Semko/Tom III/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom III
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



IV.

Przebrzmiały śpiewy i dzwony na Wawelu, obrzęd, na który z taką oczekiwano niecierpliwością, odbył się uroczyście, wśród tego wesela, które znamionowało przybycie Jadwigi,..
Wszyscy co z uwielbieniem przypatrywali się temu aniołowi ukoronowanemu, gdy w szatach królewsko-kapłańskich, z koroną na czole, z berłem i jabłkiem w dłoni, z rozpuszczonemi na ramiona włosami, stał przed wielkim ołtarzem, promienisty, cudnie piękny, widzieli także w ciągu całego obrzędu, nie radość na twarzyczce, nie blask zwycięzki w źrenicach, ale trwogę i smutek...
Oczy zdawały się zachodzić łzami, rączki drżały dźwigając ciężkie władzy znamiona, zdawała się upadać pod brzemieniem tych szat złotogłowych...
A gdy na tronie zasiadła przy uczcie, otoczona gronem najpierwszych mężów, najdostojniejszych radców swoich, gdy zabrzmiały tu wesołe pieśni, i grzmiące trąby i okrzyki radosne, widzieli jak dwa pereł strumienie pobiegły po białej twarzyczce.
Gdy potem wreście, odprowadzana przez cały orszak dziewic i matron, poszła spocząć do swej sypialni, nie widział nikt jak się rzuciła w objęcia Hildy i wybuchnęła płaczem długim...
Wśród tego tłumu, tej wrzawy czuła się samą, sierotą nieszczęśliwą, dzień jej tryumfu był jakby pogrzebem nadziei, rozstaniem z przeszłością całą.
Tu nic, nigdzie nie przypominało jej narzeczonego, z którym ona czuła się połączona przysięgą, wspomnieniami młodości — sercem.
Znali się i kochali od dzieciństwa. Wszystkie marzenia królewnej, od czasu jak się marzyć nauczyła, snuły się około szczęścia z Wilhelmem, z młodziuchnym rówieśnikiem, wychowanym jak ona, wypieszczonym jej na męża.
Tu od czasu przybycia, nikt jego imienia nie wspomniał, nikt się nie ważył szepnąć że żył, pogrzebiono go ciszą grobową.
Matka wprawdzie kazała jej jawnie wyrzec się go dla korony i sama się zaparła wszelkich zobowiązań tylekroć i niedawno za poręką Opolczyka powtarzanych, ale sam na sam z płaczącą córką, pocieszała ją tem, że byle tron otrzymała, Wilhelma na nim posadzi.
Tu, teraz — niewidać było ani promyka nadziei...
Klękali przed nią wszyscy, ale o jej szczęściu nikt nie myślał i nie mówił.
Jedna Hilda objąwszy ją płaczącą, zrozumiała co łzy te znaczyły, i umiała ją pocieszyć. Szepnęła cichutko.
— Nie płacz, mamy tu przyjaciół. On przybędzie.
I nagle podniosła główkę królowa, wlepiając oczy w Hildę, niedowierzająco. Łzy jeszcze nie były oschły, lecz na samo to wspomnienie usta się uśmiechać chciały.
— Cierpliwości, królowo moja — szepnęła stara, wszystko czego pragniesz... stać się musi.
Piękna Elża córka Emryka Wojewody, i inne dziewczątka, które pani do sypialni towarzyszyły, nie mogły pojąć jakim cudem Hilda kilką czarownemi słowami, taką zmianę sprawiła.
Jadwiga podniosła się z nawpół dziecięcą wesołością, tak nagłą jak był smutek, poczynając o swem znużeniu, o obrzędzie, o wszystkim co mu towarzyszyło.
Każda z dziewcząt miała coś do powiedzenia, jakiś szczegół zabawny, jakieś spostrzeżenie, jakąś obawę... przebytą w ciągu uroczystości...
Jadwiga skarżyła się na ciężką swą koronę, na jabłko, które jej rękę zdrętwiło, na płaszcz, co się zsuwał z ramion.
Inne opisywały postawy panów, co towarzyszyli obrzędowi, co nieśli znamiona władzy i smiały się z tego ogromnego miecza królowej, któregoby rączki jej podźwignąć nie mogły.
Piękna czarnooka Elża nazywała żartobliwie panią swą — królem, i zapytywała czy ten, którego ona weźmie za męża, będzie się chyba musiał nazywać — królową?
Lecz na wspomnienie to zachmurzyło się piękne czoło.
Elża chcąc naprawić co powiedziała pospieszyła zaręczając, iż wie od Spytka, narzeczonego swojego, że za mąż swojego króla tak rychło wydawać nie myślą.
Lecz i to zapewnienie nie rozjaśniło czoła królowej. Więc druga Ofka coś wspomniała o lutnistach i pieśni, i polskim cytarzyście, który śpiew niezrozumiały nucił, tak jakoś tęskny, jakby nie weselnym był... W sypialni zamkniętej , pomimo oddalenia od komnat, w których ucztowano, słychać było wrzawę, szum tłumu i dźwięki muzyki, fletnie i trąby...
