chciałabym myśleć, że to ja wskazałam ci drogę do Polski...
— O, tak! — wyrwał się Lisowi namiętny okrzyk.
— Tak też myślałam... — ciągnęła Juljanna smutnym głosem. — To mię boli teraz!... Czuję wyrzuty sumienia... Może nie powinnam była wołać cię tu...
Młodzieniec podniósł głowę i patrzał na dziewczynę z oburzeniem.
— Niech pan słucha... — rzekła, ściskając mu dłoń. — Niech pan nic nie mówi dopóki nie skończę!... Ta myśl trapi mnie od przybycia pana tu do nas... Co cię spotkało w ojczyźnie? Podejrzenie o szpiegostwo i ciężka rana! To — okropne!
Wzdrygnęła się i zasłoniła oczy rękami.
Lis milczał i słuchał.
— Co pana czeka w przyszłości? Śmierć, albo stracenie przez Moskali, jeżeli dostaniesz się do niewoli... Straszne to!
Młodzieniec potakująco skinął głową, lecz wciąż milczał.
Panienka, załamując ręce, mówiła dalej głosem, w którym zrywała się rozpacz:
— Tymczasem w Rosji pozostałby pan szczęśliwym... zrobiłby świetną karjerę...
— Dość! Ani słowa więcej! — zawołał Lis i podniósł się, groźnie patrząc na dziewczynę. — Teraz ja będę mówił, mówił tak, jak myślę i czuję... Pomyliłem się... Myślałem, że pani jest silna i niezłomna... Niech padnę w bitwie, niech wezmą mnie do niewoli Moskale i powieszą! Umrę ze spokojnem i czystem sercem, bo spełnię swój obowiązek, o którym krzyczy każda kropla krwi mojej, każde uderzenie serca, każde westchnienie piersi! Rozumie pani? Cóż z tego, że wojna może być przegrana i na nas spadnie twarda ręka Mikołaja? Cóż z tego? Stanie się inna rzecz, stokroć większa i donioślejsza od zwycięstwa! Cały świat się dowie i ujrzy, że naród polski nie uznaje barbarzyństwa i gwałtu, że swoim rozpaczliwym czynem piętnuje obojętną, ohydnie, podle zdradliwą Europę, milczącą wobec przemocy i zbrodni, które nas spotkały! Przegrana wojna... porażka? Ależ one rzucą do duszy naszego narodu nieśmiertelne ziarna dążenia do wolności, wielką moc cierpienia i płomień wiary w dzień zmartwychwstania! W tej męce stopią się w jedną bryłę stali wszystkie stany, a, gdy przyjdzie godzina zemsty i wyzwolenia, naród wykuje z niej miecz zwycięski. Dumny będę w ostatniej chwili mego życia, że i ja się przyczyniłem do dzieła sławnego i wielkiego... Tak mi dopomóż Bóg!
Lis krzyknął zdumiony i przerażony, bo oto Juljanna schwyciła go za rękę i zanim się opamiętał, przycisnęła ją do ust, szepcąc:
— Matko Przenajświętsza! Dzięki Ci składam, Opiekunko nasza i Królowo, że posłyszałam słowa te!... Wysłuchałaś modlitwy mojej i spełniłaś błagania sługi Twej!
Nagle pojął wszystko Lis zdumiony i, już nie rozumując, nie walcząc ze sobą, porwał słodką dziewczynę w ramiona, usta drżące i oczy załzawione całował gorąco, szepcąc słowa nowe, nigdy nie mówione, rwące się same z serca i duszy, składał przysięgi i czynił wyznania płomienne, na które dziewczyna odpowiadała cicho, cicho:
— I ja kocham... kocham... na wieki wieczne... na dolę i niedolę... na radość i na mękę... kocham!
Taki wypadek w bibljotece państwa Kobierzyckich zaszedł 12 stycznia r. 1831, a w dwa dni później Lis opuścił gościnny Pyszków, pozostawiając w nim miłość wierną i przyjazne, rzewne o sobie wspomnienia.



Rozdział IX.
Pierwsze zwycięstwa.

Lis znalazł Dwernickiego na Pradze, gdzie generał robił właśnie przegląd nowych szwadronów strzelców konnych oraz ułanów 1, 2 i 4-go pułków.
Dwernicki spotkał młodego oficera życzliwie i, wysłuchawszy raportu, kazał pokazać mu bliznę, ukrytą pod opaską.
— Tfu! do stu kartaczy! — zaklął. — A to cię, poruczniku, uraczyli! I to we własnej ojczyźnie, na wielkiej drodze?... No, no! Suponuję, że z taką dziurą długo nie będziesz mógł siedzieć na koniu?
— Gdzież tam, panie generale! — zaprzeczył Lis. — Zdrów jestem, a o dziurze owej na kulbace rychło zapomniałem. Spieszno mi już do polskiego munduru ułańskiego i do szeregów!
Dwernicki uśmiechnął się wesoło i rzekł:
— Ochoczy jesteś, kawalerze, do wojenki! Strach mię jednak bierze, że ochota niebawem odpadnie nam wszystkim, jeżeli tak dalej pójdzie... Wojna nie wojna, psia ich mać! Tu wybiegać naprzód co rychlej należy, a my drepczemy na miejscu, krzątamy się, niby skrzętna gospodyni, gości wyczekująca...
Na tem przerwał rozmowę generał, pięścią w stół uderzywszy, a gdy wbiegł adjutant, kazał mu iść razem z Lisem do intendenta i oporządzić młodzieńca.
— A czuwajno, bracie, nad tem, aby mi tego chłopaka na ułana-malowanie przerobili!
Lis wkrótce dostał potrzebne umundurowanie, broń, konia i czuł się szczęśliwym, o czem też zaraz napisał obszernie Juljannie, a dołączywszy do listu zrobiony przez siebie rysunek munduru i szabli, dodał na końcu taki dopisek:
— Konika z remontu mi dali gniadego i mocno niepokornego, ale to nic, bo w korpusie dosiadaliśmy umyślnie jeszcze gorsze i niesforniejsze, a że, najdroższa moja, nożyska mam straszliwie mocne, to gdy niemi onego gniadysza ścisnąłem, jęknął i w mig na fanaberji stracił! Ujeżdżę go i stanie się jak trusia!
Pracował młody porucznik nad ludźmi swego szwadronu od rana do nocy, a że do komitywy z ułanami od razu doszedł, mógł też z nimi robić wszystko, co chciał.
Rotmistrz Lewiński, widząc zapał młodego oficera, we wszystkiem spuścił się na niego, stawiając się jedynie na przeglądy, całą resztę czasu poświęcając na szkolenie nowych szwadronów, które szybko i umiejętnie formował Dwernicki, oraz na zdobywanie amunicji, koni i armat w komitecie wojny.
Wytężona praca w wojsku koiła tęsknotę Lisa za umiłowaną dziewczyną i odrywała go od smutnych myśli, które nasuwały się codziennie ludziom wojskowym, dowiadującym się o niesnaskach i różnorodnych, nieraz wręcz przeciwnych sobie poglądach, panujących w sferach wyższych.
Oficerowie, a nawet inteligentniejsi, nawykli do karności szeregowcy z przerażeniem słuchali opowiadań o tem, jak poseł na sejm Ledóchowski, podrażniony chwiejnością Chłopickiego i jego odmową od przyjęcia naczelnego dowództwa, krzyknął mu prosto w oczy:
— Musisz być wodzem, bo my ci rozkażemy! Musisz się bić, jeżeli nie jako wódz, to jako żołnierz, bo sejm ci każe, a jeśli nie wypełnisz rozkazu, to sejm cię za tchórza, za zdrajcę ogłosi!
Wiara już wiedziała, że powątpiewający o szczęśliwym wyniku wojny Chłopicki ustąpił z Dyktatury, lecz skłonił jednak sejm, aby buławę nad wojskiem polskiem oddano uległemu, na wojnie nie znającemu się księciu Michałowi Radziwiłłowi, przy którym miał pozostać, jako doradca.
— Dlaczego nie został mianowany Kniaziewicz?! — dziwili się oficerowie. — Poco posłano go, jako dyplomatę, do Paryża? On tu teraz potrzebny jest, jak manna z nieba! Dlaczego wreszcie nie wystawił pan Chłopicki kandydatury generałów Klickiego lub Weyssenhofa na naczelnego wodza? Tędzy z nich dowódcy, tymczasem my mamy słuchać Radziwiłła... który sen spokojny i wygody nad wojnę przekłada!
W wojsku nie wiedzieli, że ani Klicki ani Weyssenhof nie zgodziliby się na podział władzy z Chłopickim. Tymczasem sejm, nie mogąc się otrząsnąć z uroku minionej sławy bohatera wojen napoleońskich, za wszelką cenę chciał utrzymać Chłopickiego przy armji i z opinją i żądaniem byłego dyktatora liczył się najwięcej.
W ten to sposób ks. Michał Radziwiłł stanął na czele wojska, ku wielkiemu niezadowoleniu i zgorszeniu innych generałów.
Dwernicki, dowiedziawszy się o tem, biegał po kancelarji swojej i kopał stojące na drodze stołki, wyjąc:
— Na miły Bóg! Wymówię posłuszeństwo i z korpusem moim będę luzem chadzał na partyzantkę!
Jednak nie uczynił tego karny żołnierz, jakim był Dwernicki. Pocieszał się tem, że został oddany pod dowództwo generała Klickiego, który już miał zadanie bojowe — zasłaniać Warszawę przed korpusami Pahlena i Rosena.
Wielki był czas po temu!
Dybicz, wszedłszy na Litwę rozrzucał wszędzie proklamacje, zaczynające się od podstępnych, bezczelnych słów:
— Wojownicy polscy! Rokosz chce wytłoczyć na czołach waszych piętno ohydy, zdołacie jednak uniknąć takiej sromoty!
Chłopickiego nie obawiał się stary wódz rosyjski. Uważał go za dobrego generała brygady, lecz niezdolnego do dowodzenia armją. Tonem protekcjonalnym doradzał mu, aby się nie ośmielał występować przeciwko woli cesarskiej i niezwłocznie się poddał, dopóki nie padły pierwsze strzały.
— Nic wam szczególnego nie grozi! — mówił, chytrze patrząc na Polaków, znajdujących się w jego kwaterze. — Pięciu powieszę, wolność prasy stłumię, obsadzę Królestwo rosyjskiemi pułkami i wtedy dopiero konstytucja wasza zostanie najściślej wykonywana! Poddajcie się cesarzowi zanim macie na to czas, bo, gdy przejdę Bug — biada buntownikom!
W kołach wojskowych odezwy i rady Dybicza spowodowały wybuch oburzenia.
Pod wpływem ogólnego nastroju marszałek sejmu, Władysław Ostrowski, powolny radom siostry swej, Michałowej Potockiej, ogłosił w Izbie poselskiej akt detronizacji Mikołaja.
Wniosek marszałka przyjęto jednomyślnie, a więc 25 stycznia r. 1831 o godzinie 3 m. 15 imperator Wszechrosji Mikołaj został pozbawiony korony polskiej. Od tej chwili musiał ją zdobywać z bronią w ręku, lub wyrzec się jej na zawsze.
W żyłach Mikołaja płynęła krew zaciętych niemieckich knechtów zaborczych, zmieszana z krwią dzikich najeźdźców mongolskich więc odpowiedział manifestem, pisanym w gniewie i przepojonym żądzą zemsty.
„To zuchwałe zapomnienie obowiązków i przysięg, ta zapamiętałość w nieprawdzie dopełniły miary przestępstwa. Nadszedł czas użycia siły przeciw nieznających skruchy i, wezwawszy na pomoc Najwyższego Sędziego spraw i zamiarów ludzkich, rozkazaliśmy wiernym naszym wojskom iść na buntowników“.
Takie słowa rzucił w manifeście swoim cesarz, niepomny na to, że to bracia jego właśni — car Aleksander i cesarzewicz Konstanty, dawniej jeszcze „zapomnieli obowiązków i przysiąg“, że „zdradzili zapamiętałość w nieprawdzie“, „dopełnili miary przestępstwa“, gwałcąc prawa, wypływające z konstytucji polskiej, i znęcając się nad wolnością i sumieniem narodu.
Oszukując cały świat, Mikołaj winę za nowe bezprawie składał na Polskę i rzucał na nią hordy moskiewskie.
Wiadomość ta z niebywałą siłą wzmocniła uczucia patrjotyczne w wojsku.
Wszyscy płonęli chęcią zwycięstwa lub śmierci za ojczyznę, składając dowody bohaterstwa narodu.
Dwernicki, zgromadziwszy u siebie oficerów, mówił, biegając po pokoju:
— Co za wspaniały duch! Dowództwo może teraz uczynić wszystko, co zechce, byle postępowało i zdecydowanie Generał Radziwiłł powinien posłać armję na spotkanie Dybicza, rzucić korpusy jazdy na Litwę, Wołyń, aby tam ożywić i ująć w ręce wprawne oddawna tlejące powstanie! Panowie, co za wielki dzień nastał!
Nazajutrz jednak generał chodził już chmurny i klął zawzięcie.
Dowiedział się bowiem, że naczelny wódz spędził noc na naradach z Chłopickim i że do doniosłych postanowień narada ta nie doszła.
Aż dopiero 6 lutego gruchnęła wieść, iż Dybicz przekroczył granicę Królestwa Kongresowego. Sztab jednak otrzymał sprzeczne raporty o kierunku, obranym przez armję rosyjską, więc rozpoczęły się dość chaotyczne rozkazy Radziwiłła, oddawane generałom Krukowieckiemu, Żymirskiemu, dowodzącym korpusami, oraz dywizjom Skrzyneckiego i Szembeka.
Naczelny wódz kilkakrotnie zmieniał swoje instrukcje i wprowadzał w ruch coraz to inne grupy wojsk.
Wreszcie przyszły prawdziwe, szczegółowe doniesienia, dostarczone przez generała Krukowieckiego.
Dybicz armję swoją, zgrupowaną pomiędzy Narwią a Bugiem, zamierzał przerzucić na lewy brzeg Bugu i posuwać się w stronę Węgrowa, gdzie postanowił oczekiwać pierwszego spotkania z wojskiem polskiem.
13 lutego generał Żymirski potwierdził ten raport, donosząc, że Dybicz przeszedł dnia poprzedniego Bug, sforsował przeprawę przez Liwiec i stanął pomiędzy Węgrowem i Siedlcami.
W tak doniosłej chwili Chłopicki, który miał nadawać główny kierunek działaniom bojowym, myślał tylko o obronie przed nieprzyjacielem, zamierzał najwyżej „tęgo się wykropić“ niezależnie od miejsca i czasu, dać Moskwie „porządnego kułaka“, honor broni ocalić i na tem powstanie zakończyć.
W przystępie dobrego humoru obiecywał, co prawda, zająć silną pozycję nad Bugiem i stąd w stosownej chwili po napoleońsku śmiało uderzyć całą siłą i przeciwnika rozbić. Lecz wraz z dobrym humorem szybko rozwiały się te plany i — oto nadeszła chwila, gdy nieprzyjaciel minął Bug i groźną lawiną zmierzał ku Warszawie.
Dwernicki ze swoim małym korpusem, liczącym 6000 ludzi, a wchodzącym w skład grupy Klickiego, w chwili, gdy się dowiedział o zjawieniu się Dybicza nad Bugiem, począł zasłaniać lewy brzeg Wisły.
Ostrożny i przedsiębiorczy generał nie stał na miejscu bezczynnie.
Wysyłał on ułanów swoich na prawy brzeg Wisły, gdzie patrole jego dokonywały głębokiego wywiadu.
4 lutego na podjazd wyruszył porucznik Władysław Lis.
Przeszedłszy Wisłę po lodzie, młody oficer poszedł na Żelechów, gdzie spotkał dwu ziemian z pod Kocka, jadących z zamiarem wstąpienia do wojska. Opowiedzieli mu oni, że w okolicy nic o Moskalach nie słychać, więc Lis zawrócił na północ i poszedł ku Łukowu.
Wieczorem spostrzegł daleką łunę i jął się posuwać ostrożnie.
Wkrótce spotkał pędzącą brykę, w której jechał wylękły kanonik Wyszyński, prefekt łukowski.
— Moskale się zbliżają! Niezliczona moc wojska wali! — krzyknął wystraszony ksiądz i kazał popędzać konie.
Lis szybko poprowadził swój oddziałek i tuż pod Łukowem ukrył go w polu, znalazłszy głęboki wąwóz. Porucznik widział stąd doskonale czarne masy żołnierstwa, wchodzącego do miasteczka, i doczekał się nocy, gdy dość silny podjazd rosyjski, wyjechawszy na drogę, zaczął zdążać ku Wiśle.
Wyprowadziwszy swoich ludzi na drogę, Lis sunął za Moskalami, a, skorzystawszy z zalesionego terenu, podskoczył do nich bliżej i nagle zaszarżował.
W ręcznem spotkaniu na białą broń zwinni ułani górowali nad liczniejszym nieprzyjacielem i wkrótce wybili jeźdźców rosyjskich do nogi, oprócz dwóch, wziętych do niewoli.
Jeden z nich oficer, — kapitan Szumiłow, drugi — prosty, lecz inteligentny szeregowiec, nie zamierzali nic ukrywać.
Lis dowiedział się, że dywizja generała Gejsmara w tym kierunku dąży na połączenie się z głównemi siłami Dybicza.
— Do jakiego pułku należycie? — spytał Lis.
— Do 2-go pułku strzelców konnych brygady generała Paszkowa! — odparł kapitan.
— Paszkowa?! — zawołał ułan i parsknął wesołym śmiechem. — Toż ja doskonale znam waszego generała!
Pusty śmiech ogarnął go na myśl, że trzeba było trafu, żeby tuż na początku wojny: miał się spotkać ze swoim surowym dyrektorem.
Jeńcy, widząc dobre ze sobą obchodzenie się Polaków, jęli się wynurzać z całą szczerością.
Opowiedzieli więc, że do gen. Paszkowa nadeszły niedawno dyspozycje sztabu Dybicza. Młody oficer zrozumiał, że feldmarszałek, nie spotykając nigdzie oporu, pomimo głębokich śniegów i ostrych mrozów, zamierzał skorzystać z zamarzniętych rzek i bagien, poczem frontem, rozciągniętym na 80 mil, pomaszerować ku Warszawie. Dotychczas wszystko szło po myśli naczelnego wodza. Wschodnia połać Polski została już zagarnięta przez armję rosyjską; do rąk Dybicza dostały się magazyny aprowizacyjne, zgrupowane w Łomży, i znaczna część pułku jazdy augustowskiej, dowodzonej przez pułk. Oborskiego. Dalsze plany feldmarszałka polegały na odcięciu dywizji Krukowieckiego w Pułtusku i Żymirskiego w Kałuszynie oraz na szturmie Pragi.
— Później jednak — opowiadał ochoczo kapitan Szumiłow, — przyszła odwilż i armja z wielkiem niebezpieczeństwem przeprawiła się przez Bug. Zamierzono poprowadzić atak na Warszawę w kierunku szosy brzeskiej. W tym celu generał, ks. Szachowski, idzie od Łomży i Ostrołęki na Modlin; generał Kreutz ma rozkaz zajęcia Lublina i maszerowania ku Warszawie od południa; generał Gejsmar od Łukowa ma otoczyć prawe skrzydło armji polskiej, od czoła zaś uderzą wojska generała hrabiego Pahlena i barona Rosena.
