Semko/Tom III/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom III
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



V.

Jednego wieczora, gdy po rozejściu się panów, którzy do późna przy królowej dworowali, wróciła Jadwiga do komnat swych, zastała starą Hildę zmięszaną mocno, z zapłakanemi oczyma. Otarła je spiesznie, lecz ślady łez nadto widoczne pozostały, aby się zaprzeć ich mogła.
Przestraszyła się młoda pani. Wiedziała, że stara ochmistrzyni nad sobą pewnieby nie płakała, stać się więc coś musiało, co ją dotykało.
Ją? królowę? przed którą klękali wszyscy!!
Były same ze służebnemi, Jadwiga natychmiast dziewczętom oddalić się kazała i czekać powołania.
— Hildo moja? — zawołała z czułością zbliżając się do piastunki. — Hildo! płakałaś! Co ci jest? co się stało? Mów.
— A! nic! królowo moja! dziecko moje! Nie! nie płakałam!
I to mówiąc ocierała oczy jeszcze.
— Ale ja wszystko wiedzieć powinnam! Juścić nikt ci nie śmiał uchybić, ani się sprzeciwić!
— A nikt! — żywo odparła Hilda.
— Ale płakałaś?
— Tak! tęskno mi się czegoś zrobiło — zamruczała stara.
Królowa, jak była od dzieciństwa nawykłą, pogłaskała ją po twarzy.
— Mów mi szczerze, co masz na sercu?
Hilda stała, a w sercu jej coś musiało dolegać ciężko, bo pomimo usilności, aby łzy wstrzymać, zaczęła popłakiwać znowu.
Niepokój królowej wzrastał... Nalegała coraz mocniej. Ochmistrzyni namyślała się długo, nakoniec zaprowadziwszy Jadwigę za zasłony opasujące jej łoże, cicho mówić zaczęła,
— Jak tu nie płakać! jak nie płakać, królowo moja! Oni, ci bezduszni ludzie, chcą cię na pastwę wydać...
— Mnie! przerwała Jadwiga — mnie!
— Tak! ciebie. Wiem o wszystkiem. Spisek od dawna uknuty. Ani chcą słuchać o Wilhelmie, sprzedali cię za wielkie pieniądze pogańskiemu królowi, którego sprowadzą, aby moją śliczną różyczkę zaślubił.
Jadwiga ściągnąwszy brwi przysłuchiwała się.
— Ale ja mam męża — zawołała z oburzeniem — i ja jestem królową. Królowa rozkazuje, a nikogo słuchać nie ma obowiązku.
Hilda załamała ręce.
— Królową! ty, tak! nazywają cię oni i kłaniają się, ale trzymają w niewoli. Mówię ci, spisek uknuli dawno, zapłacił ich złotem ogromnem, przekupił, oddadzą cię gwałtem temu dzikiemu, strasznemu, do zwierzęcia podobnemu królowi pogan; jak niedźwiedź porosłemu włosem...
Jadwiga trzęsła się słuchając, lecz nie ze strachu, z oburzenia.
Kto ci poplótł te baśnie — przerwała... Ja nie chcę znać nikogo oprócz Wilhelma... Ty wiesz... Nam ślub dano, gdyśmy byli w kolebce...
— Oni i do Rzymu poślą pieniądze, aby ślub Papież rozwiązał — poczęła Hilda. — Osnuli oddawna wszystko... Ja wiem o tem najpewniej...
— Od kogo? — przerwała Jadwiga.
Hilda cichy już głos zniżyła jeszcze, przybrała fizyognomię przestraszoną.
— Na Boga, nie trzeba go zdradzać — rzekła. — Jeden tu tylko jest człowiek co ci sprzyja, który wie o wszystkiem i ostrzegł mnie.
Królowa powtórzyła — Kto? kto?
— Podkomorzy twój, Gniewosz — szepnęła stara. Jeżeli chcesz, on ci to sam powtórzy i poprzysiąże.
Przypomniała sobie Jadwiga człowieka, który ze szczególną troskliwością i nadskakiwaniem jej posługiwał... Hilda tymczasem płakała, oczy tarła i rozpaczała. Zwolna i na mężnej a niedowierzającej królowej zaczynało to robić wrażenie.
Zapytała o tego króla pogan, ktoby był. Hilda wymieniła jej Jagiełłę, a królowę uderzyło to, że nieraz już Jaśko z Tęczyna i inni w rozmowach z nią, napomykali to imię, oddając litewskiemu księciu pochwały wielkie.
Zachmurzyła się. — Słuchaj Hildo rzekła — ja z tym podkomorzym sama mówić muszę. Nie wierzę spiskowi, Jaśko z Tęczyna kocha mnie jak ojciec, biskup Jan wiedziałby o tem i ostrzegłby mnie, on wie, że ja ślubowałam Wilhelmowi.
To mówiąc królowa przypomniała sobie niedawną z Radlicą rozmowę i zachmurzyła się więcej jeszcze.
Niepokój wkradał się do serca.
Hilda przesadzała może w troskliwości swej, lecz w tych mrokach i tajemnicach coś się ukrywać musiało.
— Jestem królową — dla uspokojenia siebie, powtórzyła w duchu Jadwiga.
Chciała coś więcej dobyć ze swej starej piastunki. To co ona mówiła, wyglądało na jakąś baśń i zmyślenie, tak brzmiało dziko i strasznie.
