Sen odrodzenia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Bogumił Aspis
Tytuł Sen odrodzenia
Data wydania 1869
Druk Drukarnia Czerwińskiego i Spółki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SEN ODRODZENIA
PRZEZ
BOGUMIŁA ASPISA.
Bogumił Aspis - Sen odrodzenia str 3.png



WARSZAWA.
w Drukarni Czerwińskiego i Spółki.
przy ulicy Śto-Krzyzkiéj Ner 1325.
1869.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 12 Iюня 1869 г.




Pani
Kazimierze z Pietraszewskich
Mosch
w dowód głębokiego szacunku i uznania
poświęca
autor.
Pani!
Pełne poezyi słowa Twoje, szczytne treścią Twoje zdania, natchnęły mi pomysł do tego utworu; — pozwól więc, bym jako Siostrze w duchu, złożył Ci go teraz na znak wdzięczności.
∗             ∗


Są... ślepi, którzy szukając Boga po świecie, nie chcą Go widzieć we własnéj myśli nawet, — choć On tam jest.
Nicość, mówią, to Bóg, — choć czują, że niéma nicości!
Są... mędrcy, którzy o prawdę pytając, wypatrują jéj w samych cieniach. Patrząc w nocy tylko, jak sowy, krzyczą we dnie, że niéma słońca, dlatego, że przymknęli oczy.
Są... apostoły, z poświęconym olejkiem na głowie, co prorokując światu Królestwo Niebieskie, nic chcą badać nawet, gdzie ziemskie się kończy.
Moraliści, — co wołając: „kary, kary dla złego!“ wierzą zarazem w wieczność cnoty i zbrodni na ziemi.
Purytanie, — co tak jasne gmachy budują dobru, że aż sami nie wiedzą potém, któremi drzwiami wéjść do nich.
Zatabaczeni archiwiści wiedzy...
Tandeciarze światła...
Prawowierni, do tego stopnia prawi, że aż... Oprawcy!
Poczciwcy, — którzy myślą, że o długich uszach najłatwiéj się dostać do nieba.
muły błędne, które grunt mierzwiąc, chełpią się, że sieją zboże.
Woły robocze, co wziąwszy raz po za siebie pługi, chciałyby niémi orać samo słońce.
............ Są krytycy tak płodni, tak krytykujący zawzięcie, że aż czasu nic mają sami coś utworzyć.
Sędzie sztuki, liczący przedewszystkiem jamby i choreje w wierszach, a potem... potem dopiero... znowu choreje i jamby.
Są... którzy utrzymują, że poezyja, jeśli chce być żywotną, koniecznie służyć celom dnia i godziny powinna.
że... uczuciowość jest najpowabniejszém tłem sztuki.
że... Kochanowski księciem jest poetów polskich.
Karpiński, — wieszczem o złotych, nie o bawałnianych strunach. Są różni, różni jeszcze, co różne mówią rzeczy.
Otóż autor niniejszéj książeczki ze wszystkimi tymi się nie zgadza i dlatego napisał Sen Odrodzenia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A propos! — Chciałem jeszcze nadmienić, aby te kilka zdań niedbale rzuconych, mogły być uważano za wstęp zarazem do drugiéj niejako części drukowanego obecnie poematu, — części, któréj myśl w pierwotnym planie jednę zupełnie całość ze Snem stanowić miała, a którą oddzieliwszy jednak następnie w ten sposób, będę miał honor pod tytułem „Życie”, przedstawić wkrótce czytającéj Publiczności.

Bogumił Aspis.


Długo słuchałem, o Boże Syjonu,
Jak płód wylęgły z brudnéj, ziemskiéj pleśni,
Słał Ci do nieba stąd obłudne pieśni,
Śmiéch i bluźnierstwa słał do Twego tronu!
Długo patrzałem, jak Fałsz przystrojony
W maskę świętości, siał noc po Twéj roli;
Jak noc ta rosła na przekorę — woli,
Na krzywdę jasnéj — sług Twoich — korony.
Jak rzesze wiernych w walce z nią po ziemi
Padając potém, — urągały Tobie;
Jak Śmierć usiadłszy na poległych grobie,
Raziła wtedy niebo śmiechy swemi:

A raz zamarłe tak pod jéj tchem kwiaty,
Prześliczne kwiaty Twoich winnic, Panie!
Czekały darmo na zmartwychpowstanie,
Na dawną świeżość i na dawne szaty!
Długo patrzałem, jak na rady głucha,
Nędza, — w łachmany tuląc drżące żebra,
Szukała tylko złota... złota! srebra!
Choć przed nią stały żywe skarbce ducha,
Jak Mierność, próżnią cynizmu obrzydła,
Widząc, że nic jéj oporu nie stawi,
Szła nieraz pośród zbrodni i besprawi
Przez świat, — świat cały garnąc pod swe skrzydła!
............
Słyszałem klątwy, słyszałem — modlitwy;
Widziałem cnotę i — zbrodnię zawziętą;
Zgodę, — w rozumnéj miłości poczętą.
I wszczęte w głupiéj nienawiści, — bitwy.
Widziałem nogi okute w kajdany,
Gorzéj!... widziałem serca okowane;
Słoneczne myśli i — czoła miedziane
I niewolników i wyniosłe pany.