Lis uświadomił sobie całą doniosłość otrzymanych informacyj, więc, zabrawszy jeńców, konie i broń, zdjętą z poległych strzelców, popędził do kwatery Dwernickiego.
Myślą biegł ku Pyszkowu, gdzie w tej chwili Juljanna, być może, stała przed mapą i wróżyła na niej, szukając miejsca, w którem znajduje się w tej chwili jej Władeczek. On tymczasem dobrze się zasłużył przed ojczyzną, zdobywszy tak ważne wieści.
Jednak inne też myśli przelatywały mu po głowie, a niosły ze sobą troskę i niepokój. Rozumiał Lis, że Dybicz działał podług dobrze obmyślonego planu, tymczasem w wojsku polskiem szerzyło się przekonanie, że dowództwo nie posiada wyrobionego i ustalonego poglądu na możliwy przebieg rozpoczętej wojny, że w sztabie ścierają się ze sobą Prądzyński i Chrzanowski, doradzając to lub inne jej rozwiązanie.
Dwernicki, wysłuchawszy raportu Lisa, w czoło się uderzył i rzekł:
— Osłem będę, jeżeli nie zgadnę, co mi rozkaże czynić generał Klicki!
Natychmiast wysłał kurjera do starego, schorzałego generała, a sam rozpoczął gorączkowe przygotowania. Zarządził przegląd wojska i, objeżdżając szeregi kawalerji, piechoty i artylerji, dowodzonej przez kapitana Puzynę, mówił wesołym głosem:
— Hej tam, wiarusy! Bitewka będzie, coś tak węszę!
Żołnierze uśmiechali się do dziarskiego dowódcy, lecz ten i ów mruczał, że ludzie nie mają dostatecznego zaopatrzenia.
Posłyszał to Dwernicki i, stanąwszy przed pierwszym w szeregu ułanem, zapytał go:
— Cóż masz do powiedzenia, zuchu?
— Groty lanc chwieją się nam, panie generale, bo to, psia ich wiara, słabo obsadzone! — odpowiedział ułan.
— Tyle tego?! — zawołał generał. — Ha! Nic to! Drzewcami Moskali pobijemy! Na psa i kija starczy!
Wiara, jak jeden mąż wiwatowała na te śmiałe, pełne zapału słowa.
Generał Klicki, porozumiawszy się ze sztabem, przysłał do kwatery Dwernickiego rozkaz, aby przeszedł Wisłę i starł się z Gejsmarem. Manewr ten miał wesprzeć gen. Żymirskiego, broniącego szosy brzeskiej. W rozkazie jednak nie było ani słowa o tem, kto komu podlega w tej operacji: Żymirski — Dwernickiemu, czy odwrotnie.
10 lutego pierwszy szwadron drugiego pułku ułanów przeszedł Wisłę pod Mniszewem i szedł ku Stoczkowi.
Korpus znacznie wolniej posuwał się w tym samym kierunku, szeroko rozsyłając od skrzydeł patrole wywiadowcze.
Posłyszawszy, że Moskale stoją w Łukowie i Róży, Dwernicki postanowił napaść ich pod Różą, a, rozbiwszy tę grupę, ścigać niedobitków do Łukowa i tu drugą przyjąć bitwę z resztkami dywizji Gejsmara.
Niestety, plan jego został przedwcześnie wykryty, bo jeden z podjazdów, prowadzony przez wachmistrza Bielskiego, zapędził się do Toczysk i wpadł w ręce kozaków.
Doświadczony, bojowy oficer, jakim był Gejsmar, przejrzał zamiary polskiego generała i natychmiast ściągnął całą dywizję do Seroczyna.
Wtedy generał Dwernicki zajął Stoczek i wojska swoje rozmieścił za miastem, gdyż wiedział już, że tu podążają kolumny moskiewskie.
Przed wojskiem polskiem rozciągała się bagnista kotlina rzeczki Świder, gdzie po groblach szła wązka droga do Seroczyna, a dalej na lesistych wzgórzach — sucha i znacznie szersza — do Toczysk.
Dnia tego Lis był posłany na podjazd.
Przekonał się niebawem, że Gejsmar lekceważy sobie siły polskie, bo ułani dotarli aż pod Seroczyn, nie spotykając nigdzie czat ani patroli rosyjskich.
Porucznik przywiózł wkrótce wiadomość, że Gejsmar z pułkiem Wirtemberskim i artylerją wyruszył ku Stoczkowi dłuższą drogą przez Toczyska; druga zaś kolumna, pod komendą generała Paszkowa, prowadzącego perejasławskich strzelców konnych i lekką baterję, rozpoczynała właśnie krótszy przemarsz przez las ku nadświdrzańskim groblom.
Dwernicki w lot odgadł, że Paszkow ma go wciągnąć do bitwy od frontu, aby Gejsmar mógł oskrzydlić lub zajść na tyły jego korpusu.
Uśmiechając się pod wąsem, generał mruczał:
— Hejże, nie dojdzie Gejsmar do Stoczka! Idzie długiemi kolumnami i musi w takim szyku wyłaniać się z dróg leśnych. Czekajże, brachu, ja cię z rogu, jak tabakę zażyję, do pioruna siarczystego!
Pomyślał chwilkę, obejrzał raz jeszcze pole bitwy, zmiarkował wszystko i wydał rozkazy.
Armaty Puzyny stanęły na wzgórzu i mogły ostrzeliwać wyloty obu dróg.
— Rozwijaj teraz szyk, Gejsmarku, pod mojemi kartaczami! — mruknął generał i kazał piechocie osłonić działa, ustawiając ją w czworoboki, gotowe do ataku.
— A teraz pomyślimy o szarży dostojnej! — rzekł Dwernicki i krzyknął wesołym głosem:
— Major Russjan z pięcioma szwadronami ułanów uderzy w lance na Paszkowa w chwili sposobnej!
To rzekłszy, sam poprowadził strzelców konnych i resztę ułanów, rozwinąwszy ich w szyk naprzeciwko drogi z Soroczyna.
Sprawiwszy wojsko, odjechał i stanął ze szwadronem krakusów, pozostawionych w rezerwie.
W niespełna godzinę później z lasu wynurzyły się pierwsze plutony Paszkowa i w zadziwiająco szybki sposób zaczęły się rozwijać na prawo i na lewo od drogi, a baterja, odprzęgłszy konie, natychmiast zionęła ogniem. Ale ledwie kanonierzy zdołali wypuścić dwanaście pocisków, gdy major Russjan poprowadził ułanów 1-go pułku do szarży.
Strzelcy konni spotkali przeciwnika ogniem z karabinów, lecz, widząc, że polska jazda idzie, jak na paradzie, ruszyli na swych ogromnych wierzchowcach naprzód i zderzyli się z ułanami, którzy tymczasem wzięli już największy rozpęd. Moskale, nie umiejąc działać lancami, walczyli na pałasze, lecz krótkie i mocne lance polskie jęły wytrącać strzelców z szeregów szybko i sprawnie.
To widząc, drugi dywizjon strzelców rosyjskich rzucił się w wir bitwy, znienacka atakując Polaków z boku.
Manewr ten spostrzegł jednak rotmistrz Lewiński i poprowadził za sobą pierwszy szwadron drugiego pułku ułanów.
— Chwała Bogu! — krzyknął radośnie Lis, wbijając ostrogi w boki konia. — Teraz spróbujemy się, rebiata![30].
Roześmiany, szczęśliwy pędził przed szwadronem.
Dopadł wreszcie Moskali. Jakiś rotmistrz, gruby, o czerwonej twarzy i potężnym karku, odbiwszy mu pałasz, schwycił go za lewe ramię.
Lis odchylił się i, puściwszy pałasz na rzemyku, pięścią gruchnął oficera pomiędzy oczy. Moskal natychmiast dał nura z konia, a młody porucznik, co chwila stając na strzemionach, błyskał pałaszem, płatał głowy i odwalał ręce. Dokoła jak w ukropie pracowali lancami zwinni ułani, a nikt z nich nie słyszał, że w kierunku drugiej leśnej drogi zagrzmiały częste salwy, bo z lasu wynurzyły się już były kolumny Gejsmara, zdążające od strony Toczysk.
Drugi dywizjon Paszkowa nie wytrzymał szarży Polaków i cofać się począł w popłochu.
Ujrzawszy, że ułani już dobijają konnych strzelców, dywizjon pierzchnął, wpadł na resztę swoich szwadronów, wniósł nieład i popłoch i po chwili kolumna Paszkowa, cofając się bezładnie, już tłoczyła się na grobli.
Ułani szaleli w zgiełku i ciżbie. Bój przechodził w rzeź okropną.
Lis, ścigający strzelców, spostrzegł nagle stojące na uboczu działa rosyjskie.
Kanonierzy, widząc, że bitwa została przegrana, zamierzali popsuć armaty i krzątali się teraz koło nich, wpychając do paszcz ładunki prochu.
Lis w jednej chwili zdarł konia i pomknął ku kanonierom.
Spotkali go strzałami pistoletowemu Kula zerwała mu skórę na policzku, lecz to nie wstrzymało oficera.
Spadł na Moskali, jak jastrząb, i rąbać począł z zamachem straszliwym.
Gdy nikogo już nie pozostało, a z lasu dochodziła go oddalająca się wrzawa i odgłosy strzałów, przystanął i rozejrzał się dokoła.
Przy drodze do Toczysk wrzała bitwa.
Nagle rozległ się daleki śpiew „Jeszcze Polska nie zginęła“. To młoda piechota polska, zasypywana kartaczami Gejsmara, stała jak mur, broniąc dział. Właśnie w tej chwili ruszyły do szarży dwa dywizjony polskich strzelców konnych i dwa szwadrony ułanów 4-go pułku.
Lis krzyknął z przerażenia, bo kawalerja, powitana salwami, zmieszała się tuż przed frontem piechoty nieprzyjacielskiej i zaczęła padać gęstym trupem.
W tej chwili na równinie mignęła barczysta postać Dwernickiego, a za nim inna, niepomiernie olbrzymia.
— Dunin! — zawołał Lis, poznawszy zdaleka adjutanta.
Obaj dopadli strzelców, a za nimi szli w cwał ułani i krakusy.
Dwernicki, stojąc na strzemionach, pałaszem wskazywał kierunek, a Dunin już się rąbał z Moskalami i, jak się później Lis dowiedział, pierwszem cięciem pałasza zarąbał dowódcę pułku Wirtemberskiego, pułkownika, księcia Liewena.
W jednej chwili obraz bitwy się zmienił.
Zaatakowani od czoła i z obydwóch skrzydeł wirtemberczycy, żołnierz stary, bojowy, rzucili się do ucieczki, pozostawiając artylerję.
Wkrótce wszystko skryło się w lesie, skąd rwały się krzyki przeraźliwe, kwilenie rannych koni, rzadkie strzały i wycie rozpaczliwe.
Armaty polskie umilkły... Nad pobojowiskiem, gdzie leżeli zabici i ranni Moskale, już krążyła czarna chmara wron.
Po zwycięskiej bitwie, Dwernicki zamierzał ścigać niedobitków Gejsmara i, idąc za nimi, zbliżyć się do głównych sił Dybicza, niepokojąc je bez przerwy.
Ale już 16 lutego przyszedł rozkaz od generała Klickiego.
Zawiadamiając o podniesieniu Dwernickiego do rangi generała dywizji i oddaniu grupy gen. Sierawskiego pod jego komendę, Klicki nakazywał mu przejść natychmiast na lewy brzeg Wisły i zatrzymać lub zniszczyć korpus generała Kreutza, szybkim marszem swoim zagrażającego stolicy.
Pod Nową Wsią Dwernicki zniósł przednią straż Kreutza, zdobył baterję i sporo jeńców. Coraz bardziej przypierając przeciwnika do Wisły, generał z chwili na chwilę oczekiwał nowej bitwy, po której musiała nastąpić nieodwołalna kapitulacja korpusu rosyjskiego.
Jakoż bitwy tej doczekał się Dwernicki.
Pierwsi poszli Krakusy z grupy gen. Sierawskiego, zwarli się z Kozakami i odrzucili ich wpobliżu wsi Majdany.
Generał czekał na swoje siły główne, które lada chwila musiały nadciągnąć, lecz pułk jazdy krakowskiej zerwał się z miejsca i szarżował Moskali, chociaż Kreutz zasypywał ich kartaczami.
Ledwie nadeszły pułki strzelców konnych i ułanów, a za nimi piechota i artylerja, — Dwernicki rozpoczął bój na całej linji.
Lis z zachwytem przyglądał się bitwie. Widział, jak doświadczony wódz zręcznym manewrem posłał naprzód swoje działa, które wnet zaczęły bić w czoło Moskalom. Piechota tymczasem i reszta artylerji szybko rozwinęły się na lewym skrzydle Kreutza i zaczęły zachodzić mu na tyły.
Wtedy Dwernicki zjawił się przed ułanami.
— W nich! — krzyknął grzmiącym głosem.
Ułani pochylili lance i ruszyli.
Pierwszy szedł dywizjon 3-go pułku ułanów.
Szwadron biegł kłusem, w sprawnych szeregach, w zupełnym spokoju. Dowódcy i młodsi oficerowie jechali na swoich miejscach, jak na mustrze.
Kartacze rosyjskie wyrywały z szeregów dziesiątki ludzi, lecz ułani pędzili dalej w zupełnym porządku.
O jakie dwieście kroków od nieprzyjacielskiej piechoty, broniącej armat, rotmistrz podniósł pałasz i zakomenderował dźwięcznym głosem:
— Marsz! Marsz!
W tej samej chwili rażony kartaczami spadł z siodła, lecz ludzie, rozpuszczając konie, rozpoczęli już szarżę.
W mig rozproszono piechurów i zagarnięto baterję wraz z dowódcą.
W tym czasie nadbiegli dragoni rosyjscy i związali się z ułanami.
Jednak nikt już nie wątpił, że zwycięstwo przechyli się na stronę Polaków.
Wprowadzone do boju szwadrony 2-go i 1-go pułków ułanów odpychały coraz dalej dragonów, zbliżając się do drugiej linji baterji.
Lis, który dowodził szwadronem, ponieważ rotmistrz Lewiński podczas szarży został ranny i musiał opuścić pole bitwy, przerąbywał sobie drogę, walcząc w pierwszym szeregu i obalając ludzi i koni potężnemi cięciami pałasza.
Moskale, widząc siłę jego, cofali się w przerażeniu.
Nagle zagrała trąbka, wołająca do odwrotu.
Dragoni, zdziesiątkowani, otoczeni ze wszystkich stron, nie ruszali się z miejsca, w osłupieniu patrząc na cofających się nagle ułanów.
Lis dopadł rotmistrza Dunina i pytał zdyszanym głosem:
— Co się dzieje? Dlaczego ściągnięto nas z pola? Mówcie, do stu piorunowi — wolał.
Dunin przez zęby warknął:
— Psia krew! Podczas bitwy przyszła sztafeta z rozkazem, abyśmy natychmiast szli pod Karczew, gdzie się podobno przeprawiają znaczne partje piechoty i kozaków. Musimy zatrzymać nieprzyjaciela, bo, gdyby przeszedł za Wisłę, w Warszawie może wyniknąć popłoch... Sobacze syny!
Dwernicki istotnie rzucił się w stronę Karczewa, lecz wiadomość okazała się fałszywą.
Na przeprawie, oprócz setki kozaków, przeciwnika nie znalazł, a tymczasem Kreutz cudem wyszedł z matni, z wielkim trudem powróciwszy na przeciwległy brzeg.
Stanąwszy w Kozienicach i nie mając dalszych rozkazów, Dwernicki zamyślił się nad tem, co dała powstaniu zwycięska bitwa pod Stoczkiem.
Snąć niewesołe myśli wzbudziła szczera przed samym sobą spowiedź, bo generał w palce trzaskał i, biegając po izbie, przewracał stołki, co zawsze było oznaką wielkiego rozgoryczenia.
— Nic! Nic! — rzęził Dwernicki i zębami zgrzytał. — Furda! Brawurowa szarża ułańska, do stu piorunów, i tyle! Gdybym miał prawo rozkazać Żymirskiemu połączyć się ze mną, tobym ścigał Gejsmara do zupełnego zniesienia jego korpusu, a wtedy zwycięstwo moje zaważyłoby na szalach wojny. Teraz to na nic! Un brave et audacieux géneral polonais... Parbleu![31] Prawda, że to podniesie ducha w wątpiących i chwiejnych, jako że wygrana została pierwsza bitwa... Czy na długo im starczy jednak takiej podniety?...
Tymczasem czuł, że odpowiedzieć na to pytanie nie potrafi.
— Niemojewski, bywaj! — krzyknął nagle.
Adjutant stanął przed nim.
— Słuchaj! — rzekł Dwernicki poważnym i smutnym głosem. — Dziś zrozumiałem wiele rzeczy, dotąd niejasnych dla mnie. Przejrzałem polskiego żołnierza, nawet tego piechura, co nigdy prochu nie wąchał, a wiem, że wódz śmiały, rzutki i stanowczy może cudów z nim dokonać! Widzi mi się, że sztab zamierza mną dziury łatać, a ja zaś poczuwam się na siłach targnąć się na rzeczy większe... Zaraz będę pisał list do ks. Radziwiłła... Chcę prosić go, aby rzucił mnie naprzeciwko głównych sił Dybicza... Zamierzam tedy podać swoją alternatywę: albo przeciwko Dybiczowi od czoła, gdzie prą Pahlen i Rosen, albo niech mnie poślą na zbity łeb na Wołyń i Podole, gdzie, „chadzając luzem“, po swojemu, takiego piwa Moskalom nawarzę, że go nikt nie wychlapie, jak mi Bóg miły!
Niemojewski zmarszczył brwi krzaczaste i mrukliwym głosem rzekł:
— Tu też potrzebni są wodzowie lotni i bitni, panie generale! Rychło patrzeć generał Klicki zemrze, wtedy...
— Zanim słońce wejdzie, rosa oczy wyźre, rotmistrzu... — szepnął Dwernicki i zamyślił się. — Muszę iść przed Dybicza, który chce odrzucić naszą armję na Pragę, albo też daleko, jak najdalej od Warszawy, aby oczy moje nie widziały...
Nie wiedział generał, że oprócz społeczeństwa polskiego, zachwyconego jego zwycięstwem pod Stoczkiem i coraz bardziej oczy swoje ku niemu zwracającego, sam Mikołaj nawet uznawał jego talent wojenny, pisząc do Dybicza:
„Stoczek jest bardzo zaszczytny dla młodego wojska Dwernickiego, a tem haniebniejszy dla naszych strzelców konnych!“
Bujna dusza i gorące serce Dwernickiego żądały czynu, któryby miał bezpośredni wpływ na przebieg wojny, i za te czyny generał gotów był wziąć na siebie całą odpowiedzialność.
Namyśliwszy się głęboko, Dwernicki napisał list do naczelnego wodza, a, skończywszy, kazał zawołać do siebie Lisa.
Gdy porucznik wszedł do kwatery, generał rzekł do niego:
— Czytaj i dobrze zapamiętaj moje pismo!
Lis przeczytał i oczy błysnęły mu radośnie.
— Teraz dopiero wojna stanie się wojną! — zawołał w uniesieniu.
— Dziękuję za słowo dobre! — ucieszył się generał. — Tedy, nie zwlekając, konia kulbacz i pośpieszaj do głównej kwatery, a powiadaj tam, co wiesz, przedkładaj, proś! Albowiem zaprawdę mówię ci, że nie dla sławy i zaszczytów, ino jedynie dla dobra wojny takowe żądanie swoje księciu Radziwiłłowi przedkładam!
Lis zawinął się szybko i odjechał.