Niektórym z dziewcząt nóżki jeszcze drżały do tańca, lecz oczy się do snu kleiły... Hilda rozbierała z pomocą służebnych swą panią; dziewczę splatało włosy... podawano nocne ubranie, zdejmowano klejnoty ciężkie...
Zadumana królowa, spoglądała czasami nu Hildę, która dawała jej znaki porozumienia, pociechy.
Złożyła ją potem, otulając w łożu wspaniałem i kołysała objąwszy jak dziecię, szepcąc do ucha...
— Królowo! zawołasz! przyjedzie...
Z tych wszystkich ludzi nowych lub mało znanych, Jadwiga już wybrała sobie takich, co się jej zdali godniejszemi wiary... Jaśko z Tęczyna, Zawisza z Oleśnicy, Spytek z Mielsztyna, mieli dla niej twarze, co przyjaciół zwiastują, stary biskup Maleńki, którego ojciec jej kochał, był jednak najbliższym... Lecz na samą myśl zwierzenia się jednemu z nich, lice jej okrywał rumieniec.
Tymczasem wyprzedzano się, aby zabawiać młodą panią, która nic innego do czynienia nie miała, oprócz przyjmowania hołdów, pokłonów, podarków, przypuszczania ludzi do ucałowania jej ręki. Codzień starsze panie podszeptywały jej, kogo do stołu swego zaprosić miała, a każda z nich opiekowała się szczególniej jednym z otaczających. Za Spytkiem uśmiechając się mówiła przyjaciółka Elża Emrykowna, rozumna matka jej za Jaśkiem z Tęczyna, który szczególniej miłym był królowej i kochał ją jak ojciec. Sama Jadwiga prosiła ciągle małego biskupa, aby jej nie opuszczał i nie zapominał o niej. Podskarbi Dymitr z Goraja, podkomorzy Gniewosz, o którym cicho szeptała Hilda, że był bardzo królowej oddanym, byli też częstemi na zamku gośćmi.
Wciskał się i Władysław Opolski, który ze swem milczeniem, twarzą ponurą, dumną postawą i chęcią rządzenia się, niemiłe czynił wrażenie na Jadwidze.
Wkrótce po koronacyi, dopełniający jej obrzęd odbył się w Rynku krakowskim, gdzie hołd i dary złożyli królowej mieszczanie.
Wszystko to zabawiało na chwilę, dawało zapomnieć o troskach i osieroceniu, lecz z powrotem na zamek do pustych komnat, biednej pani tęskno było. Czuła się straszliwie samą, pomimo licznego dworu. Część dnia zapełniły modlitwy i kościół, drugą przyjmowanie gości, których zawsze bywało pełno, resztę... dziewczęta i ona zaczęły spędzać u krosien. Wieczorem Handslik i lutniści śpiewali pieśni, które Wiedeń przypominały i łza się kręciła w oku.
Pora roku nie dozwalała ani poznać pięknych okolic Krakowa, ani przedsiębrać wycieczek; jesień ostra i zimna zwiastowała nadchodzącą długą zimę... Rzadko zdala na horyzoncie Elża mogła zobaczyć i pokazać królowej Tatry, sinym łańcuchem oddzielające od Węgier, stojące tam jak mur na straży... Tak się rozpoczynało panowanie młodej pani.
Dla swych gości, dla tych co ją tu otaczali taką czcią i miłością, czasem posuniętą aż do uniesień i bałwochwalstwa, Jadwiga starała się okazywać twarz wesołą, a jednak wszyscy czuli w niej stłumiony smutek... Wyraz ten mimowolnej tęsknoty w twarzyczce, może jej dawał urok nowy, czarował, lecz cóż jej było po łych hołdach, gdy o swą przyszłość drżeć musiała.
Jedna tylko Hilda znała głąb jej serca i przyczynę, dla której oczy piękne, tak smutnie, błagając litości patrzały.
Codzienny gość na zamku wojewoda Spytek, który tu równie dla królowej jak dla swej Elży przychodził, dnia jednego przy biskupie Radlicy począł mówić o tem, iż główny niegdyś nieprzyjaciel Jadwigi, ten co się starał o koronę i był nawet już królem obrany, ten którego za męża chciano narzucić jej, znajdował się od niejakiego czasu w Krakowie. Na wspomnienie o tem, iż jej go za męża narzucić chciano, zarumieniła się mocno królowa czternastoletnia; oczy jej nabrały wyrazu energicznego, dziecinnej jakiejś śmiałości, i odważyła się odpowiedzieć.
— Maż kto prawo narzucić mi męża?
Pytanie to zmięszało nieco biskupa, do którego więcej niż do Spytka zdawało się wystosowane.
Biskup był człowiekiem prostodusznym i prawdomównym.
— Miłościwa pani — rzekł — narzucić nikt niema prawa, ale, gdybyś chciała wybrać takiego, któryby królestwu mógł być szkodliwym i groźnym, niestety, oprzećby się mogli ojczyce tego kraju.
