Semko/Tom III/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom III
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



III.

Pierwszych dni października roku tego stolica pod Wawelem, widok przedstawiała nadzwyczajny, na jaki wieki czekać było potrzeba, nimby się mógł powtórzyć.
Godziny szczęśliwe rzadkie są w życiu ludzi, rzadsze w narodów życiu. Są chwile dla pewnej części ludności, dla jakiegoś stanu i gromadki pomyślne i radosne. Naówczas cieszą się wybrani, urągają wyłączeni, patrzą obojętnie niemający żadnego w tem udziału.
Secin lat potrzeba na to, ażeby się cały naród cieszył i czuł szczęśliwym jak jeden człowiek, a tak radowała się cała ziemia polska przybyciu królowej swej Jadwigi.
Całe dwa lata skończyły się od śmierci Ludwika, dwa wieki przeżyte w zaburzeniach, trwodze, niepewności, napadach, łupieżach i domowej wojnie.
W Wielkiej Polsce dwa obozy stały zajadle przeciwko sobie, niszcząc siebie i ziemię nieszczęśliwą, Wielko i Małopolska rozdwoiły się i niemal odpadły od siebie, Ruś była zajechana, na pograniczach srożyły się rozboje... nigdzie nikt życia, mienia, jutra nie był pewnym... Dobra duchownych, majętności szlacheckie i pańskie płonęły i pustoszały, włościanie się rozbiegali, handel ustał, gościńce zarastały trawą, miasta ubożały...
Temu wszystkiemu miało koniec położyć przybycie królowej Jadwigi. Niosła z sobą rószczkę oliwną! Wszyscy patrzali na nią, wyglądając jej jak Zbawcy.
Dziwne Opatrzności zrządzenie! Tam gdzie potrzeba było żelaznej dłoni, niezłomnej woli, bohaterskiego męztwa dla zwalczenia zburzonych żywiołów, Bóg zsyłał dziewczę-dziecinę, słabiutką, niedorosłą, trwożliwą, śliczną jak anioł, jak anioł dobrą, a jak ludzkie dzieci nieszczęśliwą i bolejącą. I ta istota wątła, cudem Opatrzności miała przynieść z sobą pokój i szczęście!!
Są w dziejach cudowne godziny.
Naówczas wszystkie rachuby ludzkie kruszą się w proch, a z niebios zstępuje siła, czasem w postaci dziewicy[1] lub dziecka.
Cudem też wówczas czuje naród cały, że przychodzi zesłaniec Boży i wstrząsają się wnętrzności jego, i opromieniają czoła, biją serca, jednym hymnem dziękczynnym brzmią usta wszystkie...
Z takiem uczuciem oczekiwano tu Jadwigi, córki tego króla, który tu po sobie najsmutniejsze zostawił wspomnienia, matki, która urąganiem się z łatwowierności narodu budziła wstręt i pogardę; dziecięcia rodziców, dla których Polska nie była ojczyzną ale towarem, a jednak to dziecię witano z miłością, z poszanowaniem, z zachwytem...
Na zimnych kartach dziejowych dziś jeszcze miga złoty promień tych dni jesiennych, dni ocalenia!!
Wszystko to co się tu działo i dziać miało, nie było rąk ludzkich sprawą, lecz prawym cudem jakimś. Źli ludzie zmuszeni byli do dobrego pomagać, idący oślep znajdowali drogę, kruszyły się serca uparte, miękły piersi skamieniałe...
Kraków gotował się przyjmować swoją królowę i dzień a noc stroił dla niej... Wszyscy panowie, znaczniejsza część duchowieństwa już była pośpieszyła na granicę po ten skarb, który przybywał; pomimo to stolica była nabitą ludem, przypływali goście co chwila, zapełniały się gospody, a ruch nie ustawał.
W ulicach krzątano się, aby je oczyścić i ozdobić, w rynku bielono i malowano, zasypywano doły i układano kamienie; na zamku panowało toż samo gorączkowe oczekiwanie Zbawczyni. Tu stare Kaźmierzowskie komnaty ocierano z pyłu, myto i okadzano, aby z nich woń śmierci uleciała, a życie się odrodziło.
Zawieszano opony, słano kobierce, wysypywano drożyny; ze skarbca dobywano co w nim zostało niezłupionego i porzuconego z pogardą.
W Kościele na Wawelu zawieszano wieńce, ubierano ołtarze...