Rozdział X.
Gorzkie chwile.

Lis przybył do sztabu naczelnego wodza w chwili zupełnie niestosownej.
Otrzymawszy rozkaz oddania listu do rąk własnych księcia Radziwiłła, porucznik przez dłuższy czas nie mógł dotrzeć do naczelnego wodza.
Upadł był właśnie plan, opracowany przez generalnego kwatermistrza Prądzyńskiego, a zmierzający ku temu, aby przełamać główne siły Dybicza i przerwać łączność pomiędzy skrzydłami armji rosyjskiej.
Miało to ochronić wojska polskie od groźnego dla nich cofnięcia się na równinę pod Pragę. Niestety, zadanie nie zostało wykonane z winy nieoczekiwanie szybko opuszczającego swe stanowisko strategiczne gen. Skrzyneckiego.
Tymczasem Chłopicki po upadku tego planu, o innych zaczepnych działaniach już nie myślał, bo, jak twierdził generał Żymirski, „nie był to człowiek zdolny do napadu“.
Ostatnim wysiłkiem wstrzymywały polskie wojska armję rosyjską, spychającą je na błonia Pragi.
Doszło do bitwy pod Wawrem, gdy Rosjanie od strony Miłosnej w mroźny, pogodny dzień wyszli na równinę, prąc przed sobą znacznie słabsze siły dywizji Żymirskiego.
Jednak na rozkaz Chłopickiego, rzucono tu wojska Szembeka i kilka najlepszych bateryj podpułkownika Piętki.
Po huraganowym ogniu artylerji, Szembek poprowadził do ataku swoich strzelców. Moskale nie wytrzymali natarcia wojsk polskich i cofnęli się na całej linji w zupełnym nieładzie i popłochu.
Przerażony Dybicz wysłał szefa swego sztabu, generała Tolla, który wprowadził do bitwy nowe pułki, aby za wszelką cenę zepchnąć atakujących na bagniste pola Grochowskie.
Tego dnia jednak dowództwo polskie było na wysokości zadania.
Chłopicki natychmiast pchnął naprzód dywizję Żymirskiego, podtrzymując go pułkiem grenadjerów brygady Milberga. Wiara poszła znów na bagnety, zdobyła baterję, sztandar i przełamała linję rosyjską, gdzie szerzyło się już zamieszanie, ponieważ w bitwie padło kilku dzielnych generałów.
Na pomoc swoim pospieszył od lewego skrzydła generał Rosen, lecz Krukowiecki spotkał go ogniem swoich armat i nie pozwolił rozwinąć się należycie. Generał Małachowski pięknym kontratakiem odparł korpus litewskich strzelców. Na prawem skrzydle Toll zalewał coraz nowemi pułkami znużone bataljony generała Żymirskiego, lecz Chłopicki, wyjechawszy przed front, osobiście poprowadził grenadjerów do ataku na bagnety i osadził na miejscu szefa rosyjskiego sztabu.
Zwycięstwo stanowczo przechyliło się na stronę Polaków, już Dybicz rozmyślał nad odwrotem, gdy Chłopicki, wprowadziwszy do bitwy jazdę Łubieńskiego, niespodziewanie, bez żadnego powodu zaczął odciągać wojska.
Zdumiony, lecz uradowany tem Dybicz, zapominając o poniesionych stratach, postanowił jednym zamachem zdobyć panującą nad Grochowem pozycję — Olszynkę. Broniąca jej dywizja Skrzyneckiego odparła jednak szturm i utrzymała lasek w swoich rękach.
Nazajutrz Toll rzucił znowu do szturmu barona Rosena, lecz Bogusławski na czele 4-go pułku i pułkownik Michał Piętka swemi baterjami wstrzymali moskiewskich strzelców i szarżujących dragonów.
Dybicz, przerażony i zmieszany niebywałą odpornością wojsk polskich, bitwę przerwał, postanowiwszy oczekiwać na posiłki.
Armja polska przez całą noc z 18 na 19 lutego wychodziła na równinę pod Pragą, gdzie wszystkie drogi były zatłoczone wozami uciekających przed nieprzyjacielem ziemian i wieśniaków, bydłem, ambulansami, zwożącemi rannych, i taborami dywizyjnemi.
Przez całą tę noc fatalną Szembek osłaniał odwrót aż dopóki nie był zmuszony wycofać się na Grochów.
Nastąpiła pamiętna trzydniowa przerwa w działaniach wojennych, — przerwa tragiczna i niezrozumiała, gdy to dowództwo polskie biernie czekało na wzmocnienie się Dybicza i nie zaatakowało armji przeciwnika, zdemoralizowanego, wahającego się i upadającego na duchu.
Lis, mimo natarczywe nalegania swoje, nie mógł dotrzeć do księcia Radziwiłła.
Dowiedziawszy się, że porucznik przywiózł list poufny i personalny do naczelnego wodza, adjutanci niemal w oczy śmiali się z niego, mówiąc:
— A to rychło wczas pan Dwernicki się wybrał listami prywatnemi obarczać księcia Michała! Zresztą nic on postanowić nie może bez gen. Chłopickiego i Prądzyńskiego, a ci walną bitwę pod Warszawą śpiesznie planują! Rozumiesz, poruczniku?
Lis zrozumiał i z przerażeniem posłyszał te dwa straszliwe słowa — „śpiesznie planują“...
Tymczasem rozglądał się w sytuacji i przez kilka dni wertował mapy sztabowe, gdzie oznaczano stanowiska armji nieprzyjacielskiej i polskiej.
W sztabie dowiedział się, że tego dnia Dybicz stanął z głównemi siłami przed Olszynką grochowską.
Nie było wątpliwości, że naczelne dowództwo polskie znalazło się wobec faktu rozstrzygającego.
Obowiązek nakazywał wytężyć wszystkie siły, aby bitwę na błoniach Pragi wygrać. Prawda, że przewaga liczebna była całkowicie po stronie Rosjan, jednak, ujęciem w swe ręce inicjatywy, dowództwo polskie mogło stan rzeczy naprawić; na wypadek przegranej — sztab byłby zmuszony po jedynym moście na Wiśle przerzucić całe wojsko do Warszawy i tu postawić na kartę losy powstania.
Gdy tak rozważano w sztabie, do sali powolnym, ociężałym krokiem wszedł znużony, blady, o zgasłych oczach nominalny wódz naczelny, Michał książe Radziwiłł.
Przyjrzawszy mu się i odtworzywszy w pamięci odważną, pełną werwy twarz generała Dwernickiego, jego niezachwianą wiarę w żołnierza i w zwycięstwo, Lis, zapominając o subordynacji wojskowej, podbiegł do księcia i, składając ręce, zawołał:
— Jaśnie oświecony książe, oddaj buławę generałowi Dwernickiemu! On uratuje ojczyznę!
Porucznik wyciągnął z zanadrza i podał naczelnemu wodzowi list generała, błagalnemi oczyma patrząc na księcia.
Radziwiłł zatrzymał się i mruknął zmieszany:
— Oszalałeś, oficerze, czy co?
Jednak list wziął i czytać począł.
W tej samej chwili do sztabu przybył gen. Skrzynecki.
— Patrz! — zawołał książę, zwracając się do niego. — Już rebelję podnoszą nasi dywizjonerzy, o karności zapominając!
Skrzynecki szybko przebiegł oczyma list Dwernickiego i syknął pogardliwie:
— Birbant! Awanturnik!... Laurów wielkiego wodza, sławy zbawcy ojczyzny mu się zachciewa!...
Pochylił się do ucha księcia i coś szeptał długo i natarczywie.
Radziwiłł kiwał głową.
Wreszcie spojrzał gniewnie na stojącego przed nim porucznika i, tupnąwszy nogą, krzyknął piskliwie:
— Generał w swoim czasie otrzyma odpowiedź stosowną! Tymczasem o ciebie chodzi, poruczniku! Bierzesz przykład ze swego dowódcy, wtrącasz się w nieswoje rzeczy i łazisz luzem po sztabowych kancelarjach w takim momencie przełomowym?
— Szukałem oddawna sposobności zameldowania się... — zaczął Lis.
— Milczeć, poruczniku! Łazisz luzem, powiadam, a tymczasem oficerów nam brak przed walną bitwą. Hej, tam który!
Podbiegł oficer kwatermistrzostwa.
— Wypisać temu porucznikowi przydział do jazdy w korpusie jenerała Łubieńskiego. Po bitwie dopiero wrócisz do swego pułku, kawalerze! Bajać głośno i ponad miarę zuchwale umiecie, a teraz bić się, bić należy, nie gębą szczekać!...
Lis poczuł się w takiem położeniu, w jakiem był niegdyś nieszczęśliwy, poniżony Głotow przed groźnym carem Mikołajem.
Nie był on jednak Głotowym, niewolnikiem bezmyślnym i milczącym aż do śmierci.
Wyprostowany śmiało spojrzał na generałów i odparł równym, twardym głosem, tak, że wszyscy wokół słyszeli:
— Bić się umiemy, panie generale! Dwie bitwy, wygrane pod Stoczkiem i Nową Wsią, a ileż to drobnych potyczek, głębokich, ścisłych wywiadów! Przed nami to uciekali Gejsmar, Paszkow i Kreutz, panie generale!
Radziwił zaniemówił na chwilę, lecz wkońcu znowu tupnął nogą i wrzasnął:
— Natychmiast do Łubieńskiego! Rozkazuję ci to władzą moją!
Lis, już nie patrząc na naczelnego wodza, zawrócił się na piętach i podszedł do oficera sztabowego, mrucząc:
— Pisz, panie kapitanie, rozkaz! Nie mam tu już nic do roboty.
Oficer wprowadził go do swego pokoju i szczelnie zamknął drzwi.
Spoglądając z zachwytem i podziwem na ułana, szepnął:
— Nie bój się, poruczniku. Dam ci list do adjutanta generała Łubieńskiego. On cię życzliwie przyjmie!
Lis, wyprawiwszy list do Juljanny, szukał okazji, aby powiadomić generała Dwernickiego o zaszłych wypadkach.
Poszedł do głównej intendentury i tu, jak się spodziewał, spotkał oficera aprowizacyjnego ze sztabu gen. Klickiego. Poprosiwszy go o wręczenie swego raportu Dwernickiemu, wsiadł na koń i ruszył na Pragę.
Starszy adjutant Łubieńskiego, podpułkownik Ździechowski, przeczytawszy list przyjaciela z kwatermistrzostwa i spojrzawszy na oddany mu przez Lisa rozkaz sztabu, uśmiechnął się i szepnął:
— Dziw nad dziwy, że książę Radziwiłł nie oddał cię, poruczniku, pod sąd za uchybienie służbowe... ale... mimo wszystko, dobrze się stało! Niech wie, co o nim myślą oficerowie linjowi, bo nikt mu prawdy w oczy nie rznie... Pozostawię ciebie, poruczniku, przy naszym sztabie, jako oficera ordynansowego.
Lis podziękował mu i prosił, aby go jednak nie trzymano bez roboty.
— Skoroś taki ochoczy, to przejrzyj sobie uważnie tę mapę!
Porucznik zbadał mapę. Wszystko było w porządku, tylko w jednem miejscu naprzeciwko pozycyj polskich widniał wielki znak zapytania, nakreślony czerwonym ołówkiem.
Spostrzegłszy to, Lis zbliżył się do adjutanta i wskazał palcem to miejsce na mapie.
— Otóż to! — kiwnął głową Ździechowski. — Sztab nie posiada żadnych informacyj o siłach Moskali na tym odcinku. Mamy rozkaz zrobić tam głęboki wywiad. Weźno, poruczniku, pięciu ułanów ze szwadronu rezerwowego i ruszaj w podjazd!
— Rozkaz! — odparł Lis służbowo i szybko opuścił kancelarję.
Kazawszy ułanom konie kulbaczyć, poszedł raz jeszcze obejrzeć mapę, aby dobrze utrwalić sobie w pamięci ogólną sytuację.
Długo myślał nad tem, jak ma poprowadzić podjazd w miejscowości nieoświetlonej i niezbadanej dotąd przez wywiad.
— Nic innego tylko muszę się imać wybiegów wojennych...
Powziąwszy takie postanowienie, skoczył do najbliższego ambulansu, gdzie razem z Polakami leżeli też ranni Moskale. Wywoławszy dyżurnego lekarza, porozmawiał z nim na osobności i wkrótce otrzymał od niego płaszcz, mundur i czapkę rosyjskiego oficera, znalezionego na polu bitwy z ciężką raną w brzuchu.
Lis w obecności lekarza długo rozmawiał z jeńcem i wypytywał go o różne szczegóły.
— Życzę porucznikowi powrotu szczęśliwego z tak zuchwałej wyprawy! — szepnął lekarz, żegnając odjeżdżającego ułana.
— Postaram się sprawy nie pokpić! — odparł z uśmiechem Lis i powrócił do swoich ułanów.
Porucznik, wcisnąwszy do torby rosyjski płaszcz i czapkę, odjechał.
Podjazd jego szedł szybko i wkrótce jął obchodzić od skrzydła pozycje rosyjskie.
Stanąwszy przy jakiejś spalonej chałupie, Lis ukrył w niej swoich ułanów, a sam się przebrał i śmiało poszedł naprzód.
Po godzinie, gdy już wieczór zapadł, ujrzał pierwsze ognie biwaków nieprzyjacielskich.
Lis, nadsłuchując czujnie, zaczaił się wśród ośnieżonych wydm.
Cisza panowała dokoła i tylko zrzadka ucho jego przyłapywało daleki, napływający wraz z mroźnemi podmuchami wiatru pogwar obozu nieprzyjacielskiego.
Porucznik w swem ukryciu doczekał się nocy.
Gdzieś, znacznie bliżej, rozległy się głosy żołnierzy, szczęk ciężkich karabinów i — cisza znowu pochłonęła wszystkie dźwięki.
— Zmieniono warty... — mruknął do siebie Lis. — Czas na mnie!
Wyszedł i, nie kryjąc się wcale, kulejąc i jęcząc głośno, poszedł naprzód.
— Kto idzie? Stój, bo strzelę! — rozległ się wkrótce okrzyk rosyjski.
Lis jęknął jeszcze głośniej i słabym głosem odpowiedział:
— Nie strzelaj, bracie! Swój idzie... Oficer 8 pułku dragonów... Dostałem się do niewoli... Uciekłem od Polaków...
Do mówiącego podszedł wartownik. Trzymał karabin w pogotowiu i przyglądał się podejrzliwie, gotowy do napadu i obrony.
Ujrzawszy uniform rosyjski i do tego oficerski, uspokoił się i stanął nawet w pozycji służbowej.
— Chcę złożyć ważne zeznania — mówił słabym głosem Lis. — Odprowadź mnie do sztabu.
— Rozkaz! — rzekł wartownik i gwizdnął.
Natychmiast nadbiegł wachmistrz z drugim żołnierzem.
Porozumiawszy się z nieznajomym oficerem, poprowadzili go przez zaspy śnieżne w stronę biwaków.
Stawiono Lisa przed pułkownikiem Zorinym, szefem sztabu brygady.
Pułkownik wraz z kilkoma oficerami siedział nad mapami i rozkazami, przysłanemi z głównego dowództwa.
Moskale podejrzliwie badali jęczącego oficera, lecz wkrótce uspokoili się, bo nieznajomy dawał ścisłe i rzeczowe odpowiedzi. Przebiegły Lis wybrał uniform oficera z korpusu, stojącego na innym odcinku, a przed wyruszeniem wypytał o wszystko rannego jeńca.
Wiedział więc, jaką drogę przebył korpus i jakie stoczył potyczki, znał nazwiska i imiona dowódcy korpusu, dywizyj, brygad, a nawet pułków; „swoich“ zaś oficerów nazywał po imieniu, a nawet używał nadanych im przez kolegów przezwisk żartobliwych.
Po tem badaniu zaproszono Lisa do stołu, gdzie ordynans postawił przed nim jakieś jedzenie i szklankę wódki.
Jedząc i popijając, porucznik mówił:
— Uważałem za swój obowiązek donieść o tem, czegom się dowiedział, będąc w niewoli! Chcę to uczynić zanim udam się do ambulansu, bo jestem dotkliwie potłuczony przy upadku z konia... Zabił go granat, ja zaś, spadając, uderzyłem się głową o kamień i zemdlałem. Nieprzytomnego wzięto mnie do niewoli... Ludzką znalazłem u Polaków opiekę i pomoc... Gadać oni lubią dużo... To też dowiedziałem się, że nadciągnęły nowe posiłki do Chłopickiego, bo buntowniki potajemnie ogłosili pospolite ruszenie... Już przybyły oddziały z ziemi Kaliskiej i Piotrkowskiej, a także ośm tysięcy chłopów-kosynierów... Powiadali mi Polacy, że Francja i Anglja zamierzają podtrzymać powstanie, a i w Bawarji i Saksonji też sprzyjają Polakom...
Długo jeszcze „informował“ Moskali przebiegły Lis, a wszystko, co mówił, niepokojem Rosjan napawało.
— Polacy teraz są tak pewni wygranej, że nawet nie obawiają się naszego ataku... Czaty ich i patrole stoją tak rzadko, że, wymknąwszy się z ambulansu, z łatwością prześlizgnąłem się pomiędzy niemi! — zakończył Lis.
— Nie rozumiem, dlaczego, poruczniku, nie posłano was do Warszawy? — zauważył jeden z oficerów.
— Jutro jużbym tam był! — natychmiast odpowiedział porucznik. — Dziś wieczorem miał mnie indagować sam generał-kwatermistrz. Ale ja nie czekałem i przy pierwszej sposobności... udrał![32]
— Ważnych informacyj dostarczyliście — zauważył szef sztabu. — Jutro razem pojedziemy do generała Tolla, do głównego dowództwa.
— Może byłoby lepiej dziś jeszcze złożyć raport? — zapytał Lis. — Chciałbym tylko przedtem pójść do ambulansu, aby lekarze dali mi coś na ból w kościach, a potem mogę jechać.
— E-e, nie! — odparł pułkownik. — Teraz nie znajdziemy nietylko Tolla ale nawet naszego generała Pahlena... Mają oni teraz pracy wyżej głowy!
— Oj tak, tak! — zgodził się stary kapitan, udekorowany białym krzyżem św. Jerzego. — Stary Pahlen głowi się nad tem skąd wziąć uzupełnienie dla pułków, bo straty mieliśmy ciężkie. Przeklęte Polaki biły się dziś tak wściekle, że nasze młode pułki poszły w rozsypkę. „Swołocz[33] — to nie wojsko! Wszystkie należy odesłać na tyły i inne podciągnąć pułki...
— Bili się Polacy istotnie zdumiewająco! — zawołał inny oficer. — Czy wiecie, że oni najpierw wystrzelali wszystkich starszych oficerów? Zeszli z pola bitwy generałowie Suchozanet, Afrosimow, Własów i Czuchnin, a w bataljonach to chyba żadnego dowódcy nie zostało!...
Spasi Bog![34] — zawołał z przerażeniem w głosie Lis. — Tembardziej musimy jechać, bo jutro, z pewnością, zaczniemy atak, a sztab nic nie wie, że Polacy otrzymali świeże posiłki!
— Jutro nie zaczniemy ataku! — potrząsnął głową pułkownik Zorin. — Stary Dybicz ma niucha. Coś węszy, widać, bo postanowił czekać na przybycie korpusu grenadjerów księcia Szachowskoja. Nie ruszymy się z miejsca, bo nasz korpus stracił łączność z korpusem litewskim, a nawiązać jej nie możemy, aby nie uszczuplić całego frontu. Feldmarszałek obawia się napadu polskich wojsk na pułki litewskie, które tak dostały w skórę, że długo opierać się atakowi nie byłyby w stanie. Toll nawet doradzał cofnąć się na pewniejsze pozycje, lecz stary Dybicz boi się cara i uparł się, że tu będzie oczekiwał Szachowskoja.
— Do czarta! Książę wcale się nie spieszy! — mruczał stary kapitan. — Napotkał ponoć jakieś niespodziewane przeszkody na drogach z Łomży. Tym czasem w głównym sztabie mówiono mi, że za dwa dni zabraknie nam pożywienia dla ludzi i spiży dla koni. Wybraliśmy się na „przechadzkę wojenną“, a tu...
Zaklął ohydnie i splunął.
Lis pomyślał, że już dostatecznie ważnych rzeczy się dowiedział i że nie ma tu nic więcej do roboty.
Wstał więc i z wyrazem cierpienia na twarzy prosił, aby mu dano ordynansa.
— Pójdę do ambulansu, prześpię się i coś tam wezmę na moje dolegliwości. Głowa mi pęka z bólu, po kościach łamanie chodzi... Oj! Oj! Jutro wnet po „zorzy“ zamelduję się panu pułkownikowi...
— Doskonale! — zgodził się Zorin. — Pojedziemy z raportem do generała Pahlena, a stamtąd do feldmarszałka... Dobranoc!
Lis, konwojowany przez ordynansa, wyszedł z namiotu.
— Czy daleko do ambulansu? — spytał żołnierza.
— A kto go wie! — odparł zaspany żołnierz, wzruszając ramionami. — Podczas bitwy tak się to wszystko pomieszało, że kasza się zrobiła: parki artyleryjskie, tabory, ambulanse, — wszystko odciągano na tyły! Teraz szukać będziemy nie wiedzieć ile czasu...
Lis obejrzał się dookoła.
Wyszli wkrótce z pomiędzy namiotów. Przed nimi odłogiem leżała okryta śniegiem polana, gdzie stały uwiązane do pali konie. O dwieście kroków dalej paliły się ogniska na drugiej linji korpusu.
— Wiesz co, bratku? — rzekł Lis. — Powracaj! Szkoda mi ciebie, więc sam poszukam ambulansu.
Żołnierz podniósł oczy na mówiącego.
Przebiegłość, podejrzliwość i nagły domysł błysnęły mu w skośnych, czarnych źrenicach.
Lis przyłapał to spojrzenie chytre i nieufne i bez namysłu skoczył ku żołnierzowi.
Rozległ się krótki, zdławiony krzyk. Tupnęły mocniej nogi o zamarzłą ziemię i wnet głuche zapanowało milczenie.
— Leż tu, drabie... — mruczał porucznik, wpychając w usta ordynansa barankową czapkę jego i związując mu nogi i ręce pasem i rzemykiem, podtrzymującym spodnie żołnierza.
Ciemna, nieruchoma postać pozostała na śniegu, inna szybko się oddalała.
Lis skierował się ku przednim strażom, obchodząc je od strony, gdzie, jak wiedział już, front został przerwany.
Ognie biwaków zniknęły w oddali, przebrzmiały w mroźnem powietrzu ostatnie okrzyki wartowników, gdy Lis, wyszedłszy na wydeptaną w śniegu ścieżkę, szybko zdążał ku chałupie, gdzie pozostawił ułanów.
Nagle z poza ośnieżonych pagórków wynurzyło się dwu konnych.
Nie pozostawało ani chwili do stracenia, bo jeźdźcy nie mogli nie spostrzec człowieka, idącego po nagiej równinie.
Lis stanął i krzyknął donośnie i groźnie:
— Kto idzie?
— Swoi! — zabrzmiała odpowiedź moskali.
— Jacy swoi? Mów! — zapytał Lis.
— Pułkownik Baratow ze sztabu jego ekscelencji, hrabiego Pahlena! — odpowiedziały głosy zbliżających się ludzi.
Sława Bogu! — zawołał Lis po rosyjsku. — Właśnie szukam pana pułkownika...
To mówiąc, biegł na spotkanie moskalom, wzrokiem przebijając mrok nocy.
Oprócz tych dwóch jeźdźców, nikogo więcej nie spostrzegł wpobliżu.
— Hm! — mruknął radośnie Lis i, śmiałym krokiem zbliżywszy się do pułkownika i towarzyszącego mu żołnierza, stanął pomiędzy nimi.
— Kto cię posłał po mnie? — zapytał zdumiony oficer, pochylając się z siodła nad ciemną postacią, stojącą koło niego.
— Generał Chłopicki! — krzyknął Lis, rozkładając ręce.
Nim moskale zrozumieli, co się stało, osiłek zerwał obydwóch z siodła, a później zderzył ich twarzami, ogłuszył i przytomności pozbawił.
— W porządku! — mruczał Lis, przerzucając moskali przez siodła ich własnych wierzchowców.
Po chwili szedł spokojnie, prowadząc za sobą konie z jeńcami.
Odnalazł swoich ułanów i, cicho gwarząc, wraz z nimi powracał do swoich.
W drodze spotkali znaczny oddział polskich strzelców konnych.
Zatrzymano podjazd Lisa i wypytywano.
Jakiś generał, wysłuchawszy raportu, schwycił Lisa za rękę i, wstrząsając ją, mówił radośnie:
— Niezmiernąś nam usługę wyrządził, poruczniku!
Był to generalny kwatermistrz, Ignacy Prądzyński, który razem z pułk. Rybińskim skradał się tej nocy pod obóz nieprzyjacielski, aby osobiście szczegółowo zbadać sytuację i siły, pozostające na tym odcinku.
— Zbliżmy się do frontu! — rozkazał Prądzyński i ruszył naprzód.
Lis, natarłszy śniegiem skrwawioną twarz i kark pułkownika Baratowa, prędko do przytomności jeńca swego doprowadził, a ten pod lufą pistoletu opowiadał, ile i jakie siły stoją tam, gdzie ognie biwaków rzucały czerwone błyski, widzialne, jak na dłoni.
Wszyscy razem wrócili do sztabu. Prądzyński kazał sporządzić raport z opisem czynu porucznika Lisa, oficera 2-go pułku ułanów z brygady generała Dwernickiego.
— Nie minie cię krzyż Virtuti Militari! — obiecywał pułk. Rybiński, lecz Lis hardo potrząsnął głową i odparł:
— Nie szukam nagród, bo nie po nie tu przybyłem, lecz wy nie poniżajcie tych, którzy w miłowaniu ojczyzny trwają!...
Nie zrozumieli panowie Prądzyński i Rybiński, co miał na myśli ten barczysty, spokojny porucznik, z ruska mówiący dobitnym, szczerym głosem.
On sam, snać, czuł znaczenie swych słów głęboko i boleśnie, bo przybladł, a oczy mu nagle ściemniały i posmutniały.