Jadwiga pomyślała, i zwróciła się do Spytka.
— Książe Mazowiecki jest tu? a jam go nie widziała? Jak sądzicie, cóż go tu sprowadziło?
— Nie wiem, ale sądzę, iż pewnie chęć poddania się i pojednania — rzekł Spytek. — Ja jestem ten, do którego on podobno żal ma największy, tak przynajmniej sądzę z tego, że mi przez zemstę spalił i złupił część znaczną dóbr moich, ale pierwszybym za tem głosował, aby z nim zrobić zgodę. Biedny jest, stracił wiele...
— Mówisz jak dobry chrześcianin i jak poczciwe dziecko tej ziemi — przerwał biskup. — Zemsta jest rzeczą pogańską.
Jadwiga go słuchała z ciekawością.
— Ale książe Mazowiecki żadnego nie zrobił kroku? — spytała.
— Dotąd, nie — odpowiedział Biskup — sądzę wszakże, iż użyje arcybiskupa, który niegdyś go królem ogłosił, aby teraz pomógł mu do przejednania z naszym królem ukoronowanym.
Jadwiga nic nie odpowiedziała. Z całej tej rozmowy, w myśli jej tylko pozostało co powiedział Radlica, że narzucić jej męża nie mogli, ale, odebrać go, nie dopuścić byli w prawie.
Całe więc szczęście jej zależało od dobrej woli panów Rady. Ci się jej zdawali tak dobrzy, przywiązani, wylani, iż myślała — niemogli odebrać jej tego, bez czegoby żyć nie potrafiła.
Komuś zwierzyć się musiała? Biskup Radlica jako dawny i poufalej znajomy, zdawał się najbliższym. Czekała, aby byli sami.
Codzień zrana, ktoś ze dworu potrzebował jego rady lekarskiej, której zacny Pasterz nie odmawiał. Ze swej katedry przychodził pieszo na zamek, wstępując do komnat królowej i jej służby.
Hilda szczególniej nieustannie się na jakieś dolegliwości skarżyła, a najmniejsze cierpienie ją przerażało.
Raz Radlica znalazł się u królowej, gdy świeżo z kościoła powróciła. Służebne przyniosły mu polewką, a młoda pani siadła przy nim uśmiechając się.
— Mój ojcze — rzekła cicho — mój ojcze, miałabym prośbę do was...
Biskup z głosu drżącego, z nieśmiałości, z którą wyrazy te wymawiała, mógł wnieść, iż szło w istocie o coś nadzwyczaj ważnego...
— Rozkazujcie! — rzekł żywo.
— Nie znam dobrze położenia mego — mówiła Jadwiga nieśmiało i wahając się, a głos jej coraz cichszym się stawał. — Wiecie, że w dzieciństwie byłam przyrzeczoną i zaślubioną księciu Wilhelmowi. Niedawno jeszcze, na nowo umowa ta potwierdzoną została, ręczył za jej spełnienie ks. Opolski... Potem, potem matka przymuszona umowę tę unieważniła... a potem jeszcze po cichu zaręczyła mi, że ona... musi przyjść do skutku...
Ja tego wszystkiego nie rozumiem, mój ojcze (łzy się jej w oczach kręciły), ale wiem, że od dziecka nawykłam kochać go i uważać jak męża... Ja... (tu głosu jej zabrakło) — jabym żyć bez niego nie potrafiła...
A jakże można nas rozdzielać? kościół pobłogosławił, ja obrączkę jego dotąd na palcu noszę. On jest moim, ja jego...
Biskup słuchał z natężeniem i współczuciem, lecz na twarzy jego malowało się przykre zakłopotanie, a gdy mówić przestała, potrzebował długiej chwili do namysłu, nim się zebrał na odpowiedź.
— Królowo moja — rzekł po cichu. — Ja wiem i wiedziałem to wszystko... Tak... tak było... ale dziś wy jesteście panią kraju, który w mężu twoim szukać musi dla siebie też króla jakiego mu potrzeba.
— A Wilhelm że nim być nie może? — odparła Jadwiga. — Wilhelm...
— Pani moja — począł biskup składając ręce. Ja spełna nie wiem, co panowie Rady postanowią. Nie spieszą oni z daniem męża pani, którą kochają...
— Jeśli w istocie mają przywiązanie do mnie, mogliżby chcieć widzieć mnie nieszczęśliwą i wiarołomną.
Biskup pomyślał trochę.
— Wiarołomną, nie — rzekł. — Ten ślub w dzieciństwie zawarty, nie był właściwie ślubem... Kościół...
Jadwiga powstała żywo z siedzenia.
— Ojcze mój! — zawołała rumieniąc się — ślub dla innych mógł być nieważnym, ale jam sercem przysięgła...
— Uspokój się, uspokój! — odezwał ks. Radlica widząc ją zburzoną. — Ja nie wiem nic... ja tu nie mam wpływu, niestety! Ubolewać mogę, radzić, ale pomódz...