Widziałem hańbę i widziałem — wieńce;
Głośne tryjumfy, głośniejsze spodlenia;
Wzniosłe czułości, nieczulsze sumienia;
Blade bezwstydy i — jasne rumieńce.
Widziałem zbirów, widziałem — proroki;
Widziałem biednych i bogatych roje;
Krwi czarnéj prądy i czystych łez zdroje;
Poziome głupstwa i — rozum wysoki..
Dusze poczciwców upojone szałem
I hypokrytów malowane maski;
Mroki, mgły czarne — i świty i blaski;
Morza promieni i — błota, widziałem!..

Lecz dusza moja, głodem wiedzy drżąca,
Pełna naprzemian ekstaz i obrzydzeń,
Ślepiona czarem tylu sprzecznych widzeń,
Darmo szukała wśród nich — Prawdy słońca!
Darmo pytała mądrych tego świata,
Wielkich derwiszów, proroków natchnionych,
O klucz do wszystkich tych dziwów stworzonych,
Które moc Boża w jeden dramat splata.

Pytała darmo, gdzie koniec Powieści,
Któréj Bóg wielkie rozwarłszy stronice
I któréj dawszy nadpis — Tajemnice,
Dojść nie pozwala, co ta w sobie mieści..
Aż błędna padła na wspaniałe płyty
Własnéj świątyni, jaką budowała
I długo, długo tam leżąc, płakała
Biednych pamiątek swej myśli rozbitéj;
Aż noc ją zaszła.. omgliły ją mroki,
Niechybne złego i obłędu gońce,
Że zapomniała wśród nich, czy jest słońce
I Bóg jest, gdzie! tam... na wyży wysokiéj!

I z duszą taką powstawszy nanowo,
Gdy-m w świat znów poszedł i w dal znów spojrzałem,
Nic nie dostrzegłem, już nic, w świecie całym,
Tylko czczość jednę i próżnię grobową.
Dawne mi dziwy gdzieś znikły z przed wzroku.
Ziemię zaległy puszcze i cmentarze,
A zamiast ludzi, tylko jakieś twarze
Blade i trupie, snuły się po mroku —

Tak marom dany na pastwę i nudzie,
Suchém ziewaniem wykrzywiając usta,
Po morzu cieni płynąc, jak łódź pusta,
Zagrzązłem wkońcu cały w błocie — w brudzie...
Aż pełznąc, gdzie mnie daléj zmora wlekła,
Przełażąc z kałuż do większych kałuży,
Gdy-m czuł, że nocy nie zniosę już dłużéj,
Stanąłem nagle u jasnych wrót — Piekła!

U jasnych, mówię, bo takiemi były!
Czerwone ognie wiały przez ich kraty;
Żużle i lawy skrzące jak szkarłaty,
Przez spód i wierzch ich rzeką się toczyły...
Gdy-m w próg ich wstąpił, błysnęły mi łuny
Wielkich pożarów, niby krwawe słońca
I, gdzie-m nie spojrzał, zewsząd, jak z tysiąca
Paszcz, biły w pomrok, błyski i pioruny!

To téż, wracając z niewoli sułtana
Jeniec, tak lubéj w objęcia nie chwyta,
Ani się czuléj z własnym bratem wita,
Jak ja-m u wrót tych przywitał — Szatana!

— „Bądź mi pozdrowion, rzekłem, Druhu jasny,
Monarcho ogni! — Ty-ż to? widzę-ż Ciebie?..
Ty, co-ś już z Bogiem królował raz w niebie
I niebo rzucił, by mieć tu tron własny;
Co-ś zdobył mocą tajnie tego Boga,
W mgle których ludziom, nam, żyć, ach! tak trudno...
Witaj mi, Królu, z swą krainą cudną!
Bądź pozdrowiony u własnego proga! —
Pytasz się wzrokiem, ot, stojąc zdaleka,
Jaka mnie śmiałość w te strony zawiodła..
Wiem, o wiem! — ziemia zanadto jest podła,
By wprost do piekieł prowadzić — człowieka...
Przez śmierć tu wchodzą, a ja... dyszę jeszcze!
Tak jest! Gdy życiem, krew, co nie zakrzepła,
Pierś, — co drga długiém umęczeniem ciepła,
Mózg, — którym trzęsą wszystkich wstrętów dreszcze,
To-m ja nie umarł dotąd, to-m ja — żywy!
Ha! toć i ziemskie mam jeszcze łachmany:
Kości i ciało i na piersiach rany
I krzyż na grzbiecie bolący... prawdziwy!
Dziwisz się — tak jest! — że w téj nędznéj szacie
Staje przed Tobą — przed złym, ale... duchem!