Rozdział XI.
Krwawa Olszynka.

Wiele win ciążyło na rządzie polskim, jeszcze więcej oskarżeń i zarzutów spadło na Chłopickiego i Skrzyneckiego aż do pamiętnych dni 24 i 25 lutego r. 1831.
W wojsku i w Warszawie wiedziano, że nawet w pełne groźnego niebezpieczeństwa dni odwrotu na Pragę, dowództwo naczelne nie pomyślało o umocnieniu terenu przyszłej bitwy i w ten sposób niedostatecznie wykorzystało skądinąd dogodne pozycje grochowskie.
Dziwiło to jednych i do oburzenia doprowadzało, innych w rozpaczy pogrążało.
Nikt nie wiedział, że generał Chłopicki w duchu oddawna postanowił bitwy na równinie praskiej unikać, obawiając się przewagi sił armji rosyjskiej.
Zamierzał on i, jak się później okazało, zupełnie słusznie, przeprowadzić wojsko polskie przez Wisłę, obsadzić Warszawę i przez czas możliwie długi odpierać szturmy na szańce, wzniesione przed mostem.
Chłopicki niegdyś solennie przyrzekł rządowi walną bitwę pod Pragą i nie miał odwagi wyrzec się swych słów nawet w obliczu nieuniknionego niebezpieczeństwa, więc wkońcu uległ żądaniu sejmu, który spodziewał się pewnych korzyści politycznych i moralnych od bitwy przed Warszawą.
Radziwiłł, jak zwykle, tak i w tym wypadku swego zdania nie wypowiedział i żadnej stanowczości nie zdradził, wobec czego kierownikiem przyszłych wypadków pozostał jedynie Chłopicki, który pod naciskiem opinji publicznej, brał na siebie całą odpowiedzialność przed narodem polskim i historją.
Lis, służąc w tym okresie w adjutanturze korpusu Łubieńskiego, blisko się stykał z zarządzeniami i planami sztabu, a będąc ze sprawami wojennemi obeznany, rozumiał dobrze ogólną sytuację, nader groźną i ciężką.
Z dniem każdym, niemal z chwilą każdą, do serca młodzieńca zakradała się ostra trucizna goryczy, a nieraz napadała go rozpacz lub też namiętna żądza działania natychmiastowego, zuchwałego, które wymagałoby od niego postawienia wszystkiego na kartę, nie wyłączając własnego życia.
Długo się borykał sam ze sobą, aż wkońcu nie wytrzymał.
Dzielna, gorąca krew wojowniczych przodków, którzy znaleźli w sobie siły, aby przetrwać najstraszliwsze burze dziejowe, szalejące nad ojczyzną, zwalczyła wszystko i powołała do czynu.
Pewnego dnia Lis stanął przed pułkownikiem Ździechowskim i, patrząc mu w oczy wzrokiem twardym, niemal rozkazującym, rzekł:
— Panie pułkowniku! Proszę o przydział do pułku, bo chcę się bić, a nie włóczyć bez celu po sztabie!
— Nie bardzo się włóczysz, jak dotąd, poruczniku, — zauważył zdziwiony adjutant. — Zresztą widzi mi się, że w tej bitwie wszyscy w ogień pójdziemy, gdyż zanosi się zaiste na dzień sądny... Jednak rozumiem twe pragnienie i dopomogę ci...
Tegoż dnia jeszcze szef sztabu korpusu, pułkownik Zamojski, przyjął Władysława Lisa do 2-go pułku ułanów.
Nie rozproszyło to niepokoju i rozgoryczenia młodego oficera.
Stał się bowiem przypadkowym świadkiem rozmowy Łubieńskiego z dowódcą brygady jazdy, pułkownikiem Kickim i z Gawrońskim, twórcą pułku imienia Zamojskich.
Łubieński, objeżdżając pozycje, mówił:
— Nie dojdzie tu do starcia kawalerji i, z pewnością, Chłopicki nakaże nam odwrót na Modlin... Nie potrafi on posługiwać się jazdą!
Posłyszawszy to, gorzko zapłakał twardy, jak kamień młodzieniec i z rozpaczą spojrzał w niebo, szukając tam otuchy i sił.
Traf rozproszył ciężki nastrój oficera, dochodzącego już do kresu, poza którym mógł nastąpić wybuch nagły, graniczący z szaleństwem.
Pułkownik Zamojski, który o Lisie słyszał już od Ździechowskiego, przyglądał mu się bacznie i badał, zadając różne pytania. Wywnioskował prędko, że ma przed sobą oficera sprawnego i bystrego, więc rzekł do niego:
— Słuchajno, poruczniku! Wiem, że dla nikogo nie jest tajemnicą, iż w nieładzie zarządzenia swoje czyni dowództwo. Z tego wynika potrzeba, aby każda dywizja wiedziała, co się dzieje na całym froncie, i sama, o tem myśląc, swój własny plan miała na wszelki przypadek w pogotowiu, bo... o przypadek, dalibóg, nie trudno z panem Radziwiłłem...
— Tak też sam myślę i frasuję się bardzo, panie pułkowniku! — z westchnieniem odparł ułan.
— Zamierzam posłać cię z twoim szwadronem do 1-szej dywizji kawalerji, bo pułkownik Jankowski, przyjaciel mój, pisze, że coś tam knuje Dybicz... Ponoć od Zegrza ma się wyłonić korpus grenadjerów księcia Szachowskoja, na którego Dybicz i, do starej wiedźmy, my też czekamy bezczynnie!
Lis, mając zlecenie zbadać sytuację, wyruszył na czele swego szwadronu do Grodziska, lecz już nie znalazł tam Jankowskiego; kwatermistrzostwo zaś kazało Lisowi wrócić do Białołęki i, uradowane z niespodziewanych posiłków, — czekać na dalsze rozkazy.
Wkrótce zjawiła się tu dywizja Jankowskiego, potężnie parta przez korpus barona Osten-Sakena.
Generał Małachowski, broniący tego odcinka frontu, nie mając rozkazu, postanowił utrzymać Białołękę i rozpoczął bitwę, która dopiero nazajutrz skończyła się porażką wojsk Sakena i odwrotem księcia Szachowskoja. To spotkanie zmieniło cały plan bitwy ułożony przez Dybicza, i stało się jednocześnie hasłem do rozpoczęcia bitwy grochowskiej.
Lis ujrzał pod Białołęką pułki Mazurów i Kurpiów.
Najlepsze, wprawione na Bałkanach, pułki grenadjerów rosyjskich nie mogły wytrzymać uderzenia młodej polskiej piechoty, zaciętej, pełnej bohaterstwa i zrozumienia celu bitwy.
— Z takiemi kompanjami można cudów dokazać! — myślał w zachwycie Lis, i gdy huzarzy rosyjscy ruszyli do ataku, oderwał się samorzutnie od grupy Jankowskiego i wsparł piechotę, uderzając Moskalom z boku.
Jankowski nakazał mu powrót i zgromił go surowo, grożąc sądem.
O tem jednak zapomniał wkrótce, bo przed nim samym stanęło widmo surowego sądu...
W czasie bowiem najkrwawszego starcia zbyt pochopnie i nieoględnie wykonał on rozkaz sztabu i jazdę swoją cofnął, odsłaniając prawe skrzydło dywizji Małachowskiego, którą wkrótce wyparto ze wsi.
Dopiero nazajutrz Polacy rozpoczęli ponownie bitwę o Białołękę, lecz stała się ona już jednym z licznych epizodów walnej bitwy na polach grochowskich, tuż pod Warszawą.
Losy tej wielkiej bitwy ujął w swe ręce Chłopicki.
Najwyższy Sędzia chciał, aby człowiek ten — dziwny i tajemniczy — krwią żołnierza zmył winy wodza, nad którym zawisła czarna, ciężka chmura oskarżeń i nienawiści.
25 lutego Chłopicki nagle odrzucił od siebie wahania i całą odpowiedzialność wziął na swoje barki.
Postawiwszy naczelnego wodza, ks. Radziwiłła, w centrum terenu, koło „słupa żelaznego“, Chłopicki przyjął bitwę.
Rozpoczął ją Dybicz.
Stary wódz, słysząc kanonadę pod Białołęką, obawiał się, że Chłopicki rzucił wielkie siły na korpus Szachowskoja i, żeby ratować go, uderzył na Olszynkę, stanowiącą klucz pozycyj polskich. Najpierw starły się z Moskalami pułki Rolanda i Skrzyneckiego, a następnie — dywizja Żymirskiego.
Korpus jazdy Łubieńskiego stał w odwodzie, tuż obok dywizji Szembeka, od lasku sosnowego aż do szańców Pragi, — ustawiony w szachownicę.
Poruczono mu zadanie mieć pilne oko nad Białołęką, skąd oczekiwano natarcia jazdy Szachowskoja.
Od strony Olszynki dobiegały już groźne, z chwilą każdą wzmagające się odgłosy burzy bojowej. Dymy armat i wybuchających pocisków przysłoniły lasek.
Lis widział, jak z Olszynki w godzinę później wycofały się szeregi piechoty polskiej, lecz wkrótce, błysnąwszy bagnetami, znowu ruszyły naprzód i zniknęły wśród drzew.
Przed ułanami Łubieńskiego od strony Olszynki przemknął konny ordynans.
Stanął w strzemionach i krzyknął:
— Tam piekło! Dwa szturmy odparto! Generał Chłopicki, Żymirski, Bogusławski, Roland, Skrzynecki, Czyżewski, Oborski, Staniszewski sami w ogniu prowadzą wiarę na bagnety! Żymirski dostał rozkaz, choćby miał zginąć, — Olszynkę utrzymać.
Oficer pomknął w stronę żelaznego słupa, gdzie bezczynny i zapomniany stał z trzema adjutantami „wódz naczelny“ — Michał książę Radziwiłł.
Nadbiegł drugi oficer i, zatrzymawszy konia przed Łubieńskim, meldował zdyszanym głosem:
— Generał Żymirski poległ... Rozkaz od wodza dla generała Łubieńskiego: dać trzy szwadrony do Olszyny na zluzowanie strat...
Lis razem z wysłanemi szwadronami dopadł Olszynki.
Jazda, pozostawiwszy konie, została natychmiast rzucona na prawą stronę lasku, gdzie obroną kierował sam Chłopicki.
Ułani biegli przez straszne pobojowisko, gdzie na skrwawionej ziemi co krok leżał zabity Polak lub Moskal, a każde drzewko nosiło ślady kartaczy, czerepów granatów lub kul karabinowych. Po śniegu czołgali się z jękiem ranni, warczały bębny i przecinały zgiełk bitewny trwożne dźwięki trąbek.
Szwadrony doszły do pierwszej linji w chwili, gdy Chłopicki ruszał do kontrataku na czele pułku grenadjerów.
W ciemno-szarym, cywilnym surducie bez żadnych oznak swej rangi i bez orderów, spokojny i wyniosły pchał konia ku grenadjerom, wbijając w każdą twarz oczy płomienne i władne.
Za nim jechali generał Prądzyński, adjutanci Kruszewski i Mycielski.
— Niech żyje Chłopicki! Niech żyje dyktator! — rozległ się grzmiący okrzyk grenadjerów.
— Do ataku, wiarusy, w imię Boże! Na zwycięstwo, zuchy! Marsz!
Zawarczały bębny, kolumna, najeżona szczeciną bagnetów, ruszyła. Przed grenadjerami, wystawiając się na pierwszy ogień, szedł pułkownik Milberg; dowódcy bataljonów, każdy na swojem miejscu, prowadzili żołnierzy, porwani niezłomnem postanowieniem nie szczędzić swego życia.
Opuszczone przez pułk stanowisko zajęły natychmiast barwne szeregi spieszonych ułanów.
Huk armat i trzask salw zagłuszał słowa komendy, krzyki i bębny idących do boju bataljonów i jęki rannych; dymy gęste, zjadliwe tamowały oddech i gryzły oczy ludziom.
Gwizdały kule i, jak grad, siekły po nagich, stężałych na mrozie pniach drzew.
Z wyciem i skowytem przelatywały kartacze i jękliwie pękały nad lasem, osypując kulami idące do ataku kolumny. Z sykiem padały na ziemię i, kręcąc się i dymiąc, obracały się granaty, wybuchając z jazgotem i hukiem brzękliwym.
Nad generałem rozerwał się kartacz i sypnął kulami.
Padł pod nim koń, ugodzony w głowę.
Generał stanął na nogi i wyprostował się, a wtedy jakieś nowe promienie rozjaśniły nagle tę twarz spokojną, jakgdyby z kamienia wykutą, oczy zapłonęły ogniem, tryskającym siłą niezłomną, zaraźliwą.
Ordynans natychmiast podprowadził nowego wierzchowca. Chłopicki wsiadł i, ręką wskazując przed siebie, powtarzał stanowczym dźwięcznym, jak stal, głosem:
— Tam! Tam!
Grenadjerzy zderzyli się z piechurami rosyjskiego generała Neuharda.
Polak zwarł się z Moskalem i walczył na życie lub na śmierć. W chwili tej puszczono w ruch bagnety; śmigające nad głowami, zakręcane młyńcem kolby karabinów, wznoszące się i opadające pięści, błyskające w dymie i kurzawie pałasze.
Grenadjerzy, prowadzeni przez Chłopickiego, w którym obudził się i nad wszystkiem górował dawny żołnierz bohaterski i zwycięski, wypierali Moskali i krok po kroku odrzucali ich ku baterjom. Umilknąć musiały armaty, które już nie mogły ziać ogniem, aby swoich nie wybijać.
Neuhard rzucił w ogień nowe bataljony, lecz Chłopicki czuwał.
Do ułanów natychmiast przyskoczył adjutant Mycielski i zawołał:
— Ułani naprzód!
Wybiegli chłopcy malowani, rów przebyli i popędzili w wir bitwy.
Szalał Lis, porwany wielką radością boju i jeszcze jakąś inną, że oto wreszcie ujrzał przed sobą prawdziwego wodza, pierwszego żołnierza, najlepszego i najodważniejszego, który zmusił wojsko zapomnieć o śmierci, koszącej ludzi, a do serc rzucił wielkie ukojenie i żagiew zapału.
Porucznik na czele swego szwadronu podbijał pałaszem bagnety Moskali, płatał im głowy, odwalał ramiona z wzniesionemi do ciosu kolbami, obalał ludzi uderzeniem pięści, która, jak taran, druzgotała kości.
Jakiś pułkownik, o twarzy wymęczonej, bladej zmierzył do niego z pistoletu.
Wystrzelić jednak nie zdążył, bo Lis porwał go, podniósł wysoko i gruchnął głową o kamień.
— Tam! Tam! — przeszywał zgiełk bitwy stalowy głos Chłopickiego.
— Naprzód! Naprzód! — powtarzał rozkaz Prądzyński, błyskając szpadą.
Wiara, jak kosiarze wprawni, wcinała się coraz głębiej w gąszcz nieprzyjacielskich szeregów. Już rozpłatali Polacy na dwoje olbrzymi skotłowany kadłub moskiewskich bataljonów, już odpadać od niego zaczęły, niby drzazgi i szczapy, ogarnięte popłochem i przerażeniem kompanje i plutony, a ten głos metalowy, niby niepokojące, drażniące zawodzenie trąbki bojowej, grającej do ataku, rozkazywał:
— Tam! Tam! Naprzód!
Grenadjerzy i ułani odpowiadali mu pieśnią prawie wesołą do zuchwalstwa.
— Jeszcze Polska nie zginęła!...
— Zwyciężymy, dzieci! — wtórował im pewny siebie, uduchowiony głos wodza. — Naprzód!
Grenadjerzy wyrąbali szeroką lukę w ciżbie nieprzyjaciół i już parli na stojące za nimi baterje.
— Od skrzydła, od skrzydła, ułani! — rozległa się nowa komenda.
Lis odpowiedział na nią krzykiem przerażenia.
Ujrzał bowiem dzielnego rotmistrza Wieleżyńskiego, który ugodzony bagnetem, zatoczył się i padł.
Trwało to jedno mgnienie oka, bo wnet nad poległym zakotłowało się nanowo. Pałasze dzwoniły po lufach karabinów, darły się wściekłe, zdyszane gardziele, tupały nogi, grzęznące w topniejącym od gorącej krwi śniegu, rwały się słowa przekleństw, modlitwy, pieśni i jęki tratowanych ludzi.
— Trzeci szwadron! — ryknął Lis. — Zwrot na prawo! Do dział!
Ułani natarli z nową siłą, zmietli jakiś bataljon, usiłujący zastąpić im drogę, rozproszyli go i już uwijali się koło armat, zawracając je paszczami w stronę pozycyj moskiewskich i w pień wycinając kanonierów.
Nowe nadbiegły bataljony, rzucone przez Neuhardta i samego Dybicza, nowe salwy, huragan krzyków, nowa zwara bitewna.
Zginęło poczucie czasu, pierzchnął strach i myśl o niebezpieczeństwie, ludzie stali się maszynami, nie znającemi znużenia i litości. Jak rozpędzone, warczące koła zębate, ludzie porywali ludzi i ze zgrzytem i świstem kruszyli, łamali, w proch ścierali.
Nie zauważył Lis, a może i nikt inny w walczących szeregach polskich, iż Chłopicki już odjechał.
Nie wiedzieli grenadjerzy i ułani, że wódz zachęcał już do boju pułki Szembeka i do linji ognia sam je podprowadzał, że całym pędem konia dopadł wreszcie Radziwiłła, meldował o ogólnym stanie bitwy i jej planie, żądał natychmiastowego przybycia dywizji generała Krukowieckiego.
Popędził Chłopicki dalej, posłał adjutanta do Łubieńskiego z rozkazem, aby podciągnął do Olszyny i stał pod ręką na pierwsze zawołanie. Wódz na chwilę jedną zatrzymał się i wysłuchał raportu o tem, że Skrzynecki szamotał się już był z ostatniemi rezerwami Moskali, ścigając cofające się bataljony.
Lecz pilno było generałowi powrócić do swoich, których zostawił na prawym odcinku lasku olszynowego, aby nowe pułki grenadjerów oraz dwa pułki z rezerwy Żymirskiego w środek pomiędzy wojska Pahlena i Rosena klinem rzucić do ataku.
Stanął przed grenadjerami — wyniosły, mężny i spokojny, jak wódz zwycięski, i wśród okrzyków radosnych poprowadził, wołając donośnie:
— Widzicie tę baterję, co praży pomiędzy dwiema drogami. Musimy zdobyć ją, wtedy zwycięstwo przy nas! Naprzód!
Spiął konia ostrogami i poprowadził wiarę, porwaną jego słowami.
Generał przejeżdżał tuż od prawego boku znojnie pracujących ułanów. Lis widział wspaniałą, promienną twarz Chłopickiego, widział szary surdut jego, podziurawiony kulami, i szmat skóry, oddartej od cholewy buta.
Nagle ze skowytem i wyciem nadleciał granat, kreśląc smugą białego dymu jakieś magiczne, tajemnicze znaki w powietrzu, upadł, syknął, zakręcił się i rzygnął ogniem, żelazem, dymem i śmiercią.
Jak gromem rażony runął koń generała... Padło trzech grenadjerów...
A później już z ziemi, podnosząc się na łokciu, Lis, nagle osłabły i bezwładny, zobaczył, że adjutanci podtrzymują słaniającego się generała i krzyczą przeciągle, trwożnie:
— Generał ranny! Generał ranny! Nosze czemprędzej...
Lis jął powtarzać za nimi jękliwie:
— Generał ranny!
Z trudem podniósł się, utykając na lewą nogę. Spojrzał na nią w przelocie. Cała skrwawiona była, a z buta krew chlustała. Odłamek czerepu utkwił mu w udzie...
Jednak podbiegł do generała, którego już składano na noszach, z karabinów naprędce związanych.
Chłopicki, blady, lecz spokojny, mówił przez zęby.
— Ach, czemuż mnie ta kula nie zabiła?! Kto was teraz poprowadzi?!
Po chwili jednak ogarniał wzrokiem pole bitwy, która miała na wieczne czasy utrwalić zwycięstwo jego, uwieńczyć sławą.
— Na miły Bóg! — zawołał. — Niech jazda idzie w ogień! Posłać rozkaz do Łubieńskiego! Natychmiast! Natychmiast, bo każda chwila, jak życie, droga!...
Prądzyński, obejrzawszy się, spostrzegł Lisa i krzyknął do niego:
— Prowadź tu jazdę Łubieńskiego! Znajdziesz generała pomiędzy Olszyną a drogą bitą! Bierz mego konia i ruszaj, ile tchu starczy!
Lis, niepomny na ból w nodze i słabość, wskoczył na siodło i popędził poprzez Olszynę.
We wskazanem miejscu nie znalazł jednak generała Łubieńskiego.
Jazda, oddawszy niemal połowę swoich szwadronów na posiłki dywizjom, znajdującym się w ogniu, pozostała na dawnem miejscu.
Wysłuchawszy rozkazu Chłopickiego, Łubieński odparł niechętnym głosem:
— Pan Chłopicki jest dobrym generałem piechoty, lecz nie wie, kiedy należy używać jazdy. Jestem pod rozkazami księcia Radziwiłła...
— Skoczę po rozkaz naczelnego wodza! — krzyknął Lis, blednąc jeszcze bardziej. — Tam za olszyną szaleje piekło, przez które zwycięsko idziemy... Posiłków, posiłków potrzeba, na mękę Chrystusa, panie generale!
— Do szeregów, do szeregów, poruczniku! — huknął Łubieński. — Nie twoja głowa rządzi w tej bitwie... Niech wódz naczelny ściągnie posiłki od Krukowieckiego, który stoi bezczynnie... Do szeregów!
Podpułkownik Ździechowski trącił Lisa koniem i szepnął:
— Milcz i jedź do swego pułku...
Lis — blady i zrozpaczony — obejrzał się błędnym wzrokiem.
— Panie generale! — rzekł urywanym, złowrogim głosem. — Zostałem ranny tuż przy generale Chłopickim... Na tę krew moją, błagam!...
— Do szeregu! — powtórzył Łubieński i mocniej zacisnął szpicrutę w ręku.
— Na świadków biorę panów! — zawołał Lis. — Na świadków, żem rozkaz wodza generałowi Łubieńskiemu powtórzył...
Lis ruszył konia i odjechał ponury, pochylony nad kulbaką.
Wszyscy widzieli, że za nim w ślad biegł długi, szkarłatny różaniec, którego każde ziarnko było kroplą gorącej krwi, kapiącej na śnieg...
Oficerowie, patrząc na Lisa, zdumieli się.
Młody porucznik jechał powoli z opuszczoną głową.
Minął w milczeniu wszystkie pułki jazdy Łubieńskiego i konia zwrócił w stronę słupa żelaznego, gdzie stał naczelny wódz z adjutantami.
Lis zatrzymał się przed księciem Radziwiłłem i wyprostowany na siodle składał raport.
Po krótkiej rozmowie zakręcił koniem, podjechał do grupy pułkownika Kickiego i znowu meldował.
Wkrótce zniknął z oczu, zamieszawszy się w szeregach ułanów brygady ochotniczej.
— Pułkownik Zamojski po bitwie sporządzi raport o oddanie tego zuchwalca pod sąd! — warknął Łubieński.
— Pod sąd? — spytał Zamojski, podnosząc ramiona.
Spojrzał na generała i, wzdrygnąwszy się cały, odpowiedział cicho:
— Rozkaz, — jeżeli...
Nie skończył, bo przed sztabem stanął adjutant Chłopickiego, rotmistrz Kruszewski.
— Generał z powodu ciężkich ran odjechał do Warszawy! Komendę w bitwie przekazał generałowi Skrzyneckiemu!... Tymczasem bitwa się rozprzęgła... Potworzyły się luki pomiędzy generałem Skrzyneckim a Szembekiem i jazdą Umińskiego. Luki niebezpieczne!!... Wojsk Krukowieckiego nie widać, mimo trzech rozkazów, posłanych mu przez ks. Radziwiłła. Luk tych zapełnić nie możemy z powodu strat i znużenia wojska... Przybyły przednie straże korpusu Szachowskoja i już się angażują do bitwy! Należy oczekiwać uderzenia jazdy. Rozkaz od ks. Radziwiłła dla pana generała, aby był w pogotowiu szarżę rozpocząć!
Spiął konia i popędził dalej.
Od siedmiu godzin trwała już bitwa, gdy na froncie Skrzyneckiego i Szembeka ze zdwojoną siłą zagrały działa i dojrzeć można było ruchy wielkich mas wojska nieprzyjacielskiego.
Niezawodnie Szachowskoj wprowadził do bitwy swoje świeże pułki.
Godziny nie minęło, gdy do Łubieńskiego nadbiegł adjutant Radziwiłła.
— Panie generale, przyjmiesz na siebie szarżę jazdy moskiewskiej! — krzyknął.
Ludzie sami bez komendy mocniej usadowili się w siodłach i westchnęli głębiej.
Istotnie dywizja rosyjskich kirasjerów, prowadzona przez generała Kabłukowa, rozpoczynała szarżę, która miała niby sztychem przebić armję polską i dojść aż do wałów Pragi, odcinając Polaków od Wisły.
Kapitan Skalski, niedawno przybyły do Skrzyneckiego ze swemi rakietnikami, rzucił race pod nogi mknącej lawiny żelaznych jeźdźców, wszczął wśród nich popłoch i wstrzymał na miejscu, na które baterje polskie wnet miotać zaczęły powódź pocisków.
Tylko jeden pułk kirasjerów gwardji księcia Alberta pod dowództwem barona Meyendorfa wyrywa się naprzód i nic go wstrzymać nie zdoła, chyba tylko śmierć.
Z chrzęstem zbroi, z furkotem i łopotem proporczyków, z tupotem ciężkich, ogromnych koni i z grzmiącemi okrzykami „hurra“ pędzą kirasjerzy, mijają piechotę Skrzyneckiego, która już opuściła Olszynę, przebijają słabą drugą linję polską, gdzie tylko pułkownik Karski z resztkami swoich ludzi z odległości pięćdziesięciu kroków spotyka jazdę celnemi salwami.
Lecz mknąca nawałnica nie rozwiewa się i nie wstrzymuje.
Kirasjerzy mkną dalej, szerząc przerażenie i zmuszając do ucieczki baterje zapasowe, tabory, ambulanse, wozy z rannymi, drobne oddziały wojska, zdążające ku Pradze, gdzie wały jej już obsadzał bataljonami „dzieci Warszawy“ pułk. Czółczyński, a artylerja od mostu grać już zaczynała.
Rozpętana lawina jeźdźców rozproszyła, jak wicher rozwiewa kupę suchych liści, dwa szwadrony ułanów Łubieńskiego i toczyła się już koło żelaznego słupa, gdzie opuszczony zupełnie i niemal samotny pozostawał ks. Radziwiłł, nieszczęśliwy wódz naczelny.
Wtedy to zerwała się brygada ułanów Kickiego.
Pułkownik — piękny młodzian, postawy rycerskiej, oczyma wesołemi błysnął i, pałasza dobywszy, krzyknął:
— Ułani, baczność! Stępa naprzód! Ma-arsz!
Ludzie pochylili się w kulbakach i lance w pół-ucha końskiego zniżyli.
— Ułani, marsz! marsz! — zakomenderował Kicki i pałasz wysoko nad głową podniósł.
— Niech żyje Ojczyzna! — przebiegł okrzyk grzmiący.
Konie, nabierając rozpędu, chrapały i mknęły, czując bitwę.
Za ułanami ruszył pułkownik Gawroński, prowadząc szwadrony Zamojskich.
Jak dwie skały zderzyli się jeźdźcy.
Kurz na chwilę okrył walczących. Lecz widać, że odrazu na miejscu osadzili Polacy kirasjerów zuchwałych, bo oto chmura opadać zaczęła i odkryła wreszcie piękny, niezapomniany obraz.
Ułani, jak grot lancy, wbili się w zwarte szeregi okrytych zbroją jeźdźców i parli naprzód, siekąc pałaszami.
Od skrzydeł w znoju pracował młody pułk Gawrońskiego, w bitwie tej otrzymując chrzest bojowy.
Lis, ponury i zrozpaczony, postanowił zginąć, widząc klęskę Ojczyzny.
Wiedział, że dwóch generałów — Krukowiecki i Łubieński rozkazu wodza nie wykonali; rozumiał, że wojska z Olszyny już się wycofały i że nadzieja na zwycięstwo zgasła ostatecznie.
Porucznik bił się w szeregach Kickiego, jako ułan szeregowy.
Przed bitwą zdążył przeciągnąć rzemykiem ranną nogę, z której krew uchodziła, i teraz nie czuł już ani słabości, ani bólu.
Z oczami, pełnemi mrocznych ogni, z twarzą bladą, przepojoną rozpaczą i nienawiścią, rąbał na prawo i na lewo. Oczyścił przed sobą sporo miejsca i posuwał się zwolna naprzód, czekając aż kirasjerzy sami natrą na niego.
Ten i ów niebacznie konia ku niemu popchnął w zgiełku bitwy, lecz ani jeden nie powrócił.
Stalowe kirasy i hełmy nie mogły wstrzymać straszliwych ciosów ułana; w powietrze wylatywały, rozpryśnięte na kawałki długie pałasze rosyjskie; konie padały, uderzone pięścią Lisa pomiędzy uszy.
Moskale spostrzegli wreszcie ponurego, strasznego ułana i cofali się przed nim, zdzierając konie lub uchodząc na bok.
Wreszcie wziął go na oko olbrzymi wachmistrz i, pałasz wzniósłszy do cięcia, popędził ku Lisowi.
Porucznik spostrzegł wroga i, zwaliwszy jakiegoś przebiegającego moskala, wyprężył rękę z wyciągniętym pałaszem, oczekując ciosu.
Stal kirasjera spadła na niewzruszoną przegrodę i prysnęła nagle, a złamana w przegubie dłoń zwisła mu bezwładnie.
Lis machnął szablą, a cięty przez ramię wachmistrz spadł z konia.
Ułan począł teraz szukać dowódcy kirasjerów. Dojrzał go był na początku szarży i postanowił wziąść do niewoli.
Przebijał się więc w zgiełku i wirze walki, potężnie parł naprzód, aż ujrzał moskiewskiego pułkownika, zachęcającego swoich ludzi do boju.
Był to wysoki, wiotki, o pięknej, szlachetnej twarzy oficer.
Lis odpłatał od niego dwóch kirasjerów i związał z nim swój pałasz.
Meyendorf bronił się walecznie i, posiadając sztukę szermierską, ciosami odpowiadał na ciosy ułana. Wreszcie Lis postanowił skończyć. Stanął więc w strzemionach i, odbiwszy stal przeciwnika, ciął go od głowy.
Z brzękiem odleciała złamana klinga kirasjera, lecz Meyendorf nie stracił przytomności umysłu i konia zwrócił do ucieczki.
W ślad za nim popędził, wyrywając się z ciżby walczących, sam pułkownik Kicki, a kirasjerzy osłaniać jęli swego dowódcę.
Lis wpadł na nich i znowu płatał hełmy wraz z głowami, odwalał ramiona ludziom i łby końskie. Nie trwało to długo, bo ujrzał wkrótce plecy zmykających moskali i rozwiane ogony rumaków.
Gonił więc uciekających, siekł i szablą bódł.
W sercu mu zajaśniała po raz drugi już dnia tego radość dumna, że zwycięstwo przechylić się ma na stronę Polski, broniącej wolności swej i honoru oręża.
Widział, jakgdyby przez mgłę, że czworoboki Skrzyneckiego i Szembeka w porządku cofały się, że grały osłaniające odwrót armaty Piątki, więc odrzucił teraz troskę i gnał w cwał, a każde uderzenie jego pałasza stawało się modlitwą dziękczynną...
O niczem już nie myślał i nic nie pamiętał.
Widział przed sobą cofających się wrogów i musiał uczynić tak, żeby nikt z nich nie powrócił z tego pola.
Chciał zajechać im z boku, więc skręcił na lewo i podniósł konia do skoku na skraju głębokiego rowu.
Nagle czarna chmura zasłoniła całe pole przed nim.
Jakoś dziwnie szybko znikły w niej szeregi połyskujących zbroją kirasjerów.
Umilkły ochocze okrzyki ułanów.
Coś go porwało, cisnęło w jakiś wir szalony, ogłuszyło, odjęło świadomość i zrzuciło z siodła w otchłań bezdenną...
Gdzieś daleko jękliwie wołały do odwrotu trąbki ułańskie.
Lis jednak nie wrócił.
Nikt nawet nie spostrzegł tego po bitwie. Całe wojsko cofało się przez jedyny most do Warszawy lub przeprawiało się przez niepewny, słaby lód. Obawiano się natychmiastowego szturmu Pragi i stolicy.
Oczekiwano z niepokojem i resztką nadziei mianowania przez rząd nowego wodza...
Któż w tych chwilach strasznych miał się troskać o los młodego porucznika?
Nikt nie pamiętał nazwiska jego w pułku ochotników Kickiego; do korpusu Łubieńskiego nie zdążył jeszcze być wpisany.
Nie umieszczono go więc w raporcie o poległych i rannych ani też na liście „zawieruszonych“.
Ochotnik, chodzący luzem, przybysz nikomu nieznany, dziwaczny ułan o pełnej błędów i słów rosyjskich mowie śmiesznej, porywczy bez miary, nieoględnie śmiały, surową prawdę ciskający w oczy możnym i wszechwładnym — ten człowiek przepadł nagle, jak zgubiona na polu sprzączka ładownicy.
Któżby jej szukał po bitwie? Któżby żałował?



