Tajemnica zamku Rodriganda/Rozdział 57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Tajemnica zamku Rodriganda
Podtytuł Powieść
Rozdział Znak Miksteków
Data wydania 1938
Wydawnictwo Księgarnia Komisowa
Druk Drukarnia Artystyczna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Waldröschen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
ZNAK MIKSTEKÓW.

Tymczasem parowce i łodzie przebywały znaczną przestrzeń. Sępi Dziób stał na mostku pierwszego parowca. On to bowiem prowadził małą flotyllę.
Nazajutrz wyjechano z Rio Grande del Norte na Salado i zbliżono się do ujścia Sabinas.
Zorski stał na pokładzie, zatopiony w kontemplacji pejzażu, kiedy podszedł doń Juarez i rzekł:
— Czy pańscy bliscy wiedzą o jego powrocie?
— Nie. Kiedy wylądowaliśmy w Guaymas, zamierzałem do nich napisać, ale tam nie ma urzędów pocztowych.
— I tu ich nie ma; w każdym razie poczta tutejsza jest nader niepewna.
— A więc moi bliscy długo jeszcze będą czekać — rzekł smutnym głosem Zorski.
— Chętniebym panu pomógł, mój drogi sennor, lecz Francuzi stoją mi na zawadzie. Dwukrotnie usiłowałem przekazać nieszkodliwą prywatną korespondencję, ale za każdym razem odmawiali.
— Czy to pan wysyłał te listy?
— Nie. Pisali nieznani mi ludzie, którzy mnie prosili tylko o pozwolenie Chętnie je dawałem, lecz z granicy francuskiej okupacji odsyłano je zpowrotem, aczkolwiek listy był otwarte i każdy mógł się przekonać o ich niewinnej treści. Jeden stracił wskutek tego majątek, drugi też poniósł poważne straty.
Wypowiedział to głosem rozgoryczonym; potem dodał:
— A może ich weźmiemy na kawal? Napisze pan do domu dwa jednakowo brzmiące listy. Jeśli jeden przepadnie, to może drugi dotrze do celu.
— W jaki sposób?
— Jeden wyśle pan do Tampico a drugi do Santillana. W obu tych miejscowościach mam zaufanych ludzi, którzy z radością przekażą listy jakiemuś okrętowi.
— Lecz kto je zawiezie? To niebezpieczna misja!
— Mam wielu ludzi, którzy są dość przedsiębiorczy, aby się na to ważyć. Zresztą, nie ma mowy o prawdziwym niebezpieczeństwie. Nawet jeśli Francuzi schwytają jednego gońca i otworzą list, to zobaczą, że zawiera tylko wiadomości osobiste, które wszak nie mogą narazić gońca.
— A więc muszę w liście pominąć pana milczeniem.
— I to nie jest konieczne. Co zawinił goniec, że adresat znajduje się przy mnie?
— Kiedy mogę napisać?
— Natychmiast, o ile to możliwe. Skoro tylko dotrzemy do obozu, wybiorę dwóch ludzi, którzy bezzwłocznie wyruszą w drogę.
Zorski napisał obszerny list do swoich drogich.
W chwili, kiedy zakończył kopię, parowiec wydal ostre gwizdnięcie. Przyjechano do obozu. W obozie panował żywy ruch. Nietylko byli tu jeźdźcy, ale także zamówione wozy, zaprzągnięte w woły. Można było ogarnąć wzrokiem całe zgromadzenie, gdyż była to otwarta preria. Łodzie ruszyły ku brzegom i przystanęły. Zaczęło się wyładowanie.
Teraz okazało się, co przywiózł lord dla Juareza — małe beczulki, pełne złotych monet, tysiące strzelb, noży, pistoletów i rewolwerów; wielkie zapasy prochu, ołowiu, gotowych patronów, telegrafów polowych z wielu milami drutu, nosze dla rannych i pielęgnowania rannych. Łodzie były wypełnione ładunkiem; ludzie, pracujący nad przeniesieniem ich zawartości na wozy, rozumieli, że tej pomocy, okazanej Juarezowi przez Anglię, wprost niepodobna ocenić.
Lindsey osobiście kierował wyładowaniem, a Juarez przyjęciem ładunku i przepakowywaniem. Zorski pomagał lordowi.
— Co się stanie ze statkami? — zapytał.
— Wrócą do El Refugio. Zostaję przy Juarezie.
— Jako poseł Anglii?
— Tak.
— Ale czy uprzytomnił pan sobie niebezpieczeństwo, na które się narażasz, milordzie? Tak. Nie mogę się na nie oglądać. Moja obecność uprawomocnia czyny prezydenta. Zobaczymy, czy wojska cesarskie potraktują jako szajkę bandycką armię, przy której przebywa prawomocny przedstawiciel Wielkiej Brytanii. Za kilka dni przyłączy się do nas przedstawiciel Stanów Zjednoczonych.
— Mariano zechce się oczywiście do pana przyłączyć, ale wszak on ma inne obowiązki.
— Sądzę, że to wszystko da się połączyć. Zanim nie wkroczymy do stolicy Meksyku, nic nie zdziałamy w sprawie Rodrigandów, a więc najlepiej będzie, jeśli wszyscy zostaniecie u Juareza, którego wojsko tak się pośpieszy, że już niebawem wkroczymy do stolicy. Wiem, że cesarz francuski otrzymał nader poważne ultimatum od rządu Stanów Zjednoczonych. Jeśli Napoleon nie wycofa wojska z kraju, Stany Ameryki Północnej wyślą swoją armię.
— Przeciwko Francuzom?
— Naturalnie. Przypuszczam nawet, że toczą się już tajne układy w sprawie czasu i sposobu wycofania się wojsk francuskich.
— Przypuszcza pan, że powoli będą odstępowali kraj Juarezowi?
— O nie! przypuszczając tak, ośmieszyłbym się przeraźliwie.
— Więc cóż?