Ja — syn materyi, skuty jej łańcuchem,
Płód wyrobiony na zmysłów warsztacie!...
Nie dziw się bardzo! — Mam i ja swe prawa
Do tego świata ogni, wielki Królu!
I ja-m nie przybył tu z śmiechu lecz — z bólu,
Z którego-ś powstał i Ty... jak się zdawa!
I mnie, jak Danta, pieśń tu nie zaniosła,
Jak Orfeusza — miłość Eurydyki;
Ani-m tu nie zszedł, jak ów Tyfon dziki,
Z głuszącą wrzawą chwały... bożka-osła!
Jak mnich, nie zszedłem tu z wodą święconą,
By gasić ognie, co palić się muszą, —
Ani, jak Voltaire, z rozszalałą duszą,
By tylko zrobić, co robić wzbroniono...
Nie! — Mnie tu tylko cierpienie zawiodło;
Ból, żem dojść nie mógł, gdzie do Prawdy droga;
Chodziłem z Bogiem — dziś: pomimo Boga,
Byleby za nią!! — oto moje godło.
Wiec Ty, co-ś w mękach téj saméj rospaczy,
Rozszedł się także z Niebem, wielki Duchu!
Ty mi dziś powiesz, co ten, na łańcuchu
Wieków zwieszony sfinx stworzenia, znaczy.

Co są w nim ciągłe słońc z mrokiem, zapasy;
Tego, co złém zwą, z dobrém walka wieczna;
Gdzie przystań wszystkich tych sił ostateczna;
Toń, co pochłonie te wieki i czasy!
Czy w saméj rzeczy, kiedyś, człowiekowi
Sądzono dopiąć marzeń, wiary celu
I z wróżb tysiąca, z przepowiedni wielu,
Sprawdzić choć jednę: że go śmierć odnowi...
Czy też... (o, jakże braknie mi sposobu
Znieść te myśl samę!) — podobny płazowi
Człowiek w proch legnie i, nikt mu nie powié,
Nikt, nikt już więcéj: „rzuć proch ten! wstań z grobu!?”
I ciemnym wieków przysypana pyłem,
Ludzkość — ów olbrzym o słonecznych planach,
Legnie w brud — wkurzę — na śmiecie — w łachmanach!
I ja zapomnę z nią razem, że żyłem!?...
Duchu mój! Duchu! wszak cały ten przedział
Strasznych tajń, co mnie od Ciebie dziś dzieli,
Ty zniszczysz — prawda?... powiész, skąd się wzięli
Ludzie, Bóg... Czemużbyś mi nie powiedział?...
Toć spójrz mi w serce! — Gdy gardzić swym stanem,
Urągać Niebu, ziemi nienawidziéć,

Wszystkiém, co tylko z krwi, z ciała, się brzydzić...
Jeśli być takim, znaczy być Szatanem, —
To czyż ja-m Ciebie, państw Twoich niegodny,
Czyż nie wart jestem progów tego Piekła,
Złość, czy gdzie może być już bardziéj wściekła
I być tej ziemi syn... bardziéj wyrodny!!?...”

To rzekłszy, i okiem wpartem w jasne blaski,
Utkwioném w widmo płomienne Szatana,
Chciałem już przed nim upaść na kolana
I tak, na klęczkach, błagać jego łaski...

Lecz on cóż na to?...
On rozdarł się śmiechem,
Że wszystkie piekieł posady zadrżały...
— „Tobie-ż to, krzyknął, pyszałku zuchwały,
Kalać to państwo ogni swym oddechem!?
Tobie! coś powstał, jak każdy płaz — z błota,
Wylągł się w brudnym męcie ludzkiéj chuci,
Nad czyją dolą sam Bóg aż się smuci,
Tobie wstępować w ten próg tu — w te wrota!?