Rozdział XII.
Ucieczka.

Po dziesięciu dniach dopiero powróciła mu przytomność.
Jeszcze słaba, ledwie świtająca, mamideł pełna, zdumienia bezmiernego i przebłysków świadomości.
Lis otworzył oczy i obejrzał się.
Uśmiechnął się blado, spostrzegłszy białe ściany i wielkie okno, przez które świeciło wprost na niego szkarłatne, zachodzące słońce.
Poznał, jak mu się wydało, salę dworu w Pyszkowie.
Chciał poszukać oczami Juljanny, ujrzeć znane mu, miłe twarze Kobierzyckich, pani Truszkowskiej...
Nie mógł jednak poruszyć głową, a nawet wzroku skierować nabok.
Powieki po chwili bezwładnie mu opadły.
Już nic nie widział teraz, lecz pod czaszką, w głębi mózgu zaświtał wątek myśli, rosnąć zaczął jeszcze bezkształtny, co chwila rozpryskujący się na odłamki pytań i wspomnień, aż wpadł w niewidzialne łożysko i stał się zrozumieniem.
Pyszków... Juljanna... Kobierzyccy?
A gdzie i kiedy byli pułk. Ździechowski, Kicki... generał Łubieński?
Czy to pod Pyszkowem odłogiem leży aż do lasku olszynowego pole, zawalone ciałami poległych i zasnute dymami?
Szarża... Szli ułani Kickiego, a ten co w pierwszym szwadronie, tuż przy wachmistrzu pędzi, — to on sam...
Wachmistrz Chołoniewski... Mówił mu, że jest ziemianinem... że troska się o żyto...
Później bitwa... Ach! Przypomina sobie potyczkę z pułkownikiem kirasjerów...
Dlaczego wtedy nie mógł długo stać w strzemionach? A co było potem?
Połyskująca, połamana, poszarpana linja jeźdźców w błyskotliwych zbrojach... Ucieczka moskali!
Dalej! Dalej!
Jakiś rów majaczy otchłannie... i koniec.
Marszczy czoło Lis, czuje się wyczerpany mozolnem nizaniem urwanych myśli, zlepianiem okruszyn wspomnień, wywlekaniem nikłych, bezsilnych wrażeń, majaczących w lepkiej, mętnej mgle.
Znowu otwiera oczy i wpatruje się przed siebie uporczywie, usiłując objąć wzrokiem jak największą przestrzeń.
Pochyla się nad nim nieznajoma, męska twarz brodata.
Skądś zdaleka odzywa się głos, uderzający w nieruchomą próżnię.
Lis wsłuchuje się i długo nie może zrozumieć słów, skierowanych do niego.
Spostrzega tylko ruch warg ciemnych i drgające, rudawe końce długich, zwisających wąsów.
Opuszcza powieki i wpada w twardy sen.
Budzi się dopiero nazajutrz.
Może już poruszyć głową, więc ogląda pokój.
Białe mury, upstrzone dziurami od wyrwanych gwoździ, ciemne plamy kopciu; szereg łóżek drewnianych z wystającemi z sienników wiechciami słomy; ciemne, skulone lub dziwnie wyprostowane, nieruchome postacie pod szaremi kocami.
Nozdrza pochwytują ostrą woń jakichś leków i krwi, mdłe, kwaśne wyziewy wilgotnego sukna i skóry, zapach potu i wymiotów.
Lis porusza ręką i usiłuje wesprzeć się na łokciu.
Ta sama brodata twarz z ciemnemi wargami i drgającemi końcami wąsów pochyla się nad nim i coś mówi.
Lis rozumie teraz każde słowo; tylko się dziwi, że słyszy mowę rosyjską.
Błysnęła myśl trwożna, pytanie bolesne:
— Niewola?
Zbiera całą przytomność, wytęża wolę i rozkazuje umysłowi, aby pracował sprawnie i posługiwał się instynktem ludzkim i zwierzęcym.
Niewola?...
Pytanie to wsiąka w całą istotę jego coraz głębiej; pracuje mózg, wzrok i słuch; straszna myśl o niewoli staje się olbrzymiem, czarnem tłem, na którem zmysły zaczynają ciąć kreskę po kresce aż tworzy się wyraźny obraz teraźniejszości i przyszłości.
Instynkt ludzki pociąga do rozpaczy i bohaterstwa, jeszcze nieznanego i niejasnego, zaledwie poczętego w wyobraźni, instynkt zwierza czujnego i nieufnego podszeptuje przebiegłość, podstęp, pozorne poddanie się losowi.
Jednak ta walka wewnętrzna, ten proces duchowy dodały mu sił i jeszcze bardziej ożywiały i spotęgowały świadomość i rozwagę.
— Gdzie jestem? co się ze mną dzieje? — szepnął po rosyjsku, patrząc na rude końce długich wąsów nieznajomego.
— Jesteście w szpitalu etapowym № 11 w Brześciu... Na tablicy stoi wypisane: „jeniec polski z pod Warszawy“ — odparł nieznajomy, uśmiechając się niebieskiemi oczyma.
— Niewola! — stuknęło młotem po ogromnem kowadle straszne słowo.
Wtedy uświadomił sobie, że jako ranny musiał się dostać w ręce Moskali.
Nie mógł udźwignąć lewej nogi. Leżała na kocu, jak wielki, biały kloc, omotany bandażami.
— Ach... generał Chłopicki... granat... przed bitwą rzemykiem przeciągnęłem sobie udo... krew ciurkiem uchodziła... Tak!... A może potem raz jeszcze byłem ranny? — kołowały w głowie wspomnienia aż ułożyły się w nowe pytania:
— Czy rana jest niebezpieczna?
— Odłamek granatu w udzie, które jest mocno poszarpane... Żelazo wyjął wam lekarz na czołówce... Straciliście dużo krwi... myślałem, że tak i zamrzecie, bo dziesięć dni już minęło — mówił brodaty człowiek, łagodnie patrząc na rannego.
— Dawno tu już jestem? — pytał dalej Lis.
— W Brześciu trzeci dzień... Przywieźli was tu razem z innymi, których do Rosji odstawiają z etapu na etap — odpowiedział Moskal. — Ja też z tym samym taborem przyjechałem, bo trzech nas felczerów konwojuje chorych i rannych...
Lis przymknął oczy. Miał już dość rozmowy na razie. Musiał znowu skupić myśl, wysnuć jakieś wnioski, coś postanowić.
Największą troską jego w tej chwili była noga, ta gruba, omotana, nieruchoma kłoda, której nie mógł udźwignąć.
Gdy felczer odszedł Lis podniósł głowę i przyjrzał się jej uważnie.
Zrozumiał, że miał nogę przywiązaną ręcznikiem do krawędzi łóżka.
Ukradkiem, długo się wysilał, zanim podciągnął się na rękach i usiadł.
Zamroczyło go natychmiast, lecz po chwili już jął drżącemi palcami szarpać węzły ręcznika.
Znowu się obsunął na poduszkę i począł próbować podnieść nogę.
Bolała go bardzo. Przekonał się jednak, że nie była bezwładna. To go pocieszyło i uspokoiło.
Leżał nieruchomo, oddychał ciężko, lecz myślał już jasno i trzeźwo.
Postanowił jak najmniej mówić o sobie i udawać półprzytomnego.
Zaczął to natychmiast, gdy mu przyniesiono strawę i kubek herbaty.
Trząsł głową i bełkotał słowa niezrozumiałe.
Sanitarjusz machnął ręką i, zostawiwszy na stołku posiłek, oddalił się.
Lis wyczekał aż moskal zniknął w następnym pokoju, szybko zjadł zupę z kawałkami sucharów i popił herbatą.
— Hm! — mruknął. — Marne smakołyki, lecz lepsze to niż nic...
Uśmiechnął się i znowu układał w głowie plan działania.
Przez kilka dni jeszcze udawał napółprzytomnego i bardzo osłabionego, chociaż świadomość wróciła mu już była w całej pełni, a i siła wzmagała się z dniem każdym.
Zato uszu nastawiał Lis na każde słowo, rozlegające się w sali. Szczególnie zaś uważnie przysłuchiwał się rozmowom lekarzy, gdy całą gromadą obchodzili szpital.
W ten to sposób Lis, nikogo o nic nie pytając, dowiedział się wkrótce, że Dybicz nie odważył się szturmować Pragi i bombardować Warszawy, natomiast zażądał przysłania mu z Rosji bateryj oblężniczych; w oczekiwaniu zaś przybycia ciężkich dział cofnął się i wyznaczył armji leża aż do czasu puszczenia lodów na Wiśle.
Lis zgrzytnął zębami, gdy posłyszał, że Polacy, za poradą generałów Łubieńskiego i Szembeka, rozpoczęli byli rokowania z feldmarszałkiem, a ten szorstko odmówił wszelkiego porozumienia, do czasu cofnięcia przez rząd polski aktu detronizacji cesarza Mikołaja.
Ulżyło mu, gdy jeden z lekarzy dodał, że parlametnarjusze polscy — Mycielski i Kołaczkowski bardzo ostro odpowiedzieli Dybiczowi i że Polacy postanowili „bunt“ nadal podtrzymywać i do wiosennej kampanji przygotowują się starannie.
— Dobrze, że Skrzynecki będzie przeciwko nam stawał, a nie Dwernicki! — mówił lekarz. — Mianowania tego generała na wodza naczelnego obawiał się nasz sztab najwięcej, bo to, ja wam powiadam, wilk zubasty!
— No, nie mówcie tak, kolego! — zawołał inny lekarz. — Skrzynecki też dobry wojak! Przecież to on uratował Napoleona w bitwie pod Arcis-sur-Aube. Bonaparte uciekał wtedy przed szarżą kawalerji nieprzyjacielskiej wśród szeregów piechoty polskiej, a ta atak świetnie odparła i cesarza ocaliła.
— Być może, ale Dwernicki — lepszy! — twierdził pierwszy. — Takiego wojownika nie mamy. Ot i teraz Dwernicki pod Puławami pobił na głowę pułkownika Tuchaczewskiego i generała Kawera, a nie przestaje gnębić gen. Kreutza. Słyszałem dziś, że już zajął Lublin.
— To wszystko-nic! — zawołał jakiś ranny oficer, słuchający tej rozmowy. — Jestem z oddziału gen. Tolla, który niby to ścigał Dwernickiego, bo ten poprzecinał komunikację z Rosją, pozbawił armję naszą żywności i paszy...
— Na czemżeż ta się wyprawa skończyła? — pytali zaciekawieni lekarze.
Oficer machnął ręką i odparł ze śmiechem:
— Skandalem! Ten djabeł zniknął jak szpilka! Generałowie Toll, Sakken i Witt otoczyli go, podobno, lecz stracili z oczu, bo im się wywinął, jak węgorz. Toll zamęczył tym pościgiem naszą rezerwę i — bez żadnego wyniku.
— A Dwernicki?
— Dwernicki! Spokojnie sobie wyszedł z żelaznego koła i małemi oddziałami trapił nas nieustannie. W jednej z takich potyczek zostałem właśnie ranny... — zakończył oficer swoje opowiadanie.
— Dzielny to generał! — zachwycał się zupełnie szczerze lekarz szpitala. — Spotykałem go w Belwederze u wielkiego księcia Konstantego. Bujną ma duszę Dwernicki!
Lis z biciem serca słuchał tych opowiadań, myśląc z żalem, że gdyby Dwernicki działał w bitwie, to podczas rozgrywki Grochowskiej innyby miała ona przebieg, a potem zamiast Radziwiłła on ująłby w swe ręce buławę naczelnego wodza.
Jednak już, i to, co posłyszał, napełniało duszę jego radością i dumą.
Później znów inne przyszły wieści, które dowodziły, że polskie wojska przeszły do działań zaczepnych, a nieraz bardzo pomyślnych.
Echem ponurem przebrzmiały w sercach Moskali, a grały triumfalnie w duszy rannego porucznika polskiego słuchy o zwycięstwie Polaków pod Wawrem, o porażce korpusu Geismara pod Wielkiem Dembem, gdzie Bogusławski, Tomasz Potocki, Skarzyński zadali pierwszy cios Rosenowi, niszcząc jego armję ostatecznie pod Iganiami, gdzie sławą się okryli generał Ignacy Prądzyński i Bem.
Lis po dwóch tygodniach zaczął już chodzić.
Rana, w którą niemal już wdała się była gangrena, goić się zaczęła.
Słabość tylko jeszcze nie opuszczała porucznika, boć przecie w ciągu długich godzin bitwy pod Grochowem, z ciała jego bezmała wszystka krew wyciekła.
Siły powracały mu powoli, chociaż robił wszystko, aby czemprędzej uzyskać dawną moc: jadł dużo, spał i nie robił żadnych wysiłków.
Trapiła go tęsknota za Juljanną i żarła obawa o los ojczyzny.
To powodowało za każdym razem gorączkę i jeszcze większe, straszniejsze osłabienie. Przemógł się chory porucznik, wielkiem skupieniem woli odpędzał od siebie tęsknotę i smutek gryzący, nauczył się nie myśleć i nie wspominać.
Pragnął tylko zdrowia i powrotu do dawnych sił.
Potrzebne mu one były, jak woda dla usychających krzewów, niezbędne, bo już ułożył był swój własny szalony plan.
Zmuszony był go wykonać znacznie wcześniej.
Pewnego poranku jakaś komisja wojskowa przeprowadzała rejestrację rannych rosyjskich żołnierzy i jeńców.
Gdy oficerowie zapytali Lisa o nazwisko i pułk, w którem służył, odparł, nie mrugnąwszy okiem:
— Jan Karusewicz, porucznik ułanów 2-go pułku.
Jeden z oficerów zapisał i rzekł:
— Jutro wyprawimy tabor z rekonwalescentami i jeńcami do Mińska, gdzie się odbędzie sąd nad polskimi buntownikami...
Lis zauważył, że przygotowań do odjazdu partji dokonywano w gorączkowym pośpiechu. Zaczął wypytywać o przyczyny tego i wkrótce dowiedział się, że sztab zarządził jak najszybszą ewakuację szpitali w głąb Rosji, ponieważ armja poniosła nowe, ciężkie straty, a poza tem wciąż dawał się odczuwać brak aprowizacji, krzyżujący plany feldmarszałka.
Nazajutrz wypadł dzień pochmurny; mokra śnieżyca i zimny wiatr zrywały się raz po raz.
Długi rząd wozów szpitalnych sunął marną drogą z Brześcia na wschód.
Podzielono tabor na dwie części. Na przedzie jechali rosyjscy żołnierze, odsyłani na rekonwalescencję do Mińska i dalej w głąb imperjum.
Ztyłu szła kolumna z jeńcami polskimi. Jedni z nich leżeli na słomie, otuleni wojłokami, drudzy siedzieli, okrywając się płaszczami i kocami, aby się ochronić przed deszczem i siekącemi smugami mokrego śniegu.
Była to droga męczeńska, bo tabory i artylerja, przechodzące tu na początku wojny, rozbiły szosę zupełnie. Głębokie koleje, wyboje i wykroty, połamane koła i fury wstrzymywały ruch wozów szpitalnych. Lód na rzece zczerniał i nabrzmiał, więc przeprawy odbywały się z wielkiem niebezpieczeństwem i ostrożnością.
Na Muchawcu i Jasiołdzie stracono po cztery dni, zanim zdołano przeprowadzić wszystkie wozy.
Kolumna posuwała się wolno.
Kraj, ogołocony poprzedniemi rekwizycjami, nie mógł dostarczyć dostatecznego pożywienia, a w niektórych osiedlach nie znajdowano nawet dostatecznej ilości pomieszczeń na kwatery, ponieważ wojska rosyjskie, przechodząc, zazwyczaj podpalały wsie, miasteczka i dwory.
Głód i nowe choroby zajrzały w oczy rannym ludziom, jeńcom, a nawet żołnierzom konwoju i felczerom. Podniosły się lamenty, narzekania i przeszły w taki nieład, że zniknęła wszelka dyscyplina i posłuch. Każdy ranny, konwojent i felczer na własną rękę zdobywał dla siebie pożywienie, oddając chłopom okolicznym lub żydom płaszcze, buty, czapki i koce za miarkę ziemniaków, bochenek chleba, kawałek mięsiwa lub kwartę mleka.
Gdy zabrakło mienia własnego, żołnierze rzucili się do wozów z zapasowemi rzeczami, wydanemi z magazynów wojskowych.
Ta okoliczność pozwoliła Lisowi zaopatrzyć się w przyodziewek rosyjski, który porucznik starannie ukrył na wozie pod słomą.
Jadąc z innymi Polakami, przyglądał się bacznie towarzyszom niedoli i wkrótce wybrał dwóch: jednego, który do powstania przywędrował z pod Nowego Sącza, drugiego zaś — ochotnika z oddziału pułkownika Kuszla, ziemianina z ziemi Płockiej.
Obaj byli młodzi, tędzy, zawsze weseli i sprytni.
Góral posiadał zdumiewającą zdolność do odnajdywania po chałupach zapasów, ukrytych przez wieśniaków. Wchodząc do chaty, węszył, parskał i szeptał gospodarzowi do ucha, aby nikt inny nie słyszał:
— Dawajcie — no ludzie dobrzy, tę słoninę, co macie w ukryciu, bo i tak weźmiemy! Ino jeżeli po-dobremu, to dacie na trzy gęby, a jak nie — to całkiem zabierzemy.
Na takie powiedzenie gospodarz trząsł głową i, mrucząc, przynosił pod połą to i owo i oddawał góralowi.
Jacek Brzega brał i grzecznie dziękował.
Ten drugi znów — ziemianin z pod Płocka, mając u siebie w domu gorzelnię, wyrobił sobie węch okrutnie czuły na okowitę.
Pan Roman Dębski z „podjazdu żywnościowego“ rzadko powracał bez gorzałki, dobrej na psią pogodę, bez przerwy trapiącą tabor.
Z tymi to dwoma zuchami ciągle o czemś naradzał się Lis, aż pewnego wieczora podali sobie ręce i zawarli tajemne przymierze.
Za Słonimem, gdzie stały wojska cesarzewicza Konstantego, kolumna się rozproszyła, podzieliwszy się na drobniejsze taborki, idące różnemi drogami.
Ludzie, przez nikogo już nie doglądani, rozpełzli się na wszystkie strony i dążyli do Mińska na własną rękę. Nawet żołnierze z konwoju zamienili się na zwykłych włóczykijów, łazików i maruderów, niczego i nikogo nie doglądali, a nawet częściowo zbiegli.
Tylko Polacy jechali dalej w porządku, zbiedzeni, zgłodniali i bez nadziei ratunku.
Wkrótce jednak, wyruszając z noclegu, spostrzegli, że brakuje im trzech towarzyszy: porucznika Lisa, wachmistrza Romana Dębskiego i chorążego Jacka Brzegi.
Jeńcy wyglądali powrotu ich przez trzy dni, wkońcu machnęli ręką i zdecydowali bardzo trafnie:
— Zwiali, psia juchy!
Pomyśleli nad tem jeszcze dzień jeden, a potem i sami — chłop po chłopie wiać zaczęli.
Pozostali tylko ci, co nie mieli na czem zwiewać, bo na wojnie stopę im urwał albo biodro strzaskał czerep granatu lub duża kula kartaczowa.
Lis ze swymi towarzyszami tymczasem parł naprzód aż się kurzyło.
Ile sił starczyło dążyli do Nowogródka.
Działo im się dobrze, bo po dworach polskich przyjmowano ich gościnnie, a gdy zrozumiano, że dążą do partyj powstańczych, które na Żmudzi, Litwie i w Pińszczyźnie mnożyły się z dniem każdym, nie wiedziano, czem dogodzić polskim żołnierzom z pod Warszawy, Stoczka, Białołęki i Wawra.
Po dworach coś — niecoś wiedziano o wypadkach w Królestwie i o toczącej się wojnie, a słuchy te niosły to ukojenie dla stroskanej duszy Lisa, to zadawały jej ciosy bolesne.
W Polsce Kongresowej istotnie działy się rzeczy doniosłe.
Zacięty opór, stawiany przez armję polską, i kilka poważnych zwycięstw, odniesionych przez nią, zwiększyły liczbę stronników powstania zagranicą.
Generał Lafayette, towarzysz broni Kościuszki, wywierał coraz silniejszy nacisk na króla Ludwika-Filipa, aby wystąpił w obronie praw Polski, która wstrzymuje Rosję od najazdu na Francję.
Przebiegły Metternich, nie wypowiadając się w imieniu swego cesarza, przez palce patrzył na coraz wyraźniejszą sympatję gubernatora Galicji, księcia Lobkowitza dla Polski.
Anglja i Prusy po dawnemu pozostawały wrogie dla sprawy powstania, a nawet szczery dotychczas przyjaciel Polaków, pierwszy minister Wielkiej Brytanji, Karol Grey, nie chciał wystąpić przeciwko Mikołajowi.
Lis zrozumiał, że polityka ks. Adama Czartoryskiego oraz nowego dyktatora i naczelnego wodza, generała Skrzyneckiego, w łeb weźmie ostatecznie, zato z wielką radością posłyszał, że w Sejmie na skutek wniosku posła Olrycha Szanieckiego, minister Biernacki przedstawił izbom projekt, nadający drobnym rolnikom własność gruntową w dobrach narodowych, żądający zniesienia pańszczyzny i podziału wielkiej majętności ziemskiej na drobne folwarki.
— Niech będzie błogosławione imię Pańskie za ten sprawiedliwy czyn! — zawołał Lis. — Teraz dopiero chłopi się podniosą i moskale zostaną pobici!
— Niestety, — odparł mu pewien szlachcic, — sejm sprawę tę odłożył ad calendas graecas i już chyba nigdy nie wyjdzie ona na światło dzienne!.. Nic nie pomogły głosy Lelewela, Szanieckiego, Deskuta i Sołtyka, bo bracia szlachta nie chciała tego, a wniosek Walichnowskiego projekt ten utrącił jako przedwczesny.
Smutek ogarnął Lisa i nowa obawa przed możliwością nadania gruntów własnych chłopom nie przez Sejm polski, lecz przez cara, który, przeciągnąwszy chłopów na swoją stronę, później cofnąłby swój manifest.
— Co wtedy będzie? — myślał z przerażeniem. — Chłopi nie zechcą słyszeć o powstaniu i będą uważali Rosję za dobrodziejkę swoją, a szlachtę polską — za wroga! Klęska! klęska!
Rozmyślając o sprawach ojczyzny, uciekinierzy dotarli wreszcie do Nowogródka i stąd do Kalinowa, majątku pana Truszkowskiego, ojca Juljanny.
Krwawa ręka wojny sięgnęła aż tu.
Dwór stał spalony. Zgliszcza i ruiny pozostały od rodzinnego gniazda złotowłosej dziewczyny.
Lis od sąsiadów dowiedział się, że stary szlachcic wstąpił do partji pułkownika Radziszewskiego w Mińszczyźnie, a młody, ścigany przez rosyjskiego kata, pułk. Werzilina, zmuszonym był umknąć na Żmudź, gdzie, jak dochodziły słuchy, grasował na przestrzeni od Święcian do jeziora Narocz.
Lis z towarzyszami brnął dalej...
Włóczęga ta stawała się jednak coraz to niebezpieczniejsza. Na Wileńszczyźnie bowiem kręciły się wszędzie podjazdy, patrole, a nawet znaczniejsze oddziały moskali.
Chrapowicki, Bartolomei i Werzilin mieli tu baczne oko nad ludnością i srożyli się okropnie.
Szlachcic, pojmany z bronią w ręku, bez sądu podlegał karze śmierci, wieśniaków i mieszczan wysyłano w głąb Rosji i oddawano do bataljonów karnych.
Naradziwszy się z towarzyszami, Lis postanowił uformować własną partję, z którą łatwiej mógłby, bo już ręką zbrojną, przebijać się przez zastawy i zasadzki moskiewskie.
Po lasach i moczarach, po zapadłych zaściankach litewskich spotykał porucznik sporo ściganego i ukrywającego się ludu. Brakowało jednak wodza, nie było też broni, bo powstańcy w obawie przed niechybną śmiercią potopili ją w jeziorach i bagnach.
Zebrawszy pięćdziesięciu najtęższych, bitnych chłopów, szlachty zaściankowej, rzemieślników, uczniów gimnazjalnych, Lis jął przemyśliwać nad zdobyciem broni i amunicji.
Po głębokim namyśle i naradzie z towarzyszami postanowił napaść na Krewo, gdzie stało pół bataljonu piechoty rosyjskiej, dowodzonej przez kapitana Martynowa.
Tej samej nocy nieuzbrojeni powstańcy sprzątnęli warty, a wpadłszy do koszar, zabrali karabiny i powiązali piechurów.
Jednak kilku żołnierzy zdołało zbiec i powiadomić resztę wojska.
Wynikła dość długa strzelanina, a nawet atak na bagnety.
Lis wyparł Martynowa z jedną rotą, zadawszy jej ciężkie straty.
Nie ścigał uchodzących do Oszmian moskali, lecz szybko uzbroił cały swój oddział, doprowadziwszy go do stu jeźdźców.
Miał do pomocy pana Dąbskiego i miałby doskonałego wachmistrza w osobie górala Jacka Brzegi, lecz ten zaraz na początku bitwy dostał kulą pod okiem i Bogu ducha oddał.
Od bitwy Krewskiej porucznik szedł prosto, znosząc patrole, podchodząc ukryte w lasach zasieki i staczając bitwy z oddziałami rosyjskiemi.
Nie zatrzymywał się nigdzie, bo mu spieszno było połączyć się z Tadeuszem Truszkowskim i razem z nim partyzantkę prowadzić.
Pewnego ciepłego, radosnego dnia, na wiosnę oddział Lisa ujrzał dymy, wznoszące się nad oczeretami i łozinami, ukrywającemi od oczu jezioro Świrskie.
Chociaż porucznik słyszał, że właśnie tutaj Truszkowski od kilku dni miał swój obóz, jednak czujny i ostrożny oficer wysłał naprzód mały patrol na zwiady.
Podjazd powrócił galopem, a na czele jego pędził sam Truszkowski, witając Lisa radosnemi okrzykami.
Długo stali młodzi ludzie, złączeni gorącym uściskiem, i mówili obaj jednocześnie, bez ładu, śpiesząc się i przeskakując od jednego opowiadania do drugiego, jakgdyby tylko chwilę czasu mieli przed sobą, aby wypowiedzieć sobie wszystko, co przepełniało im serca i duszę.
Później, już w obozie nad Świrem przegadali jeszcze całą noc, siedząc przy ognisku.
Lis opowiadał o bitwach, w których brał udział, o Chłopickim — wspaniałym żołnierzu, o Łubieńskim, którego znienawidził i odgrażał się, że po wojnie pozwie go na ubitą ziemię, o płomiennym Prądzyńskim, o dziarskim Kickim i o tem wszystkiem, o czem gadają i myślą w Warszawie i Sieradzu.
— Byłeś u Kobierzyckich, widziałeś siostrę i matczysko najdroższe? — zawołał uradowany Truszkowski.
— Dwa tygodnie tam spędziłem, jak w raju, chociaż niewiele brakowało, żebym kopytek tam nie wyciągnął... — odparł Lis, i, westchnąwszy, opowiedział o przygodzie swej pod Łaskiem.
Zakończył opowieść temi słowami:
— Koniec końców nic mi się nie stało! Uratowała od śmierci moja narzeczona...
— Tu cię mam, filucie! — zawołał pan Tadeusz, klepiąc przyjaciela po kolanie. — Jakaż to panna ugodziła cię w serce strzałą Kupida?
Lis spojrzał na niego poważnie i głosem uroczystym, wzruszonym odparł:
— Siostra twoja szczęściem bezmiernem obdarzyła mnie — bezdomnego sierotę!
Truszkowski wskoczył i porwał Lisa w ramiona.
— Chwałaż Najwyższemu! — zawołał. — Zacne stworzycie stadło, bo poczciwość sama mieszka w was, bracie mój, Władku kochany!
Znowu ściskali się ze łzami w oczach, czując w sercu wdzięczność dla Boga, który kieruje losami i życiem ludzi.
Wierzyli przytem, że włos im z głowy nie spadnie, bo korzyli się obaj przed Twórcą wszechrzeczy i w Nim niewzruszoną pokładali nadzieję.
Już następnego dnia rozpoczęli partyzantkę. Oddział mieli spory, bo trzystu pięćdziesięciu ludzi liczący, a zaopatrzony w amunicję, prowjanty, paszę, a nawet w ambulansik, gdzie obowiązki sprawował młody, mocny, jak dąb, księżyna — Piotr Moczulski. Chodził on przed laty na medycynę w Wilnie, lecz nagle poczuł w sobie powołanie kapłańskie i machnął do seminarjum.
Był to człek do wszystkiego, silny, jak niedźwiedź, a łagodny, jak gołąb. Umiał pocieszać słowem kapłańskiem ludzi, upadających na duchu, mszę pięknie i uroczyście odprawić, kazanie podniosłe wygłosić głosem tubalnym; w kole żołnierskiem, sukienkę podkasawszy, zatańczyć ochoczo, śpiewkami wesołemi i przekornemi zabawić się przy kubkach i dykteryjek bez liku naopowiadać.
Truszkowski z Lisem zuchwale sobie poczynali, bijąc moskali i podając ich sobie z rąk do rąk.
Wkrótce stali się obaj bardzo ciężcy dla Wilna, gdyż chwilami miasto to bywało przez nich całkowicie odcięte od świata.
Wreszcie Chrapowicki i wielki książę Konstanty wysłali przeciwko powstańczemu oddziałowi brygadę księcia Chiłkowa.
Moskalom nie powiodło się jednak.
Truszkowski z Lisem obmyślili dla nich potrzask koło Postaw w końcu kwietnia.
Lis był naganiaczem:
Poszedł on na spotkanie brygady, wwiązał się w bitwę, narobił straszliwego hałasu, a potem jął uchodzić ku Dziśnie, gdzie były grząskie moczary.
Ponieważ Lis rozpuszczał pogłoski, że uchodzi cały oddział powstańców, Chiłkow parł swoją brygadę, siedząc na karku uciekających partyzantów i niczego się nie obawiając.
Jednak, gdy zapuścił się po jedynej drodze do bagniska, spotkał go tam Truszkowski nietylko salwami swoich ludzi, lecz i ogniem dwóch armat, zdobytych na trakcie mińskim.
Straciwszy czterysta ludzi, Chiłkow z trudem wybrnął z opałów i odtąd działał bardzo oględnie.
W końcu maja w obozie powstańców wiedziano już o zaatakowaniu przez wojsko polskie gwardji cesarskiej w okolicach Łomży.
Plan zaskoczenia armji, dowodzonej przez wielkiego księcia Michała, starannie opracował generał Prądzyński lecz Skrzynecki swojem niedbalstwem i chwiejnością popsuł go i zwycięstwo pewne obrócił w porażkę.
Wódz pozwolił wielkiemu księciu wyprowadzić gwardję z pułapki i dopiero pod Ostrołęką doszło do bitwy.
Prądzyński, Bem, Bogusławski, Pac, Turski, Langerman, Węgierski, Kicki, Kamieński zapisali złotemi zgłoskami swe imiona bohaterów na kartach powstania. Nawet sam Skrzynecki, tak jak Chłopicki w bitwie o Olszynkę, wykazał w całej pełni męstwo żołnierza, lecz jego wady krótkowzrocznego i chwiejnego wodza, udaremniły świetny, niezawodny plan Prądzyńskiego, bohaterstwo dowódców i niewidzialną nigdzie wytrwałość i poryw wojska.
Bitwa ostrołęcka została przegrana wyłącznie z winy Skrzyneckiego. Armja polska, silniejsza od przeciwnika o pięć tysięcy ludzi i o dziesięć armat, źle wykorzystana, musiała się cofać...
— Jedyna szczęśliwa okoliczność, jaka stąd wynikła, — pisał pan Karol Załuski do Truszkowskiego, — to ta, że został odcięty przez moskali korpus generała Giełguda. Dowództwo nasze posyła go teraz na Litwę, aby ożywić nasze powstanie i pokierować niem.
— W to nami graj! — zawołał uradowany Lis. — Teraz pohulamy z Chrapowickim, Chiłkowym, Szirmanem! Musimy ten dzień radosny czemś doniosłem odznaczyć.
— Uczyńmy napad na Wilno! — zaproponował Truszkowski.
— Jakbyś mi myśl tę z gęby wyjął! — krzyknął Lis.
— No, to i dobra! — zgodził się towarzysz.
Pobiegli obaj do oddziału, aby natychmiast poczynić niezbędne przygotowania.
W nocy powstańcy zbliżyli się do Wilna.
Przeczuwał coś niedobrego Chrapowicki, bo też już wiedział o zbliżeniu się wojsk polskich ku granicy Litwy, więc miał się na ostrożności.
Zupełnie tego nie oczekując Lis, idący w straży przedniej, natrafił na dwa bataljony gwardji cesarzewicza Konstantego i, straciwszy sporo ludzi, jął się odstrzeliwać, czekając na nadciągającego przyjaciela.
Wkrótce razem rozpoczęli atak.
Zuchwały był to czyn, a tak niespodziewany, że Moskale zdumieli się i cofnęli na drugą linję.
Powstańcy, rozpędziwszy konie, mknęli w sprawnej szarży.
Przed szeregami, unoszony przez niesfornego konia, pędził ksiądz Moczulski z krzyżem w ręku, wołając wielkim głosem:
— Naprzód! W imię Boże!
Zderzywszy się z piechotą, powstańcy rąbać zaczęli, a księżyna, widząc znojną pracę Litwinów, pomyślał chwilkę i mruknął:
— I to na korzyść pójdzie, jeśli którego z konia zsadzę...
Tak do siebie powiedziawszy, krzyż do zanadrza sutanny schował, guziki włosiane zapiął, pasa podciągnął i zerknął na wszystkie strony.
Wzrok swój zatrzymał na tęgim żołnierzu, wykrzykującym coś i wymachującym kolbą karabinu, bo właśnie odbijał się od napadającego zboku powstańca.
Ksiądz pchnął konia ku moskalowi, a, gdy się ten zamachnął, ztyłu wyrwał mu karabin.
Trzymając go w mocnych rękach, ksiądz kropił nim na prawo i na lewo. Nie bił po głowach, aby krwi nie przelewać, lecz grzmocił po grzbietach i bokach aż huczało.
Moskale cofnęli się szybko, a za ich przykładem poszli powstańcy, bo drogą wileńską mknęło kilka secin kozaków i lekka baterja.
Gdy oddział już się zanurzył w lasku, uchodząc dobrym kłusem, zdaleka nadleciał granat i rozprysnął się z hukiem.
Trzech ludzi odrazu spadło z koni.
Byli to stary szlachcic Żyliński z Postaw, pan Roman Dąbski i ksiądz kapelan Moczulski.
Przywieziono wszystkich do obozu.
Żyliński i Dąbski w drodze ducha wyzionęli, a ksiądz zażądał, aby mu przyniesiono monstrancję z hostją świętą.
Trzymając ją w drżących, słabnących rękach, spowiadał się przed Bogiem i sam dla siebie modlitwę za konających szeptał zacichającym głosem.
Skończywszy i ledwie już poruszając wargami, wyszemrał:
— Odpuść Panie, sługę swego...
Umilknął i znieruchomiał, lecz monstrancję wciąż trzymał, mocno zaciskając ją blademi palcami.
Lis zaniepokojony i smutny pochylił się nad kapłanem.
Raptownie drgnął i szlochać począł głośno, szepnąwszy:
— Nie żyje! Wieczne odpocznienie racz dać mu, Panie...
Truszkowski i powstańcy uklękli i odmawiać poczęli modlitwę, patrząc na leżącą postać ogromnego, mocarnego księdza, o twarzy promiennej, radosnej i spokojnej.
Usnął bowiem po znoju życia snem wieczystym, a dusza gołębia odleciała w błękit nieba...



Rozdział XIII.
Łuna nad Litwą.