Biedny mały biskup ręce rozłożył...
— Nie mam tu siły ani wpływu — rzekł — trzeba mówić z innemi.
— Z kim? — spytała królowa siadając.
Radlica potrzebował znów chwili namysłu, nim odpowiedział.
— Z kim? zaprawdę, zaprawdę. Oni wszyscy kochają swą panią i życzą jej dobrze lecz... kraj i Polska...
Spuścił głowę.
— Jaśko z Tęczyna poważnym jest mężem... Jan z Tarnowa. Sędziwój z Szubina.
Przez chwile milczała królowa, i brwi jej się zbiegły, czoło białe zmarszczyło.
— Mieliżby już kogo? — przerwała żywo. Przybycie księcia mazowieckiego oznaczałoby...
Radlica tym razem zaprotestował prędko.
— Mazowiecki! nigdy w świecie! — rzekł. — Nikt go tu nie chciał i nie chce. Uchodzi za potomka rodu, który się odznaczał gwałtownością i surowością. Acz młodego, boją się go wszyscy. Przyjaciół niema.
Królowa odetchnęła swobodniej.
— Nieprawdaż, rzekła wyciągając białą swą rączkę ku biskupowi. — Wy, coście byli ojca mojego przyjacielem, nie opuścicie córki jego. Wy...
— Królowo moja! cały oddaję się na twe posługi, lecz słabą pomoc mieć będziesz ze mnie...
Dano znać o przybyciu Jaśka z Tęczyna i królowa wraz z biskupem wyszła do drugiej komnaty na jego przyjęcie. Był on tu gościem codziennym i miłym, lecz z nim Jadwiga tak szczerze i otwarcie mówić nie mogła jak z małym biskupem, bo kasztelan wojnicki, mimo poszanowania dla niej, tak się z nią obchodził, jakby w niej prawie widział dziecię, niedorosłą dzieweczkę.
Wprawdzie wiek królowej to usprawiedliwiał, lecz w istocie dojrzałą była życiem, smutkiem, losem swym, i szczególnemi darami Bożemi, jakiemi wyposażoną została. Są łaski stanu, jak je Kościół nazywa, a taką łaskę miała Jadwiga, gdy jej Opatrzność przeznaczała stanąć u steru wielkiego królestwa i rozstrzygać o losach jego.
Wzrok jej sięgał głębiej i myśl szła dalej, niż Jaśko przewidywał.
Zwyczajem swym począł od zapytania, coby jej mogło najmilszą sprawić rozrywkę.
Królowa zapłoniła się, uśmiechnęła.
— Bawię się ciągle — rzekła — dla urozmaicenia dajcie mi co robić? Naznaczcie pracę jaką?
— Cóż? chyba szycie dla kościoła? odparł Jaśko. Jeżeli w. miłość rozkażecie, pan Dymitr ze skarbca wyda miarę pereł, choćby taką — jaką owies dla koni zwykli mierzyć... Jeżeli ich w skarbcu nie stanie, my dosypiemy ile będzie potrzeba.
Podziękowała Jadwiga. Biskup stał z boku zadumany, może o jakiem elektuarium lub cudownej driakwi. Po chwili królowa spytała Jaśka, czy i on wiedział o pobycie w Krakowie księcia Mazowieckiego.
— Tak jest, zaprawdę, wiem i ja — że się on tu znajduje — odparł Jaśko — i domyślam się, że jużci tu z wojną nie przybył, tylko z pokojem. Nie wypada nam jednak szukać go pierwszym, jak gdybyśmy my więcej niż on pożądali spokoju tego.
— A! pokój i bezpieczeństwo dla ludzi, tak wielką jest rzeczą — odezwała się Jadwiga — że się schylić po nie wahać nie można.
— Więc, miłościwa pani, byłabyś za tem, aby przeszłość puszczając w niepamięć — rzekł Jaśko — starać się zbliżyć do niego?
— Wy lepiej wiecie pewnie, jak to uczynić potrzeba — odezwała się królowa — lecz dla czegóżby mój pokrewny, choć daleki, polski książe, nie miał być na zamku przyjętym?
Pan z Tęczyna pomyślał trochę.
— Onby sam o to powinien prosić królowę — rzekł.
— A jeśli lęka się odmowy i upokorzenia, nie godziż się, by silniejsza, bo królowa, mu ich oszczędziła?
Wyrazy te tak się pięknemi i szlachetną myślą natchnionemi wydały Jaśkowi, iż ręce złożył, z uwielbieniem dla tej co je wyrzekła.
— A! tyś była na królowę stworzona! — zawołał w uniesieniu, żywy rumieniec skromności wywołując na jej twarzyczkę.
— Tak — rzekł po krótkim namyśle — poślę do niego kogoś, co mu oznajmi o tem, że miłościwie będzie przyjęty...
Po krótkiej rozmowie o kilku osobach, które królowej dla złożenia hołdu przyprowadzić chciano, odszedł Tęczyński z Radlicą.