Bólem się chełpisz? — co! — że masz sto znaków
Krwawych na piersi, tysiąc brózd na czole?
Głupi! czyż myślisz, że-m ja tu przez bole
Zstąpił, — że Piekło przytułkiem... żebraków!
Że dość miéć rany u nóg od łańcucha,
Szramy na grzbiecie, twarz siną, wzrok blady,
Na czole — ziemskich waszych tortur ślady,
By stać się godnym tych przybytków ducha!?..
Złością się chełpisz? — Ha! w nadmiarze męki
Może-ś wpadł kiedy w wściekły gniew, w szaleństwo:
Zaczął dowodzić ludziom, że męczeństwo
Twoje niegodne ich bliźnięcéj ręki?
Lub, gorzej! — może-ś butną nadzian miną,
Na szczudłach pychy, z niemym zgrzytem w gębie,
Wspiął się wysiłkiem myśli w niebios głębie
I tam w twarz komu plunął... wzgardy śliną!?
Głupi powtórnie! — trzykroć! — stokroć głupi!!
Sądzisz, że złość ta za siłę ci stanie,
Za moc, przed którą Bóg-by się, niebianie
Ulękli... choćby braci twych ród trupi?
Że, gdy się nadmiesz takich gniewków szałem,
Potrafisz wstrzymać, zbić z toru, w jéj biegu.

Choć jedne gwiazdkę w tym światów szeregu,
Zmienić choć jeden pył w stworzeniu całém!?..
Więc cóżby piekło otrzymało w Tobie?
Nędznego szpiega swych tajń, czynów świadka,
Co-by przejąwszy wiedzę do ostatka,
Stanął mu jeszcze wrogiem na tym globie?...
Idź precz stąd! — albo wszystkie te orkany,
Co dmą poza mną, wymierzę na ciebie
I w wrzącém morzu tych łun cię pogrzebię,
Że pryśniesz od nich, jak.. garnek gliniany!
Precz!!” wrzasnął znowu... Aż piekieł pożogi,
Tchem tego słowa bardziéj rozdmuchane,
Rzuciły na mnie blaski tak świetlane,
Że strach przed niémi ściął mi całkiem nogi..
I choć już teraz sam uciekać chciałem,
Choć sam pragnąłem już ciszy i cienia,
Stałem na miejscu, — jak posąg z kamienia,
Zdrętwiały myślą i bezwładny ciałem!

Nagle.. przygasło wszystko. — Jakby z słońca
Strącony rzutem niewidzialnéj dłoni

W przepaść odrazu, poczułem na skroni
Znów chłód i w oczach znów noc.. noc bez końca!
Ślepiące dotąd mnie blaski i dziwy
Znikły snem, padły gdzieś jak w głąb’ bezdenną,
Pozostawiając tylko próżnię senną
I mrok po sobie.. grobu mrok prawdziwy! —
Chmury mgieł gęstych, niby czarne ptaki,
Szerokie skrzydła rozwiódłszy nademną,
Zawisły w górze — w krąg — opoką ciemną,
Brudne po dali rozmazując szlaki.
Niżéj tam, z dołu, — jakieś szare dymy,
W bezkształtnych kłębach buchając z pod ziemi,
Szły w górę, rzędem, słupami wielkiemi,
Jak szturmujące do nieba olbrzymy!
Tam widma jakieś, marzeń Fausta godne,
W dziwnych podskokach biegając dokoła,
Blade o głazy rozbijały czoła,
Gryząc się wzajem, jak hijeny głodne.
Trujące mjazmy, rudémi plamkami
W mgłach tych się rojąc, niby osy krwawe,
Szczypały mózg mi, — sprawiając w nim wrzawę,
Że-m, zda się, brzęk ich rozróżniał uszami.

Lecz.. jakież pióro lub pędzel, — widziadła,
Krwią malowane sny, — opisać w mocy
I mrok bez granic téj okropnéj nocy,
Co teraz znowu na duszę mi padła!
Stałem w niéj, trzęsąc się, jak maszt wśród burzy,
Miotany dziką grą potężnych fali,
Gdy już ich parcia nie może znieść daléj,
Ani się miotom wichrów oprzeć dłużéj..
Pijany gniewem, przekląłem nadzieję,
Co mi raz jeszcze zgasła, jak sen z wodny..
„Nieba-m niegodny! i piekła-m niegodny!
„A ziemi nie chcę! więc.. gdzież się podzieję!?”
Wrzasnąłem w bólu i — w sercu przesiąkłém
Niewiarą, darmo szukając otuchy,
Upadłem wkońcu, zmięty jak liść suchy,
Przed wielką Boga przemocą — ukląkłem...
Ach! czy-m się modlił tu, by zakląć burzę
Myśli, — pacierza czarem zdobyć szczęście, —
Nie pomnę... Ręce miałem zmięte w pięście
A usta z zgrzytem zwrócone ku górze!
Lecz pomnę, jako w czarnéj mgieł topieli
Wzrok nurzać daléj, — nagle świt ujrzałem,

A w nim, na niebios widnokręgu białym,
Jak z wód wstającą, cudną postać w bieli...