Król ten pogan miał być panem ziem bardzo rozległych, zamieszkanych przez dzikich ludzi, którzy krew jeńców wojennych pić byli zwykli a niemowlęta pożerać... Cała ta ziemia zamarzła, lodowata, śniegami okryta, lasami zarosła, była w ręku pogan, którzy nienawidzili chrześcian i imienia Chrystusa... Jagiełło miał być zabójcą własnego stryja i kilku braci, — pełnym złości, mściwym i okrutnym... Opowiadano o nim, że mało się różnił się od niedźwiedzi i ryczał jak one... Chodził okryty skórami świeżo ze zwierząt przez się zabitych zdartemi... jadł mięso surowe...
Lecz, że miał skarby ogromne, potrafił niemi przekupić panów polskich, którzy mu postanowili sprzedać piękną swą królowę.
Hilda dodawała, że poganin miał tych żon, niewolnic i nałożnic bardzo wiele... W tem opowiadaniu nadto czuć było baśń, jakby na przestraszenie dziecięcia utworzoną, by Jadwigi sama przesada jej, nie uspokoiła nieco.
Zadumana, utuliwszy ochmistrzynię, królowa nazajutrz powołać do siebie kazała Gniewosza, który już był do tego przygotowany.
Nim jednak na osobności przy Hildzie rozmówić się z nim mogła... nadeszli panowie Rady, przybył biskup Radlica; a spojrzawszy na ich spokojne oblicza, w poczciwe twarze królowa niemal się zawstydziła swojej łatwowierności.
Uderzyło ją tylko, że właśnie dnia tego zeszli się w liczbie znaczniejszej, z uroczystością jakąś i jakby ważną sprawę przełożyć jej mieli.
Między panami, znajdował się i arcybiskup Bodzanta, który teraz posłusznym im był i spełniał co mu wskazano. Oprócz tego poznański biskup Dobrogost z Nowego Dworu, mąż poważny, rozumny, a młodej królowej wielce miły, także się tu znajdował.
Zobaczywszy tak poważne grono, bo do krakowskich, dołączyli się i inni wojewodowie i kasztelanowie, Krzesław z Kurozwęk, Jan z Tarnowa, Wincenty z Kępy, królowa choć uspokojona w pierwszej chwili, domyślała się, że nie z samą czołobitnością przychodzili.
Bodzanta, który pierwsze miejsce zajmował, a głos miał miękki i łagodny, zagaił naprzód tem, jak wszyscy pragnęli panią swa widzieć szczęśliwą, wielką, otoczoną sławą... i w gronie monarchów świecącą jako gwiazdę.
Rumieniła się słuchając go, a oczekując końca; gdy Bodzanta po długiej mowie, nie odważył się na żadne słowo jaśniejsze, coby wytłumaczyło myśl jego i Rady.
Wówczas siwą gładząc brodę, odezwał się po nim Jaśko z Tęczyna...
— Bóg miłościwy, który nam dał klejnot drogi, nie dla nas samych go przeznaczył, ale większe i potężniejsze zgotował mu losy...
Królowo nasza, przychodzimy ci zwiastować, że potężny monarcha, władający ogromnym krajem sąsiednim, dotąd w błędach pogańskich pogrążony, z całym ludem swym ofiaruje się przyjąć religię chrześciańską, byleś mu oddała rękę swoją.
Mówiąc to, patrzał na Jadwigę, która zaczęła blednąć, zbielała trupio, lecz w tejże chwili krew powróciła na twarz jej, oczy nabrały blasku, i prostując się, obróciła ze zdumieniem tylko do kasztelana.
— Ja mam męża — rzekła głosem silnym, w którym drgało uczucie, jestem z nim połączoną i nigdy innego mieć nie chcę ani będę.
Zgromadzenie całe milczało. Słowa królowej były tak stanowcze, wyrzeczone z taką siłą, że nikt w początku nie ważył się podnieść głosu...
Spozierali jeszcze pomięszani po sobie, gdy Dobrogost z Nowego Dworu, biskup poznański, począł łagodnie.
— Miłościwa pani. Ślub ten, gdy powołana zostałaś na tron polski, został przez królowę Elżbietę uroczyście unieważniony...
— Alem ja go zachowała w sercu, — odparła poważnie Jadwiga. — Nikt mnie z przysięgi rozwiązać nie może... Nie znam i znać nie chcę — powtórzyła — innego męża nad niego...
Bodzanta odważył się przemówić, głos swój czyniąc jak najserdeczniejszym.
— Królowo a pani nasza, idzie tu o wyrwanie szatanowi dusz krociów, o nawrócenie pogan tysiąców tysięcy... Nie ma ślubu, od któregoby Rzym nie uwolnił, gdy tem nawrócenie całego narodu okupić można...
Królowa spuściła oczy; milczała chwilę.
— Żadna siła do wiarołomstwa mnie zmusić nie może — rzekła.
Panowie otaczający znowu czas jakiś milczeli, aż Jaśko z Tęczyna zaczął zwolna.
— Rzecz to zbyt wielka i ważna, aby ją w jednej chwili roztrzygać i jednem słowem odpychać. Miłość wasza masz czas do namysłu, a pobożne jej serce skłoni ją pewnie do spełnienia wielkiego dzieła...