Wszędzie roił się lud, a bramy miasta, których niedawno strzeżono tak trwożnie, stały teraz otworem. Nie obawiano się żadnego wroga — przybywała królowa.
Królowa! Nie — ta królowa królem być miała, słabe jej białe rączki musiały tknąć też poświęconego miecza, tak jak w jabłku dźwignąć musiały ziemię, której panować miała. Ciężka korona musiała spaść na to czoło dziewicze...
Gdy zewsząd orszaki Toporów, Leliwów, Rożyców, Sreniawów, strojne w najbogatsze szaty i zbroje leciały na powitanie pani swej, zapomnieli wszyscy kto był komu wrogiem, zlali się w jedno ciało.
Stało się na ten dzień braterstwo wielkie, które nie trwa niestety!
Panowie oznajmywali królowę chłopom, kmiecie biegli ją oglądać, równie jak szlachta. Wszystkim przynosiła wybawienie od tyranii tej garści warchołów, która rodzi się w mętnej wodzie i z niej żyje.
Biły tak serca wszystkie, jak gdyby naród cały miał jedno tylko, począwszy od raba do książęcia.
Dziwną sprawą niepojętej ducha potęgi, obcy człowiek, który wpadał w to zaczarowane koło, czuł się pochwyconym na wysokości tego świętego szału, i na chwilę musiał pieśń tę śpiewać co wszyscy.
Ktoby był jednak dnia tego, gdy się Kraków na przyjęcie Jadwigi gotował, zobaczył z żółtą twarzą człowieka, stojącego w bramie domu na Grodzkiej ulicy, odzianego w kleszą suknię czarną, oczyma gadziny rzucającego na ludzi i przysłuchującego się radosnym śmiechom i okrzykom z źółciowem szyderstwem, poznałby w nim wroga.
Dlatego może to stworzenie z trwogą jakąś, wyglądało bojaźliwie i kryło się za najmniejszym szelestem, ale wnet znowu oczy złe wytrzeszczało na przechodniów.
Był to Bobrek, nie sam jeden może szpiegujący dla Krzyżaków co się tu działo, ale wysłany jako najwierniejszy sługa, by na wszystko ucho miał i oko.
Bobrek był zawsze najzręczniejszym szpiegiem i kłamcą, umiał gdy mu żółcią zapływało serce, udawać miłość i pokorę, lecz teraz tak się w nim burzyło wszystko, iż sobą być zapomniał.
Szczęście tych ludzi, bodło go jak mieczem w piersi, poiło trucizną.
Stał, drżał i nie umiał już nic, tylko przeklinać i zżymać się.
Krył się przed znajomymi, bo czuł, że byłby się zdradził.
O kilka kamienic dalej gospodę zajmował Semko, kryjąc się z sobą, nie chcąc być widzianym.
Dla niego też obraz to był nowy, a mimowolnie pamięć mu przywodziła ten dzień jeden królestwa jego, i te okrzyki, które się wówczas o uszy jego obijały, porównywając je do tego, co się tu działo.
Tam przy nim byli tylko ludzie, tu działała siła jakaś niewytłumaczona, niepojęta, straszna. Czuł on, że tej potędze nic się oprzeć nie może, ani on sam nawet śmiał się przeciwko niej buntować.
Marzenie jego królewskie rozwiało się w oczach, mgłami zapłynęło.
Z niepokojem w sercu patrzał i słuchał. Przy nim stał Bartosz z Odolanowa.
Milczący oba, kiedy niekiedy spoglądali na siebie, badając wzajemnie. Bartosz w którym teraz biło serce polskie, stał oczarowany, upokorzony. Kiedy niekiedy z ulicy dolatywał ich okrzyk, piosenka, śmiech... żadnej nuty fałszywej, nigdzie jęku.
Ci co cierpieli, milczeli, wiedzieli, że ich jęk w niczyjejby się nie odbił piersi, a szczęście tysiącówby go pochłonęło.
Smutno było Semkowi skazanemu w murach na niewolę. I on i Bartosz rwali się dusznie do wielkiego tłumu, do tych co pobiegli na spotkanie, lecz im tam nie było wolno się pokazać. Mieli na sobie nieodpokutowane grzechy.
Co chwila drzwi się odmykały, jeden z dworzan książęcych wchodził, i tym głosem poruszonym, drżącym, upojonym, który daje gorączka oszalałych tysiąców, zwiastował jakąś nowinę.