Szła w wyż, ciemności rozrzedzając wkoło
Promienną strugą rozsypanych włosów,
Skroń miała w wieńcu z gwiazd utkanych kłosów,
W zorzy z rubinów samych — miała czoło..
Dwa dnie paliły się w Jéj jasnych oczach,
Na licach grały poranku szkarłaty,
Lekkie, jak z piany morskiéj, miała szaty
I — skrzydła śnieżne, jak mgły na przezroczach.
Powodząc długim swéj sukni ogonem
Po wierzchu mroków, co zaraz pierzchały,
Płynęła ku mnie, niby łabędź biały,
Z wejrzeniem w padół, gdziem klęczał, utkwioném.
I czém płynęła tak prędzéj, — tak bliżéj, —
Tém szersze od Niéj szło po niebie zorze
I — światło, w większe rozlewane morze,
Bujniejsze błyski miotało po wyży..
Aż wkońcu, gdy już stanęła tak blisko,
Że-m prawie czołem dotykał Jéj nogi,

Słońce zaskrzyło, niby kamień drogi
Na niebios kręgu i... dzień oblekł wszystko!
I wtedy moja Anielica biała,
Szeleszcząc cicho skrzydłami śnieżnémi,
Spłynęła resztą postaci do ziemi
I przed klęczącym mną się zatrzymała, —
I gdy-m ja jeszcze, wskróś trwogą tajemną
Przejęty, drętwiał w dawnych snów wspomnieniu,
Ona mi palec kładąc na ramieniu,
Rzekła z słodyczą: „Powstań i chodź ze mną!”
Rzekła.. Ach! głos Jéj nazywac-że mową?
Dźwięk z szkła dobyty pod dmuchnięciem Bożém,
Co ci głąb’ duszy kraje niby nożem
I serce wierci, jak klingą stalową, —
Dźwięk taki słowem nazywać! — wyrazem!?...
............
Powstań! — Gdyś długo na gwałt dzikiéj burzy
Wystawion, — w końcu, jak ścięty dąb duży,
Runął pod losów przemożnych żelazem;
I wysilony przekorą daremną,
Legł z wiedzą, że ci już umrzeć potrzeba,
A wtedy przyjdzie do ciebie Duch z nieba

I rzeknie słodko: „Powstań i chodź ze mną!”
Powstań! — Gdyś śmiały na życia okręcie
Wypłynął w Przyszłość, — nagle nawałnica
Nadchodzi.. Grad ci i deszcz miota w lica..
Statek i ciebie zanurza w odmęcie..
Chwiejesz się.. Wzrok ci już zaszedł mgłą ciemną...
Fala cię wzniosła i znów kładzie na dnie
I toniesz, — wtedy jakiś głos się kradnie
Przez mrok ku tobie: „Powstań i chodź ze mną!”
Powstań! — Gdyś wyszedł w głąb’ puszczy pielgrzymem —
Po skwarnych piaskach już zszedłeś pół drogi —
Nagle ci niemoc jakaś plącze nogi..
Przestwór się w dali kłębi kurzu dymem..
Stajesz.. i widząc jak los ci nikczemną
Śmierć chce zgotować, jéj widmem rażony
Już padasz, — zrazu słyszysz głos od strony
Nieba, głos zbawczy: „Powstań i chodź ze mną!”
Powstań! — Widziałem, ach! wielu na ziemi,
Co pod brzemieniem mniejszych nieszczęść legli,
A których jednak w sztuce leków biegli,
Nic odwskrzesili lekami swojémi..

————————
————————
Chrystus podobno wskrzeszał, lecz te boże
Czasy — daleko! Dzisiaj dni Malthus’ów
I Blanqui’ch! Zresztą.. świat, co w cud Chrystusów
Nie wierzy nawet, świat, czyż wskrzeszać może?..
Więc któż, kto była — Ona, co po sobie
Przyniosła słońce, moja Pani biała; —
Gdy przyszła do mnie i „wstań!” zaszeptała
I ja-m wstał zaraz.. choć już byłem w grobie?

Przybyła — tak jest!.. Okropną noc śmierci
Z ócz mi zdmuchnąwszy, rzekła: „wstań’“ i wstałem
Mocny, jak gdyby-m miał iść z piekłem całém
W krwawy bój, — piekło miał szarpać na ćwierci!
„Chodź ze mną!” rzekła — i blaski, szkarłaty
Siejąc dokoła, że mi aż krew w łonie
Ogniem przesiąkła, — wzięła mnie za dłonie
I tuż za sobą, powiodła na światy.
I poszliśmy tak, — Ona wprzód, ja za Nią, —
Grzbietem promieni, co od słońca biły,