Lecz nie dalej jak w przedsieni zwrócił się do biskupa.
— Słyszeliście — rzekł. — W tej pani jest szczególna łaska Boża, dająca jej rozum nad wiek. Nie wiem czy drugą taką istotę wydała ziemia kiedy... Wszystko ma razem, piękność anielską, serce szlachetne, rozum dojrzały... a te doskonałości mieszczą się w niedorosłem; ledwie rozkwitającem dziewczęciu!
Nie cud że to! a nie jestże drugim cudem, iż ona się nam właśnie dostała!
Biskup potakiwał milczący, ale smutnie. Wrażenie rozmowy niedawnej ciężyło na nim; nie śmiał jednak zwierzyć się z niej panu wojnickiemu. Czuł się za słabym, aby dobrowolnie mięszać się do tych spraw, które więcej energii niż on jej miał, wymagały.
Rozstali się tak w progu, a kasztelan wojnicki wrócił do swojego dworca z postanowieniem spełnienia woli pani. Chciał to jednak wykonać w ten sposób, aby jej godność na tem nie cierpiała...
Potrzeba mu było zręcznego pośrednika, którego szukał w myśli, gdy Spytek z Mielsztyna nadjechał.
Młode panie na ten raz sprawy innej nie miało, nad pokazanie kasztelanowi nabytego świeżo, wielkiej ceny i piękności bachmata.
Spytek, choć poważnym być umiał, młodym być nie przestał. Bawiło go to co i drugich. Zajęty swoim rumakiem z gorącością począł go zachwalać Jaśkowi, gdy ten mu przerwał.
— Byłem u królowej? Wiecie, że dowiedziawszy się o Semku, chce wspaniale sama, pierwsza rękę mu podać do zgody?
— Ja jej o nim mówiłem — rzekł Spytek — byłem pewnym, że to uczyni...
— Łamię głowę, kogo mam użyć za pośrednika!
— Zaprawdę, — wykrzyknął Spytek — w myśl naszej pani, niema nikogo nademnie. On mi Książ spalił, ja się pomszczę rycersko, sam, pierwszy przynosząc mu zapomnienie krzywdy i dobre królowej słowo.
Jaśko z Tęczyna, który czuł mocno każdy czyn szlachetny, przystąpił do młodego gościa, aby go uścisnąć.
Spytek się uśmiechał wesoło.
— Biorę to na siebie — rzekł.
Semko z Bartoszem właśnie nad tem jeszcze radzili, jak skłonić arcybiskupa, aby przemówił do królowej za księciem. Zawsze bojaźliwy, a wystraszony klęskami jakie poniósł arcybiskup, wymawiał się i nie okazywał gotowości wielkiej.
Semko nadto był dumnym, aby go prosić. Chciano użyć Radlicy, jako poufałego na zamku, gdy tegoż dnia Spytek na swoim bachmacie, z kilką dworzan zajechał przed gospodę księcia.
Bartosz, który wyjrzał oknem, zobaczył go i oczom prawie nie chciał wierzyć. Semko zerwał się, spozierając na miecz i sądząc, że wróg, bo za takiego miał wojewodę, może z zemstą jakąś przybywać.
W tem drzwi się otworzyły i Spytek, z twarzą jasną, wszedł pozdrawiając księcia.
— Przynoszę — rzeki — miłości waszej nowinę, która, jak sądzę, miłą jej będzie, jak miłą mnie jest, że ją mogę sam zwiastować... Królowa nasza dowiedziała się o pobycie Jego w Krakowie... Wiem to, że na zamkuby przyjęła miłość waszą uprzejmie.
Stał Semko zmięszany wielce i niemal upokorzony...
— Czasu wojny — dodał Spytek — mogliśmy sobie być przeciwnikami, dziś trzeba o tem zapomnieć... Ja z dobrem sercem przychodzę i ze słowem dobrem.
— A ja — rzekł Semko podając rękę — równem je przyjmuję. Proszę, abyście mi razy i szkody przebaczyli.
— Rzeczy to już stare — rzeki wesoło Spytek. — Kiedy wasza miłość na zamku być zechcecie?
— Choćby jutro — odparł książę.
— Ja się tam znajdę — rzekł Spytek — abym był w. miłości, jeźli potrzeba pomocnym.
Podziękował Semko, lecz na myśl mu przyszło że może ta jego: „pokora“ zbyt być publiczną i w istocie upokarzającą. Ośmielił się odezwać zcicha.
— Wszakci zbyt wielu świadków nie powołacie? Wolałbym...
Spytek nie dał mu dokończyć.
— Wybierz książe godzinę, albo ranną bardzo, lub spóźnioną, naówczas unikniemy niepotrzebnych oczu gawiedzi.
Raz jeszcze podziękował mu książe, ujęty szlachetnością tego, którego za nieprzyjaciela nieprzebłaganego uważał. Świadek tej sceny Bartosz, widział w tem także prawdziwie rycerską wspaniałomyślność.