Będzieli nawrócenie pogan kosztować nawet ofiarę wielką, nigdy nadto opłacić niemożna, co się Chrystusowi i Kościołowi przynosi.
Jadwidze dwa strumienia łez pociekły po policzkach, na przemiany blednących i rozpłomienionych. Jaśko ulitowawszy się mówić przestał, a Jadwiga wnet podniosła oczy i całe swe odzyskała męztwo.
— Zrzeknę się raczej korony i królestwa niżbym wiarę ślubowaną złamać miała — dodała głosem drżącym.
Być może — począł zcicha biskup Dobrogost — iż miłości waszej, ludzie złej woli a nieświadomi będą odstraszające prawić dziwy o tym królu pogan. Lecz ja, com był na Litwie, i na oczy go swe oglądał, poświadczyć mogę, iż matkę mając chrześciankę, przygotowany jest do przyjęcia chrztu, a pan zresztą natury łagodnej, dobry i uprzejmy; ani tak dziki, ni tak okrutny, jakby poganin być mógł, gdyby od kolebki i z mlekiem wiary świętej nie zakosztował.
Z oczyma na rąbek sukni spuszczonemi, obojętnie słuchała królowa. Mało ją to obchodzić się zdało.
Bodzanta znowu przemówił.
— Błogosławieństwo to boskie osobliwe nad wami, miłościwa pani, iż wam na progu tronu daje zaraz palmę zwycięzką, apostolską zasługę... Wieki i narody będą czcić pamięć waszą...
— Ojcze mój — przerwała królowa — nie czuję się godną wielkości tej, a w sumieniu mem tylko chcę być czystą...
— Miłość wasza — wtrącił Wincenty z Kępy wojewoda poznański — nie będziesz niczem związaną, jeźli przyjmiesz poselstwo Jagiełły, które on tu wyprawić zamyśla. My odepchnąć go nie możemy, pożądany jako sprzymierzeniec, groźnymby był dla nas jako wróg...
Oczyma przelękłemi powiodła królowa po przytomnych, dowiadując się o poselstwie i nie rzekła nic. W tem marszałek Mikołaj z Brzezia, dodał.
— Posłów się od nikogo w świecie nie odmawia. Wolno ofiarę przyjąć lub nie, warunki ważyć, lecz pogardzić sąsiada dobrą wolą i wyciągniętą dłonią, nie godzi się.
Wszyscy potwierdzili to...
— Jakto? więc wysłał już posły? — odezwała się królowa zdumiona.
— Nie, ale nam o nich oznajmiono — rzekł Jaśko z Tęczyna...
Niepokój, który owładnął królowę, łzy dobywające się z pod powiek, poruszenie dowodzące ciężkiej męczarni, skróciły posłuchanie.
Jaśko z Tęczyna przybliżył się, schylając do kolan jej.
— Niech się miłość wasza uspokoi, niech obawę wszelką odegna. Życzemy szczęścia jej, nie zadamy gwałtu. Sama miłość wasza, przy pomocy Bożej ujrzysz i przekonasz się, iż w jej rękach zbawienie dusz tysiąców... Nie dasz im ginąć! nie odepchniesz próśb i błagania naszego.
Z kolei wszyscy szli żegnać zdrętwiałą z bólu i przerażenia królowę, niemą, zbladłą, osłabłą.
Biskupi zbliżyli się także z błogosławieństwem i słowami pociechy.. Radlica przystąpił ostatni.
— Ojcze mój, na rany Boże — szepnęła do niego — nie opuszczaj mnie, zatrzymaj się...
Mały biskup dał znak swym towarzyszom, iż przy królowej musi pozostać... Po wyjściu rady, rzuciły się łzy obficiej, łkać poczęła i sparłszy się o poręcz tronu, długo przemówić nie mogła. Chustynka, którą trzymała w ręku, całą była zwilżoną.
Nagle oderwała ją od zapłakanych oczu, po powstała z wyrazem siły i nieugiętego męztwa, i schodząc z tronu zbliżyła się do biskupa...
— Nie! — rzekła, — nie zmusi mnie nic! To okrucieństwo, to niesprawiedliwość, to się stać nie może...
Słyszałam w dzieciństwie historyę o smoku pod Wawelem, któremu dziewicę na pastwę dawano. Wzięliścież mnie od matki, od rodziny, od męża, aby w paszczę rzucić smokowi?
Biedny mały biskup żegnał ją krzyżem świętym, po cichu się modląc na intencyę uspokojenia.
— Królowo moja, dziecko moje... Spokoju! cierpliwości! męztwa! nie stało się nic, Bóg łaskaw...
— Więc na toście mi dali berło w dłoń abyście wy mi rozkazywali? — wołała zburzona coraz bardziej pani. Matka moja zaręczyła mi, że ślub z Wilhelmem zawarty się utrzyma... Ja nie chcę znać tego króla pogan, tych pogan wszystkich!! Ja jestem nieszczęśliwa, wy mnie zgubić postanowiliście.
Wybuchnęła płaczem, ale łzy znowu gniew osuszył.
— Nie! Jam królowa! Rozkazywać sobie nie dam... Możecie mnie dręczyć, nie potraficie złamać.
Nóżką tupnęła o podłogę... Biskup stał z załamanemi rękami, szepcząc.