— O, rzecz prosta. Dali arcyksięciu Maksymilianowi koronę cesarza. Będą go skłaniali, aby abdykował dobrowolnie, ale on, o ile go znam, a zwłaszcza, cesarzową i doradców, odmówi. Francuzi zatem będą zmuszeni pozostawić cesarza własnemu losowi. Będą się cofać i opuszczać miasto po mieście, prowincję po prowincji. Cesarz zaś nie posiada dosyć siły, aby utrzymać jakąkolwiek miejscowość, dzięki czemu cały kraj przypadnie Juarezowi. W istocie odbędzie się to tak jakgdyby Basaine bezpośrednio zwrócił Meksyk prezydentowi.
— A cesarz Maksymilian?
— Poniesie konsekwencje. Zaufał Napoleonowi, który go opuszcza. Nie pozostaje mu nic innego, tylko wyjechać wraz z Francuzami, lub bronić się do upadłego i polec.
— Mój Boże! Wszak nie ma mowy o jego śmierci!
Lord wzruszył ramionami.
— Co za los! Gdybym mógł być przy nim, aby go ostrzec!
— Nie wskórałby pan więcej, niż generał Mejia, który, jak wiadomo, jest najszczerszym doradcą cesarza. Można powiedzieć, że Maksymilian uważał się za przeznaczonego na cesarza. W roku 1851, zwiedzając Hiszpanię, stojąc wobec grobów swych przodków, Ferdynanda i Izabelli, w podziemiach katedry w Granadzie, napisał osobliwy, wiersz. Czy zna go pan?
— Nie.
— Czytałem i zachowałem go w pamięci. Brzmi dosłownie tak:

Blask pochodni w mroków morzu
Wiedzie wnuka w te zakątki.
Kędy w zimnym, ciasnym łożu
Spoczywają królów szczątki.

Nad swych wielkich przodków prochem,
Nad grobowcem zadumany,
Zmawia modły cichym szlochem
Za umarłych zapomnianych,

Naraz zahuczało w grobie
Stare próchno słupów grzmi, —
Złote berło, tu w żałobie
Już plus ultra z Wschodu lśni.

— Niestety, berła tego szukał nie na Wschodzie, lecz na Zachodzie. Jego blask zostanie przyćmiony i kości prawnuka, który zginie po krótkim śnie o cesarstwie, nie zostaną złożone w królewskich grobowcach, tylko zgniją w dole jakiejś meksykańskiej miejscowości. Daj Boże, abym był fałszywym prorokiem! Ale dosyć z tym! Oto nadchodzi ktoś, kto, zdaje się, chce z panem pomówić.
Był to Antoni Helmer, Grzmiąca Strzała, Obejrzał się dokoła badawczo i zapytał:
— Jak długo to potrwa, panie doktorze?
— Zapewne dwa dni.
— Ach! A hacjenda del Erina?
— O tym pomówimy później, mój drogi.
Helmer bawił się rewolwerami.
— Dopiero później? Czy nie lepiej już pomówić? Słyszałem od Apaczów, że Cortejo zbiegł.
— Tak, niestety.
— Pojedzie do hacjendy; tam jest jego córka. Czytaliście jej list, znaleziony u przywódcy. Słyszał pan także słowa konającego. Jestem niespokojny o teścia. Nie mogę czekać dłużej; jadę do hacjendy.
Zorski się przeraził.
— Co pan zamierza? Drogi są obwarowane Francuzami. Schwytają pana!
— Nie sądzę. Pojedzie ze mną Bawole Czoło. Zna wszystkie dróżki; nikt nas nie spotka.
— Dobrze. Przypuśćmy, że szczęśliwie dotrzecie do celu, a co później?
— Uwolnimy hacjendera.
— Wy obaj?
— Tak. Chodź pan ze mną do Bawolego Czoła.
Unger wrócił po deskach na ląd; Sternau szedł za nim. Na brzegu stali Bawole Czoło i Niedźwiedzie Serce. Misteka podszedł do nich i zapytał Helmera.
— Co zamierza czynić Władca Skał?
— Radzi mi czekać.
— Dosyć długo czekaliśmy!
— Więc mój brat Bawole Czoło chce także pójść do hacjendy — zapytał Zorski.
— Tak — odparł zapytany. — Jestem wolnym Indianinem, hacjenda była ojczyzną dla Karii, mojej siostry; sennor Arbellez był moim przyjacielem i bratem. Jadę go ratować.
Słowa te i ton, którym zostały wypowiedziane, przekonały Zorskiego, że Indianin postanowił bezwzględnie wcielić je w czyn. Wiedział, że niezłomność Indianına oprze się wszelkim namowom.
— Ale w jaki sposób zamierza mój brat ratować Arbelleza? Okolica jest pełna Francuzów.
Twarz Miksteki wyrażała lekceważenie.
— Bawole Czoło kpi sobie z Francuzów!
— Ale jest ich wielu.
— Miksteków jest więcej.
Ach, mój brat chce zwołać swoich braci? To zajmie wiele czasu.
— Nie. To zajmie noc jedną. Skoro wódz Miksteków da znak ognisty na górze Reparo, nazajutrz wieczór zgromadzi się dokoła niego tysiąc mężów.
— Czy to pewne? Mój brat nie był tyle lat u swoich!
— Synowie Miksteków, nigdy nie zapominali o swoich obowiązkach. Idzie z nami także mój brat Niedźwiedzie Serce.
— Uff! — potwierdził wódz Apaczów.
— Ale kto będzie dowodził Apaczami, którzy zostaną z Juarezem?
— Mój brat Niedźwiedzie Oko.
Zorski obejrzał zdecydowane twarze tych trzech mężów; spoglądał przez chwilę na ziemię i rzekł:
— Moi bracia mają słuszność. Nie możemy, czekać, aż Juarez da nam wojsko. Nasz przyjaciel Arbellez jest w niebezpieczeństwie, a więc obowiązek nakazuje jak najprędzej śpieszyć z odsieczą.
Oczy Bawolego Czoła rozjaśniła radość.
— Wiedziałem, że Matava-se pojedzie z nami — rzekł. — Karia i jej biała przyjaciółka zostaną przy Juarezie.
