Strona:Bogumił Aspis - Sen odrodzenia.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Co są w nim ciągłe słońc z mrokiem, zapasy;
Tego, co złém zwą, z dobrém walka wieczna;
Gdzie przystań wszystkich tych sił ostateczna;
Toń, co pochłonie te wieki i czasy!
Czy w saméj rzeczy, kiedyś, człowiekowi
Sądzono dopiąć marzeń, wiary celu
I z wróżb tysiąca, z przepowiedni wielu,
Sprawdzić choć jednę: że go śmierć odnowi...
Czy też... (o, jakże braknie mi sposobu
Znieść te myśl samę!) — podobny płazowi
Człowiek w proch legnie i, nikt mu nie powié,
Nikt, nikt już więcéj: „rzuć proch ten! wstań z grobu!?”
I ciemnym wieków przysypana pyłem,
Ludzkość — ów olbrzym o słonecznych planach,
Legnie w brud — wkurzę — na śmiecie — w łachmanach!
I ja zapomnę z nią razem, że żyłem!?...
Duchu mój! Duchu! wszak cały ten przedział
Strasznych tajń, co mnie od Ciebie dziś dzieli,
Ty zniszczysz — prawda?... powiész, skąd się wzięli
Ludzie, Bóg... Czemużbyś mi nie powiedział?...
Toć spójrz mi w serce! — Gdy gardzić swym stanem,
Urągać Niebu, ziemi nienawidziéć,