Strona:Bogumił Aspis - Sen odrodzenia.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz.. jakież pióro lub pędzel, — widziadła,
Krwią malowane sny, — opisać w mocy
I mrok bez granic téj okropnéj nocy,
Co teraz znowu na duszę mi padła!
Stałem w niéj, trzęsąc się, jak maszt wśród burzy,
Miotany dziką grą potężnych fali,
Gdy już ich parcia nie może znieść daléj,
Ani się miotom wichrów oprzeć dłużéj..
Pijany gniewem, przekląłem nadzieję,
Co mi raz jeszcze zgasła, jak sen z wodny..
„Nieba-m niegodny! i piekła-m niegodny!
„A ziemi nie chcę! więc.. gdzież się podzieję!?”
Wrzasnąłem w bólu i — w sercu przesiąkłém
Niewiarą, darmo szukając otuchy,
Upadłem wkońcu, zmięty jak liść suchy,
Przed wielką Boga przemocą — ukląkłem...
Ach! czy-m się modlił tu, by zakląć burzę
Myśli, — pacierza czarem zdobyć szczęście, —
Nie pomnę... Ręce miałem zmięte w pięście
A usta z zgrzytem zwrócone ku górze!
Lecz pomnę, jako w czarnéj mgieł topieli
Wzrok nurzać daléj, — nagle świt ujrzałem,