— Czy nie pożegnamy się z nimi.
— Nie. Przeszkodzą nam tylko.
— A co ma powiedzieć Juarez, skoro go zapytają?
— Niech powie, że wyruszyliśmy na przeszpiegi. To je uspokoi, a przecież Juarez nie skłamie, gdyż nasza wyprawa jest właściwie wyprawą wywiadowczą do kraju, zajętego przez wroga.
— A więc pomówmy z nim bezzwłocznie!
Juarez, lord i pozostali byli oszołomieni postanowieniem czterech śmiałków. Usiłowali z początku wyperswadować im to szaleńcze zamierzenie. Skoro próba spełzła na niczym, Mariano, kapitan Helmer, mały André oświadczyli, że chcą się przyłączyć, a następnie tę samą chęć wyrazili Mindrello i stary hrabia. Ten przypomniał, że ma wielkie porachunki z Corteją. Zorski z początku był przeciwny narażaniu hrabiego Fernanda na trudności wyprawy, lecz w końcu ustąpił, uświadomiwszy sobie, iż nagłe zjawienie się tego właśnie człowieka wywrze na Józefie największe wrażenie i skłoni ją, być może, do cennego wyznania.
— Weźcie ze sobą jakiś oddział Apaczów! — prosił Juarez doktora.
— Zrezygnujemy tego — odpowiedział Zorski. — Mniejsza garstka łatwiej dostanie się do hacjendy.
— Gdybym miał dostateczną ilość wojska, dałbym wam tak liczną eskortę, że moglibyście jechać, nie pokryjomu, lecz otwarcie. Ale ufam, że nie zawiedzie nadzieja, pokładana przez Bawole Czoło w rodakach. A zresztą, niebawem i ja do was przybędę.
Po serdecznym pożegnaniu, dziewięciu mężczyzn dosiadło koni i pojechało.
Kiedy trzeciego dnia Juarez przybył do Monclovy, dowiedział się o nadejściu ochotniczych oddziałów amerykańskich. Wcielił je do swego wojska i wyjechał wślad za przyjaciółmi, aby nieść im w razie potrzeby zbrojną pomoc. Oni tymczasem pojechali drogą okrężną, co przedłużyło wyprawę. Wreszcie, niepostrzeżenie dotarli do okolicy hacjendy. Objechali ją rozległym kołem i zatrzymali się na górze El Reparo.
Była to owa góra, w której wnętrzu znajdowała się jaskinia skarbca królewskiego, a na której wierzchołku odbywały się okrutne sceny nad Stawem Krokodylów.
W pobliżu góry wjechali pomiędzy gęste, cienkie krzewiny, gdy naraz jadący na czele Bawole Czoło osadził konia.
— Jeździec — rzekł, — wyciągając rękę.
Towarzysze spojrzeli we wskazanym kierunku i ujrzeli człowieka, który siedział na ziemi, podczas gdy koń tego opodal skubał trawę.
— Musimy go objechać, aby nas nie spostrzegł — rzekł Grzmiąca Strzała.
Słońce zachodziło, a góra rzucała mocny cień, mimo to można było ogarnąć wzrokiem rozległą dokoła przestrzeń.
— Jedziemy tam! zaproponował Miksteka, przyjrzawszy się uważnie siedzącemu człowiekowi. — To vaquero z hacjendy del Erina. Poznaje go, aczkolwiek się zestarzał.
— Czy to oddany człowiek?
— Był zawsze przyjaźnie usposobiony względem wodza Miksteków.
— Przekonamy się, czy trwa w swym usposobieniu!
Podjechali więc. Skoro vaquero ich ujrzał skoczył na konia i chwycił za strzelbę.
— Emilio nie powinien się lękać — zawołał Bawole Czoło. — Czy też może został wrogiem Miksteków?
Vaquero jakgdyby zesztywniał w siodle.
— O Dios! — zawołał wreszcie. — Bawole Czoło! Czy umarli zmartwychwstają?
— Nie; lecz żywi powracają. Czy znasz tych mężów?
Emilio powiódł wzrokiem po jeźdźcach; twarz rozjaśniła mu się coraz bardziej. Odmalowały się na niej radość i zdumienie.
— Valgame Dios, czy dobrze widzę? Wszak to sennor Zorski.
— We własnej osobie.
— A to Niedźwiedzie Serce, wódz Apaczów?
— Tak, oczy cię nie mylą.
— O, mój zbawco! A myśmy sądzili, żeście polegli. Gdzie są pozostali?
— Żyją i wkrótce przyjadą za nami.
— Znajdą smutne zmiany hacjendzie. Znajdą wrogów.
— Ilu ich jest?
— Około sześciuset.
— Kto im przewodzi?
— Cortejo. Ale on niedawno wyjechał. W zastepstwie dowodzi jego córka Józefa.
— Co czynią ci ludzie?
— Jedzą, piją i śpią. Zamęczają vaquerów, oczekując powrotu Corteja.
— Gdzie jest sennor Arbellez?
— Schwytany. Wtrącili go do piwnicy, gdzie zamrze powolną śmiercią głodową. Sennora Maria Hermoyes i Anselmo są przy nim.
— Anselmo? Uff! Ten, który był w forcie Guadelupa?
— Tak.
— Więc chodź z nami!
Emilio przyłączył się do nich z radością. Oglądając tych dzielnych ludzi, krzepił się nadzieją wyzwolenia. Poznał wymienionych trzech jeźdźców nie poznał zaś Grzmiącej Strzały. Jadąc obok niego, zapytał:
— Wybaczy pan, sennor, — rzekł. — Na pewno widziałem pana dawniej, ale nie wiem, jak pana nazwać.
— Czy aż tak bardzo się zmieniłem? — zapytał z uśmiechem Helmer.
Ten uśmiech i głos przypomniały się vaquerowi.
— Wszyscy święci, czy to prawda? — zapytał. — Sennor Helmer? Boże, co za radości! Ale czy jeszcze żyje sennorita Emma?