— Dziecię moje, uspokój się!
— Tyś pasterzem moim — przerwała Jadwiga — byłeś przyjacielem ojca, ty litość mieć będziesz nademną, nie dopuścisz, by mnie męczyli.
A! i Jaśko z Tęczyna, ten któregom jak ojca szanowała, w którego serce wierzyłam. I on! i wszyscy!! wszyscy!
Biskup wyrzekającą jak mógł uspokoić się starał. Sama ona, dla swej godności królewskiej, nie chciała zbytniej okazywać obawy, otarła łzy, odzyskiwała powoli męztwo.
Radlica mruczał po cichu.
— Wszystko się jeszcze zmienić może. Poselstwo nie znaczy nic... Panowie rady więcej ważą korzyści kraju i chrześciaństwa niż szczęście twe, lecz... oni nie są winni złej woli... radziby wszystko pogodzić...
Czas boleść złagodzi, zatrze wspomnienia.
Królowa spojrzała na Radlicę z wyrzutem.
— Więc i ty? — Biskup natychmiast zamilkł... Szepnął ażeby szła spocząć i z troskliwością lekarza, poprowadził chwiejącą się ku jej komnatom. Tu na nią czekały panny jej, które odprawiła skinieniem...
Pobiegła szukając Hildy.
Oczy miała już suche, a wargi spieczone. Ujrzawszy ochmistrzynię, rzuciła się jej na szyję.
— Mówiłaś prawdę! Ten co mnie ostrzegał, był najpoczciwszym i najlitościwszym z ludzi... Tak jest! Spisek uknuto. Śmieli mi go dziś publicznie zwiastować.
To mówiąc, porwała się nagle i z niezmierną siłą woli, poczęła mówić do Hildy.
— Dziś, tak, dziś jeszcze chcę mówić z podkomorzym. Spisek na mnie potrafią zniweczyć... Jestem sama, alem królową! Nie zmuszą mnie, nie złamią.
Widząc ją tak poruszoną, Hilda sama uspokajać czuła się z obowiązku. Przyrzekła sprowadzić podkomorzego.
Zaręczała za niego, iż gotów jest się dla królowej swej poświęcić, a od niego wiedziała, że znajdzie też innych, którzy sprawę Wilhelma przeciwko panom krakowskim popierać będą.
Nowem męztwem natchnęło to królowę, która oczy obmywszy, aby ślady łez zatrzeć, siadła zadumana.
Tegoż wieczora, sprowadzony przez Hildę, wpadł do komnaty królowej Gniewosz, który począł od tego, że na klęczkach poprzysiągł jej wierność.
— Wierz mi — odparła Jadwiga — że ja i mąż mój potrafimy ją nagrodzić.
Wprzód nim Gniewosza się doczekała, Jadwiga plan już miała osnuty...
Nimby posłowie przybyli, i otrzymali odpowiedź, Wilhelm mógł przyjechać do Krakowa. Zabronić mu tego nie ważyliby się panowie. Raz dostawszy się na zamek, przyjęty w nim jako mąż królowej, odpędzonym być już nie mógł. Polska go przyjąć musiała za króla swego.
— Jedź — rzekła do Gniewosza — sam jedź, poszlij kogo chcesz, dam listy, niech Wilhelm przybywa jawnie... Jestem królową i być nią potrafię, nie dam się jak niewolnica zakuć w ich kajdany.
Podkomorzy ofiarował się pod pozorem choroby zniknąć na czas z Krakowa, sam dobiedz do Wiednia, a nie powracać, pókiby Wilhelma nie skłonił do przybycia.
Z gorącością nadzwyczajną przyrzekał służyć, ponawiając przysięgi.
Nie wzbudził może upadlającą służbistością swą, zaufania wielkiego, lecz nie miała nikogo, komuby powierzyć mogła sprawę swoją.
Jeden on mógł ją ocalić.
Ze łzami w oczach zaklinać go poczęła, Gniewosz na klęczkach ponawiał uroczyste zaręczenia...
Tegoż dnia przez Hildę wysłała Jadwiga list tajemnie przygotowany przez jednego z pisarzy dla ochmistrzyni, w wyrazach ogólnych, który pochwycony nawet, zdradzićby jej nie mógł.
Dziwnem się to wydać może, lecz było rzeczywistem, iż pieniędzy na podróż dla Gniewosza królowa nie miała. Opatrywano wszystkie jej potrzeby, dawano nawet na rozkaz jałmużnę, podskarbi wypłacał co mu zlecono, lecz królowa sama skarbonki żadnej nie posiadała. Musiała więc ze swych posażnych klejnotów wziąć kosztowny naszyjnik, który Gniewosz potajemnie u żydów zastawić miał i pieniędzmi temi podróż opędzić.
Nigdy w życiu podkomorzy nie był szczęśliwszym, jak dnia tego, wychodząc z zamku i schodząc na miasto do przyjaznego sobie mieszczanina i kupca bogatego, który miał nieopodal od zamku kamienicę. Zwał on się Franczek Morsztein, a mimo niemieckiego nazwiska, był już na pół Polakiem, bo rodzina jego od wieku przeszło osiadłą była w Krakowie.
Gniewosz, wiecznie grosza żądny, choć na pana chciał wyglądać, u Franczka często znajdował ratunek, a miał w nim zaufanie wielkie.