Z tem wszystkiem, nawet powodzenie dla Semka było niemal poniżającem. Czuł on to mocno. Spadł już tak nizko, że nawet zemstą go nie chciano zaszczycić.
Nie okazał jednak boleści jakiej doznał. Znosił z jakąś dumą wewnętrzną wszystko, czem go los dotykał...
Nazajutrz nie mógł się inaczej stawić przed królową, jak w poczcie bardzo skromnym, bez żadnej wystawy, któraby jego pochodzenie i stanowisko, o które się dobijał, cechowała... Nie miał z sobą ani licznego orszaku, ani szat, ani wytwornych przyborów. Znajdował też, że zwyciężonemu, wyrzekającemu się dobrowolnie wielkich nadziei, schodzącemu znów do tego bytu, który mu ojciec ukazał, brat doradzał, przystało lepiej wyrzec się wszelkich błyskotek.
Ofiara ta kosztowała go, lecz niebyłże teraz pokutnikiem, co za grzechy swe musiał cierpieć?
Królowa zawczasu została uwiadomioną. Dnia tego więc dwór jej, matrony, dziewice, urzędnicy, ona sama po królewsku wystąpić chciała. Musiała być nie Jadwigą, ale owym królem Polski, jakim jej być kazano.
Semko, który widział ją w dzień wjazdu, potem czasu koronacyi w kościele, w Rynku, gdy ją miasto przyjmowało — zachwyconym był jej pięknością.
Uczucie to młodzieńcze, truło mu nawet wspomnienie pięknej Olgi, która była dlań przeznaczoną.
Czemże przy tej cudnej pani była piękność Litwinki całkiem ziemska, czysto ludzka, gdy w Jadwidze Semko, jak wszyscy — anielskiego coś uznawali...
Myślał i gryzł się tem, że los jakby dla większego urągowiska, zbliżał go w ustach i myślach ludzi do Jadwigi, że ich żeniono, że trocha lepszej doli, mogła go była z tym aniołem połączyć?
Teraz nawet jeszcze... Bartosz uparty znajdował, że było można próbować zjednać ją sobie, że... Wilhelma nie chciano, a Jagiełły obawiano się także. Lecz Semko już się tem łudzić nie dawał, wiedział, że walczyć nie może...
Zrana on i Bartosz z Odolanowa, przybrali się bardzo skromnie i znaleźli się w kościele na mszy, na której królowa była przytomną. Tuż za nią Semko szedł do zamku, i Spytek go wprowadził.
Stała się jednak rzecz nieprzewidziana, niedopuszczono Bartosza, który z gniewem wielkim zaraz precz z zamku odjechał. Czyją to było sprawą, nie wiadomo, dosyć że mieć go tu nie chciano.
Śliczna dnia tego, z weselszą twarzą, z oczyma jasnemi, uśmiechnięta, uprzejmości pełna królowa powitała Semka, jako powinowatego sobie książęcia, ani mówiąc ni dopuszczając nic wspomnieć o przeszłości. Mówiła o sobie, o kraju tym, o Krakowie, o zamku, ze zręcznością wielką unikając wszystkiego, coby podrażnić mogło.
Semko musiał się dziwić temu majestatowi, jaki sobie umiało nadać dziewczę młodziuchne. Wydała mu się w istocie królową.
Rozgorzał dla niej tak jak wszyscy zachwytem wielkim, lecz razem było w nim uczucie nierówności, myślą się już nie podnosił do córki Ludwika.
Był dla niej zbyt prostym chłopem, jak się sam zwał w duchu.
Jadwiga widocznie zjednać go sobie życzyła. Po pierwszej chwili ceremonjalnego przyjęcia, gdy książe oświadczył, że widział ją w czasie wjazdu, a potem przy uroczystych obrzędach, spytała go wesoło, czy wyczytał na jej twarzy, jak była przestraszoną i zmęczoną?
Semko odpowiedział tylko, że niemniej była piękną zawsze.
Naówczas Jadwiga zwracając się ku swoim, towarzyszkom, wśród których były bardzo piękne téż twarzyczki, dodała z uśmiechem, że przy tamtych mogła zgasnąć. Wszystkie dziewczęta pospuszczały oczy, ale niejedna potem podnosząc je, na pięknego księcia Mazowieckiego zwróciła.
Od królowej dowiedział się po raz pierwszy Semko, że i brat jego Janusz spodziewanym był w Krakowie, i dlatego nakłaniała go, ażeby i on dłuższy tu czas pozostał.
Książe, choćby dlatego aby módz patrzeć na piękną królowę, pobyt swój gotów był przedłużyć. Nie sprzeciwiał się też temu.
Po krótkiem pierwszem spotkaniu, zaproszony ażeby na zamku bywał, odjechał Semko tak oczarowany, jak wszyscy co się do młodej zbliżali pani.
Z tem uspokojeniem, które powiększała nadzieja, iż królowa w układach dla niego będzie powolną, powrócił książe do gospody. Ale tu czekał nań Bartosz do wściekłości doprowadzony, daną mu przez urzędników dworu suchą i dumną ode drzwi odprawą.