Roziskrzony, przepojony słońcem, osłabły w cieple wiosennem maj, rozmarzony od stugłosej pieśni ptaków byłby prawdziwym majem, niosącym ludziom nowe siły, radość i nadzieję.
Jednak nie było tak w tragicznym 1831 roku na Litwie.
Wieśniacy po wioskach, drobna szlachta po zaściankach, nawet bartnicy, kłusownicy i smolarze, rzadko wychodzący ze swoich kryjówek leśnych, mieli tajemniczy, skupiony, niespokojny wyraz twarzy, nadsłuchiwali, węszyli i szeptali coś sobie do ucha, oglądając się podejrzliwie, nieufnie.
Po drogach leśnych i po traktach ciągnęły kompanje żołdactwa rosyjskiego, skradały się patrole konne; po karczmach przydrożnych, po wioskach i miasteczkach myszkowali szpiedzy, rozsyłani na wszystkie strony przez gubernatora Wilna, gen. Chrapowickiego, i dzikiego, okrutnego Ostroszczenkę.
Bez powodu porywali Moskale Litwinów i Polaków i stawiali przed sądem doraźnym. Bory litewskie przechowały tajemnicę ponurą i nowemi pędami krzaków i płaszczem powojów ukryły ciała rozstrzelanych synów tej ziemi.
Na Litwie od pierwszych dni powstania potworzyły się mniejsze i większe kupy partyzantów, lecz albo się nie zdradzały, siedząc po zaściankach i dworach, albo się zaszyły do najdzikszej, bagnistej kniei.
Długo wyglądano gońca od Rządu Narodowego z rozkazem, aby ruchawkę rozpocząć i do wojny o wolność wspólnej ojczyzny zbrojnie i otwarcie przystąpić.
Wymarzona chwila nie nadchodziła jednak.
Niepokój coraz większy ogarniał ludność. Ten i ów ze szlachty, co to pod sztandarami Kościuszki i Napoleona część życia strawiła, mitygował niecierpliwych, dowodząc, że dowództwo czeka aż cała armja Dybicza wejdzie w granice Królestwa kongresowego, a wtedy powoła Litwę i Białą Ruś, aby na tyłach nieprzyjaciela powstały, jak jeden mąż.
Dybicz dawno już był przeszedł za Bug; nad Litwą przebrzmiały echa bitew pod Stoczkiem, Wawrem, Białołęką i Olszynką Grochowską, a nikt nie rzucał ognistego hasła Litwinom.
Wtedy to partyzanci rozpoczęli napady na tyły armji rosyjskiej, odważne ataki na etapy, przecinając dowozy żywności i paszy, wstrzymując szybki marsz posiłków moskiewskich, zdążających pod Warszawę.
Dalekie i błyskawiczne zagony Jacewicza, Szona, Puszeta, Truszkowskiego i Radziszewskiego podnosiły ducha i wkrótce zmusiły nieprzyjaciela obwarować się w Wilnie, Kownie i Wiłkomierzu, pilnie strzec i bronić głównych traktów.
Moskale swoim zwyczajem srożyć się zaczęli: powstańczych oficerów rozstrzeliwano, szlachcie konfiskowano majątki, wpływowych ludzi skazywano na zesłanie, chłopów poddawano chłoście, a wsie równano z ziemią.
I nagle na początku maja przyszły wieści od księcia Ogińskiego i Matuszewicza dowodzących znaczniejszemi partjami powstańców. Zawierał się w nich rozkaz: zaczaić się, przerwać napady i czekać...
Partyzanci łamali sobie głowy nad tem, czego mają oczekiwać i to w chwili, gdy hr. Tołstoj formował już nową armję, aby stłumić powstanie na Litwie i Białej Rusi i ruszyć na pomoc Dybiczowi, z którego działań car niezadowolony był niezmiernie.
Lis i Truszkowski podzielili swój oddział na dwie części, gdyż znaczną kupą trudno im było ukrywać się przed Moskalami.
Porucznik zaczaił się w bagniskach koło Dzisny, a siedział tam tak cicho, że, zupełnie nic o nim nie wiedząc, w ręce jego wpadł tabor z prowjantami, ciągnący pobliskim traktem, nad którym czujny partyzant miał baczne oko.
Zagarnięcie taboru odbyło się bez strzałów. Moskale, zaskoczeni nagle, widząc, że trafili do matni, poddali się niezwłocznie.
— Pan porucznik każe chyba rozstrzelać dowódcę taboru? Ząb za ząb — jak oni z nami, tak my z nimi! — mruknął do Lisa stary wachmistrz, pan Witold Buterlewicz.
— Można i tak! — zgodził się Lis i rzekł: — A dać — no mi tu oficera.
Wkrótce stawiono przed nim wysokiego, chudego porucznika o szarych, biegających oczach i przybladłej, piegowatej twarzy.
Lis przyglądał się jeńcowi bacznie.
— Kto zacz? — spytał, marszcząc brwi.
— Porucznik Fedorczuk... — wyjąkał oficer.
Przed oczami Lisa przemknęły obrazy z niedawnej przeszłości, gdy życie jego płynęło w murach korpusu.
— Były kadet? — zaczął wypytywać Moskala, lecz ten nagle krzyknął radośnie:
— Liszka, czyż to ty?
Dawni koledzy padli sobie w objęcia ku wielkiemu zdumieniu powstańców.
Wyściskawszy Fedorczuka, Lis ochłonął ze wzruszenia i już surowym głosem jął go indagować!
— To przeciw Polsce wojujesz?
— Hm... wojuję, jeżeli można nazwać wojną ochranianie magazynów ze słoniną, grochem i solą... — uśmiechnął się Fedorczuk.
— Dziś jeszcze nie bijesz się z nami, a jutro każą ci strzelać do Polaków — rzekł Lis.
— Ech, nie! Ja sobie wykombinowałem służbę w eszalonach intendentury i posuwam się wolno, zdala od bitwy — mruknął piegowaty porucznik. — Od jednego eszalonu do drugiego i tak do skutku...
— Do jakiego skutku?
— Do granicy Galicji, a tam czmychnę za kordon i — goń wiatru w polu — zaśmiał się Fedorczuk. — Do swoich jednowierców pilno mi, bo tych cuchnących capów mam już powyżej gardła! Ale teraz już prędko!
— Skąd wiesz? — spytał Lis.
— Mam obiecany przydział na Wołyń, a stamtąd hycnę migiem! Dawnobym już to uczynił, lecz tam wasz Dwernicki kaszy nawarzył...
— To generał Dwernicki jest na Wołyniu?! — zawołał Lis.
— Był, bo jak czytałem w relacji Rüdigera przeszedł on granicę austryjacką i złożył broń. Jakżeżby mogło być inaczej?! Djablo mało miał wojska i żadnej łączności z armją polską!
Lis zacisnął szczęki i milczał.
Po chwili odezwał się ponurym głosem:
— Lepiejbyś był nie trafiał w moje ręce... Zatrułeś mi spokój... Dwernicki, mój generał złożył broń!... Boże, Boże Miłosierny, za co pokarałeś nas tak ciężko?!
Lis ukrył twarz w dłoniach i zapłakał.
Uspokoiwszy się, spojrzał ponuro na dawnego towarzysza i mruknął:
— Puszczę cię wolno, Fedorczuk, boś mi oczy otworzył tam — w korpusie... Dam ci glejt, aby inni partyzanci krzywdy ci nie uczynili...
Fedorczuk pochylił się ku Lisowi i szepnął mu do ucha:
— Odejdźmy na stronę, bo mam ważne wieści, Liszko... Możecie skorzystać z nich.
Gdy znaleźli się na uboczu, Fedorczuk spytał:
— Stąd do Dzisny nie będzie dziesięciu wiorst?
— Liczę, że osiem tylko, — odparł Lis.
— Tedy słuchaj! W miasteczku stoi pół kompanji jakichś zatraconych piechurów, którymi dowodzi kapitan Iliczenko, stary, pijany żołdak, okrutny i dziki pies... Ludzie go nienawidzą... Dziś zrana przejął on dwóch gońców i znalazł przy nich listy... Dowództwo polskie postanowiło podtrzymać powstanie na Litwie i wysłało już generałów Chłapowskiego, Giełguda, Rolanda i Dembińskiego.
— Niech będzie błogosławione imię Boże! — zawołał Lis, w porywie radości chwytając towarzysza w ramiona i przyciskając do piersi.
— Puść!... — wyrzęził Fedorczuk. — Puść, bo udusisz, niedźwiedziu jeden!.. Och!.. och!...
— Przyniosłeś mi wieść radosną nad wyraz... — usprawiedliwiał się porucznik. — Teraz rozumiem, co znaczył rozkaz księcia Ogińskiego, abyśmy się zaczaili i czekali... No, teraz pohulamy!
— Słuchaj dalej! — mówił Fedorczuk. — Byłem obecny przy badaniu schwytanych gońców... Iliczenko postanowił oddać ich pod sąd wojenny, któremu sam przewodniczy... Dziś wieczorem zbierze się ów sąd sławetny....
Lis zamyślił się na chwilę, a potem zawołał:
— Ejże! Raczej ja powieszę Iliczenkę!
— Poto tylko opowiadam ci o Dziśnie, kapitanie i gońcach! — zaśmiał się Fedorczuk, z chytrą miną mrużąc oczy.
Słońce już zapadać zaczynało, gdy przez las, pełen szkarłatnych i fjoletowych cieni, przekradali się zbrojni ludzie, dążąc obok traktu ku miasteczku.
Doszli tam wtedy, gdy w domach Dzisny zapalały się już ognie.
Niewysoki, barczysty człowiek wyszedł z krzaków na trakt i patrzył na świecące się okna i na krzyże świątyń, połyskujące w zapadającym mroku.
Gwizdnął cicho i koło pięćdziesięciu uzbrojonych partyzantów wyszło na drogę.
— Wachmistrzu, weźcie trzydziestu ludzi i, gdy posłyszycie strzał, uczyńcie napad od strony mostu, a nie zapomnijcie podpalić jakąś szopę aby jaśniej było... — rzekł człowiek o szerokich barach.
— Rozkaz, panie poruczniku! — odpowiedział wachmistrz i jął dobierać sobie ludzi.
Ledwie odszedł, zanurzywszy się znowu w lesie, Lis obejrzał pozostałych przy nim powstańców.
— Czas na nas! — rzekł spokojnym głosem. — Naprzód!
Zbliżyli się wkrótce do parkanów ogrodów podmiejskich.
— Psia krewi — mruknął Lis. — Moskale nie oczekują napadu, bo czat nawet nie wystawili.
— W to nam graj! — odezwał się ktoś z idących ztyłu partyzantów.
W tej chwili rozległ się tupot kopyt i szczęk podków na kamieniach. Jakiś jeździec wywinął się z poza załamania parkanów i popędził traktem.
— Stój! — zawołał Lis, gdy koń był o kilkanaście kroków przed oddziałem.
Wierzchowiec, zdarty nagle, kopytami zarył się w piasku.
— Kto jedzie, dokąd, poco? — padły pytania, a kilka luf pistoletowych wyciągnęło się ku jeźdźcowi.
— Proboszcz pchnął mnie do parafji jurgielskiej, aby tam wiedzieli, że moskale nadciągają od Witebska... — mówił drżącym głosem chłopak, ze strachem patrząc na napastników.
— Pojedziesz tam później, a teraz wskażesz nam dom, gdzie stanął kapitan Iliczenko — rzekł Lis i, wziąwszy konia za uzdę, zawrócił go ku miasteczku. — Ruszaj, chłopcze!
Wart nigdzie nie było. Od strony rynku tylko dochodził gwar głosów, krzyki i śmiech. Dobiegały wysokie, trochę ochrypłe nuty harmoniki, rozlegał się tupot nóg, bijących w ziemię, i klaskanie w dłonie.
Lis, idący na czele oddziału, spojrzał na chłopaka pytająco.
Ten pochylił się z konia i szepnął:
— Moskale przyłapali dziś dwóch powstańców z jakowemyś listami i urządzają sąd nad nimi. Kapitan chwali się, że za pojmanie tych ludzi i za ważne listy, znalezione przy nich, dostanie krzyż i wyższą rangę... Oficerowie popili się z radości i hulają w karczmie...
— A gdzie moskale zamknęli pochwyconych ludzi? — spytał Lis.
— W kancelarji burmistrza....
— Panie Wolski! — zawołał porucznik. — Weźmiesz trzech towarzyszy i odbijesz powstańców. Ten chłopak wskaże panu miejsce!
To rzekłszy, poprowadził swoich ludzi wprost na rynek.
Stanąwszy w wylocie ulicy, oglądał placyk z płonącem na środku ogniskiem.
Przed karczmą tańczyli żołnierze pod dźwięki harmoniki i popijali okowitę, czerpiąc ją manierkami z otwartej beczki, wystawionej na stopniach ganku.
Lis wypalił w tłum z pistoletu. Partyzanci dali salwę, a na nią, jak echo, odpowiedziały strzały od strony mostu.
Powstańcy odrzucili żołnierzy od karczmy, gdzie oparte o ścianę stały karabiny i otoczyli całą gromadę, żądając poddania się.
Lis wbiegł do karczmy.
Przy stole, zastawionym butelkami i półmiskami, ucztowali oficerowie.
Na widok obcego, uzbrojonego człowieka, jeden z oficerów sięgnął po pistolet, leżący na oknie, lecz Lis uprzedził go, wpakowawszy mu kulę w pierś.
— Poddać się! — krzyknął groźnie.
Pijany kapitan Iliczenko z kłaczastą, siwą brodą natychmiast podniósł ręce do góry. Za jego przykładem poszedł młody porucznik.
— Związać tych drabów! — rzucił rozkaz Lis, patrząc na wystraszonych parobków, usługujących w izbie.
Gdy oficerów wyprowadzono na rynek, Lis ogłosił wyrok.
Wkrótce dwa ciała zawisły na bramie.
W karczmie Lis słuchał uważnie, co opowiadali mu zwolnieni przez partyzantów wysłańcy kapitana Paszkowskiego, powiadamiającego inne partje o oczekiwanem wkroczeniu wojsk polskich w granice Litwy.
— Wielce byłaby pożądana jakaś zuchwała wyprawa w głąb Białej Rusi! — mówił jeden z gońców. — Dałoby to możność generałowi Chłapowskiemu nieznacznie wejść na Litwę i pozbawiłoby moskali ducha, bo i tak już cierpnie na nich skóra. W Petersburgu (mamy o tem wieści!) — popłoch w pałacu. Mikołaj klnie i wali po pyskach generałów i ministrów, że wojna przeciąga się i że, z powodu powstania litewskiego, nie ma żadnych wieści od Dybicza. Z moskalami zaś, panie dobrodzieju, coraz gorzej! Słyszeliśmy, że cholera szerzy się w armji Dybicza i dziesiątkuje ją, a tu tymczasem transporty cudem tylko, lub pod silną eskortą przedrzeć się mogą!
Lis dał przewodnika, gońcom kapitana Paszkowskiego aby ich pod Wilno, gdzie się znajdowali przewódcy najliczniejszych partyj, poprowadził, sam zaś usiadł pod drzewem i namyślał się długo.
Wreszcie skinął na wachmistrza Buterlewicza i rzekł do niego:
— Zamierzam zagon uczynić aż pod Witebsk....
Buterlewicz poruszył wąsami i w milczeniu skinął głową.
— No, to i dobra! Szykuj ludzi, wachmistrzu! — mruknął Lis.
Od tego dnia przez niespełna dwa miesiące rzucał się zuchwały zagończyk po Białej Rusi, zapędzając się aż pod Witebsk. Rosjanie, nie mając pojęcia o istotnych siłach nieznanego szaleńca wysłali przeciwko niemu pułk kawalerji z lekkiemi działami.
Lis zawczasu dowiedział się o tem i, nie czekając rozpoczęcia pościgu, ruszył prawym brzegiem Dźwiny na Połock, Drissę, Siebież, Lucyn i Rzeżycę, niszcząc urządzenia etapowe, napadając na transporty, podpalając składy i szerząc popłoch.
Dwoił się, troił Moskalom w oczach, rozsyłając na wszystkie strony swoje szczupłe, lecz zuchwałe oddziałki.
Koło Rzeżycy miejscowy szlachcic Kiełbsz opowiedział mu, że już od dwóch miesięcy wojska polskie prowadzą wojnę na Litwie, gdzie odbył się wreszcie nieudany atak na Wilno. Szlachcic miał wieści o tem, że po ekspedycji na stolicę Litwy generał Giełgud cofa się na północ trzema kolumnami i że podobno dochodzi już do Szawli, ścigany przez Moskali.
Nie zwlekając, ruszył Lis na zachód, przeprawił się przez Dźwinę i 15 lipca, nie dojeżdżając wsi Degucie, spotkał duży oddział polski. Mieszanina oficerów i żołnierzy różnych pułków zdziwiła go i zaniepokoiła. Jął się więc wypytywać. To, co posłyszał, rozpaczą go ogarnęło. Dowiedział się był bowiem, że Chłapowski, Giełgud i Roland, otoczeni przez Rosjan, przeszli już do Prus i złożyli broń. Jednak niektórzy żołnierze i oficerowie nie chcieli uczynić tego i powrócili, aby walczyć dalej, do końca. Tych to bohaterskich, wiernych ojczyźnie ludzi prowadzili kapitan Jasiuk i porucznik Skotnicki.
Prowadzili, chociaż nie znali dróg i nie mieli żadnej nadziei.
Lis spostrzegł to odrazu i rzekł:
— Poczekajcie chwilę! Należy sprawę całą dobrze obmyśleć i rozważyć do cna!
Podczas narady Lis dowiedział się, że feldmarszałek Dybicz, zapadłszy na cholerę, zmarł.
Z tego powodu wynikło zamieszanie w sztabie rosyjskim bo nowy wódz, generał Iwan Paskiewicz, jeszcze, nie przybył a generał Toll nie potrafił ująć w swe ręce czasowej władzy naczelnej.
Na Litwie generałowie rosyjscy Tołstoj, Chrapowicki, Kreutz, Osten-Sacken i Schirman oczekiwali dyspozycyj od nowego wodza i zachowywali się biernie.
— Taką okoliczność należy wykorzystać! — zauważył Lis i zamyślił się.
Miał przed sobą trudne zadanie — wyrwać tych ludzi z matni i zaprowadzić tam, gdzie mogli być pożyteczni.
— Czy na Litwie nie pozostało już żadnego oddziału wojsk polskich? — spytał po chwili.
— Koło Grużdzi stał wczoraj generał Dembiński, — odparł Skotnicki.
Lis podniósł głowę i spojrzał na mówiącego.
Jakieś błyski mignęły w jego oczach ponurych.
Podniósł się na strzemionach i krzyknął:
— Zwrot na lewo! Marsz!
Zmienił się odrazu w wodza. Już wiedział, co powinien czynić.
Wysłał patrole i sunął ostrożnie czujny, jak ryś osaczony.
— Dokąd nas prowadzisz? — spytał Jasiuk.
— Do Dembińskiego! — odparł Lis twardym głosem
— Do Dembińskiego! — powtórzyła knieja głuchem echem.



Rozdział XIV.
Sławny odwrót.

Generałowie rosyjscy, ścigający Giełguda, Chłapowskiego i Rolanda, nic nie wiedzieli, że trzeci oddział, dowodzony przez generała Henryka Dembińskiego, znajduje się na prawem ich skrzydle.
Dembiński zaczaił się w lasach koło Kurszan, a okoliczna ludność, pomagająca Polakom i nienawidząca moskali, milczała o tem wojsku, jak grób.
Generał przeczekał, aż przejdą główne siły Tołstoja, a Schirman w pościgu za oddziałem Rolanda posunie się bliżej granicy pruskiej, potem, omijając podjazdy nieprzyjacielskie, doszedł do Grużdzi i stąd, znosząc drobne załogi rosyjskie, forsownym marszem ruszył ku wschodowi.
Na Żmudzi każdy wieśniak wiedział o przemarszu najmniejszego polskiego oddziału, to też Lis, przepuściwszy koło siebie dywizję rosyjskiego generała Sawoini, idącego w przedniej straży Tołstoja, i wynurzywszy się z lasów już na tyłach kolumny, która wypoczywała po pościgu za Giełgudem, niebawem dowiedział się o wojsku Dembińskiego.
Młody, lecz ostrożny i sprawny porucznik rozumiał dobrze, że należy jak najdłużej otaczać tajemnicą ruchy generała, więc unikał spotkania i utarczek z moskalami. Chociaż ręce świerzbiały mu nieraz, w sercu zaś pałała żądza zemsty za klęskę, skradał się cicho, niespostrzeżenie.
Żmudzini uprzedzali go zawczasu o kręcących się tu i ówdzie patrolach, pojedynczych wywiadowcach i szpiegach, więc też nikt w sztabie Tołstoja i Schirmana nie wiedział o jego partji.
W trzy dni po przejściu Chłapowskiego i Rolanda do Prus, Władysław Lis dogonił Dembińskiego w okolicach Poniewieża.
Spotkała go tu wielka radość, bo właśnie Tadeusz Truszkowski znajdował się w oddziale generała.
Dembiński przyjął Lisa z rzadką dla tak wielkoświatowego generała radością.
Lis rozumiał, że na tym człowieku musiało teraz oprzeć się całe powstanie na Litwie i Żmudzi, więc w duchu ślubował mu wierność i posłuch bezwzględny.
— A nie bądź na mnie krzyw, kawalerze, że będę twoją partję pchał na pierwszy ogień — mówił Dembiński, — chcę bowiem jak najdłużej ukrywać swoje siły przed moskalami. Niech myślą, że grasuje po Żmudzi jakaś zuchwała wataha partyzancka...
— Jestem na rozkazy pana generała! — krótko odpowiedział porucznik. — Chcę tylko raz jeszcze pokornie prosić, abyśmy Litwy nie opuszczali, tu do końca walcząc! Zbywać nam na prowjantach i paszy nie będzie, wywiad ustalimy doskonały, albowiem mieszkańcy tej ziemi pomagać nam będą z czystego serca i z całych sił swoich!
Dembiński pociągnął wąsy sumiaste i, mrużąc oczy, odparł:
— Tak też sam czynić zamierzam...
Przy tej rozmowie obecni byli pułkownik Sierakowski, major Janowicz i kapitan Łempicki.
Ten, posłyszawszy słowa generała, wnet głowę podniósł i spytał z naciskiem:
— Pan generał ma zamiar wojsko, z Królestwa wysłane w celu wiadomym, na Litwie trzymać aż zmarnieje całe bez potrzeby i korzyści dla sprawy?
— Moja w tem głowa — nie dowódców bataljonowych, kapitanie! — odpowiedział wyniośle i szorstko generał.
— To się pokaże! — zawołał Łempicki i wyszedł.
Lis śledził go potem w ciągu kilku dni i widział, jak kapitan gromadził dokoła siebie zniechęconych, zrozpaczonych, niekarnych już oficerów i naradzał się z nimi.
Lis, Truszkowski i podporucznik Skotnicki postanowili mieć go na oku, pojmując, że knuje rokosz.
Tymczasem Dembiński posuwał się coraz dalej na wschód.
Nikt jeszcze nie wiedział, dokąd prowadzi swój oddział milczący generał. Wreszcie zwołał on radę wojenną i oznajmił, że zamierza prowadzić wojnę partyzancką na Żmudzi i Litwie.
Wtedy podjudzeni przez kapitana Łempickiego oficerowie i żołnierze wszczęli hałas i z bronią w ręku zażądali od Dembińskiego powrotu do kraju.
Odtąd coraz więcej znużonych, wyczerpanych na siłach ludzi, zapominając o karności, przechodziło na stronę rokoszan.
Wtedy, nie czekając na rozkaz generała, Lis stanął przy Dembińskim i w oczy mu spojrzał przenikliwie, kładąc rękę na głowni szabli.
Surowa twarz generała kurczyła się z gniewu i oburzenia.
Nie patrząc na Lisa, krzyknął donośnie:
— Dywizjon jazdy poznańskiej! Pierwszy szwadron 3-go pułku ułanów!
Ludzie ruszyli z miejsca i otoczyli sejmikujących buntowników.
Generał wiedział, widać, o tem, co się święci w jego oddziale, i był przygotowany należycie do stłumienia buntu.
Na czele jazdy poznańskiej stał dnia tego pułkownik Wacław Sierakowski, najbliższy pomocnik generała. Ułanami dowodził major Alojzy Janowicz.
— Teraz, poruczniku, aresztuj herszta rebelji wojskowej! — rzucił rozkaz Dembiński, zwracając się do Lisa.
Oddziałek porucznika, jak klinem, rozsadził wzburzony, lecz już przerażony motłoch, z którego ani jeden strzał nie padł. Porucznik, zatrzymawszy konia przed Łempickim, rzekł:
— Do generała!
— Nie pójdę! — krzyknął kapitan. — Bronić się będę i pomoc mi dadzą towarzysze!
— Do generała, kapitanie! — powtórzył Lis.
Łempicki błysnął szablą. Lis drapieżnym ruchem pochylił się na kulbace, w okamgnieniu wykręcił mu ramię, a potem schwyciwszy za kołnierz, podniósł i przy głośnym śmiechu swoich ludzi i stronników Łempickiego wiózł zawieszonego w powietrzu herszta.
— Kapitanie, — zawołał Dembiński, — zasłużyłeś na karę śmierci za nieposłuch i wszczęty zbrodniczo bunt! Nie chcę jednak karać ciebie, bo spodziewam się, że czynami sławnemi odkupisz winę swoją. Do bataljonu, kapitanie! Wiara, do szeregów!
Od tej chwili zdawało się, że wszystko już pójdzie po myśli Dembińskiego i że marzenia Lisa o podtrzymaniu powstania na Litwie mają się wreszcie ziścić.
Jednak tegoż jeszcze dnia przyszła wiadomość, że Tołstoj dowiedział się już był o pobiciu przez Dembińskiego kompanji piechoty w Mieszkuciach oraz o porażce huzarów i zagarnięciu taborów generała Kabłukowa pod Poniewieżem.
Wódz rosyjski wysłał za Dembińskim pościg, który prowadził generał Sawoini bardzo zapalczywie, choć zbyt porywczo i nieopatrznie.
Należało jednak forsownie uchodzić przed nim, gdyż moskale mieli przeważające siły, a zbliżali się z niezwykłą szybkością.
Dembiński zwołał ponownie radę wojenną. Plan pozostania na Litwie uznano za niewykonalny. Postanowiono tedy obejść Wilno od wschodu i przebić się do Królestwa.
Ledwie zapadła taka decyzja, gdy Truszkowski odciągnął Lisa na bok i szepnął:
— Dembiński lepiejby postąpił, gdyby pozostał na Litwie, lecz rozumiem, że zmuszony jest zgodzić się z radą, bo już nie można polegać na wojsku, pozbawionem ducha bitewnego. Odżyje on, coprawda, gdy ludzie będą wiedzieli, że powracają do kraju. Tu zmarnieją i rozprzęgną się do reszty. Tam, w Polsce mogą jeszcze dokonać cudów... Idź z generałem, zabierz ze sobą Skotnickiego i Jasiuka, bo generałowi w tej imprezie arcyhazardownej potrzebni są wierni oficerowie! Błagam cię o to w imię ojczyzny i zaklinam na Juljannę, Władku!
— A ty? — rzucił pytanie Lis.
— Ja pozostanę i będę się trzymał do ostatniego tchu, a kto wie, może się znowu doczekam wojsk polskich na tej łzami i krwią zlanej, umęczonej ziemi litewskiej... Powiedz o zamiarze moim matce i niech nie troska się o mnie, nie płacze, nie rozpacza, bo cały żar serca, wszystkie łzy poświęcić należy ojczyźnie tonącej...
Lis nic nie odrzekł.
Padli sobie w objęcia.
Pożegnanie odbyło się w milczeniu, tylko w źrenicach dwóch mężów płonęły ognie niezłomnego, ofiarnego postanowienia.
Truszkowski z partyzantami litewskimi, pożegnawszy wodza i oficerów, odjechał w stronę Wołkomierza.
Dembiński szybko poszedł na Owantę. Tu niespodzianie wynikła bitwa z przednią strażą Sawoiniego. Polski oddział stracił sporo ludzi, lecz w nocy udało mu się wymknąć przez las.
Lis, osłaniający wraz ze szwadronem ułanów odchodzący oddział, spalił most na jeziorze w Inturkach i wstrzymał pościg, zmuszając moskali do dalekiego i trudnego obchodu.
W Podbrodziach, napadłszy znienacka, Dembiński wyciął załogę rosyjską, zdobył amunicję, tabor pułku saperów, park pontonowy i kasę, przeprawił się pod Doniszewem przez Wilję, gdzie całą swoją piechotę wsadził na koń.
Podchodząc do Niemna, szedł ostrożnie; spodziewał się bowiem, że Sawoini oraz garnizony oszmiański i nowogródzki zastąpią mu drogę.
Nie znalazłszy tu przeciwnika, Dembiński przeprawił się przez Niemen w nocy pod osłoną ułanów Janowicza i partyzantów Lisa, wstrzymujących wyrywającego się naprzód z huzarami pułkownika Szwedowa.
26 lipca Lis, idący w przedniej straży, doszedł do Puszczy Białowieskiej.
Tu oddział został osaczony ze wszystkich stron przez wojska barona Rozena, Sawoiniego, gen. Stankowicza i Petersona.
Położenie stawało się niemal beznadziejnem.
Na szczęście, ku Puszczy zbliżała się partja pułkownika Samuela Różyckiego, który przed tygodniem otoczył był i wziął do niewoli bataljon piechoty rosyjskiej i duży, obficie zaopatrzony tabor.
Różycki robił dywersję i głęboki wywiad, a, że przebiegły był to człek, więc straszył moskali, rozpuszczając wieści, że za nim ciągnie na Litwę liczny korpus gen. Ramorino.
Rozen dał się złapać na ten fortel, wstrzymał ruch generałów, biorących udział w pościgu, a, nie rozumiejąc istotnych zamiarów Dembińskiego, zostawił otwartym zachodni wylot Puszczy, zajmując natomiast silne pozycje koło Kamieńca Litewskiego i ściągając tu wszystkie siły.
Tego dnia Lis był wysłany na podjazd z poleceniem znalezienia „jakiejś szpary“, przez którą możnaby było wydostać się z Puszczy, gdyż Dembiński ani o Różyckim, ani o cofnięciu się Rozena nic jeszcze nie wiedział.
Porucznik z półszwadronem ułanów doszedł do Narewki i ze znacznej odległości spostrzegł nagle jakichś jeźdźców, wyłaniających się z boru.
Już zamierzał zaatakować ich, gdy Skotnicki klasnął w ręce i krzyknął:
— Na miły Bóg! Wszak to ułany Ramorino! Poznaję ich!
Istotnie były to patrole Różyckiego.
Połączenie obydwóch oddziałów nastąpiło w Orli, skąd Lis wyruszył na nowy podjazd.
O jakie dwie mile od obozu porucznik natknął się na silną zastawę i rozpoczął bitwę.
Ponieważ strzelanina zbytnio się przeciągała, Lis udał ucieczkę, a gdy moskale wypuścili za nim szwadron dragonów, zawrócił i z miejsca przypuścił szarżę.
Zastawa została przełamaną, nieprzyjaciel w popłochu pierzchnął.
Dragoni, zagarnięci przez Lisa, zeznali, że należą do brygady gen. Bohlena.
Generał ten jednak więcej nie pokazał się, uciekając wielkim pędem ku głównym siłom Rozena.
Przed Dembińskim droga do Warszawy stała teraz otworem.
3 Sierpnia oddział ujrzał stolicę i, witany triumfalnie przez rząd, tłumy i garnizon warszawski, wszedł do miasta.
Wojsko wchodziło przez Pragę przy warczeniu bębnów, graniu trąbek i jęku piszczałek.
Dziwne to było widowisko!
Na czele wojska jechał generał Dembiński, zczerniały, obrośnięty, w wyszarzałym, podartym mundurze i w zniszczonych butach.
Prowadził za sobą szwadrony, bataljony, kompanje i baterje, które jednych w zachwyt wprawiały, innym — łzy z oczu wyciskały.
Nad wszystkiemi uczuciami górował jednak podziw.
Zaiste było czemu się dziwić!
Szły szeregi ludu bitnego i wypróbowanego w potrzebach wielorakich, w których żołnierz — zniechęcony i niekarny winy swoje i przywary sowicie okupił i zmył.
Wychudli, spaleni na słońcu, okopceni dymem ogni biwacznych, raczej do żebraków wędrownych podobni, niż do żołnierzy, siedzieli na koniach różnych maści i wzrostu, a śmigłych, chudych, kosmatych, o brzuchach i bokach zapadłych.
Łachmany zamiast mundurów polskich, zdarte z zabitych ubranie rosyjskich dragonów, huzarów i strzelców, kapoty, sukmany litewskie, siermięgi żmudzkie, czamary, nawet starodawne kontusze, wywleczone ze skrzyń po dworach; karabiny — polskie i rosyjskie, guldynki, janczarki, dwururki myśliwskie, pałasze, rdzewiejące po lamusach karabele, koncerze, nadziaki, a nawet kordelasy łowieckie widniały na tych zjawach ludzkich i krzyczały o dalekiej, krwawej wyprawie, o nieprzerwanym trudzie i znoju bojowym...
Niejeden myślał, że to z mroku wieków wyłoniło się jakieś wojsko, które powracało, jak to niegdyś bywało, ni to z pod Tuszyna, Smoleńska, Pskowa, Moskwy, ni to z dalekich zagonów na Dzikie Pola, Wołoszę lub na Krym.
Widzowie mimowoli wypatrywali wśród oficerów, którzy jechali przed szeregami, przyszłych sławnych wodzów, — obrońców honoru, zdobywców sławy nieśmiertelnej.
Przed wojskiem zbiedzonem, a lotnem i bitnem, bo w karbach trzymały je bądź co bądź twarde ręce, jechał generał Henryk Dembiński, wychowany w atmosferze grand-metrów dworu Saskiego, spokrewniony z hrabiami Moszyńskimi i Wielopolskimi, a niezamożny, więc ponad miarę ambitny i o karjerę swoją zazdrosny.
Sejm, rząd, delegacje wojska i tłumy mieszkańców witały go pieśnią „Jeszcze Polska nie zginęła“, spotykały sercem szczerem, pełnem zachwytu i wiary, że, skoro on z matni wyprowadził tych wojowników zbiedzonych, przywiódł zdobyczne tabory i jeńców tłum, — zaiste — Polska jeszcze nie zginęła.
Dembiński czuł tę ufność i nadzieję, pokładaną w nim, i już snuł plany śmiałe, wspaniałe, ale niebezpieczne dla sprawy w tej chwili ponurej, przerażającej, gdyż feldmarszałek rosyjski Paskiewicz zajął już był Łowicz i ze ścisłością wyznaczył dzień, w którym zamierzał zadać cios ostateczny sprawiedliwej sprawie polskiej.
Wojsko, wiwatując, wchodziło tymczasem do Warszawy.
Tysiączne tłumy witały je gorąco i radośnie.
— „Jeszcze Polska nie zginęła!
Porucznik po rozkwaterowaniu wojska szybko podążył do kancelarji Komisji Wojny, gdzie przyjaciel jego, porucznik Skotnicki, miał znajomych.
Otrzymał on był zlecenie swego sztabu, wystarać się o umundurowanie i uzbrojenie dla oddziału Dembińskiego.
Jednocześnie zamierzał o wszystkiem się dowiedzieć i prawdzie w oczy śmiało zajrzeć.
W Komisji Wojny powiedziano mu krótko:
— Nadziei znikąd niema...
Mówiący te straszne, nielitościwe słowa miał głos skazanego na śmierć.
Lis spostrzegł, że nawet do tej przez cały prawie czas powstania sprawnie działającej instytucji, zakradło się rozprężenie, bierność i zwątpienie trujące.
Oficerowie i posłowie, zajęci w Komisji, nie chcieli rozmawiać z Lisem i Skotnickim.
Przecież w ciągu całej wojny oni tylko podtrzymywali wiarę w zwycięstwo, a teraz, ujrzawszy przed sobą otchłań, nie mieli już sił i sumienia ani zwodzić obydwóch młodych oficerów nieziszczalnemi nadziejami, ani przekonywać ich i dodawać otuchy.
Lis jednak zbadał wszystko i tak, jakgdyby robił wywiad, patrzał, węszył i słuchał, zrzadka tylko zadając niespodziewane pytania.
Po dwóch dniach pobytu w Warszawie pojął już dobrze straszliwą prawdę.
Zawdzięczał to panom Aleksandrowi Wielopolskiemu, siostrzeńcowi generała Dembińskiego, szczególnie zaś posłowi na Sejm, Henrykowi Nakwaskiemu, politykowi i uczonemu pisarzowi.
Poseł, do którego Lis często chadzał, przynosząc mu jakieś listy Dembińskiego, wyczuł gorące serce młodego porucznika i opowiedział mu o tem, co zaszło w Królestwie podczas nieudanej wyprawy Giełguda i Chłapowskiego na Litwę.
— Cóż teraz będzie? — spytał Lis, ponuro patrząc przed siebie. — Paskiewicz, Toll, Osten-Sacken wszak czekać nie będą, jak czekał Chłopicki na wzmocnienie się Dybicza pod Grochowem?
— Nie wiem! — opryskliwie odparł Nakwaski. — Nikt nic nie wie...
Lis westchnął ciężko, jęknął raczej.
Ujrzał przed sobą, jak na jawie, dziarską postać Dwernickiego, przypomniał sobie swój afekt gorący, ślepe zaufanie do tego generała i poczuł, jak łzy cisną mu się do oczu, palą ogniem i gryzą goryczą jadowitą.
— Boże Wielki! Dwernicki już dawno złożył broń w Galicji... — smagnęła mózg myśl straszna, trująca. — Złożył broń, a potem... Chryste ukrzyżowany!... potem Giełgud, Chłapowski... Roland...
Nie żegnając pana Nakwaskiego, jak nieprzytomny, wypadł na ulicę.