— Żyje i niebawem wróci do hacjendy. Ale powiedz mi przede wszystkim, kto skazał sennora Arbelleza na głodową śmierć!
— Sądzę, że sennorita Józefa.
— Czy jej ojciec był jeszcze wówczas na hacjendzie?
— Tak.
— To wystarczy. Poniosą zasłużoną karę.
Helmer zgrzytnął zębami; oczy Bawolego Czoła rozbłysły gniewem. Obaj pałali pragnieniem zemsty. Biada Cortejowi i jego córce, jeśli wpadną w ich ręce!
Droga prowadziła po zboczach góry. Dotarli do Stawu Aligatorów, zanim zagasły ostatnie promienie dnia. Stało tu jeszcze drzewo, naukos pochylone nad wodą. Powierzchnia stawu była gładka. Bawole czoło zatrzymał się na brzegu, wydał żałosny okrzyk, okrzyk, jakim wabi się krokodyle. Natychmiast wyłoniła się z głębi większa ilość sękatych głów. Dopełzły do brzegu i poczęły szczękać paszczami, wydając dźwięk, podobny do zderzania się potężnych słupów.
— Uff! Długo nie żarły! — rzekł Miksteka. — Niebawem się nasycą. Bawole Czoło postara się o jadło dla świętych krokodyli Miksteków.
Objechali staw; w lesie zsiedli z rumaków, oddając je pod opiekę Emilia. Po czym bawole Czoło poszedł pieszo dalej.
Pośrodku wierzchołka wznosił się w kształcie piramidy pagórek, który mógł uchodzić za twór natury. Tu się zatrzymał wódz Miksteków.
— Oto jest piec mego plemienia — oświadczył.
— Ach, ukryty smolny piec? — zapytał Grzmiąca Strzała.
— Tak, wypełniony smolą, żywicą, siarką i suchą trawą. Więcej, niż przed setką lat został wystawiony, a jednak wciąż jeszcze sprawnie działa. Otwórzmy go!
Indianin poszedł do boku piramidy, wyjął kamień, pokryty ziemią i zarośnięty trawą.
— To otwór do przewiewu?
Wódz skinął głową, po czym wszedł na wierzchołek. Tam tkwił w ziemi pień niezbyt mocnego drzewa, wyglądał tak, jakgdyby piorun nadał mu obecny, nieco dziwaczny kształt. Bawole Czoło wyginał go dopóty, dopóki nie ustąpił. Na jego miejscu pozostał dół; Indianin otwór rozszerzył.
— Ściemniło się — rzekł. — Zapalimy znak wojny. Bawole Czoło przez długie lata nie był u swoich, lecz moi bracia wnet się przekonają, że jego rozkazy znajdują posłuch.
Uklakł i wykrzesał ognia. Niebawem zapłonęło kilka suchych szczap, które wyłupał z pnia. Rzucił je do dołu i zszedł z pagórka.
Z początku rozległo się trzeszczenie, poczem głośne syki. Tu buchnął płomień półmetrowej wysokości.
— Za niski — zauważył Helmer.
— Mój brat niech chwilę poczeka — odparł wódz. — Synowie Miksteków umieją wzniecać płomienie wojny.
Miał słuszność. Po minucie płomień zaczął się wznosić, a po pięciu minutach osiągnął niebywałą wysokość. Miał kształt słupa, który na górze rozpryskiwał się we wszystkich kierunkach, słupa o takim blasku, że na całym wierzchołku góry było jasno jak za dnia.
— Piec, jakiego jeszcze nie widziałem! — oświadczył Zorski.
— Niebawem otrzymamy odpowiedź — zapewnił Bawole Czoło.
— Czy jest takich pieców więcej?
— Tak. gdziekolwiek mieszkają Mikstekowie. Do wzniecania ognia wyznaczono nawet specjalnych mężów.
— A jeśli oni umarli, lub jeśli ich nie ma? W takim razie przekazali innym swe powinności. Mój brat niech spojrzy!
Ognisko płonęło może już kwadrans. Wódz wskazał na południe. Tu wznosił się również płomień w odległości, której z powodu mroków nocy niepodobna było określić. Na północy wyrastał drugi, i już wkrótce można było ujrzeć pięć podobnych zniczów.
Bawole Czoło podszedł do kamienia, który leżał w pobliżu. Podniósł go mimo ciężaru, i oto ukazał się otwór, w którym leżało kilka kul, wielkości kul bilardowych. Wziął trzy, wrzucił w płomienie i oględnie przykrył otwór kamieniem.
— Co znaczą te kule? — zapytał Zorski.
— Mój brat zaraz zobaczy.
Ledwie to powiedział, a już trzy płomienie wystrzeliły ku niebu i utworzyły w górze trzy ogniste tarcze, które przez dłuższy czas tkwiły na jednakowej wysokości, po czym powoli zaczęły się opuszczać.
Wkrótce zobaczono podobne znaki nad pięcioma pozostałymi piecami.
— Co to oznacza?
— Każde miejsce ma swój znak — oświadczył Bawole Czoło. — Dałem znak góry El Reparo, aby Mikstekowie wiedzieli, gdzie się mają zgromadzić.
— Ale wrogowie także zauważą te ognie.
— Nie będą wiedzieli, co one oznaczają. Oto już płomień opada. Moi bracia niechaj poczekają parę chwil, a następnie opuścimy to miejsce.
Znak ognisty opadł z tą samą szybkością, z jaką się był wzniósł. Teraz zapadł mrok taki, jak poprzednio Bawole Czoło ułożył kamień w otworze do przewiewu i umieścił drzewo na poprzednim miejscu. Mimo, że krzątał się w ciemności, nie zostawił na powierzchni żadnego śladu paliwa.
— Kiedy wróg wejdzie na górę — rzekł — aby obejrzeć miejsce, gdzie płonął ogień, nic nie znajdzie.
— Dokąd teraz idziemy?
— Tam, gdzie ukryjemy się do jutra.