Zaledwie Semko się ukazał w progu, gdy pan z Odolanowa, grzmiącym głosem użalać się zaczął.
— Taki los czeka tych, co się dla książąt poświęcają — wołał — panowie zyskują łatwe przebaczenie, na nas spada pokuta i kara!
— Nie czyńże mnie wymówek — odezwał się Semko urażony. — Wiesz sam, że ja nic winien nie jestem. Słowem mem ręczę ci za jedno, to że ja cię nie opuszczę.
Bartosza to wszakże nie mogło uspokoić, burzył się przeciw wszystkim, posądzał Spytka, odgrażał się zemstą już bezsilną. Gotów był Polskę porzucić, kraj opuścić. Naostatek lękając się o osobę swą, natychmiast z ludźmi swojemi chciał się z Krakowa wynosić.
Książe się oparł. — Ja ręczę za twoje bezpieczeństwo — rzekł — jesteś ze mną. Gdyby mieli złe zamiary jakie, nie czekaliby do dziś dnia.
Trudno było zażegnać tę burzę w człowieku nienawykłym do upokorzenia, już dawniej niechętnym Małopolanom, a teraz dotkniętym osobiście. Książe musiał użyć wszelkich środków na jakie mógł się zdobyć, aby wymódz na nim cierpliwość.
Zniechęcony Bartosz starał się nawzajem księcia zrazić, dowodząc mu, że wszystko to co go spotykało, było uknutą zdradą i podstępem.
Najwięcej bolało Semka, że przepełnionego serca nie mógł przed nim wylać, bo Bartosz równie królowę jak innych obwiniał o fałsz i chytrość i wszystko w niej wydawało mu się tylko podstępem...
Bartosz, który wprzódy wszędzie towarzyszył panu swojemu, od tego dnia krokiem nie chciał się ruszyć.
Bytność na zamku zmuszała Semka w sprawie przyszłych umów o pokój, jechać do Jaśka z Tęczyna i Dobiesława z Kurozwęk, odwiedzić Spytka.
Żadna siła już dawnego towarzysza broni skłonić nie mogła, aby z nim razem jechał. Miał słuszność może, gdyż panowie małopolscy, tym których za pierwszych sprawców wojny domowej uważali, przebaczyć nie chcieli. Zarówno prawej ręce Domarata, sędziemu poznańskiemu zwanemu krwawym djablem, Pietraszowi z Małochowa, który po dwakroć zdradzał, jak Bartoszowi, który ogień gasnący podpalał i utrzymywał, nie mogli ich win darować.
Na pierwszą wzmianką o Bartoszu, marszczyli się Małopolanie, i znać go ani wiedzieć o nim nie chcieli.
Księcia za to przyjmowano z czcią należną, i okazując dlań powolność, którą on, może nie bez przyczyny wpływowi królowej przypisywał. Ona potrzebowała na te pierwsze dni królowania swojego, łaskawość okazywać dla wszystkich, jakby jej od losu pożądała dla siebie...
Niebawem zapowiedziany książe Janusz przybył także do Krakowa, lecz niedoznawszy klęsk wojny, zawarciem dawniej umowy i przymierza, wyposażony ze skarbca królestwa dwoma tysiącami grzywien rocznie, wcale inaczej mógł i musiał wystąpić.
Ze znacznym pocztem, ze dworem, w kilkadziesiąt koni, zajechał po książęcemu...
Wiedział on już o Semku, i przybywającego zimno i uroczyście przywitał. Wymówki zapóźne były, nie czynił też ich Janusz. Spytał tylko, czy krok jaki do królowej przedsięwziął i dowiedział się z widoczną radością, iż sprawa braterska nie tak źle stała jak się lękał.
— Dobrze mieć rozum, choć późno! — odezwał się do Semka. Spodziewam się, że po doświadczeniu, które wiele kosztowało, zechcesz mnie naśladować... i siedzieć spokojnie.
Na to wszystko dumny Semko nie odpowiadał wcale, — poskarżył się tylko, iż mu Bartosza z Odolanowa ostro odprawiono. Janusz nie dziwił się temu...
— Jużci on był hubką a ty próchnem, — rzekł — wiedzą, że gdyby nie podpalił, nie byłbyś gorzał.
Królowej Janusz nie znał jeszcze, więc rozmowa naprzód o nią potrąciła i spytał Semka jaką była.
Z wielkiem uniesieniem, nie mogąc się wstrzymać mówić o niej począł młody książe, co Januszowi się nie podobało. Potrząsał głową i brał to za nowy dowód niestateczności brata.
— Dziewczyna jako drugie — rzekł — a nie trzeba sobie oskomy czynić, bo mleka z miską dla kotów nie stawiają. Kogo innego tam zaproszą na te gody.
— Wiem o tem — przerwał dumnie Semko — ale dlatego brzydką ani złą nazwać jej nie mogę, że jej nie dostanę. Zobaczysz sam...