Nowiny te o podróży, o pochodzie królowej, biegły cudem po rosie, w powietrzu, z ptakami i przylatywały w mgnieniu oka. Podawane z ust do ust piorunem prześlizgały się milami. Zamruczano je w jednej bramie, natychmiast odbijały się na drugim miasta końcu.
Niemówiono tylko o królowej.
Petrek i Szymek komornicy książęcy wiedzieli już, że królowa była biała i piękna jak lilja, że uśmiech jej czarował, wejrzenie rozbrajało, że starzy srebrnobrodzi wojewodowie i kasztelany na kolana przed tem dzieckiem padali; że miała na sobie płaszcz złotogłowy, na głowie wieniec z lilij złotych, że przed nią jechał starzec w szkarłatnem kapeluszu z sznurami, i modlił się a płakał... że za nią szło cudnych dziewic dwanaście i poważnych matron lik wielki, a wieziono skarby mnogie...
Białe gołębie z zielonemi w dzióbkach gałązkami leciały przed nią. Obłok woni promienistej ją oblewał.
Prawiono cuda i wierzono w cud... Oczy wszystkich miały go oglądać.
Niekiedy wśród momentu ciszy, zdawało się, że słychać zdaleka dzwony wszystkich w Polsce kościołów bijące Bogu na chwałę, i jakby pieśń niewidzialnych chórów, płynącą powietrznemi szlaki.
W nocy nikt nie spał, we dnie zapomniano o głodzie i pragnieniu. Nie pytano o nic, tylko kiedy przybędzie królowa?
Każdy się lękał stracić tę chwilę uroczystą, i nie znaleźć miejsca na dwoje spragnionych oczu.
Bartosz i Semko rozmawiali z sobą wejrzeniami.
— Wszystko co żyło wyciągnęło z Krakowa — odezwał się po długiem, ołowianem milczeniu Semko. — Gdyby tak byli opuścili miasto i bramy, gdyśmy z Bodzantą przybyli...
— Bodzanta! Bodzanta! — westchnął Bartosz — ten pojechał też spotykać królowę, króla, której za dni kilka koronę włoży na skronie... Cień słyszę tylko z niego pozostał, tak go ta wojna wycieńczyła na duchu i na ciele. Stary klecha nie miał nigdy własnej woli, kto chciał mu ją narzucał.
Semko dał znak oczyma i Bartosz mówić poprzestał. Po co było te trupie wspomnienia przeszłości wywlekać?
Zapadał wieczór. Dnia tego już nie mogła przybyć królowa. Kanclerz wszedł do izby krokiem powolnym, pogrążony w myślach, a tuż za nim w pół zgięty, zmalały, wcisnął się Bobrek. Przynosił on, jak mówił, przypadkowem spotkaniem schwycone po drodze, pozdrowienie dla księcia, od mistrza Czolnera.
Chciał je sam złożyć u stóp jego.
Z uśmiechem, który podobien był do poczwarnego wykrzywienia, przynosił Semkowi przypomnienie, że zakon czuwał, patrzał, i nim się opiekował.
Zimno przyjął pozdrowienie książe. Było mu ono obojętnem.
— Strach patrzeć jak tu ludzie potracili głowy — odezwał się Bobrek — a cóż to będzie, gdy królowej doczekają. Ciekawe panowanie młodej pani...
I śmiał się, ale słowa jego jak szelest suchych liści prześliznęły się prawie niesłyszane.
Bartosz jeden ciekawie na tego mizernego klechę spoglądał.
— Długo tu myślisz mieszkać? — zapytał książe obojętnie. — Możesz li odnieść mistrzowi pokłon wzajemny odemnie?
— Jeśli miłość wasza rozkaże — jąkając się odezwał Bobrek. — Ja tu, jak zawsze z mojem przywędrowałem rzemiosłem. Sprzedaję modlitewki i błogosławieństwa, piórem służę, kto użyć łaskaw. W wielkiej ludzi gromadzie, coś się trafić może...
Semko popatrzał nań i coś szepnął kanclerzowi, który zbliżył się do klechy i cicho zapewne w nagrodę pozdrowienia, coś u niego zamówić musiał, bo słychać było, że zakończył dwoma kwartnikami.
Dla klechy ważyło to tyle co odprawa, został jednak chwilę w progu, bo oprócz smutku i zadumy, nic tu jeszcze nie wyszpiegował.
Lecz tak uparte przy nim milczenie panowało pomiędzy zebranemi, że Bobrek, rad nie rad pokłoniwszy się wysunąć musiał.