Bez szmeru, cicho, jak dwa Duchy siły
Strzegące snu umarłych.. nad otchłanią.
Poszli nad ziemią, patrząc hardo w doły,
Gdzie się czerniły grody, świątyń wieże,
Pobojowiska i lasy drzew świeże
Z gniazdami, — z których sfruwały sokoły..
I szli — szli długo.. aż wkońcu stanęli
Na ponadniebnym szczycie jakiéjś góry —
Podnóże miała oparte na chmury,
A boki całe, jak ma Pani, w bieli.
Ze szczytu, — niby w dół zwieszone włosy,
Płynące sutą kosą aż do ziemi,
Spadały wody wstęgami srebrnémi,
Sine po niżach rozpryskując rosy.
Nad szczytem, — w głębi ledwo doszłéj okiem,
Precz, precz.. w mgłach próżni, jakby orzeł złoty
Zwisły na skrzydłach, — jaśniał Krzyż Golgoty
Pod baldachimem słońc i gwiazd, szerokim..
A wkoło, w dali, — przed nami, — za nami, —
Jak w panoramie wieków rozstawionéj,

Bielał i szarzał cały świat stworzony,
Z życiem dni naszych, — z przeszłości gruzami!..

I obróciwszy się tu moja Pani
Ku mnie raz pierwszy dopiero, — stanęła..
Potem skroń moję nagle przygarnęła
Do swojéj, jasną twarz złożyła na niéj
I rzekła wreszcie: „Teraz w ręce moje,
Śmiały żeglarzu! — na pierś! — pod pieszczoty! —
O tak!!.. gdy-ś z mroku, z padołu ciemnoty
Wszedł jeszcze ze inna w te światła podwoje!
Wiesz-że, gdzie jesteś? — że ja ci tysiące
Słońc tu sprowadzę pod nogi za chwilę
I przy ich blasku powiem rzeczy tyle,
Że się myśl twoja sama zmieni w słońce!
............
Słuchaj! — gdy-ś pierwszy raz odkrył źrenice,
Miałeś dwie matki zaraz nad kołyską..
Jedna i druga były ciebie blisko,
Obie z miłością patrzały w twe lice —

Ty-ś widział jednéj twarz tylko.. co miała
Pierś, jak śnieg białą, którą pokarm słodki
Lała ci w usta, — co cacka, błyskotki,
Gdy-ś płakał, w ręce ci małe wkładała.
Drugiéj, — co stała na marzeń twych straży,
Co, gdyś spał, tchem swym karmiła ci duszę,
Téj.. ach! ze smutkiem to przypomnieć muszę, —
Nie znałeś nigdy, nie widziałeś twarzy!
Jednakże ona kochała cię może
Bardziej niż tamta; jednakowoż ona
Zeszła, twym płaczem z niebios przywabiona,
Wprzód niźli tamta nawet, nad twe łoże:
Tak! — i usiadłszy ponad twojém czołem,
Z źrenicą tęskno w twą przyszłość wpatrzoną,
Długo ci była przed bólem zasłoną,
Przed mrokiem — tarczą i.. Stróżem-Aniołem.
O czemuż, powiedz, rzuciłeś ją potém?
Czemuż musiała na tém jasném niebie
Tyle dni smutnych wprzód czekać na ciebie,
Nim w jéj próg znowu wstąpiłeś z powrotem?
Lepsze-ż ci były, — milsze te targania,
Co-ć własny rozum wzdęty żółcią pychy,

Własna sprawiała mądrość, — niż szept cichy,
Pieszczoty, pieśni jéj i całowania?
Chciałeś rozumem swym zawstydzić Nieba?
Samym rozumem zmierzyć Stwórcę swego,
Ty — który-ś serce otrzymał od Niego
Większe, niż na to, by kochać Go, — trzeba!?..
Patrz oto!
Widzisz ten cały dokoła
Świat się toczący na ognistych kręgach,
Wiszący w próżni o własnych potęgach,
Z których najmniéjszéj nic zniszczyć nie zdoła?
Jest-że, patrz, pył gdzie, — cząstka, w tym obszarze,
Coby do reszty innych nie przypadło,
W ich skład się niby nieproszona wkradła,
W zgodnéj z całością reszty nie szła parze?
Wszystko, jak gdyby w jeden cud zaklęte,
W jeden hymn żywy, — gra, — wiruje, — pędzi
Po lat piętrzącej się wężem, krawędzi,
W krąg — w dal — w wyż wiecznie, — jak sen nieujęte!
Wszystko, jak gdyby z jedynego słońca
Na milijony blasków rozsypane