Sam on, bez niczyjej pomocy nie mógł tego dokazać o co się kusił.
Był zaś pewien, że Franczek i tajemnicy dochowa i wielce mu użytecznym być może. Może też w niemieckiego pochodzenia mieszczaninie dorozumiewał się sympatyi dla rakuzkiego księcia.
Zmuszonym był nakoniec z nim się i tajemnicą i pracą podzielić.
Franczek Morsztein należał do najmajętniejszych kupców i mieszczan stolicy. Miał on tu znaczenie, stosunki i powagę, jaką daje bogactwo.
Powszechnie miano go za jednego z najzamożniejszych, a teraz gdy Wierzynków nie stało, Morsztein prawie tyleż co oni wprzódy znaczył w stolicy.
Franczek był w sile wieku, zdrowo i zażywnie wyglądającym, poważnym mężem, którego wcale niepiękna twarz miała coś w sobie oryginalnego i bystro przenikającego.
Mówić pięknie ani umiał, ani się starał o to, ale odgadywał i rozumiał łatwo, i nikt go nie oszukał nigdy.
Franczek przyjmował u siebie podkomorzego dosyć chętnie i mile, ale w sprawach pieniężnych wiedział, że się z nim mieć potrzeba na baczności. Gdy szło o grosz, stawał się twardym.
Jak wielu zamożniejszych kupców i mieszczan owego czasu, Morsztein dom miał na stopie bardzo stosunkowo okazałej. Izb dość w nim przestronnych, obitych, powyścielanych, poubieranych było bogato. Dawał li uczty, występował szumnie, ani muzyki, ani trefnisiów, ni dań u stołu, ni napojów nie szczędząc.
W handlu był bardzo ścisłym i obrachowanym, lecz gdy się należało okazać, szczodrym.
Gdy podkomorzy późnym wieczorem pod kamienicę Morszteinowską zajechał, spojrzał naprzód w znajome okno, czy się w niem świeciło... Ujrzawszy światło, zakołatać kazał do bramy. Wpuszczono go zaraz, a pan Franczek, który był zwierzchnią suknią zdjął dla spoczynku, włożył ją na przyjęcie podkomorzego.
Gniewosz z nim przybierał w prawdzie ton protekcyonalny i poufały, lecz starał się zawsze miłość własną głaskać, aby człowieka tak potrzebnego nie zrażać.
— Franczek, miły panie — zawołał od progu — powinniście mi być dziś radzi.
— Zawszem wam rad — skłaniając się i wskazując ławę rzekł Morsztein.
Podkomorzy obejrzał się do koła.
Piekło go, by co prędzej do rzeczy mógł przystąpić.
— Nikt nas nie podsłucha? — zapytał — tu o gardło chodzi.
— O gardło! — niedowierzająco podchwycił Franczek.
— Nie kłamię, tak jest. Sprawa gardłowa — powtórzył Gniewosz.
Popatrzył mu w oczy mieszczanin, pomyślał i do bocznej komnaty zajrzawszy, powrócił z uspakajającym ruchem ręki.
— Krótko wam powiem z czem do was przychodzę — począł do ucha niemal przystąpiwszy podkomorzy. Królowę naszą chcą panowie zmusić, aby ślubowała litewskiemu księciu Jagielle. Ona tego się obawia... Była dzieckiem połączona z Wilhelmem Rakuzkim... Aby w niwecz obrócić zabiegi panów naszych, posyła mnie do Wiednia. Trzeba tu Wilhelma sprowadzić...
Z namarszczonem czołem i brwiami ściągniętemi słuchał Franczek, chwytając wyraz każdy. Twarz posępna rozjaśniła się i chwyciwszy za rękę podkomorzego, ścisnął ją, potakując głową. Czekał dalszego wyjaśnienia.
— Pierwsza rzecz, pieniędzy mi na podróż potrzeba — odezwał się Gniewosz, razem z za kaftana dobywając naszyjnik. — Oto jest zastaw, który mi królowa dała. Pożyczycie nań pieniędzy?
Morsztein wziął na dłoń wspaniały, wysadzany błyszczącemi kamieniami klejnot, zbliżył się ku światłu z nim, i nie potrzebował dużo czasu aby się o jego wartości przekonać.
Kiwnął głową. — Dam! — rzekł.
— To jedno — mówił siadając podkomorzy — ale na tem nie dosyć. Dajcie radę w dodatku... Gdy przyjedzie, co z nim poczniemy?
Franczek krótko się namyślał.
— O to nas głowa boleć nie powinna — rzekł. — Królowa go sprowadza, pomyśli jak przyjąć.
— Postawię go w moim domu, jeżeli od razu na zamek nie wpuszczą, — dodał Gniewosz.
— U mnie też gospodę mieć może — rzekł Morsztein, ręką na drzwi i komnaty dalsze wskazując. — Jedziecie rychło?
— Choćby jutro, odparł Gniewosz. Wyciągnę z Krakowa jakobym do domu naglądać jechał, a puszczę się do Wiednia... Ufałem w to, że wy mnie i królowej posługi nie odmówicie, w razie więc gdyby co pilnego przypadło, Hilda ochmistrzyni królowej zeszle kogo do was, a wy...
Franczek nie dał mu kończyć, okazując, iż rozumie.