Naówczas dopiero kanclerz zbliżywszy się coś począł o przygotowaniach na przyjazd królowej, króla.
— Postanowiono — rzekł — iż jej prawie odetchnąć nie dając, koronować mają. Boją się pewnie, aby królowa Elżbieta napowrót jej nie odebrała... a na koronacyę z małżonkiem czekać nie chcą.
W tem Bartosz przerwał.
— Głoszą niektórzy, iż jest wielu, co króla żadnego nie pragną, jak bajeczną Wandę, chcą ją mieć na zawsze dziewicą.
Semko w milczeniu poruszył ramionami, nastąpiło milczenie.
Noc w końcu nadeszła i książe sam z myślami pozostał.
W mieście nie było pokoju, i nocą lud podchmielony radością spać nie mógł.
Jak dzień wrzawa się wzmogła. Semko obudził. Ulicę wysypywano zielenią, kosaćcami wonnemi i jedliną. Chłopcy z koszykami, wozy z gałęźmi przeciągały.
Lud strojny był od brzasku. Co kto miał wdział najlepsze. Bogate mieszczki obwieszały się łańcuchy, oprawiły w klejnoty; otuliły w futerka kosztowne.
Przed oczyma przesuwały się kabaty, żupany, jubki, płaszcze z Chamety, barchanów, atłasów, jedwabiów, aksamitów, bawełny. Mieszczanie wyglądali jak panowie, parobcy jak panicze, dziewczęta jak władycze córki. A śmiało się to wszystko i radowało, jakby każdy coś zyskał z tej wielkiej bryły szczęścia, która się toczyła...
Nagle na przedmieściach naprzód odezwały się dzwony, jedne po drugich, uroczyście i wesoło, tłumy poczęły biedz, stawać pchać się, wdrapywać na drabiny i dachy. Jedne po drugich przejmowały pieśń wszystkie wieżyce... i w powietrzu zawrzało nią...
W oknach głowy nad głowami.
Cicho, tylko dzwony biją...
Szmer poszedł, jadą, jedzie...
I widać naprzód poczet konny, zbrojny, chłop w chłopa, cali w pancerzach, cali w żelazie, ręce w boki, na hełmach pióra wiewają.
Konie w brzęczadłach, w okryciach, na łbach kity, u ogonów wstęgi, a z ramion i hełmów rycerzy, powiewają jedwabne pasy, zwijając się w powietrzu.
Jadą, jadą i końca im niema. Węgrowie, Polacy, trębacze, piszczałki, muzyka, bębny.
Chorąży z proporcem rozpostartym, znów dwór strojny i piesi z berdyszami.
Otóż ona... Na białym koniu pod złotą oponą, śliczna, wysmukła, dziecię-dziewica, oczy, to podniesie łzawe i uśmiechnie się, to spuści ku ziemi...
Piękna jak anioł, cud! szmer ją wita... Lecz czemuż jedzie tak smutna, tak drżąca...
A oto starzec kardynał, i Bodzanta i biskup Mały i duchowni z łańcuchami i krzyżami na rękach... I dwanaście dziewic, i matrony jak królowe poważne, i poczet polskich panów tryumfujący.
Jadą dumni, mówić się zdając oczyma do ludu: Mamy króla!!
Najpiękniejszy z młodzieży, na koniu najdzielniejszym z koni, białym jak mleko, to młodziuchny Spytek z Mielsztyna, na głowie z podniesioną przyłbicą, szyszak złocony, na nim gwiazda. Oczy mu się śmieją, a do niego tłum się uśmiecha...
Z siwą brodą w sobolim kożuchu, na złotych szerokich strzemionach oparty, to Jaśko z Tęczyna... Obok cały w kamieniach drogich starzec, to pan krakowski...
Któż ich zliczy? Jadą pułkiem całym od złota i atłasów, dumni, weseli, królikowie mali... a tłum im bije pokłony.
Oni mu dali królowę, króla...
Dalej Węgrowie przy wozach, na których skarby jadą... Straż je otacza... Ciągną kolebki, pałuby, ogromne fury skórą kryte, dalej konie powodne, czeladź, stajenni, ciury...
Powoli, uroczyście wszystko się ku zamkowi toczy, a lud ciśnie ku kościołowi, do którego naprzód ma zajść królowa i gdzie jej arcybiskup z towarzyszami na szczęśliwe pobłogosławi panowanie. Lecz tu i dla dostojnych panów a starszyzny miejsca zbrakło, i stoją w podwórzach zamkowych.