— Do jutra wieczór? — zapytał Helmer. — Czy w dzień nie da się nic zrobić dla hacjendy i dla Arbelleza?
— Nie. Ale wieczorem hacjenda będzie nasza.
Wrócili do koni, wsiedli i zjechali z góry; zboczyli na lewo i w pół godziny później dotarli do jaskini, która była zasłonięta krzewiną.
— Tu będziemy czekać — rzekł Bawole Czoło.
Dojechali do tylnej części jaskini, przywiązali konie, ułożyli się na mchu i usiłowali zasnąć, oczywiście, uprzednio rozstawiwszy straże.
Upłynęła noc, a następnie dzień w zupełnym spokoju. Około szóstej zapadł zmrok; jednakże Bawole Czoło poczekał jeszcze dwie godziny, zanim opuścił jaskinię. Dosiedli koni i pojechali.
Skoro przybyli do miejsca, które prowadziło w górę, usłyszeli przed i za sobą tetent kopyt końskich.
— Kto jedzie? — zapytał Grzmiąca Skała pocichu.
— Mój brat niech będzie spokojny — odparł Bawole Czoło. — To są synowie Misteków, którzy usłuchali mego wezwania.
Kiedy wjechali na górę, panowała tam niezwykła cisza, aliści nad Stawem Krokodyli można było zresztą dosyć niewyraźnie rozpoznać sylwetki ludzi i koni, skupione głowa przy głowie. Czerwoni zebrali się w odpowiedzi na znaki ogniste.
Nasi jeźdźcy wyminęli grupy Indian i dojechali do brzegu stawu. Tu wódz osadził konia i zawołał głośno:
— Naha nitaketza!
To znaczy: spokój, chcę mówić!
Słychać było lekki szmer oręża, po czym głos jakiś zapytał:
— Taio taha — kto zacz?
— Naha Makaszi-tayiss. — Jestem Bawole Czoło.
— Makaszi-tayiss! — to imię przechodziło z ust do ust. Mimo ciemności można było stwierdzić ogrom wrażenia. Tymczasem rozległ się poprzedni głos:
— Bawole Czoło, wódz Miksteków, nie żyje.
— Bawole Czoło żyje, był w niewoli u wrogów i teraz wrócił, aby się zemścić. Kto ze mną rozmawia?
— Rżący Rumak — brzmiała odpowiedź.
— Rżący Rumak jest wielkim wodzem, jest pierwszym po Bawolem Czole i dowodził opuszczonymi dziećmi Miksteków. Niech podejdzie z pochodnią, aby mnie mógł poznać.
Po kilku chwilach zajaśniała pochodnia. Wielu wojowników stłoczyło się dokoła wodza. Jeden z nich, w stroju myśliwego na bawoły, takim, jaki dawniej nosił Bawole Czoło, zbliżył pochodnię do wodza i spojrzał mu w twarz.
— Mokaszi-tayiss! — zawołał na głos. — Cieszcie się, synowie Miksteków! Wasz wódz powrócił! Podnieście tomahawki i noże, aby go uczcić!
— Uff!
Usłyszano tylko ten jeden wyraz, poczem zaległa cisza. Bawole Czoło zaczął mówić:
— Niech strażnicy powiedzą, czy jesteśmy bezpieczni?
— Nie ma tu obcego, oprócz ośmiu białych, których sprowadził jeden z Miksteków! — zawołano zdala.
— To ja byłem owym Miksteka, Ilu jest was mężów?
— Przeszło jedenaścieset.
— Niech moi bracia słuchają, co im powiem! zawołał wódz. Jutro dowiecie się, gdzie tyle czasu przebywał Bawole Czoło. Teraz powiem tylko, że Juarez, Zapoteka. wyruszył, aby wypędzić z kraju Franków. Bawole Czoło pośpieszy doń z wojownikami, pragnącymi walczyć w jego szeregach. Dziś wszakże pojedziemy do hacjendy del Erina, aby pokonać przebywających tam ludzi Corteja. Jego czereda składa się z najgorszych mętów białych twarzy, dla których Miksteka nie ma litości. Kto z pośród nich nie ucieknie, musi umrzeć. Moi bracia niech się podzielą na dziesiątki dziesiątek i jada za mną. Tam, gdzie się w pobliżu hacjendy zatrzymam, zostaną konie oraz pięćkroć po dziesięciu mężów. Niech wyznaczy ich wódz Rżący Rumak. Pozostali cichaczem obejdą hacjendę, dopóki nie utworzą koła, a skoro padnie pierwszy strzał, wpadną na wroga. Zwycięstwo jest pewne, gdyż przyprowadziłem Władcę Skał, Niedźwiedzie Serce, wodza Apaczów, i Piorunowego Grota, mężnego białego wojownika.
— Uff! — rozległo się dokoła stawu.
Niebawem tłum zaczął się powoli poruszać.
— Bawole Czoło nie chce znać miłosierdzia? — zapytał Zorski.
— Nie — odpowiedział surowo. Mój brat Arbellez miał umrzeć głodową śmiercią. Niech giną!
— Ale przecież nie wszyscy!
— Przy Corteju nie ma ani jednego mężnego człowieka. Niech giną! Miksteka miażdży takie gady.
Pochód ruszył z góry wężykowato, z Bawolim Czołem i jego przyjaciółmi na przedzie. Na dole puszczono konie w galop. Znaleziono się wreszcie na obszernej równinie, oddalonej o niecałą milę od hacjendy. Wszyscy zeskoczyli z koni, oprócz Zorskiego.
— Czemu brat mój nie zsiada? — Zapytał Bawole Czoło.
— Pojadę do hacjendy. Może się zdarzyć, że napadnięci, straciwszy nadzieję ocalenia, zabiją Arbelleza. Temu zamierzam przeszkodzić.
— Podzielam zdanie mego brata.
— I ja z tobą jadę! — rzekł Helmer.
— Dobrze, jedziemy we dwóch, — odezwał się Zorski. — Ale poczekamy, aż hacjenda zostanie okrążona. Chcę zobaczyć, jak się rzeczy mają na hacjendzie; wystrzał mój będzie sygnałem do rozprawy.