Naszyjnik na ręku zważył, przypatrzył mu się i poczęli się umawiać o potrzebne pieniądze.
Morsztein zamknął klejnot królowej w szafie i jął się liczyć szerokie grosze pragskie, ale zarazem pomrukiwał.
— Sprawa dla was i dla mnie dobrą być może, ale i niebezpieczną... Królowę za sobą mamy, to jedno dobre, lecz...
— Sądzicie, że się nam może nie powiedzie? — rozśmiał się zarozumiały Gniewosz... Królowa, książe, my, i z nami wszyscy ci co rozum mają, a dzikiego człowieka za pana nie chcą??
Morsztein milczał długo.
— Królowa ma lat czternaście. Książe rakuzki piętnaście, a Jaśko z Tęczyna i pan Mikołaj i inni...
— Spytek Wojewoda mało co starszy — śmiał się Gniewosz — ale co tu wiek znaczy?
Franczek podniósł głowę.
— Młodość jak ogień dobry, pali się gorąco a krótko, starzy jak pierzyny, ciepło dłużej trzymają.
Gniewosz głową pokręcił.
— Niedoczekanie tych przekupionych mądralów, aby nam poganina narzucili... Zobaczycie, my z królową Wilhelma na tron wyprowadzimy, a naówczas!! Gniewosz się uderzył po kalecie i rękę podniósł do góry...
Mniej zdawał się ufać tym nadziejom Morsztein, lecz obawy też nie okazywał. Dumał rachując wszystkie możliwe wypadki przyszłości...
Nazajutrz podkomorzy opowiedziawszy się głośno, że mu do domu pilnem było, znikł z Krakowa.
Na Jadwigę nie nalegano zbytnio. Jeden tylko po drugim przychodzili biskupi, wszyscy oprócz neutralnego Radlicy, starając się jej okazać, jak wielkiego dzieła apostolskiego dokonać mogła.
Milcząca, smutna, słuchała królowa, nie sprzeciwiając się im.
Mniej przenikliwy arcybiskup uważał to za dobry znak, sądząc że uległa i dała się przekonać. Dobrogost bystrzejszy niepokoił się milczeniem, które dla niego wcale co innego wyrażało.
Po gwałtownym pierwszym wybuchu, nie mogło nastąpić tak nagłe poddanie się. Nie zgadzało się to z charakterem Jadwigi, który już dosyć się energicznym okazał.
Jaśko z Tęczyna, Mikołaj z Brzezia, Jan z Tarnowa, Wincenty Kępa i wszyscy panowie zgodnie, natychmiast po posłuchaniu u królowej, nie wahali się wyprawić do Hawnula gońca, aby poselstwo przybywało... Spytek z Mielsztyna, którego narzeczona, piękna Elża starała się nawrócić na stronę królowej, mniej był czynny, ale oporu nie stawił. Jego zdaniem, spieszyć z wydaniem królowej nie było potrzeba.
Nie był on za Wilhelmem, ani przeciw Jagielle — stał na uboczu...
Jaśko z Tęczyna, który, mimo całej czci swej dla królowej i pragnienia szczęścia jej widział w połączeniu z Jagiełłą dzieło opatrzności, nie odstępował od pierwotnej myśli.
Wszyscy Biskupi, nie wyjmując Radlicy, odprawiali modły na intencyę nawrócenia Litwy. Naglono na małego biskupa, aby on, najbliższym będąc Jadwigi, starał się ją nawrócić, też i zjednać; lecz biskup krakowski litował się dziewczęciu, odkładał, i nie śmiał naglić, na czas i powolne licząc oswojenie się z tą myślą.
Dotąd trzymane w tajemnicy swaty Jagiełłowe, nagle gruchnęły po mieście i kraju... Zdumienie było wielkie; ale nie wszyscy widzieli w tem przyszłą wielkość i siłę. Sarkało wielu.
Już dlatego, że Małopolska wiodła na tron litewskiego księcia, Wielkopolanie przeciwni mu byli. Znowu więc o Semku napomykać zaczęto...
Bartosz odepchnięty i obrażony, wyjechał z Krakowa gniewny, lecz wprędce zjawił się z powrotem.
Przywoził on nowe nadzieje: pokusy. Zdaniem jego, jak skoro Wilhelm nie był mężem Jadwigi, Piast nim być był powinien. Zaręczał za to, iż Wielkopolska gorąco wystąpi za starym panów swych rodem...
Oprócz tego Wielkopolanie nie chcieli Jagiełły, składając się tem, że cała potęga krzyżacka na Polskę runie, że i Polski i Litwy nieustannie strzedz i bronić przeciwko niej będą musieli.
Semko nie dał mu się ani na chwilę uwieść i rozmarzyć; wstrzymywało go uroczyste słowo dane Hawnulowi, a razem i ten urok, jaki dla niego miała królowa. Narzucać się jej, nadto był dumnym; czekał i roił, choć sam, czuł że marzenia spełzną próżne...
Pan z Odolanowa rachował na swój dawny wpływ, kilka dni nie dawał księciu spokoju, na ostatek, prawie bez pożegnania, Kraków opuścił. Semko mówić z nim już o nadziejach korony nie chciał...
Przedłużony pobyt był tem wytłumaczony, że powolnie prowadzone układy z królową dotąd nie były zawarte. Kanclerz przez biskupa Radlicę wyjednał warunki korzystne, między innemi i spłatę długów zaciągniętych u żydów w Krakowie.