Dzwony biją radośnie... tłumy śpiewają — w ulicach szaleje ciżba... Trefnisie miejscy pstro i szachowano postrojeni zwijają się błaznując, z okien słychać lutnie... Nie znajomi się witają — wszystko jakby bracia rodzeni...
W oknie domu z zagryzionemi wargami siedzi Bobrek.
Zdało mu się przez ten czas cały, i jeszcze czuje jakby go kto kąsał i ciało mu wyrywał. Zagadał do niemców swoich, zaszwargotał i odpowiedzieć mu nie umieli — kiwali głowami tylko.
— Dzień wielki! — mruknął jeden.
— Takiego dnia baby wojskoby najtęższe pobiły — dodał drugi — ale takich dni na życie ludzkie dwóch niema.
— I na dwa życia rzadko jeden trafi — dopowiada drugi.
Bobrek milczy i żre się...
— Czy to im da siłę? — mruczy do siebie... Zakon cicho siedzi, ale potęgę zbiera... żelazo po zamkach, złoto po piwnicach...
Rozśmiał się.
— Gdybym był królem Sieradzkim Semkiem — zawołał — dziśbym umarł chyba.
Semko patrzał z okna, a gdy przeciągała królowa–dziewica, stał jak wryty i pobladł jak mur.
Takiej niewiasty niewidział i nie marzył. Niepodobna do żadnej innej, jakby rodem była nie z tej ziemi.
Mijając dom podniosła oczy z pod rzęs ciemnych na niego — i wejrzenie to przejęło go do kości... było jakby wyrzutem... On chciał aniołowi temu tron wydrzeć? Cofnął się mimowolnie...
Kanclerz stał za nim ze złożonemi rękami jakby się modlił.
Westchnął.
— Koronować ją chcą? Alboż ją już dziś nie ukoronowali czcią tą wielką?!
Bartosz z Odolanowa, pierwszy raz w życiu poczuł się słabym — i rzekł w duchu, że przeciw tej sile jakiejś, co szła z tym pochodem, wojować żelazem było szaleństwem.
Co tam się tego dnia na zamku działo, nie wiedział nikt. Postawiono straże, do pobłogosławionych przez Małego komnat niewiasty wprowadziły królowę i drzwi zaparto, aby się modliła, odpoczywała...
Któż wie? aby płakała może...
Panów u siebie na dworcu młody wojewoda przyjmował, nietylko polskich, ale i węgierskich, na których czele stał Emryk Bobek, ojciec pięknej Elży, jaśniejącej przy boku królowej...
Wojewoda Emryk czysta krew starych wodzów Atylli, czarny mąż z ognistemi oczyma i śmiejącemi się usty, z krzywą szablą u boku i przewieszonym z ramienia płaszczykiem, pierwsze miejsce ma w gościnie.
Przy nim starzy a swoi Dobiesław, z purpurową od zmęczenia twarzą, Jaśko z Tęczyna z brodą swą siwą, Jan z Tarnowa, Gniewosz z Dalewic, i mnodzy inni...
Wszystkim twarze promienieją, a oczy się śmieją.
Służba stoły zastawia, lutniści już w struny brzękają, trzech trefnisiów u drzwi na znak czeka, aby gości zabawiać, a tu rozmowa toczy się jak fala pod wiatru powiewem wesoło, kiedy niekiedy okrzykiem przerywana.
— Wojewodo — woła Florek z Zaborza, jednego z nim zawołania. — Wiecie kogom widział w oknie, przyglądającego się wjazdowi królowej naszej?
— Któż cię zgadnie?
— Dwie kopy stawię że nikt — śmiejąc się zawołał Florek i zatrzymał się nieco.
Spytek uderzył go po ramieniu.
— Może cię tak bardzo zdumiało przybycie tu Semka Mazowieckiego! — rzekł z trochą ironii, bo prawie pewien był, iż Florek miał go na myśli.
Zagadnięty w ten sposób głowę spuścił.
— Widzę, żeście lepiej uwiadomieni niż sądziłem — dodał, — przegrałem dwie kopy.
— Alem ja ich nie wygrał! — odparł Spytek — nie stawiłem nic.
— Cóż wy myślicie o tem przybyciu Mazowieckiego, co poczniecie z nim? Przecież za Książ musicie żądać wynagrodzenia, a wątpię, żeby mu na wszystkich wierzycieli resztki księztwa starczyły — odezwał się Florek.