I znowu w wielki jeden dzień zebrane,
Patrz, jak się pali — drży — łyska bez końca!
I ty, ty chciałeś.. pracą saméj głowy,
O zimnych tylko rozumowań sile,
Zbadać Potęgę, co na marnym pyle
Wyniosła cały ten gmach kryształowy!?
Chciałeś, — stanąwszy z swą pychą na stronie,
Jak gdybyś nie był sam cząstką stworzenia,
Poznawszy światło dopiero z imienia, —
Zdobyć dzień, który w roju tych słońc płonie!?..
Niebaczny! — alboż to, co Miłość tworzy,
A czemu Mądrość plany tylko kréśli,
Można zrozumieć władzą samej myśli,
Zgasiwszy w piersi płomień uczuć boży?..
Patrz jeszcze!
Widzisz tę ziemię w oddali,
Te rozsypane po smugach jéj grody,
Rojami w nich się mrowiące narody
I potem Krzyż ten, co w górze się pali?
Cóż ten Krzyż znaczy?.. wiesz-że ty, dlaczego
Bóg go zawiesił nad czarną tą bryłą

Wprzód jeszcze, zanim Prorokom się śniło,
Że Chrystus umrze przykuty do niego?
Czy.. że już ludzi poświęcił raz z góry
Na mękę? pierwéj, nim jeszcze ich stworzył,
Wściekłość jędz wszystkich przeciw nim rozsrożył
I potem zesłał na łzy, na tortury!?..
Nie! — Bogu wasze zbyteczne cierpienie,
Lecz Bóg, Bóg tworzyć musi.. i duch Boży
Z łańcuchów błędu, z pomroku rozdroży
Wznosić się musi przez walkę, — w promienie!
By wesprzeć ducha w téj jego szermierce
Z mrokiem, walczącym aby dać wygranę, —
Stwórca w jątrzącą się ich piersi ranę,
Za kruche żebra ich ciał, złożył — serce!...
Serce, to — ogień! — to Znicz, co w snach wiary
Tych, co już dawno dziś śpią po cmentarzach,
Miał się przez wieki na ludzkich ołtarzach
Palić, by ziemi rozgrzewać obszary.
To święty płomień z niebieskich przedsieni.
Tchem ducha, drzewem wiedzy podsycany,
Któremu ciasne.. tego świata ściany,
Gdy go Bóg w pożar miłości zamieni!

Serce — to zorza, co na niebios stoku,
Drzemiącym we śnie już jasnym dniem świéci,
Nim jeszcze słońce-myśl nad sen ich wzleci
I nim rozproszy sobą resztki mroku..
To grom, co czając się za piersi tarczą,
Na uderzenie czeka tylko... burzy;
To wszechmoc, — któréj ból ni trud nie znuży,
Której... zapory za podniety starczą!
Źródło od wieków lejące płyn życia,
Zdrowiące wodą swą śmiertelne rany..
To skarb! w wnętrznościach bożych dusz chowany,
Droższy, im dłużéj nie wstawał z ukrycia.
Pieśni aniołów dźwięczą w serca głosie,
Gdy człowiekowi hymn zbudzenia śpiéwa;
Łzy, które serce nad sobą rozléwa,
Podobne ceną swą.. majowéj rosie!
Wasi uczeni oparci na księgi,
W sam postęp Wiedzy z zapatrzoném okiem,
Myśląc, że Prawdę zgłuszą słów potokiem,
Spychają-serce z tronu téj potęgi;
Mówiąc, że Wiedzę sam rozum stanowi,
Że serce zawsze jedno i toż samo.

Jest jéj w postępie tylko jeszcze tamą,
Murem do dojścia Prawdy człowiekowi, —
Rzucają klątwy na ten ogień z nieba,
Jak Myśl jednakim wzniecony tchem Boga,
Niepomni na to, że do Wiedzy proga
Przez pracę serca i życie przejść trzeba!
Potrzeba kochać wprzód jeszcze, nim... badać, —
Nim myślą wątpić, pierwej wierzyć czynem, —
Sto razy wznieść się o sercu jedyném
Pod niebo z błota i w to błoto — spadać...
Cierpiéć!.. i nawet, gdy walka się zmienia
W zwycięstwo, z pychy nie budować piekła, —
Sto razy skonać, nim jeszcze śmierć rzekła:
„Umrzéj!..” — a umrzeć, to — dla Odrodzenia!
„Cóż zaś w nagrodę”, spytasz teraz może,
„Tej cierpliwości w serdecznej modlitwie,
„Tym, co walczyli i polegli w bitwie, —
„Dla bohaterów, z jakich-ż kwiatów łoże?
„Tam“, powiesz, „w górze, gdzie patrzę, wysoko
„Widzę swój wprawdzie własny krzyż wzniesiony,
„Oprawny w słońca i w gwiazd milijony,
„Idący w Wieczność, jak sam Bóg, szeroką, —