Przez nich Bobrek, który wciskał się wszędzie zawiadomionym był o obrotach Semka, nie rachując już wcale na niego. Słał ztąd doniesienia do Malborga, starając się pozawiązywać stosunki między temi, których przeciw Jagielle spodziewał się poburzyć.
Z duchowieństwem wcale mu się nie powiodło, gdyż całe i zgodnie głosowało za połączeniem z Litwą. Tu się dlań szerokie otwierało pole do apostolstwa, nawracania, a pierwszemi nauczycielami religii nie mógł być kto inny jak Rusini i Polacy. Duchowieństwo tak zakonne jak świeckie z zapałem przygotowywało się do wielkiego dzieła nawracania. Radlica z innemi, pomimo współczucia jakie miał dla królowej, prosił Boga, by połączenie z Jagiełłą przyszło do skutku.
Z panów ci tylko, co, jak Gniewosz, upatrywali w tem korzyść własną, lub przez niechęć dla wyżej położonych, przeszkadzać im byli radzi, dawali się pociągnąć na stronę Wilhelma.
Znaczniejsza część jednak, która wiedziała jak Jagiełło był do rozrzutności szczodrym, po nim się spodziewała więcej i ku niemu się zwracała.
Wielkie korzyści jakie kraj miał osiągnąć, nie przeszkadzały rachować i na osobiste widoki.
Przez Gniewosza klecha wprowadzony do Hildy, pokorą swą, usłużnością, uwielbieniem udanem dla młodej pani, gotowością do ofiar pozyskał ją sobie. Wprawdzie na dworze do posług królowej było dwóch kleryków, Michno i Jaśko, którzy załatwiali wszelkie pisanie i czytali, gdy było potrzeba; Bobrek pomimo to, umiał się użytecznym uczynić i niezbędnym. Dwaj klerycy nie znali tak Krakowa jak on, nie mieli tej przebiegłości i takiego kunsztu opanowywania umysłów. Znajomość języków zalecała też Bobrka, a za charakter zdawała się ręczyć pobożność, którą się chlubił i popisywał.
Z licznym dworem męzkim Jadwigi, nawet z muzykantami, faworytem starym lutnistą Handslikiem, flecistami Gromkiem i Aulem, z dworzanami pokojowemi Zbramirem, Dobkiem z Częstowicz, Dersławem, Sasinem podkoniuszym i innymi, Bobrek w kilka dni był na stopie poufałej. Wodził ich po najweselszych piwiarniach i browarach, robił znajomości niewieście zabawiające, wtajemniczał w to życie stolicy, którego sam był doskonale świadom. Przed nimi uchodził za miejscowego. Od podchmielonych dowiadywał się rzeczy, którychby inaczej nie dostał. Wiedział już o usposobieniu królowej i o mocnem jej postanowieniu opierania się związkowi z Jagiełłą, gotując pomagać czynnie księciu Wilhelmowi jak skoro przybędzie. Podróż Gniewosza do Wiednia i powrót jego z Wiihelmem, obrachowane były tak, że książe powinien był poselstwo Jagiełłowe uprzedzić. Goniec od Hawnula prawie równocześnie wyjechał z Gniewoszem...
Książe Wilhelm mógłby był może natychmiast puszczając się w drogę, stanąć w Krakowie, gdzie go Jadwiga z utęsknieniem i niepokojem oczekiwała, lecz na przeszkodzie temu znalazł się charakter młodego pana i chęć wystąpienia z takim przepychem, z taką wytwornością, któraby, w jego przekonaniu, Polaków olśniła, oczarowała, zmusiła do dania mu pierwszeństwa przed dzikim poganinem.
Gdy Gniewosz z Dalewic zjawił się w Wiedniu z listem królowej, przyjęto go z wielką gorącością i natychmiast zaczęto czynić wielkie przygotowania do podróży.
Lecz nie tak to łatwo było zadość uczynić wymaganiom Wilhelma. Naprzód kazał szyć szaty nowe, umyślnie na to wystąpienie przeznaczone, potem barwę dla całego dworu. A że liczni domownicy księcia codzień jednakowo występować nie mogli, że on sam musiał zagasić tam wszystkich, naprzód więc zaczęto krajać, szyć, haftować, bramować, probować, radzić, dobierać barwy, a sam młody pan w ważnych tych zadaniach rozstrzygał.
Oprócz tego lik i dobór koni był rzeczą ważną, uprząże, siedzenia, kolebki, rzędy; wszystko co w Wiedniu starczyło, gdzie znano młodego księcia, nie wystarczało dla Krakowa.
Ludzi też należało i najpewniejszych i najśmielszych i najpokaźniejszych zszeregować, starszyznę im naznaczyć. Podkomorzy, który pewien był, że się Wilhelm natychmiast puści z nim w drogę, przesiedziawszy tu tydzień, przekonał się, że wyjazd przeciągnąć się musi.
Książe wychodził do niego co rana, utrefiony, woniejący, z pańską, wdzięczną twarzyczką, której starał się nadać powagę nad wiek, opowiadał mu o niezmiernej pracy, jaką miał z przygotowaniami i starał się mu dowieść, że było najwyższej wagi rzeczą, w Krakowie tak się okazać, by od razu odnieść zwycięztwo.