— Co się czasu wojny straciło, tego trudno poszukiwać na kim — rzekł Spytek dość obojętnie. — Ani od ciebie dwu kop, ani od niego za pogorzel o nic się upominać nie będę.
— A jeśli się spotkacie?
— Gotowem mu rękę podać, jeżeli się królowej pokłoni i wyrzecze dawnych rojeń — dodał Spytek. — Dziś dla zgody i pokoju, każdy gotów coś poświęcić.
Gospodarza odciągnięto w tej chwili, a Florek pozostał zdumiony i zamyślony.
Biesiada u wojewody, na którą coraz liczniejsi przybywali goście, zgromadziła wkrótce wszystkich najznakomitszych dostojników: a nie było słychać u stołów nic, tylko pochwały młodej pani i uwielbienia dla niej. Wszyscy byli zgodni, jedno uczucie ich ożywiało.
Znaczniejsza część, nie wyjmując gospodarza, rada była przyspieszyć dzień koronacyi, aby nowa jaka przeszkoda, nie zmusiła do wyczekiwania w tym stanie bezkrólewia i niepewności, który zabiegom i podstępom wrota otwierał.
Postanowiono więc nie zważać na to, iż korony były w Budzie, aby na wydanie ich nie czekać. Złotnicy mieli natychmiast ukuć nową. Arcybiskup powolny we wszystkiem, nie czynił trudności najmniejszej, a przybyły kardynał Dymitr, arcybiskup Strygoński i ks. Jan biskup Czanadzki nie sprzeciwiali się temu także.
Wyznaczono już nawet dzień Św. Jadwigi, 15tego miesiąca, na uroczystość, do której gotowali się wszyscy.
Jaśko z Tęczyna i Spytek, najgorliwiej sprawę tę popierali.
U stołu układano się już o to, aby nadać obchodowi jak największą świetność. Wszyscy przybyli na spotkanie młodej pani, zatrzymać się mieli, aby dnia tego towarzyszyć wspaniałemu orszakowi króla — królowej. Długo przeciągnęła się ta uczta hojna u wojewody; a gdy znużeni podróżą, rozjeżdżać się do domów zaczęli, Jaśko z Tęczyna, Dobiesław z Kurozwęk i Włodko z Ogrodzieńca podczaszy, zostali sami tylko na ostatku...
Potrzebowali się naradzić jeszcze z sobą, nad bezpieczeństwem, nad urządzeniem dworu i wyborem osób, któreby jej zbyt tęsknić za matką i rodziną nie dopuszczały...
Wszyscy oni i ze czci jaką mieli dla pani swej i z obawy, aby obce wpływy na umysł jej nie działały, chcieli ją otoczyć tak troskliwą opieką, aby na zamek nic bez wiedzy ich docisnąć się nie mogło.
Od pierwszego dnia widzieli, że wszyscy co mieli jakiekolwiek prawo zbliżać się do młodej królowej, zabiegali już, aby jej łaski i zaufanie pozyskać.
Snadź starali się zjednać sobie starsze panie, dodane królowej i dwór jej niewieści. Przewidywano też, iż biskup krakowski Radlica, który dzieckiem znał królewnę, i ulubionym był jej ojcu — jej też nad innych stanie się miłym i prędzej zyska jej zaufanie.
O tego nikt obawy nie miał, gdyż zacny biskup sam podkopywany, nikomu szkodzić i nikogoby podkopywać nie potrafił.
— Dzięki Bogu, dotąd składa się nam wszystko po myśli — odezwał się Jaśko z Tęczyna, — wielka teraz odpowiedzialność ciąży tylko na was, panie Krakowski (zwrócił się do Dobiesława), bo zamku strzedz potrzeba jak oka w głowie.
Stary kasztelan, który w tym względzie żadnego nigdy niedbalstwa do wyrzucenia sobie nie miał, krótko odparł, że mogą być spokojni. Włodko z Ogrodzieńca zaręczał też za siebie i innych urzędników dworu, iż nad królową czuwać będą.
— Łacno to przewidzieć — dodał Jaśko z Tęczyna, że póki królowa nie wybierze sobie lub my jej nie damy małżonka, będą się tu roić i kręcić ludzie z różnemi myślami.
— Staremu nawet Władysławowi Opolskiemu nie wierzę — wtrącił Spytek — bo wiem, że i on władzy jest chciwy, i rodzaj opiekiby rad objąć nad królową, na co my się żadną miarą zgodzić nie możemy.