Pięćdziesięciu wojowników zostało przy koniach. Oddziały w milczeniu ruszyły naprzód. Spodziewano się ujrzeć ogniska obozu, wszakże Meksykanie skupili się na dworze i w pokojach hacjendy. Dzięki temu Indianie mogli się zbliżyć. Kiedy okrążyli hacjendę, Zorski i Helmer puścili wierzchowce w cwał, jakgdyby przybywali zdala. Zatrzymali się przed wrotami i zapukali. Z zewnątrz padło pytanie:
— Kto tam?
— Czy to hacjenda del Erina? — zapytał Zorski.
— Tak — odpowiedziano.
— Jesteśmy gońcami.
— Ilu was?
— Dwóch.
— Kto was wysłał?
— Pantera Południa.
— A, w takim razie możecie wejść.
Wrota się otworzyły i obaj odważni mężowie wjechali na dwór, gdzie zeskoczyli z koni. Panował tu mrok; zaprowadzono ich do oświetlonego pokoju. Było pełno ludzi, o dzikim wejrzeniu. Jeden z nich, zapewne dowódca, zapytał Meksykanina, który przyprowadził obu obcych:
— Czego pragną ci chłopcy?
Zorski odezwał się szybko: Chłopcy?
— Macie do czynienia z sennorami. Weźcie to sobie na rozum! Przybywamy od Pantery Południa i musimy koniecznie się rozmówić z sennorem Cortejem. Gdzież jest?
Meksykanin obejrzał potężną postać Zorskiego, która sprawiała silne wrażenie na otaczających. Chciał przecież wyjść z honorem. Odparł:
— Musicie się przedtem u mnie zameldować!
— Tak! Kimże jest pan?
— Załatwiam meldunki.
— No, więc zamelduj nas pan Cortejowi! Reszta pana nie obchodzi.
Meksykanin roześmiał się szyderczo.
Dowiodę wam, że mnie obchodzi. Przebywamy tutaj na stopie wojennej. Jesteście moimi jeńcami, dopóki nie zdołacię udowodnić, że istotnie wysłał was Pantera Południa.
— Człowieku, co sobie roisz! Czy zameldujesz mnie, czy nie? — huknął Zorski.
Oho! — rzekł Meksykanin. — Teraz mówi się do mnie przez ty! Miej się pan na baczności, bo każę pana wysmagać!
— Ty śmiesz mi to mówić? Oto moja odpowiedź, kanalio!
Zorski uchwycił Meksykanina za gardło; dwukrotnie uderzył pięścią po głowie, poczem cisnął nieprzytomnego poprzez stół do kąta.
Nikt nie śmiał się odezwać. Zorski wodził płonącym okiem po zebranych i zagroził:
— Każdemu, kto mnie obrazi, może się to samo wydarzyć! Gdzie Cortejo?
— Do diabla! To na pewno Pantera we własnej osobie! — szepnął ktoś z tyłu.
Ta uwaga podziałała. Ktoś odpowiedział:
— Nie ma tu sennora Corteja, opuścił na krótki czas hacjendę. Dokąd się udał, nie wiem.
— Ale jest przynajmniej sennorita?
— Tak, nad naszym pokojem.
— Znajdę sam; możecie nas nie prowadzić.
Nikt zresztą nie śmiał iść za nim, kiedy wyszedł wraz z Helmerem z pokoju.
Józefa Cortejo leżała w hamaku i cierpiała okrutnie. Zły stan jej zdrowia pogorszył się jeszcze wskutek zlej pielęgnacji. Pocieszała ją tylko nadzieją rychłego a zwycięskiego powrotu ojca z ogromną zdobyczą.
Za drzwiami zabrzmiały prędkie, dobitne kroki. Może już przybywa? Podniosła się w niecierpliwym oczekiwaniu. Dwaj ludzie weszli, nie zapukawszy uprzednio ani się nawet nie ukłoniwszy. Co to za ludzie? Czyż już nie widziała niegdyś atletycznej postaci tego człowieka?
Broda utrudniała natychmiastowe poznanie.
— Kto to? Czego chcecie? — pytała.
— Ach, nie zna mnie już pani, sennorita? — zapytał Zorski.
Oczy jej rozszerzyły się, policzki pobladły.
— Kto? O, mój Boże, Zorski!
— Tak — uśmiechnął się w odpowiedzi. — A tu widzi pani sennora Helmera, męża Emmy Arbellez.
Józefa szybko się opanowała.
— Czego chcecie?
— O, chcę pani tylko zwrócić ten papier.
Zorski wyciągnął z kieszeni list, który odebrał od jej gońca. Podszedł do niej i pozwolił obejrzeć pismo. Jej własny list! Załamała się jej odwaga.
— Odebraliśmy od zabitego gońca pani.
— Zabitego?...
— Tak. Z całym oddziałem wpadł w nasze ręce i wszyscy bez wyjątku polegli.
Józefa była nieprzytomna. Strach ścisnął jej serce. Ledwo zdołała wykrztusić:
— Polegli? Straszne!
— Niech się pani pocieszy. Nie żal ich. Zresztą, i tak nie dotarliby z listem do celu, gdyż napadliśmy również na pani ojca, kiedy czatował na lorda. Z jego ludzi nikt nie uszedł. Czy sam ocalał, niewiadomo jeszcze.
— O Boże, o Boże! — jęknęła.
— Pah! Nie wzywaj pani Imienia Bożego! Jesteś diablicą; nie możesz się spodziewać pomocy od Boga.
Słowa te przywróciły jej nieco energię.
— Sennor — rzekła — zrozum, że jesteś w głównej kwaterze mego ojca!
— Chce mnie pani przestraszyć? uśmiechnął się Zorski.
— Jedno moje słowo, a będziesz jeńcem.
— Myli się sennorita. Oznajmiam pani, że zbliża się Juarez z wojskiem. Wasze błazeństwo dobiega dziś końca. Czy pani przypuszcza, że przybyłbym tutaj, nie zapewniwszy sobie bezpieczeństwa? Hacjenda jest otoczona; pod wałami stoi przeszło tysiąc Miksteków. Teraz mamy was w ręku.