Rozdział XV.
Uśmiech niebios.

W życiu ludzkiem zdarzają się okrutne chwile, gdy nagle umiera młodość.
Śmierć ukazuje wtedy blade oblicze.
Pod jej tchnieniem zimnem opadają, jak liść jesienny, miłość i radość, ta bezmierna bezprzyczynna, niezgłębiona radość młodego serca i bujnego życia.
W dobie czarnej, niema świtania promiennego, niema purpurowych, szczerozłotych zórz wieczornych.
Tylko mrok, tylko tęsknica, tylko zimna rozpacz uśmiercająca...
Umiera wszystko, a najpierw upada, jak kłos podcięty, wola.
Wola do życia, miłości i czynu... Pada w proch i kona młodość.
Pomór straszny rzuca stokroć straszniejszy siew.
Jest nim beznadzieja, poczucie niebytu wszystkiego, w czem się dusza ludzka pławiła i do czego dążyła, zawsze niesyta, bez przerwy pragnąca, niezmordowanie wpatrująca się w metę świetlaną, płonącą, która zgasła nagle, jak iskra, co tonie w otchłani nocy.
W takiej ponurej świadomości niebytu wszystkiego, do czego rwała się dusza jego młoda, opromieniona wielką ofiarnością, wiarą w niezwalczony poryw ludu i troską o losy kraju, żył już oddawna Władysław Lis.
Stało się jakoś nagle zadziwiająco szybko i niespostrzeżenie, że zapadła niewidzialna zasłona — nieprzenikniona, przedzielająca od teraźniejszości przeszłość jego.
Życie w korpusie, myśli i przekonania, wpajane mu przez moskali, nieoczekiwana łaska cara, wszystko to oddawna nagle się urwało, znikło i zostało zapomniane.
Do jego życia wtargnęła Juljanna, złotowłosa, pogodna, słodka dziewczyna, przemówiła do niego — zbłąkanego i samotnego, głosem ziemi ojczystej, wspomnieniami, które leżały bezsilne, uśpione w tajnikach jego mózgu, w krążącej w mocnem ciele krwi. Wybuchnęły z siłą i namiętnością ukryte potęgi, odziedziczone po przodkach: gorące umiłowanie ziemi rycerza kniaziowego — Wańka z Lisowa; ofiarne bohaterstwo i nawyknienia bojowe grunwaldczyka — Jaksy Lisa z Targowiska, bujność i zuchwałość Batorowych „oszajców“[35] kresowych, i — oddzieliły dzieciństwo i pierwsze lata młodości od nieznanego jutra murem wysokim.
Poszedł śmiało na spotkanie nowego świtu, rozpoczynając życie nieznane.
Uśmiechnęło mu się wielkie, mieniące się błyskami barwnemi, niby garść drogich kamieni, szczęście miłości...
Byłoby go pochłonęło, jak słodka, promienna toń...
Lecz znów zapadła zasłona i znowu poszedł młodzieniec na spotkanie mamiącej zorzy, szybko w ciemną noc przechodzącej.
Bitwy, nadzieje namiętne, gorycz zwątpienia, jad oburzenia przeciwko wodzom, klęski i... beznadzieja, która niby mętne, siwe opary nad moczarami, nie przepuszczała żadnego jasnego promyka.
W tych zimnych, ślepych skłębieniach mgły ponurej zbłąkała się dusza Lisa.
Do niczego nie dążył już, o niczem nie marzył, wtłoczył na dno serca wspomnienia o dziewczynie umiłowanej, bo wydawała mu się teraz majakiem sennem, zjawą promienną w szarym półzmroku bez świtu; odrzucił, jak łachman zbyteczny, własne szczęście; pragnął jedynie śmierci i resztkami świadomości usiłował śmierć swoją poprzedzić czynami nie sławnemi, bo cóż wobec męki długiego, gorzkiego umierania znaczyła sława? — lecz takiemi, któreby do ostatniego tchu służyły sprawie, istniejącej dla niego i uważanej za świętą, sprawiedliwą, jedyną...
Przybywszy do Warszawy, nie kwapił się z napisaniem listu do Juljanny.
— Poco? — myślał. — Cóż jej opowiem? Czyż mam prawo mówić jej o miłości swojej? Miłość? Gdzież ona jest? Przywaliły ją ciężkiemi głazami troski nieskończone i ból... Jakiem prawem miałbym postawić miłość ponad wszystko i w jej blasku zapomnieć... o Olszynce, zlanej krwią bohaterów, o... granicy pruskiej, gdzie z opuszczonemi głowami i oczami, rozpaczy pełnemi, rzucali na ziemię broń żołnierze i oficerowie polscy?! Nie! Nigdy!
Chodził po Warszawie, pytał o sprawy wojenne, o zamiary dowództwa, które w chwili tej tak niebezpiecznej nie istniało, słuchał i myślał, uporczywie, obłędnie szepcąc do siebie:
— Co robić? Co robić?
Wreszcie poszedł do generała Dembińskiego, który właśnie miał jakąś tajną naradę z p. Wielopolskim, posłem Nakwaskim i pułkownikami Sierakowskim i Różyckim.
— Z czem przychodzisz, poruczniku? — spytał generał, wiedząc, że Lis bez poważnej przyczyny nie prosiłby o niezwłoczne posłuchanie.
— Panie generale! — rzekł Lis, ponuro spoglądając w dziwnie rozradowaną twarz Dembińskiego. — Ja już dłużej wytrzymać bezczynnie nie potrafię. Proszę o zlecenie bojowe, albo o przydział do wojska, stojącego na pierwszej linji. Nie mogę...
Mówił to głosem syczącym, zdradzającym wielkie cierpienie.
Panowie długo przyglądali się młodemu oficerowi i nagle poczuli, że jakąś trwogą i zgrozą wieje od tej wyprostowanej, nieruchomej postaci i od tych oczu zrozpaczonych i groźnych w bólu wewnętrznym.
Dembiński pociągnął wąsy i rzekł:
— Czekaj, poruczniku, Bóg da, że sądzonem mi będzie zmienić wszystko, i naprawić to, co zmarnowali Chłopicki i nie w miarę porywczy i pomysłowy pan Prądzyński. Czekaj, rychło już czas ten nadejdzie...
— Oby tak było, — westchnął Lis, — bo chodzę po mieście i wciąż dręczy mię myśl, że oto rozlegnie się warkot bębnów i ktoś, kogo jeszcze nie znam, lecz już nienawidzę, komendę straszną rzuci: „Składać broń! Poddać się“. Panie generale, panie generale, ja tak żyć nie mogę!... Boże sprawiedliwy, ratuj, ratuj!...
— Uspokój się, poruczniku! — mitygował go zmieszany nagle Dembiński.
— Nie mogę! nie mogę! — jęczał Lis. — Już nikomu nie wierzę i nie ufam... Chłopicki, Radziwiłł, Skrzynecki... Jankowski, Bukowski... Giełgud, Chłapowski... nawet on... Dwernicki... wszyscy, wszyscy zawiedli... do klęski rękę swoją przyłożyli!... Jeśli zjawi się jeszcze jeden taki... oto, jak widzicie tu ręce moje, tak porwę go, powiem wszystko, o czem krzyczy każda kropla mojej krwi, o czem szepcą mi blade zjawy, wstające nad polem grochowskiem, kiedy wychodzą one z nieznanych grobów i patrzą na nas żyjących z wyrzutem palącym! Ja nie mogę tak żyć dłużej!...
Dembiński i panowie nie wiedzieli już co robić z tym zrozpaczonym oficerem, więc otoczyli go kołem, starając się go uspokoić i mówili, że jeszcze tli nadzieja w wojsku, że potrzebny jest tylko wódz śmiały i twardy.
Wyszedłszy z kwatery generalskiej, Lis powlókł się bez celu i, ujrzawszy tłok koło jednej z kawiarni, przystanął i z trudem przecisnął się do środka.
To, co usłyszał tam, dodało mu narazie otuchy i sił, a potem zwątpieniem znów dręczyć zaczęło.
Trafił bowiem niespodzianie na wiec Towarzystwa Patrjotycznego, które w okresie tym ożywiło swoją działalność.
Właśnie przemawiał ksiądz Puławski.
Namiętnym, gorącym i grzmiącym głosem rzucał on ciężkie, śmiałe oskarżenia, coraz to zuchwalsze hasła i nawoływał niemal do nowej rewolucji, a miała rozszaleć ona już nie przeciwko ciemiężcom — moskalom, lecz przeciwko rządowi polskiemu, przeciwko posłom — antyreformistom w izbach, przeciwko generałom, winnym porażek na wojnie.
Lis zamyślił się nad tem, do czego popychał Polskę ten ksiądz płomienny i groźnie natchniony.
Wtem ktoś pociągnął go za rękaw munduru.
Porucznik obejrzał się. Ujrzał niemłodego już szlachcica, który przyglądał mu się z zaciekawieniem.
Lis oddawna już żył w jakiejś ustawicznej półmgle, działając jak maszyna bezduszna, zimna, rozpętana, bez udziału jego woli i myśli.
Obojętnie ślizgnął się wzrokiem po obliczu szlachcica i odwrócił się, nie poznając go.
— Cóż to? — mówił szlachcic. — Czyżbym się pomylił?! Pan porucznik Władysław Lis?
— Jestem Lis... — mruknął oficer. — Nie znam jednak pana dobro...
— Zapomniałeś Kobierzyckiego? Gościłem cię w Pyszkowie, kiedyś to...
Lis rzucił się do starego przyjaciela, i, wybuchając nagłym szlochem, przytulił się do niego, jakgdyby o ratunek błagając.
— Czekaj no, bracie — mruknął zdziwiony szlachcic, — czekaj!
To mówiąc bacznie przypatrywał się młodzieńcowi i smutnie kiwał głową.
— Patrzcie-no, co to wojna z takiego osiłka uczyniła! — szepnął ze wzruszeniem i, potrząsając głową, dodał:
— Chodź-no, chłopcze, do mojej kwatery!
Ujął go za rękę i pociągnął za sobą.
Dom Kobierzyckich stał niedaleko.
Szlachcic, wprowadziwszy porucznika do salonu, usadowił gościa wygodnie i klasnął w dłonie:
— Podaj no wina! — rzekł do sługi.
Trącając się kubkiem, Kobierzycki pytał Lisa:
— Skądżeś się tu wziął, poruczniku? Gdzież to tak nagle przepadłeś?
Oficer obojętnym głosem wspomniał o udziale swoim i ranie w bitwie grochowskiej, opowiedział o wyprawie na Litwę.
— To znaczy, że z Dembińskim przebiłeś się przez armję rosyjską?! — zawołał gospodarz.
Lis w milczeniu skinął głową.
— Bohaterski, niebywały odwrót! — zawołał pan Kobierzycki. — Kroniki pisać o was będą. — Odżyły dawne, świetne tradycje wojska polskiego... Dlaczego nie pisałeś do Pyszkowa?
Porucznik nic nie odpowiedział. Głowa mu opadła niżej na pierś i westchnął.
— Mów-że! — nalegał gospodarz.
— Poco? — szepnął Lis. — I tak śmierć idzie...
— Hm... — zamruczał szlachcic. — Czy idzie, czy nie idzie, tego nikt wyrozumować nie potrafi...
Umilknął, nie spuszczając oczu z opalonej, zastygłej twarzy młodego oficera. Zdumiał się. Pożegnał go pełnego życia i radości, młodzika jeszcze, a teraz? Siedział przed nim sterany, zgnębiony i struty życiem człowiek dorosły, dojrzały w troskach i bólach.
Strzepnął palcami pan Kobierzycki i, wina dolawszy, rzekł:
— Urobiła cię, ugniotła po swojemu wojenka! No-no! Musisz o wszystkiem szczegółowo i obszernie opowiedzieć, ale poczekajmy, aż wrócą panie ze szpitala, gdzie opiekę nad rannymi roztaczają.
Lis podniósł oczy na mówiącego i spytał:
— To pani Kobierzycka też przybyła do Warszawy i pani Izabella Muszyńska, a może, i babcia? — spytał.
— Nie, babcia pozostała w Pyszkowie, bo starowinka niedomagać zaczęła coraz częściej... Przyjechałem tu z żoną i szwagierką, a za nami pociągnęły do stolicy, gdzie pomoc ofiarna potrzebna jest, panie Sulimirska, Buynowa i Truszkowska z córką...
— Truszkowska... — powtórzył Lis, jakgdyby nazwisko to z trudem wyłaniało się z pamięci jego.
— No, tak! — wzruszył ramionami szlachcic, coraz bardziej zdumiony. — Cóż to, bracie, zapomniałeś o pani Truszkowskiej z Nowogródka i... o Juljannie...
Lis zbladł straszliwie, oczy mu rozwarły się szeroko, dyszał ciężko i porywczo, a ręce zaciskał z taką siłą, że aż mu stawy chrzęściły. Nie mógł złapać tchu i wykrztusić słowa.
— Napij się zimnego wina, chłopcze! — zawołał zaniepokojony pan Kobierzycki. — To ci ulży! Pij-że! Pij, na rany Chrystusowe, bo jeszcze mi zemdlejesz, albo zgoła rozum postradasz!
Wskoczył i sam do ust oficera począł wlewać zimne wino. Głaskał go przy tem raz po raz po włosach i przemawiał łagodnie:
— No! — No! Dobrze już... Spokojnie... Nie dawaj się, chłopaku miły... Taki wojak... patrzcie-no go... a z sercem rady sobie dać nie może... Chłopcze mój złoty...
Lis, przyciskając się do ramienia pana Kobierzyckiego, milczał, borykając się ze straszliwą niemocą, ogarniającą go.
Zaniepokojony szlachcic zajrzał mu w twarz.
Oficer miał oczy zamknięte, a z pod powiek ciurkiem biegły mu łzy i spływały na szeroką, kopulastą pierś.
Zaciskając szczęki, drżał na całem ciele i tulił się coraz bliżej do obejmującego go przyjaciela.
Pan Kobierzycki, nic już nie mówiąc, podłożył mu pod plecy poduszkę skórzaną i cicho wyszedł z pokoju.
— W samotności łacniej myśli zbierze i uspokoi się biedak — myślał szlachcic i, zajrzawszy do sieni, rzekł do pachołka:
— Skocz-no, Jacek, do szpitala i powiedz pani naszej, że gościa mamy... pana porucznika Władysława Lisa. Tylko śpiesz się i nigdzie nie stawaj po drodze z jadaczką otwartą, bo primo — kawki ci do niej wlecą, secundo — rzemykiem przez grzbiet zdzielę cię własną ręką. Pędź teraz!
Lis, pozostawszy sam, siedział nieruchomy, a czujny zarazem, jakgdyby skupiony w sobie i gotowy do odparcia nagłego napadu.
Czuł, że znowu życie jego zbliża się do kresu, tego nieznanego, dziwnego progu, za którym lada chwila zapadnie zasłona, ukrywająca przed nim wszystko, co już był przeżył, przemyślał i przecierpiał.
Wiedział, że wkrótce zmuszony będzie rozpocząć jakieś nowe życie.
Miał przed niem lęk, bo mogło ono wszakże, jak i minione już okresy, zakończyć się nową klęską i rozpaczą.
Nie czuł się już na siłach ich znieść ponownie lub borykać się z niemi.
Ktoś cicho drzwi otworzył i wszedł.
Lis pochylił głowę i oczy przymknął, jakgdyby oczekiwał, że spadnie nań cios.
Jakiś szmer lekki, ledwie uchwytny dobiegł go.
Jeszcze raz... jeszcze...
Drgnął młody oficer i ręce do bijącego gwałtownie serca przycisnął.
Zaszemrało bowiem jedno tylko słowo, wymawiane szeptem słodkim, a tak głęboko zapadającym do duszy, że słyszał go nieraz w szeleście liści, gdy chadzał na podjazd, i w zgiełku bitwy tak samo wyraźnie, jak w głuchej, ciszy nocnej, niezmąconej żadnym dźwiękiem.
— Władeczku!
On, jakgdyby miał śmierć ujrzeć przed sobą, podniósł głowę i spojrzał przed siebie wzrokiem, pełnym strachu niemal obłędnego i błagania niemego.
Zobaczył wiotką postać niewieścią, w szacie białej i w białym czepku, z pod którego wybijały się pasemka włosów złocistych. Uśmiechały się do niego słodko, lecz rzewnie i lękliwie usta młode, a z oczu niebieskich płynęły łagodne, niepokojem i współczuciem przepojone spojrzenia.
— Władeczku... Biedaku mój! Sieroto najdroższa!
Lis chciał przemówić, lecz wargi odmówiły mu posłuszeństwa.
Usiłował wstać i iść ku tej białej zjawie, umiłowanej, ciągle żywej, acz ukrytej w nieznanych tajnikach jego istoty, nie mógł jednak udźwignąć ciała, więc ręce tylko wyciągnął ku niej, jak tonący, ostatnim wysiłkiem.
Ogarnął go nagle bezwład i przebłysk świadomości strasznej, że jakaś nieznana, wroga potęga ciska go w otchłań, jak wtedy pod Grochowem, gdy ścigał kirasjerów...
Zawirował mu przed oczami cały świat, skrzyżowały się w walce potwornej jakieś promienie ostre i jaskrawe, oddalające się coraz bardziej, bo on sam mknął z zawrotną szybkością w bezdeń otchłani, którą ogarniał i wypełniał po brzegi przerażający, czarny mrok.
Znowu te same ręce niewieście, ciepłe i dobre, ten sam głos słodki, niezmiernie zatroskany, wstrzymały go na krawędzi bezdni.
Ocknął się i przetarł oczy.
W mig przypomniał sobie wszystko i szepnął cicho:
— Juljanno... Miłuję ciebie ponad umiłowanie wszystkiego... Tyś mi radość i szczęście, tyś — zdrowie i ojczyzna, tyś spokój i słońce niegasnące...
— Władeczku... — odpowiedział mu słodki szept.
I chociaż w pokoju, gdzie otaczali go zafrasowani państwo Kobierzyccy, strwożona pani Truszkowska, zapłakana i wylękłe panie Buynowa i Sulimirska, a przez drzwi wyglądała zaciekawiona, pucołowata twarz pachołka Jacka, dłonie młodych ludzi połączyły się porywczo, zwarły się ramiona i usta na ustach zawisły...
Cicho, stąpając na palcach, wysunął się z salonu pan Kobierzycki, a za nim, nie oglądając się, wychodziły bez szmeru starsze i młodsze panie, wzruszone bardzo i uradowane.
Lis, trzymając w objęciach dziewczynę swoją, całował ją po oczach i włosach, a później znowu ust jej szukał w milczeniu, niemal strasznem i tajemniczem.
Juljanna nie odzywała się więcej, drżąca i bezwładna.
Nagle młodzieniec odsunął ją od siebie i przyjrzał się jej bacznie, marszcząc czoło.
— Czekaj... Czekaj! — szepnął. — Czekaj, luba moja, opowiem ci wszystko, wszystko... całą mękę i bezmierną gorycz rozpaczy, która zmogła miłość moją, bo gnębi i trapi mnie w dzień i w nocy... Ukój, poratuj!
Spiesząc się, mówił załamującym się co chwila głosem, co przeżył i co poznał na wojnie, od czasów bitwy po Stoczkiem aż do odwrotu pod wodzą Dembińskiego.
— Byłeś dobrym Polakiem, wiernym synem ojczyzny! — rzekła nagle twardym, prawie surowym głosem dziewczyna, gdy Lis skończył opowieść swoją i zamilknął. — Niema na tobie skazy!
Ucieszył się Lis na te słowa i odparł natychmiast:
— No, widzisz? No, widzisz?! I cóż z tego? Oto patrzę przed siebie, ja — żołnierz, i nic, krom klęski i hańby, nie widzę... Jakże żyć dalej?! Jak żyć!?
Milczeli oboje długo.
On powiedział wszystko, a to, co powiedział, tchnęło rozpaczą zbłąkanego na rozdrożu.
Ona zrozumiała i wyczuła całą głębię cierpienia jego, więc w trosce kobiecej, w której splatają się poryw, duma kochanki i żony z mądrością i miłością matki, szukała takich słów, aby dodały mu otuchy i sił.
Wreszcie mówić zaczęła:
— Niedołęstwo, błędy, czy niewiara w powodzeniu świętej sprawy zgubiły powstanie. Teraz — koniec, rychło już i, kto wie, — może, niewola... Męka przed nami straszna i długa... Niech przychodzi rychlej! Niech przychodzi! Zmyje ona grzechy szlachty... ślepej, głuchej i pysznej... oświeci mrok duszy ludu ciemnego... uleczy naród od przywar naszych... Wyrobi, wykuje ta męka moc i niezłomność duszy, rozpali i rozdmucha gorące umiłowanie ojczyzny, posieje tęsknotę do wolności, nauczy skupienia wszystkich sił i całej woli do walki o ziemię i lud... Plon ten zbierze nieznane nam nowe pokolenie oraczy, tnących lemieszem ziemię jałową, a odwalających skibę żyzną, przyjdzie pokolenie siewców, co tylko zdrowe ziarno na rolę rzucają... W męce i łzach, w cierpieniach i poniżeniu codziennem, w walce ciężkiej, nieustannej, potem i krwią ociekającej, musimy rodzić pokolenie po pokoleniu, aż powstanie nowy naród polski, który ujmie w swe ręce młot, radło i ziarno zasiewne, rzekłszy przed całym światem: „Otom przyszedł!“
I sama, nie wiedząc dlaczego, uklękła złotowłosa dziewczyna i modlić się na głos zaczęła słowami prostemi.
— Boże, Sędzio sprawiedliwy! Chryste Jezu, umęczony za nas! Bolesna Matko, płacząca pod krzyżem! Oto prosimy was, potężnych opiekunów, dajcie poratowanie ojczyźnie, ginącej w toni nieprawości naszych i w złości wrogów! Jeżeli karą ciężką dosięgnąć i skarcić nas zamierzacie — uczyńcie w miłosierdziu swojem, aby kara ta i udręka stała się oczyszczeniem i uzdrowieniem duszy ludu naszego, za co my, stojący tu kornie przed wami, ślubujemy w tej chwili oddać bez wahania szczęście nasze, zdrowie i życie, amen!
Lis klęczał obok Juljanny i powtarzał za nią każde słowo tej dziwnej modlitwy, czując obecność Istot najwyższych, które słyszały prośbę i przysięgę ich.
Nagle rozległy się za oknami krzyki, gwar tłumu, tupot nóg setek ludzi, biegnących po kamieniach ulicy.
— Śmierć zdrajcom! Na szubienicę! — wyły złe, ponure głosy.
— Precz z rządem pięciogłowym!
— Śmierć arystokratom! Na szubienicę! — wzmagały się coraz głośniejsze nawoływania.
— Na zamek! na zamek! Pokarać szpiegów i sprzedawczyków! Na latarnię psubratów!
— Na szubienicę! Śmierć! Śmierć! — rwały się wściekłe krzyki.
Po chwili ten zgiełk i tumult zagłuszyły przeszywające powietrze odgłosy trąbek, warczenie bębnów i gromka komenda:
— Oficerowie i żołnierze do swoich pułków! Rozkaz gubernatora! Do pułków!
Ktoś cwałował na koniu i rzucał słowa rozkazu.
Lis zerwał się natychmiast i wybiegł na ulicę.
Zatrzymał się na chwilę, zawahał się i wpadł do sieni.
Porwał w objęcia Juljannę, zalaną łzami i smutną, tulił ją do piersi i szeptał:
— Wszystko stać się może... luba gołąbko moja, serdeńko złote! więc nie płacz tedy, nie rozpaczaj... a, pomnij, że ja wolność ci daję i od przysięgi zwalniam w godzinę śmierci mojej...
Juljanna podniosła na niego oczy zapłakane i strwożone. Złe przeczucie, jak zmora senna, dotknęło jej serca zimnemi szponami i ścisnęło boleśnie.
Trwało to jedną chwilę, krótką, jak mgnienie oka.
Uspokoiła się nagle i, podnosząc rękę nad głową, rzekła cicho, powolnie wymawiając słowo po słowie:
— Ślubuję ci miłość i wierność w radości i w męce, w doli i niedoli, na życie i na śmierć!
Raz jeszcze przytulili się do siebie, złączyli ręce i usta...
Lis, brzęcząc pałaszem, zbiegł ze schodów i, nie oglądając się więcej, popędził ku koszarom.



Rozdział XVI.
Ostatni patrol.