— Nigdy w świecie! — gwałtownie zakrzyczał pan Krakowski.
— Semko Mazowiecki jest tu także — dodał Włodko z Ogrodzieńca.
— Ale ten, sądzę, niebezpiecznym nie jest, siły niema, znękany, odłużony, jeżeli przybył, to ażeby robiąc pokój, mógł coś przy tem uzyskać — rzekł Jaśko...
— I zawrzeć z nim pokój, byle go dotrzymał, najbezpieczniej — odezwał się Spytek. — Nie groźny nam, ale mącić może, a my spokoju potrzebujemy.
— Władysław Opolski chytrzejszy i niebezpieczniejszy — szepnął Jaśko. — Na niego oko mieć potrzeba. Zechce się li na zamek wprosić i w nim rozgościć.
— Nie puszczę go — rzekł Dobiesław węzłowato...
— Nie zapominajmy i o tem — ciągnął dalej pan z Tęczyna — że Wilhelm rakuzki, choć go precz odprawiono, i królowa Elżbieta zerwała z nim, ma być naszej pani miłym, ona jemu, i że za to ręczyć nie można, żeby się tu wcisnąć nie próbował, a ludzi sobie pozyskać.
— Królowa o nim zapomni — odezwał się Spytek... byle... byle go tu nie dopuścić...
— Nie sądzę, ażeby się ważył przybyć — mruknął Dobiesław...
— A gdyby! wygnać go nie możemy, ani wzbronić widzenia się — mówił gospodarz.
— Dość będzie czasu pomyśleć o tem, jeśliby on ośmielił się przyjechać do Krakowa — rzekł Włodko podczaszy.
— Stara ochmistrzyni ulubiona Jadwidze Hilda — szepnął Spytek — Niemka, rodem z Wiednia, mówią że mu sprzyja...
— Będzie się nad tem czuwało — rzekł Dobiesław.
Gdy się to działo we dworcu pana wojewody, ci co mieli poleconem sobie patrzeć i słuchać, jak Bobrek, nie tracili czasu. Było ich zapewne wielu, lecz nikt od klechy czynniejszym nie był. W nim gorliwość dla zakonu zwiększała nienawiść ku Polsce.
Niema zajadlejszych wrogów nad tych co się swej narodowości wyrzekłszy, w sumieniu gryzieni, zniszczyćby ją chcieli, aby o swej podłości zapomnieć. Przenikliwemu klesze dosyć było się rozpatrzeć nieco i nasłuchać w tem, co Semka otaczało, aby powziąć przekonanie, że Krzyżacy na niego nie powinni byli rachować: Nie rozumiał on, co mogło mściwego i gwałtownego człowieka ukołysać tak i rozbroić, lecz czuł, iż się on już zakonowi nie przyda.
Choć w tajemnicy dotąd trzymano swaty Jagiełłowe i myśl połączenia go z Jadwigą, Bobrek wiedział o tem bardzo dobrze, iż większość panów i duchowieństwo stała przy tem i mocno postanowiła małżeństwo doprowadzić do skutku.
Potrzeba było znaleźć coś na odwrócenie niebezpieczeństwa, na postawienie przeciw Jagielle; a nie było nikogo, coby się tak nadawał jak młody Wilhelm, narzeczony niegdyś Jadwigi.
Z pół słówek tu i ówdzie pochwytanych, klecha zmiarkował, iż był on miłym królowej. Trzeba było tylko znaleźć kogoś, coby jej uczucie rozbudził na nowo i ofiarował się mu służyć.
Nazajutrz zręczny służka krzyżacki był na zamku z modlitewkami, trafił do dwu kleryków będących przy dworze pani, zrobił znajomość z niemi i szukał człowieka, którymby się mógł posłużyć.
Widzieliśmy już, że Dobiesław z Kurozwęk pilno nad zamkiem czuwał, a Jaśko z Tęczyna i biskup Radlica nad samą królową. Na urzędników jej dworu, o których się pilno wywiadywał Bobrek, wcale nie mógł liczyć. Byli to ludzie wielkiej powagi i sumienności... Do niewiast przystęp był trudny, a gadatliwości ich lękał się Bobrek... Szukając tak człowieka przedajnego i słabego — nim przyszło do koronacyi, klecha już sobie upatrzył kogoś, który zdawał mu się jakby stworzony do zdrady.