O sercu Jadwigi Wilhelm wcale nie powątpiewał, wierzył w nie, polegał na niem, lecz szło mu o tryumf nad Radą, nad panami, o zaćmienie blaskiem swej osoby... wszystkich królów i książąt świata. O zwycięztwie tem nie wątpiło książątko, lecz właśnie dla odniesienia go, Wilhelm musiał postępować bacznie.
Dnie za dniami upływały...
Jednego dnia poruszenie było nadzwyczajne, z powodu że sukna flamskiego ceglastej barwy dla dworu zabrakło...
Szukano go po całym Wiedniu i nie znaleziono. Wypadek ten doszedł przypisywaną mu ważnością niezmierną do rozmiarów niesłychanych.
Ruch był rozpaczliwy... Książe z nieubłaganą pedanteryą młodzieniaszka upartego obstawał przy swej barwie.
Innym razem w obramowaniu sukien rysunek był chybiony. Wilhelm kazał pruć i szyć na nowo.
Lecz to co się tyczyło jego własnej osoby, zajmowało go więcej jeszcze.
Na wszelki wypadek książe chciał mieć z sobą co tylko zamarzyć się dawało. Namioty, kolebki, uzbrojenia rozmaite, klejnoty tak obfite, by ich podwakroć jednych kłaść nie potrzebował. Przybory myśliwskie, do turniejów, do gonitw, a naostatek wszystkie wykwintne do stroju narzędzia, przybory, wonie, w znacznej ilości przysposobione być musiały.
Lekarz nadworny wiózł aptekę, bo i choroby i rany trzeba było przewidzieć. Książe brał z sobą nadwornego poetę Suchenwirta, dwóch przedniejszych trefnisiów Bubę i Heksę, karła, dwóch hajduków olbrzymich i t. p. Muzyka ograniczała się do pary lutnistów tylko.
Dwór taki, który przy wjazdach, wycieczkach, w podróży nawet musiał się okazywać ze wspaniałością godną tak wykwintne gusta mającego pana, cały musiano na nowo obszywać i muskać, wprawić go do pewnego ładu i nadać mu powagę należytą. W Wiedniu wszystka ta gawiedź mogła sobie pozwalać wiele, nie ciągnęło to żadnych złych skutków, nie uwłaczało panu, lecz za granicą każdy krok być musiał obrachowany.
Zawsze książe Wilhelm tak był pewien, że w ten sposób zmusi panów polskich do schylenia głowy przed sobą, iż wybierał się jakby już w Krakowie miał pozostać. Powoływała go Jadwiga, prawo jego do swej ręki uznawała, cóż znaczył jakiś opór i fantazya gburowatej szlachty polskiej, o której Wilhelm miał jak najniepochlebniejsze wyobrażenie?
O kraju tym chodziły w ogóle wieści, od czasów jeszcze Kaźmirzowych, na dworze cesarskim i w Wiedniu rozpowszechnione, malujące go na pół barbarzyńskim. Wiedziano, że Kaźmirz wiele uczynił, aby wywieźć go z tego stanu, lecz była to zawsze kraina dzika...
Gniewosz po upływie tygodnia, widząc że końca niema przyborom, zażądał posłuchania, starał się raz jeszcze nalegać na pośpiech i odebrał odpowiedź dumną, iż książe nie może ruszyć, aż cały dwór jego nie będzie godnym towarzyszenia mu...
Dłuższy pobyt podkomorzemu wydał się niebezpiecznym, prosił więc o listy, i postanowił wyprzedzić Wilhelma, ofiarując gdy do Krakowa przyjedzie dom swój na mieszkanie.
Książe zdumiał się mocno posłyszawszy to i odparł z godnością, że spodziewa się, jak mu przystało, stanąć na zamku gospodą. Musiał podkomorzy wytłumaczyć, że choćby się mogło stać po woli księcia, zawsze o to starać się wypadnie, bo zamek jest pilno strzeżony, a z licznym dworem nikogo tam kasztelan nie zwykł był puszczać.
Dał do zrozumienia Wilhelm wyrazem twarzyczki, że co do jego osoby, wyjątek uczyniony być musiał...
Nie wstrzymywał zresztą Gniewosza, bo natarczywość tego posła już go trochę niecierpliwiła.
Odprawiony z podarkiem podkomorzy, trochę rozczarowany puścił się nazad do Krakowa. Książe wprawdzie wydał mu się pięknym i nader gładkim, wypieszczonym młodzieniaszkiem, lecz piętnastoletnie chłopię taką przywiązujące wagę do stroju, wdzięczenia się, występowania, nie zdawało mu się stworzonem do walczenia z energicznemi panami radnemi.
Zaledwie z siodła zsiadłszy podkomorzy biegł do Hildy i królowej, malując tu w barwach jak najżywszych uszczęśliwienie księcia, jego niecierpliwość, przywiązanie do Jadwigi, i obiecując rychłe przybycie.
Tym czasem z drugiej strony wieści przyszły zasmucające, że poselstwo Jagiełły w drodze już było.
Mogła więc lękać się królowa, że ono uprzedzi przyjazd Wilhelma, i tak się stało w istocie. Dnia jednego nadbiegli gońce oznajmujący, iż uroczyste poselstwo litewskie noclegowało o pół dnia drogi od stolicy...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.