„Jasną, jak Bóg sam!.. Lecz ten czar dla tego,
„Kto skonał w bólu, by tylko wstać bogiem,
„Ma-ż być już wszystkiem? i za śmierci progiem,
„Nic, nic już więcéj, prócz czaru takiego!?”
Spytasz. A ja ci znów na ziemie wskażę, —
Znów na sterczące z jéj padołu grody,
Na te mrowiące się wśród nich narody,
Huczne ich życia targi i — cmentarze
I powiem: Zstąp tam i żyj tam raz jeszcze!
I wziąwszy hasło moich rad w myśl, — w siebie, —
Powstań, po jawnym swych błędów pogrzebie,
Wskrzeszeniem, jakiém zmartwychwstają wieszcze...
Sztukę — mnie, biorąc za piastunkę sobie,
Miłością, którą daje tylko ona,
Przygarnij razem świat cały w ramiona, —
Miłość i Wiedze równo uczcij obie..
Kochaj, co-ś dotąd tylko mierzył, badał, —
Wierz w to, co samém było ci zwątpieniem, —
W ten krzyż się patrząc, idź za jego cieniem,
A idź, choć w drodze stokroć-byś upadał..
Wkońcu, gdy sam już jak Syzyf, zszarpany,
Poznasz, żeś zrobił duch z własnego ciała,

Wróć tu, gdzie zawsze będę cię czekała
I pod mą rękę podstaw swoje rany;
I powiedz, czém chcesz miejsca bolejące
Wyleczyć wtedy... czy-ć dość, czy-ć za mało
Snu, którym wówczas uśpię twoje ciało,
W którym ci szczęścia wskażę wreszcie słońce..
Powiedz!... A jeśli, stojąc tak ot blisko,
Jak teraz przy mnie, — zechcesz mi z objęcia
Uciekać jeszcze i, na me zaklęcia
Nie przejdziesz zrazu w Wieczności ognisko,
W ton świt, nad wyż tam.. dłoń błogosławiący,
Co-ć wwiodła w życie, zrobiła człowiekiem, —
To-ś ty nie karmion chyba matki mlékiem
I jam nie Prawda, tylko — Fałsz żyjący!!...”

I gdy to rzekła, — jak cień w tarczy słońca,
Co prędzéj niknie niż jawia się oku,
Zniknęła znowu w ognistym obłoku,
Coraz i coraz żywszym blaskiem lśniąca.
A ja w Jéj cudną postać zapatrzony,
Myśląc, że w Niej się sam Bóg do mnie śmieje,

Dopiero-m odczuł w swej duszy nadzieję,
Że dojdę przez Nią — prawdy upragnionéj...
I zszedłszy zaraz w swym śnie znów na ziemię,
Gdy-m po zbudzeniu rospoczął znów życie,
Usłyszał w piersi dawne serca bicie,
W świat znowu spojrzał i na ludzi plemię, —
To mi się niebo zdało jak... ze słońca,
Ludzie, — jak w gwiazdy ubrane anioły,
Myśli, — jak w wieczność lecące sokoły,
A ziemia, — niby kochanka płacząca!...
I takiem czuciem objąwszy świat cały,
Miłością wszystko powiązawszy społem,
Długo tak jeszcze pod Górę się piąłem,
Gdzie mi się brzaski Prawdy zjawić miały;
A com rospoznał w mgłach ziemi i daléj,
Tak pnąc się myślą, z świętem serca mrowiem
Ku swojéj Pani, — tego już nie powiem,
Bobyście chyba mnie... ukrzyżowali!...
............
Uwierzcie tylko, że są wśród was bogi,
Którym wy nieraz darmo się kłaniacie,

Że nie to Mądrość, co w jéj chodzi szacie,
Przybrana przez was w birety i w togi...
Że nie to wielkie, co przez was wzniesione
I nie to małe, co przez was wyklęte;
Co wy święcicie to nie zawsze święte,
Choć nawet głosem Proroków stwierdzone!
Że często błąd wasz wart właśnie — ołtarza
Ten, co go sądzi, wart iść — w miejsce kary;
Że berła wasze, trony i tyary
Niegodne często — łachmanów nędzarza.
Raczéj, że wszystko, co jest w tym tu świecie:
Lachman i — tyara, występki i — cnoty,
By być, czém wasze je zowią... szwargoty,
Muszą poczekać na co... wy nie wiecie!...
I że to piekło, co mi się wyśniło,
Słyszycie? piekło! — tego piekła niéma...
Bo Bóg sam tylko rząd nad światem trzyma
I co jest tutaj, On chce sam, by było.
Śmiejcie się! rzućcie na mnie kamieniami!
Ba! — ja wam jeszcze powiem z pod kamieni,
Żeście wy sami nie wszyscy zrodzeni
Ludźmi... choć ciało bliźnięctwem was mami —

I, że choć duch mój darmo wśród was szuka
Brata dla siebie, — kocham was jednako..
Ot! bo miłością natchnęła mnie taką
Pani snu mego Odrodzenia — Sztuka!!

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bogumił Aspis.