Strona:Bogumił Aspis - Sen odrodzenia.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bez szmeru, cicho, jak dwa Duchy siły
Strzegące snu umarłych.. nad otchłanią.
Poszli nad ziemią, patrząc hardo w doły,
Gdzie się czerniły grody, świątyń wieże,
Pobojowiska i lasy drzew świeże
Z gniazdami, — z których sfruwały sokoły..
I szli — szli długo.. aż wkońcu stanęli
Na ponadniebnym szczycie jakiéjś góry —
Podnóże miała oparte na chmury,
A boki całe, jak ma Pani, w bieli.
Ze szczytu, — niby w dół zwieszone włosy,
Płynące sutą kosą aż do ziemi,
Spadały wody wstęgami srebrnémi,
Sine po niżach rozpryskując rosy.
Nad szczytem, — w głębi ledwo doszłéj okiem,
Precz, precz.. w mgłach próżni, jakby orzeł złoty
Zwisły na skrzydłach, — jaśniał Krzyż Golgoty
Pod baldachimem słońc i gwiazd, szerokim..
A wkoło, w dali, — przed nami, — za nami, —
Jak w panoramie wieków rozstawionéj,