— Jeszcze nie! — zawołała.
W obliczu wielkiego niebezpieczeństwa odzyskała przytomność umysłu. Mimo bólów, zerwała się z hamaku, chwyciła pistolet ze stołu i strzeliła w Zorskiego wołając na pomoc. Strzał chybił, Zorski bowiem uskoczył na stronę. Za chwilę już leżała na ziemi, pod rękoma Helmera. Jednocześnie rozległo się dokoła hacjendy przeraźliwe wycie. Mikstekowie usłyszeli wystrzał i przyjęli go za umówiony sygnał. Zorski skoczył ku drzwiom.
— Nadchodzą! — rzekł. — Trzymaj pan mocno te niewiastę, najlepiej zamknąć się z nią w pokoju! Muszę iść na dół do Arbelleza.
Zorski wybiegł. Wnętrze domu sprawiało wrażenie gniazda mrówek. Ze wszystkich stron zbiegali się Meksykanie, tak przerażeni, że nie zwrócili uwagi na jego obecność. Przebił się przez tłum i zszedł o piętro niżej, do piwnicy. Tam płonęło mdłe światełko. Jakiś mężczyzna stał u drzwi na straży.
— Kto jest w tej piwnicy? — zapytał Zorski.
— Arbellez i...
— Gdzie klucz? — przerwał doktor.
— Właściwie na górze u sennority.
— Właściwie? To ma znaczyć, że teraz jest tutaj. Daj go!
Strażnik ze zdumieniem obejrzał Zorskiego.
— Kto pan jesteś? Co to za alarm na górze?
— Jestem kimś, kogo masz słuchać, a ten alarm na górze nie powinien cię obchodzić. Dawaj klucze!
— Oho! Nie daję tak z miejsca. Chcę usłyszeć pańskie imię! Nie znam pana!
— Zaraz mnie poznasz!
To rzekłszy, Zorski tęgim ciosem pięści powalił strażnika. Przeszukał kieszenie leżącego i znalazł klucz. Po minucie drzwi były otworzone. Zorski wziął lampę i oświetlił przestrzeń.
Ujrzał wstrząsający widok.
Na zimnych, wilgotnych płytach kamiennych leżały trzy osoby, na poły na sobie, gdyż miejsca było tu ledwo na dwóch ludzi. Anselmo zajmował długość podłogi; na jego piersiach spoczywał hacjendero, a u stóp przykucnęła stara, wierna Maria Hermoyes. W kącie leżał kawałek zeschniętego chleba i ogarek świecy.
— Czy jest tu sennor Arbellez? — zapytał Zorski.
— Tak — jęknął vaquero, podnosząc się powoli, aby obejrzeć przybysza.
— Gdzież jest? Który?
Mówiąc to, Zorski oświetlił grupę. Odblask lampy padł i na jego twarz. Vaquero, poznał.
— O Boże, to sennor Zorski! Jesteśmy ocaleni!
— Tak, mój mężny Anselmo, nadchodzi ratunek. Jak się ma sennor?
— Żyje. Z wyczerpania może tylko szeptać.
— Winni poniosą karę. Czy sennor Arbellez może chodzić?
— O tym nie ma co marzyć.
— No, więc niech wam przez kilka jeszcze minut wystarczy świadomość wolności. Nie zamykam drzwi, aby wpuścić świeże powietrze. Muszę wrócić na górę, ale przyjdę po was niebawem. Tymczasem zostańcie z sennorem!
— O święta Panienko, co za miłosierdzie! — powiedziała Maria Hermoyes. — Czy to naprawdę pan, drogi, dobry sennorze Zorski? Czy jesteśmy, wolni, naprawdę wolni?
— Słyszycie strzały?
— Tak.
— To nasi ludzie rozprawiają się z sprzymierzeńcami Corteja — rzekł Zorski.
Stanąwszy w drzwiach, Zorski ogarnął wzrokiem pole bitwy. Mikstekowie podpalili kilka stosów drzewa. Wysoki płomień wyraźnie oświetlił miejscowość.
Meksykanie zaszyli się w kąt podwórza. Nie było ich więcej, niż dwunastu, piętnastu. Zmiarkowali, że nie mogą spodziewać się ratunku, ani oczywiście łaski, i dlatego bronili się do upadłego. Była to obrona daremna. Nie ulegało wątpliwości, że męstwo zachowa im życie jeszcze tylko przez kilka chwil.
Bawole czoło stał koło parkanu i wysyłał śmiertelne kule w tę zrozpaczoną garstkę.
— Darujmy im życie! — krzyknął Zorski. — Dosyć krwi upłynęło. Trzeba postępować po ludzku.
— Czy sennor Arbellez jest zdrowy? — zapytał chłodno wódz.
— Leży jeszcze w piwnicy. Wkrótce zaniosę go na górę.
— A więc istotnie skazano go na śmierć głodową? Nie mówcie za tym o ułaskawieniu. Arbellez jest moim druhem i bratem; muszę go pomścić!
Bawole Czoło odwrócił się, podniósł strzelbę i wymierzył.
Uwagę Zorskiego pochłonęła tymczasem inna grupa, znajdująca się nieopodal. Na ziemi leżał ranny Meksykanin i bronił się rozpaczliwie przed Miksteką, który usiłował mu przebić serce nożem.
— Łaski, łaski! — błagał ranny.
— Nie ma łaski! Musisz umrzeć! — ryknął Indjanin wściekle, chwytając nieomal omdlałego lewą ręką, a prawą podnosząc do ciosu.
— Nie jestem waszym wrogiem. Żywiłem jeńców. Beze mnie zginęliby z głodu i pragnienia.
Ale Miksteka nie zwracał na ten okrzyk uwagi. Zamierzał już przebić wroga, gdy Zorski uchwycił jego wzniesioną prawicę.