Groźny wróg zbliżał się do stolicy.
Już sztab bez wodza naczelnego z Bolimowa przeniósł się do Ołtarzewa; stoczono krótką walkę z moskalami w okolicach Szymanowa; a tymczasem w Warszawie kotłowało się coraz bardziej.
Towarzystwo Patrjotyczne, podjudzane przez Czyńskiego, księdza Puławskiego, Płużańskiego i Krępowieckiego, robiło hałas, domagając się ustąpienia rządu i wyznaczenia sądu nad zdrajcami.
W kołach, spokojnie i trzeźwo myślących, budziło to obawy i oburzenie, szczególnie zaś wnosiły zamęt ogniste mowy księdza Puławskiego, tego ducha niespokojnego, krzykliwego i nie cieszącego się szacunkiem duchowieństwa i ogółu.
Jan Czyński nawoływał do gwałtownych, rewolucyjnych wystąpień, które do reszty krzyżowały plany księcia Adama Czartoryskiego, ponieważ mieszczański rząd Francji z trwogą przyglądał się rozwojowi skrajnych kierunków myśli polskiej, wyjątkowo niebezpiecznych w dobie wojny, gdy nie trudno było o wciągnięcie wojska do zaburzeń ulicznych.
Czartoryski niemal codziennie miewał utarczki z Lelewelem i ministrami-kaliszanami.
Rząd niepopularny, oskarżany przez wszystkich, szukał wodza naczelnego i rzucał się od Prądzyńskiego, do Łubieńskiego i Małachowskiego, wreszcie wybór swój zatrzymał na Prądzyńskim.
Nikt nie wiedział jednak, że dwóch innych ludzi dążyło do władzy najwyższej, a celem tych dążeń nie była jedynie wiara w możliwość obrony kraju, ani też ofiarna miłość Ojczyzny.
Na widownię wychodzili generałowie Krukowiecki i Dembiński.
Pierwszy działał podstępnie, opierając się na Towarzystwie Patrjotycznem i intrygując przeciwko Skrzyneckiemu, Rządowi, Sejmowi i wszelkim możliwym kandydatom do buławy.
Drugi zaś wypatrywał stosownej chwili, aby buławę tę porwać i władzę swoją narzucić Polsce.
15 sierpnia tłum, podżegany przez Czyńskiego, Płużańskiego i Puławskiego, dopuścił się samosądu, wdzierając się do zamku i więzienia, aby ukarać zdrajców i szpiegów, których rząd bojaźliwy i chwiejny oszczędzał.
Czyn taki sprzeciwiał się prawu, lecz Krukowiecki potajemnie mu sprzyjał.
Wojsko nie broniło zamku, straż nie stawiała oporu przy bramie więziennej.
Wywleczono więc generałów Jankowskiego, Bukowskiego, Sałackiego, Hurtiga, Szambelana Fanshave, urzędnika Bentkowskiego, szpiegów Bazanową, Szleja, Szymanowskiego, Grünberga i Makrota, a nożownicy i pospolici bandyci, których sporo w tych czasach niepewnych z bronią w ręku grasowało w okolicznych wioskach, zamordowali wszystkich i powiesili na latarniach ulicznych.
Wtedy to rząd, postanowiwszy wreszcie podać się do dymisji, mianował Krukowieckiego gubernatorem Warszawy, obierając jednocześnie Prądzyńskiego na stanowisko naczelnego wodza.
W sprawę tę wmieszał się natychmiast Dembiński, wyczuwszy, że nastał czas wystąpienia, prowadzącego do buławy.
Ze swojej kwatery posłał on generała Sznajdego z sześciu szwadronami jazdy i czterema armatami, aby wzburzoną stolicę uśmierzyć, chociażby kartaczami.
Jednocześnie posłał był Dembiński rozkaz Krukowieckiemu, aby gubernator złożył mu raport o stanie stolicy.
Wtedy do Ołtarzewa, gdzie przebywał ze sztabem swoim Dembiński, zjechał nowy naczelny wódz, generał Prądzyński.
Jednak dążący do władzy ambitny i w chwili tej brutalny, Dembiński przyjął go tak oschle i wyniośle, że wszyscy zrozumieli prawdziwe zamiary generała.
Nikt nie wątpił, że Dembiński odmówi nowemu wodzowi posłuszeństwa i zagrozi buntem wojskowym w obliczu nieprzyjaciela.
Prądzyński odjechał i natychmiast zrzekł się swej nominacji.
Rząd oddał buławę Dembińskiemu, a sam podał się do dymisji.
W głowie butnego i dumnego generała powstał ostateczny plan.
Mógł stać się teraz głową rządu i państwa, nowym dyktatorem.
Myślał teraz tylko o tem.
Wiedząc, że jest nielubianym, postanowił zaskarbić sobie względy kogoś takiego, który posiadał wielu stronników i miał mir w wojsku.
Tym człowiekiem był Skrzynecki, odsunięty od armji, rozgoryczony i dręczony pragnieniem zemsty nad członkami rządu, sejmem, oczerniającem go zaciekle Towarzystwem Patrjotycznem i wrogimi sobie generałami.
Nowy wódz naczelny zarządził przegląd armji i odbył go, mając przy swoim boku generała Skrzyneckiego.
Wojsko wiwatowało na cześć lubianego generała, wodza i obrońcy Olszynki tak, jakgdyby on to ponownie stawał na czele armji.
Żeby zwrócić na siebie uwagę i podkreślić swoje stanowisko naczelne, Dembiński wygłosił mowę, w której nazwał Skrzyneckiego „mężem bez trwogi i skazy“, przyobiecał solennie, że będzie brał z niego przykład i szedł jego śladami.
Naród nie tego spodziewał się po nowym wodzu.
Tak nieoględnym postępkiem Dembiński podpisał wyrok dla siebie.
Przebiegły Krukowiecki zacierał ręce i zrobił ostatnie posunięcie, naciskając przez Lelewela, Małachowskiego, Nabielaka i członków Towarzystwa Patrjotycznego na posłów sejmowych.
Został obrany prezesem rządu.
Wszystko to stało się w ciągu dwóch dni po zaburzeniach w Warszawie.
Lis, wypadłszy z domu państwa Kobierzyckich, biegł ku swoim koszarom, lecz znalazł tu jeden tylko szwadron, gdyż sztab korpusu przeniósł się nagle do Ołtarzewa na rozkaz przebywającego tam od kilku dni generała Dembińskiego.
Popędził więc tam za swoim oddziałem. Cieszył się, że Dembiński wkrótce rozpocznie atak na moskali, którzy pozostawali w bezczynności.
Nie wiedział Lis, że Paskiewicz, powiadomiony o wypadkach warszawskich, oczekiwał rychłego rozprzężenia armji polskiej i, oszczędzając ludzi, zwlekał z ofenzywą.
Porucznik wkrótce posłyszał od kapitana Jasiuka, przydzielonego do sztabu, o wypadkach groźnych.
W tajemnicy opowiedział mu wzburzony kapitan:
— Na nic się nie zda Dembiński, bracie! Zaczyna on nie od wojny, lecz od waśni i zamachu. Słyszałem naradę jego z panami Wielopolskim, Czartoryskim, Garbińskim i Nakwaskim. Horrendum powiadam ci! Szalone myśli błąkają się po głowie naszemu generałowi!
— Mów śmiało, nikomu nie powtórzę, — rzekł Lis, zaciskając zęby.
— Powiadam ci, że aż przerażenie mnie ogarnęło, gdym posłyszał! Chce, widzisz, pan Dembiński ład przedewszystkiem w kraju ustalić. Cha-cha! Chyba poprosi Moskali, aby na to łaskawie czekać raczyli! Nosi się generał z zamiarem aresztowania Krukowieckiego, Lelewela i krzykaczy z Towarzystwa Patrjotycznego, rozpędzić sejm, postrachem zmusić kraj do posłuchu i milczenia, ba! rządzić po królewsku...
Lis milczał, więc kapitan mówił dalej:
— Wielopolski i Nakwaski za głowę się brali i wołali, że będzie to zdrada stanu i zguba Polski, on zaś się uparł, zaciął i powtarzał: „Ja was nauczę moresu, buntowniki!“
Po tej rozmowie Lis stał się dziwnie zamyślony i spokojny.
Jakieś postanowienie, widać, w nim dojrzewało.
Jeszcze się wahał, jeszcze myślał i ważył w umyśle i sercu zamiar swój, z którego nikomu się nie zwierzał.
Dopiero, gdy posłyszał nowiny, przyniesione mu przez kapitana, wydało mu się, iż czekać dłużej nie ma prawa.
Kapitan Jasiuk szepnął mu do ucha:
— Wiem napewno, że Dembiński cofnie się z armją do Warszawy, poaresztuje tłumy ludzi, porozstrzela, a potem stanie nad Szczarą, mając na wypadek klęski drogę otwartą do Galicji, gdzie zamierza podnieść powstanie. Szaleniec!
— Szaleniec... — niby echo powtórzył Lis.
Nic już nie mówiąc, poszedł do kwatery generała i zameldował się.
Dembiński siedział przy stole i rozmawiał z prezydentem Warszawy, panem Garbińskim.
Gość żegnał właśnie naczelnego wodza i po chwili wyszedł.
— Co powiesz, poruczniku! — spytał Dembiński, wyniośle patrząc na młodego oficera.
— Przyszedłem zapytać, kiedy pan generał poprowadzi wojsko do bitwy? — rzekł surowym głosem Lis i oczy zimne, groźne wbił w twarz wodza.
Generał jeszcze wyżej podniósł głowę. Już zamierzał wybuchnąć, gdy w jednej chwili dojrzał coś, co miotało się w głębi szeroko rozwartych, męczeńskich oczu stojącego przed nim młodzika.
— Pytam... — rzucił Lis i całą siłę swoją, cały żar i ból serca włożył w te słowo krótkie, jedyne, a groźne, jak śmierć nagła.
Dembiński nagle ochłonął z oburzenia i uśmiechnął się blado.
— Dobrze... dobrze... — rzekł. — Odpowiem ci jutro, a dziś, poruczniku, nie! natychmiast weźmiesz dziesięciu strzelców konnych i zrobisz wywiad w lasku na lewem skrzydle.... Muszę wiedzieć, co się tam kryje, bo jutro...
Lis rzucił się do wodza i padł mu do nóg.
— Panie generale... życia nie oszczędzę... rozumiem... jutro bitwa... Panie... generale wybacz... wybacz!...
Jak szalony wybiegł i popędził do kwatermistrza, aby powtórzyć mu rozkaz wodza. W kancelarji sztabowej napisał list do Juljanny i prosił Skotnickiego, aby wyprawił go do Warszawy.
Około północy do lasku, położonego na lewem skrzydle pozycyj Ołtarzewskich, zbliżał się mały oddziałek.
Na czele jego szedł szybko niewysoki, barczysty porucznik. Stanął na skraju lasku i ręką w milczeniu wskazywał ludziom kierunek, a gdy oni bez szmeru wsunęli w gąszcz krzaków, sam wszedł na ścieżkę, ledwie widzialną w mroku.
Postąpił kilka kroków, skradając się cicho i nadsłuchując.
Cisza panowała niczem nie zmącona.
Rozedrgała się ona po chwili i zawyła boleśnie, rozdarta nagłą salwą...
Nazajutrz rano adjutant odraportował naczelnemu wodzowi:
— Z patrolu wywiadowczego, wysłanego z wieczora do lasku, ani jeden nie powrócił, panie generale!
Dembiński drgnął i powtórzył:
— Ani jeden nie powrócił...



Rozdział XVII.
Na dalekich szlakach.

Powstanie umarło.
Ci, którzy bohatersko podnieśli je i natchnęli żywą płomienną wiarą, — nieopatrznie oddali sprawę powstania narodu i wojnę o wolność w ręce ludzi niezdolnych podołać wzniosłemu zadaniu dziejowemu, ludzi, którzy w duszach swych nie mieli ani porywu rewolucyjnego, ani też wiary w zwycięstwo, a przeto wiary tej obudzić w umysłach innych nie potrafili.
Powstanie umarło, zgasło, jak płomyk, paliwem nie podsycany.
Dembiński poszedł w ślady Skrzyneckiego i został strącony przez Krukowieckiego.
Nowy wódz źle bronił serca Polski, bo o skutecznej obronie Warszawy wcale nie myślał. Na nic się zdało bohaterstwo i ofiarność wiernych synów ojczyzny na wałach Woli.
Armja polska, zdemoralizowana, oburzona, zatruta podejrzliwością i nieufnością, cofała się do granic państwa i w ponurem milczeniu za kordonem składała broń, którą twórcy powstania wyostrzyli na wroga i błogosławili na zwycięstwo i sławę.
Poddały się Modlin i Zamość.....
Gdzieniegdzie rzucały się jeszcze oddziałki partyzantów, lecz i tych coraz mniej pozostawało, bo siepacze Mikołaja ścigali i tępili ostatnich bohaterów powstania.
Długie szeregi mogił ciągnęły się na pobojowiskach.
Po dworach i chatach, po warsztatach wyrobników i po sklepach kupców wzdychano ciężko, wspominając chwile promiennej nadziei, a potem rozpaczy ciemnej.
A jednak nikt nie upadał na duchu i nie gnuśniał.
Wszyscy bowiem wiedzieli, że choć najczęściej bezładnie dowodzono armją, biła się ona mężnie, stawiając czoło potężnemu przeciwnikowi, popłoch szerząc i strach w pałacu granitowym, gdzie zaczajony, niby zwierz drapieżny, miotał się w bezsilnej nienawiści zaborca, gwałciciel prawa i okrutnik, Mikołaj I, syn uduszonego obłąkańca Pawła, car Wszechrosji i pozbawiony tronu polskiego — zdradliwy „król polski“.
Duma narodowa i przeświadczenie, że nie przemoc wroga, lecz własne błędy i winy wycofały armję z pola bitew, słabe przebłyski nadziei nie zagasły jeszcze.
Ciężka stopa moskiewskiego satrapy stanęła na grzbiecie narodu polskiego i, zdawało się, do ziemi go ugięła.
Lecz ziemia rodzima tchnęła oparami ożywczemi, moc dającemi, coś szeptała szmerem trawy i pisała jakieś znaki tajemne na liljowej, falistej pustyni łanów żyta i pszenicy; wołała poszumem potoków i pluskiem rzek; śpiewała głosami jaskółek i słowików, groziła kwileniem jastrzębi i skwirem kań.
Naród pochylił głowę, lecz wyprężył kark i ramiona mocarne.
Śpiewając pokryjomu o wojence, miecz przekuwał na pług, a uśmiechał się pod wąsem, myśląc, iż stal lemiesza twarda jest i ostra, a starta o piachy i ziemię polską błyska ni to klinga dobrego pałasza.
Do innej pracy, cichej i żmudnej, stanęli ludziska.
Cisza zaległa Polskę od kresu do kresu; nawet skarg i jęków nie słyszał ciemiężca i kat, a nie rozumiał, że cisza ta jest zwiastunem burzy, która wzbiera powoli, a ogarnia cały kraj....
Niech — ino piorun uderzy, ten — pierwszy, jeszcze daleki, blady, a rozszaleje burza, rozigra się, ryknie gniewem, rzygać pocznie ogniem błyskawic, siec, walić, kruszyć....
Wyglądano tego piorunu, wyglądano długo, bardzo długo....
Ku niebu zachmurzonemu biegły oczy pozostałych w kraju i tych, którzy w tęsknicy wlekli dni smutne na wygnaniu, a jeszcze bardziej tych, których nawałnica powstania rzuciła daleko..... daleko — na poniewierkę, na mękę, na śmierć.
O tych nikt po upadku powstania nie myślał.
Były to bowiem drzazgi, odłupane siekierą od pnia ojczystego, drobne ziarnka piasku, porwane przez wicher, ofiary nieraz bezimienne, schodzące do grobu za numerem kolejnym....
Nikt w pierwszych latach po klęsce nie rozumiał, że było to rzucone na obczyznę tworzywo, które miało być kilkakrotnie na miał zmielone, przetarte, aż z piachu i prochu tego wyłonić się miały charaktery nowe, twardsze od stali i kamienia.
Wiedzieli ci nowi ludzie, iż nie jednem tylko sercem, lecz myślą zuchwałą i wolą hartowną żyje i krzepnie zwycięstwo.
Doszli do tego drogą krzyżową...
Szedł nią długo jeden z tych maluczkich, wyrzuconych na mękę przez falę dziejową. Na imię mu było Władysław Lis.
Wzięty do niewoli w lasku pod Ołtarzewem, długo pluł krwią, bo mu dwie kule pierś szeroką przeszyły, umierał i odżywał po szpitalach, aż po półroku dopiero stanął przed sądem wojennym w Witebsku.
I znów zapadła nad nim czarna zasłona.
Musiał zaczynać nowe życie...
Rozpoczął je przy brzęku kajdanów.
Wyrokiem sądu skazano go na dożywotnie zesłanie na Sybir.
Szedł tam nieskończenie długą drogą, w lecie i zimie, w roztopy wiosenne i w szarugi jesienne.
Szedł, dzwoniąc łańcuchami, któremi skuto mu nogi i ręce...
O niczem już nie myślał i nie troskał się Lis, zesłaniec № 1750...
Już wiedział, że wojna skończona i Polska oddana została na pastwę Moskali.
Nie miał teraz powodu myśleć o losach ojczyzny, bo niczem jej pomóc nie mógł, dźwigając ciężkie kajdany.
O Juljannie wspominał rzewnie, lecz rzadko.
— Umarłem, przepadłem bez wieści, jestem kamykiem, który utonął w morzu bez kresu...
Własny los nie zajmował go.
— Idę i dzwonię żelazem — myślał obojętnie. — Będę szedł, będę dzwonił, aż legnę gdzieś i już nie podniosę się nigdy...
Uśmiechnął się i usiłował już więcej o niczem nie myśleć.
Tak doszedł pewnego pogodnego, mroźnego i słonecznego dnia do Czelaby.
Cały był oszroniony i zziębnięty albowiem mróz srożył się w wąwozach Uralu, szczypał i szarpał zimnym podmuchem wiatru.
Stał przed szopą etapu i przeskakiwał z nogi na nogę, aby rozgrzać stopy, bił się rękami po bokach, brzęcząc żelazem.
Oficer kozacki liczył przybyłych aresztantów i sprawdzał listę etapową, poczem jął wykrzykiwać nazwiska:
— Grzegorzewski Józef!
— Jestem! — odpowiedział któryś z tłumu.
— Mochnacki Ludwik?
— Nie zdechłem jeszcze, psia krew! — mruknął inny aresztant i głośniej odparł: — Jestem!
— Lis Władysław! Ach! Czekają tu na ciebie! — zawołał oficer i kazał żołnierzowi odprowadzić go na etap.
Żołnierz wskazał mu mały budynek, stojący na uboczu.
— Najpierw tam, bracie! — szepnął. — Taki już u nas zwyczaj...
Weszli do ciemnej szopy, gdzie płonęło wielkie ognisko.
— Kuźnia? — ze zdziwieniem spytał Lis.
— A kuźnia! — zaśmiał się żołnierz. — Musimy teraz zdjąć z ciebie kajdany, bo ktoś możny pamięta o tobie, bracie.
Kowal rozpiłował żelazne bransolety, z pod których wyjrzały czarne, ropiące się rany.
— A teraz do łaźni! Naczalstwo carskie nie może ciebie pokazać w brudzie i w łachmanach, okrytych robactwem, jakżeż można? — mruczał szyderczo żołnierz i nagle zaklął ohydnie, wkładając w zgniłe słowa całą nienawiść swoją.
Upłynęła godzina, zanim umytego, ostrzyżonego aresztanta wprowadzono do biura etapowego.
— Oto jest aresztant № 1750, Władysław Lis! — rzekł do kogoś oficer kozacki.
Mała, wiotka postać niewieścia, otulona w lisi kożuszek, w ciepłym kołpaku, rzuciła się do polskiego wygnańca.
— Władeczku! Władeczku! — rozległ się przenikliwy szept. — To ja... Juljanna!
Lis stanął, jak wryty. Patrzył przed siebie i porał się z myślą, że zjawy słodkie ścigają, dręczą ludzi i w dzień i w nocy, zatruwając resztki spokoju ducha.
Lecz ten sam szept wrywał się coraz natarczywiej i wyraźniej do mózgu i serca.
— Władeczku mój, biedaku drogi, męczenniku święty... Oto jestem przy tobie ja — twoja Juljanna, twoja dziewczyna złotowłosa... Nie rozstaniemy się już nigdy, na dolę i niedolę pójdziemy razem... Sieroto mój, chłopaku mój umiłowany...
Lis upadł na kolana i do stóp dziewczyny pochylił się kornie.
Oficer, który widział w swem życiu rzeczy straszne, a dziwne, odbywające się wśród tych ścian brudnych, okopconych, cicho wymknął się z izby.
Oni zaś uklękli obok siebie i odmawiali zgodnym głosem gdzieś w głębi serc zapisaną modlitwę:
— Ojcze nasz, któryś jest w niebie i na ziemi, bądź błogosławione imię Twoje, albowiem pocieszenie umęczonym zsyłasz! Matko Boża, Królowo korony polskiej, ześlij łaskę swoją na ojczyznę udręczoną! Chryste ukrzyżowany, niebieski nauczycielu, naucz nas, abyśmy imię ojczyzny rozsławili szeroko i życie swoje na jej pożytek skierowali! Amen...
Wstali i, przytuleni do siebie, siedzieli, opowiadając dzieje swoje.
Juljanna pokazała mu listy polecające od wielkiego księcia Michała, uzyskane przez rodzinę Grudzińskich, oraz instrukcję Paskiewicza.
Namiestnik cesarski rozkazywał zdjąć kajdany z zesłańca politycznego, byłego oficera polskiego, Władysława Lisa i obchodzić się z nim „szlachetnie“, otaczając opieką narzeczoną jego, krewną małżonki zmarłego wielkiego księcia Konstantego.
— Teraz na każdym etapie będę czekała na ciebie, jadąc saniami, przyrządzała strawę gorącą, Władeczku mój!... — mówiła dziewczyna, a złote włosy jej muskały zczerniałą na mrozie twarz Lisa.
On milczał, nie mogąc otrząsnąć się ze wzruszenia i radości. Wreszcie ukląkł przed Juljanną i szeptać zaczął:
— Ciemność, męka, ból i poniewierka — w jasność dnia, w szczęście i radość się zmieniły... Minęły mroki i świtania ponure i oto dzień nastał słoneczny i piękny, a nie minie nigdy, nigdy już! Za to szczęście, o Panie w niebiosach, chwalić imię Twoje będę do kresu mego życia, a Ty wszechpotężny, dopomóż mi, abym wiarę podtrzymał w duszach braci moich, a serca ludzi obcych miłością i czcią dla ojczyzny mej napełnił!
Juljanna powstała i podtrzymała podnoszącego się za nią młodzieńca. Na twarzy jej zniknął wyraz natchnienia i przejęcia się powagą i tragizmem chwili. Uśmiech łagodny, wesoły niemal rozchylił świeże usta. Zaczęła się krzątać, wydobywając z kuferka pożywienie i ustawiając na stole talerze i kubki.
Po chwili wyszła do izby, gdzie żołnierze przyrządzali polewkę i kaszę dla aresztantów, i wkrótce powróciła, niosąc duży czajnik z wrzątkiem i prowadząc ze sobą sześciu zesłańców polskich, pędzonych razem z partją zwykłych zbrodniarzy w głąb Sybiru.
Gdy wszyscy usiedli przy stole i zaczęli jeść, Juljanna opowiadała o tem, co zaszło w Polsce po upadku powstania. Nadzieją i siłą brzmiał jej słodki głos.
— Jak duchy nieznane i niezwalczone otoczymy się murami własnych dum i dążeń i — nie damy się! Staniemy się narodem milczących kowali, wykuwających życie przyszłych wolnych pokoleń. Zdzierżymy wszystko i wszystko odbudujemy, wzmocnimy, bo ziemia nasza da nam moc nieprzebraną!...
Długo z uporem i przekonaniem rzucała te słowa ożywcze, a spostrzegłszy, że oczy zakutych w żelazo ludzi błyskać zaczęły, jęła żartować i opowiadać o rzeczach wesołych, zabawnych i rozpraszających smutek i nastrój poważny.
Dowiedzieli się Polacy, zbłąkani aż hen — w wąwozach uralskich, o tem, że nikt za powstanie nie został ukarany śmiercią, że szlachta i lud jęły się już pracy, odbudowując to, co zniszczyła wojna, pługiem zacierając ślady bitew i zgliszcz. Posłyszał Lis od swojej złotowłosej dziewczyny że stary pan Truszkowski był wysłany do Rosji, lecz powrócił do dworu, gdzie zastał już żonę na gospodarstwie, że Tadeusz wyemigrował do Francji, że państwo Kobierzyccy siedzą na wsi i do Warszawy już nie zjeżdżają, bo im nie w smak rządy brutalnego Paskiewicza; o wszystkich znajomych i znanych tylko z nazwiska wspominała i opowiadała, wreszcie rzekła cichutko:
— Babcia Kobierzycka wciąż wesele w kartach widzi... miła starowinka!
— A gdzie przebywa generał Dwernicki i co się z nim dzieje? — spytał nagle Lis.
— Mieszkał na Węgrzech, skąd pisał do Pyszkowa, pytając o ciebie, Władeczku! Nie wiedzieliśmy wtedy gdzie jesteś, więc nic mu odpowiedzieć nie mogliśmy. Potem słychać było, że generał przeniósł się do Francji...
Lis westchnął i mruknął:
— Ech! Co było, to było, a przecież pohulaliśmy z nim pod Stoczkiem i Nową Wsią!
— Słyszałam ja od pana Kickiego, żeś hulał też na Grochowskiem Polu! — wtrąciła Juljanna, kładąc rękę na jego dłoni. — Hulałeś aż pod Witebskiem i podczas odwrotu Dembińskiego, Władeczku! Dlaczegóż — to o tych czasach nie wspominasz?
Lis westchnął i odparł:
— Pod wodzą Dwernickiego radość i ochota bojowa szalały w sercu żołnierskiem, a w innych bitwach... inaczej biło to samo serce...
— A przecież sławne były to dzieje i piękne czasy! — odparła. — Nie darmo to śpiewaliście przy ogniach:

— Za broń, bracia! Tylko w zgodzie,
Komu tylko jest kraj miły!
Zapomnijmy o wygodzie
Męstwem, zgodą krzepmy siły...

Rozległ się cichy, radosny śmiech więźniów, pędzonych na dalekie wygnanie.
Ten i ów jął pomrukiwać piosenkę, zdawało się już zapomnianą, a odżywającą tak niespodziewanie na etapie sybirskim.
W sieni rozległ się brzęk ostróg i na progu stanął oficer.
— Proszę wychodzić na plac! Sprawdzamy aresztantów, bo za chwilę partja rusza dalej!
Urwane słowa pożegnania, wdzięczności i rzewny śmiech.
— Wieczorem na etapie Balaskino przyrządzę wam posiłek, mili moi... Władeczku, do wieczora! Bądź zdrów i wesół, bo... — zabrzmiał dźwięczny, łagodny głosik Juljanny.
— Do widzenia! Do widzenia, złota nasza, promienna panienko! — mówili zakuci w kajdany ludzie i, nie czując już ich ciężaru, wychodzili z izby.
Lis obejrzał się na progu i zawołał:
— Promyczku mój jasny... umiłowany!
Zatrzasnął drzwi za sobą i wybiegł na majdan etapowy.
Aresztanci stali już, wyciągnięci w jeden długi szereg, a wachmistrz sprawdzał numery ich i oglądał zamki kajdan.
— Sygnał! — krzyknął oficer.
Mały, kudłaty żołnierz, rozstawiwszy kabłąkowate nogi, podniósł trąbkę do ust.
Stojący obok niego Lis nagłym ruchem wyrwał mu ją z rąk i zatrąbił.
Potężne, czyste dźwięki przeszywać jęły mroźne, zastygłe powietrze. Takiego pięknego sygnału nie słyszał nawet sam car Mikołaj.
Nieznane, obce rosyjskiemu uchu tony, biegły tanecznym, dumnym korowodem, mknęły i porywały w swój wir słuchaczy.
Zdumieli się zachwyceni moskale a nawet ponurym zbrodniarzom rozświetliły się brodate oblicza.
Polacy wyżej podnieśli stroskane głowy, a w oczach ich miotały się ognie — dziwne, namiętne.
Były trębacz cesarski, a potem — porucznik ułanów, polskich, wyprężywszy pierś kopulastą, ciskał pod blade niebo Sybiru śmiałe, radosne wyzwanie.
Grał — „Jeszcze Polska nie zginęła!“...

KONIEC.

BIBLJOGRAFJA.

Historja powstania listopadowego, Stanisława Barzykowskiego, Poznań 1883.
Dzieje powstania listopadowego, Augusta Sokołowskiego, Wiedeń, 1907.
Wojna polsko-rosyjska 1830 i 1831 r. Wacława Tokarza, Warszawa, 1930.
Powstanie listopadowe, Artura Śliwińskiego, Warszawa, 1920.
Mémoire historique et militaire sur la guerre de Pologne en 1831, Prądzyńskiego.
Pamiętnik Napoleona Sierawskiego, Lwów, 1907.
Pamiętnik z 1831 r. Jenerała Jakuba Lewińskiego, Poznań, 1895 r.
Polsko-ruskaja wojna 1831 goda. A. K. Puzyriewskij, Patersburg, 1886 r.




Przypisy

  1. Tak zwani później — „dekabryści“.
  2. Sygnał wojenny, grany w armji rosyjskiej rano i wieczorem.
  3. Podobne kolumny wystawiali Rzymianie na pamiątkę bitew morskich. Były one ozdobione dziobami (rostrum) statków bojowych. Car Piotr wzniósł dwie takie kolumny na prawym brzegu Newy.
  4. No!
  5. To zdumiewające!
  6. To dziwne.
  7. Odrazu.
  8. Wołga (rzeka) — matko rodzona.
  9. Nic.
  10. Bardzo ciemno.
  11. Trzeba przenieść.
  12. Ekscelencjo.
  13. Cios szablą od głowy.
  14. Dobry rębacz.
  15. O, nie!
  16. Cesarza.
  17. O, on był bogiem szermierki.
  18. Do domu.
  19. Dać.
  20. Przekleństwo francuskie.
  21. Życie.
  22. Należy.
  23. Wywar.
  24. Cesarza.
  25. Bardzo dobrze.
  26. Jak.
  27. Odwagi, pani
  28. Dobry Bóg.
  29. Więc.
  30. Po ros. — chłopcy.
  31. Odważny i zuchwały generał polski... do djabła!
  32. Uciekłem.
  33. Marnota.
  34. Boże, ratuj!
  35. Kolonistów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.