Zimny z natury swej, wiekiem ostygły Janusz, wcale w pochwały nie zdawał się wierzyć. Nazajutrz na zamek jechali już oba. Ks. Czerski choć poważnie występował, zbytku się nie dopuścił żadnego, wolał za mniej dostatniego uchodzić, a swoją wiejskością i naturą leśną niemal się chlubił... Była w tem duma, inaczej tylko przystrojona niż zwykle.
Królowa przyjęła teraz ich obu, tak samo jak wprzódy Semka, usiłując wielką uprzejmością zjednać sobie... Janusz był mniej wrażliwy, a podejrzliwszy, pokorniej się stawił, a chłodniej razem. Patrzał i słuchał, chciał przeniknąć, co pod tą pięknością i dobrocią się kryło...
Nie zdołała go, wesołością starając się natchnąć Jadwiga, ani rozchmurzyć, ani poufalszym uczynić. Stał zdala, nieujęty a uniżony, więcej obcy niż Semko, którego już sobie pozyskać potrafiła...
Gdy potem wyruszyli z zamku a znaleźli się w ulicy, Semko pierwszy zapytał brata.
— Cóż królowa?
Janusz głowę, skłonił.
— Królowa! — rzekł cicho. I więcej dobyć już z niego nie mógł młodszy.
Była ogromna różnica w postępowaniu dwóch braci. Semko, więcej na los zdając a marząc, w królowej się rozmiłowując, sprawę swą niemal zaniedbywał.
Janusz był chłodny, sprawiwszy na zamku co nakazywał obyczaj, nie spieszył już tam, ale natomiast począł pilno ujmować sobie takich ludzi jak Jaśko z Tęczyna, Dobiesław, Spytek i inni Leliwitowie. Zapraszał ich do siebie, jeździł i odwiedzał, przyjaźnił się, jednym sokoły obiecywał drugim psy, innych na łowy do lasów swych zapraszał, nie zapominając o tem, aby mu owe dwa tysiące grzywien na żupach wielickich ubezpieczono.
Słuchając Semka prawiącego o nadzwyczajnej piękności królowej, o jej rozumie, o tym uroku jakim wszystkich ujmowała, Janusz się uśmiechał prawie szydersko.
Nie zaprzeczał niczemu, lecz sam wcale o królowej nie mówił, a gdy był zmuszonym wspomnieć, okazywał tylko przesadzone poszanowanie.
— Król, królowa! — powtarzał i kończył na tem.
Dla tego chłodu może i pewnej nieśmiałości gburowatej, którą okazywał na zamku, Jadwiga była dlań jeszcze bardziej ujmującą i uprzejmą. Otrzymał wszystko, czego tylko żądał.
Panowie szanowali go wielce i wyrządzali cześć wielką. Lecz, jak tylko ks. Janusz dopiął celu, grzywny dostał, umowę miał stwierdzoną natychmiast niespokojnie się do Czerska nazad począł wybierać. Dzień odjazdu był naznaczony.
Semko przyszedł do niego wieczorem.
— Jedziesz ze mną? — spytał brat starszy.
— Nic nie zrobiłem jeszcze — odparł Semko — nie mam spieszyć czego?
— Do domu? — zawołał jakby z przestrachem ks. Janusz. — Do Płocka? po wojnie? Powiadasz, że spieszyć nie widzisz potrzeby? Siedziałeś tu tyle czasu na próżno, i nie zyskałeś dotąd nic...
Poruszył ramionami Semko.
— Patrzajże, aby gdy wrócisz, nadto do roboty niebyło...
Królowa piękne oczy ma, ani słowa — dodał, — lecz nie karmią one, a człowiek zapatrzywszy się w nie, głupieje.
Nie tłumaczył się Semko, a w istocie nie tylko oczy, ale cała królowa miała dlań wdzięk taki potężny, iż mu się ztąd oddalić trudno było...
Zwlekał prawie dobrowolnie układy, aby mógł dłużej pozostać, i — może łudził się jakąś próżną nadzieją. Lecz, gdyby nie miał jej nawet, gotów był siedzieć, aby tylko bywać na zamku, słówko dobre pochwycić, i pokarmić się niem. Janusz widział to i rozumiał, miał może litość nad młodością, a nie widząc w tem nic nad słabość nieszkodliwą, milczał.
Skłoniwszy się po raz ostatni do kolan królowej, pożegnawszy miłościwych panów, co najspieszniej kazał do drogi się sposobić, i następnego dnia o brzasku już go w Krakowie nie było...
Młodszy brat miał tę pociechę, że nazajutrz przed nim wielki rozum Janusza wychwalali wszyscy, oświadczając się dla niego z poszanowaniem.
Straciwszy w Bartoszu pomocnika, Semko sam do układów niezdolny, więcej marzyciel i rycerz, niż zabiegły o dobro swe gospodarz, zasiadywał się w stolicy bezmyślnie, nawykając do tutejszego życia, zabawiając się na zamku, słuchając muzyki i pieśni, a mniej coraz tęskniąc do domu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.