— Stój! — padł rozkaz. — Musimy uprzednio wysłuchać tego człowieka!
Indjanin zwrócił ku Zorskiemu twarz, którą uniekształciło podniecenie.
— Cóż to ciebie obchodzi? Powaliłem tego człowieka i pokonałem; życie jego jest moją własnością!
— Jeśli istotnie uczynił to, co mówi, zasługuje na ułaskawienie.
— Zwyciężyłem go, powinien tedy umrzeć!
Zorski wyciągnął rewolwer i opuścił rękę Indjanina.
— Zakłuj go, jeśli się ważysz czynić na przekór mojej woli!
Skierował lufę w czerwonowłosego, który nie mógł się oprzeć przemożnemu wpływowi postaci Zorskiego.
— Grozisz mi, swemu sojusznikowi?
— Tak. Jeśli go zabijesz, runiesz martwy!
— Dobrze. Pomówię z Bawolim czołem!
— Owszem, pomów, ale nie próbuj przełamywać mojej woli!
Miksteka podszedł do swego wodza. Zorski, nie zwracając na to uwagi, pochylił się nad rannym, który leżał na ziemi skrwawiony.
— Powiadasz, żeś żywił jeńców? — zapytał.
— Tak, sennor, — odpowiedział zapytany. — Dziękuję panu, żeś powstrzymał Indjanina; byłbym zgubiony.
— O jakich jeńcach mówisz? O tych trzech, którzy leżą w piwnicy. Codziennie przez dziurę dawałem im chleba, wody i świec. Prosił mnie o to jeden z moich towarzyszy, który musiał wyruszyć z Cortejem. Spodziewam się, że pan będzie miał wzgląd na to, sennor.
Zorski domyślił się, że Meksykanin mówił o tym człowieku, któremu stale zjawiało się oblicze hacjendera, i który, umierając w lesie nad Rio Grande, w ostatnich słowach oświadczył, że dawał jeńcom chleba i wody.
Dobrze — rzekł. — Będziesz żył, ale jak tam twoje rany?
Zorski zbadał go szybko; wynik nie był zły.
— Nie jesteś ranny niebezpiecznie. Osłabił cię upływ krwi; nałożę ci opatrunek.
Uspokoił Meksykanina, opatrzył, o ile można było najszybciej, i polecił rannego opiece obu Miksteków, którzy stali z pochodniami w sieni.
Tymczasem walka dobiegła końca. Ostatni Meksykanie padli. Tylko poza murami, w szczerym polu rozlegały się jeszcze odosobnione strzały. Niedźwiedzie Serce podszedł do Zorskiego, który stał przy wejściu.
— Zwycięstwo — zameldował z właściwą sobie zwięzłością.
— Czy uciekł który z wrogów? — zapytał Zorski.
— Zaledwie kilku.
— Niech sobie drapie! Zemsta była dosyć krwawa.
— Czy sennor Arbellez żyje?
— Tak. Pójdziemy do niego.
Przyłączył się do nich Bawole Czoło. Nie napomknął nawet o incydencie z przyczyny rannego Meksykanina. Udali się do piwnicy, gdzie znaleźli zwolnionych jeńców pod opieką Miksteków, których posłał Zorski.
Bawole Czoło ukląkł przy Arbellezie.
— Czy zna mnie pan, sennor? — zapytał.
Hacjendero skinął głową.
— Czy bardzo pan cierpi?
Jęk, który wydobył się z piersi starca, był wymowniejszy, aniżeli słowa. Okrutnie musiał cierpieć.
— Wielu odważnych Miksteków zostało rannych w bitwie, oświadczył Zorski ale nade wszystko pomoc lekarska należy się sennorowi Arbellezowi. Zanieśmy go do jakiego wygodnego pokoju!
— Ja będę go pielęgnowała — rzekła Maria Hermoyes. — Nie spocznę, dopóki nie wróci do sił.
Zorski pośpieszył naprzód, aby znaleźć odpowiedni pokój. Badanie dopiero wykazało, jak starzec bardzo schudł i zwątlał.
— Pomszczę swego brata Arbelleza — oznajmił Bawole Czoło. — Nikt mi w tem nie zdoła przeszkodzić. Gdzie jest ta, z której rozkazu musiał cierpieć?
Najlepiej mógł na to pytanie odpowiedzieć Helmer, który właśnie wszedł do pokoju.
— Leży spętana w pokoju Emmy — rzekł. — Jutro urządzimy nad nią sąd. Przede wszystkim muszę przywitać się z ojcem.
Helmer nachylił się nad Arbellezem i pocałował go w blade wargi.
— Oto jest chwila, do której tęskniłem przez długie lata, — rzekł. — Teraz spełniło się moje życzenie, i teraz może się rozpocząć zemsta.
Arbellez o tyle odzyskał siły, że mógł podnieść rękę. Położył ją na szyi Helmera i odpowiedział szeptem:
— Niech cię Bóg błogosławi, synu!
Był zbyt osłabiony, aby jeszcze coś powiedzieć, ale twarz jego mówiła wyraźnie o szczęściu, jakiego doznawał, patrząc na zięcia i myśląc o rychłym spotkaniu z córką. To zespolenie wyrazu szczęścia i boleści było tak wzruszające, że nikt z obecnych nie mógł się powstrzymać od łez.
Fernando podszedł do Arbelleza i położył mu rękę na czole.
— Pedro Arbellez, czy znasz mnie?
Chory patrzał przez kilka chwil na dobrotliwe rysy pytającego, poczem jakby promień słoneczny, rozjaśnił jego twarz.
— Hrabio Fernando! Mój dobry, kochany panie! O Boże, dziękuję ci, że mi tyle dałeś radości!
Teraz wyczerpały się jego siły. Przymknął oczy. Niedźwiedzie Serce wziął go za prawą rękę i powiedział:
— Niech chory brat znowu odzyska zdrowie i szczęście. Ale ci, którzy go dręczyli, muszą doświadczyć naszej zemsty. Jutro przy pierwszym promieniu słońca odbędzie się sąd nad nimi! — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.