Był nim podkomorzy krakowski, z urzędu swego będący przy młodej królowej, Gniewosz z Dalewic. W nim Bobrek znalazł wszystkie znamiona powolnego narzędzia, do podstępnego knowania.
Ubogiej rodziny szlacheckiej potomek, Gniewosz miał ambicyą niezmierną i nieprzebierającą w środkach. Chciało mu się zbogacić, podnieść, stanąć na równi z innemi, jakimkolwiekbądź kosztem.
Pochlebca zręczny, umiał się naprzód wkraść w łaski Dobiesława i zmarłego biskupa Zawiszy, którym służył do najbrudniejszych spraw, nie dbając co ludzie powiedzą.
Lekceważył sobie języki, a stał o oczy, — występować świetnie, napozór równać się przepychem dworu, szatami, wystawnością życia z daleko możniejszemi od siebie — było głównym jego celem.
Wcisnąć się pomiędzy Leliwów i Toporów, choćby go odpychano i dawano mu czuć co ich od niego dzieliło, szaty ich naśladować, stół mieć podobny, konie tej samej maści, suknie krojem cudzoziemskim, kawalkatora cudzoziemca, lutnistę choćby jednego, wozy tak samo kryte, stół podobnie zastawny i w obec mieszczan a gawiedzi nie ustępować magnatom, Gniewosz miał za obowiązek i jedyny cel życia. Zawsze w długach, obarczony lichwą, nie pytał z kąd weźmie, byle dostał.
Pięknej dosyć powierzchowności, oblicza wesołego, dowcipny, bo zręcznie sobie cudzy dowcip umiał przywłaszczać, uniżony i przymilający się mocnym, zuchwały ze słabemi, dosyć dotąd szczęśliwie idąc, dobił się do podkomorstwa.
Na ubogiego szlachcica było to już dość znacznem, lecz jemu nie starczyło... Przemyślał ciągle nad sposobami dźwignięcia się wyżej jeszcze. Przykład miał na krakowskim panu.
Bobrkowi łatwo było zasięgnąć wiadomości o charakterze człowieka, którego w Krakowie znali wszyscy żydzi, lichwiarze, roztrucharze, kupcy, bo im zalegał w znacznych sumach. Wiedzieli oni z doświadczenia, że na słowie jego polegać nie było można, i że za pieniądze gotów był na wszystko.
Zmuszony żyć w mieście i przy dworze, trzymać konie i ludzi, stroić się, gości przez pychę przyjmować, udawać pana, Gniewosz potrzebował ciągle i rzucał się na wszystkie strony.
Mógł więc klecha zmiarkować, że najłatwiej mu będzie zyskać sobie jego, myśl mu poddać, zaświecić nadziejami wielkiemi, i pokierować tak, jak zakonowi było potrzeba.
Bieniasz, u którego klecha stał gospodą, był z podkomorzym znajomy. Szło tylko o to, ażeby zajętego teraz służbą ściągnąć do Niemca. Bobrek był pewien, że po krótkiej rozmowie zyskać go sobie potrafi.
Właśnie Gniewosz potrzebował na przyjmowanie Węgrów i na koronacyę pieniędzy, a że długów miał wiele, nikt mu ich dawać nie chciał inaczej jak na zastaw.
Było to zresztą zwyczajem w czasach onych, że dla utrudnienia w poszukiwaniu sądowem należności, nie dawano inaczej, jak pod zastawy, nawet panującym i książętom, którzy srebra swe a inni zamki i włości w długach dawać musieli, aż do spłacenia ich. Krzyżacy naśladowali w tem powszechny obyczaj.
Gniewoszowi tych trochę sreber jakie miał nie chciało się pozbywać, aby domu z oznak pewnej zamożności nie ogołocić. Latał więc za pieniędzmi.
Bobrek urządził się tak, ażeby go pod pozorem pożyczki ściągnąć do Bieniasza domu...
On sam gotów był mu wyjednać zasiłek jakiś, gdyby się dał pozyskać.
Nic nie kosztowało klechę, że nie mogąc swoich panów wydać, musiał się tu kłamstwem posłużyć. Dużo wprzódy nim zasada, że cel uświęca środki, wygłoszoną została przez inny zakon — Krzyżacy ją wyznawali. Słudzy ich pewni byli rozgrzeszenia, postępując sobie nie wedle sumienia, ale wedle potrzeby...
Gniewosz z Dalewic, dał się na krótki czas z zamku sprowadzić do Bieniasza domu, klecha który dotąd słyszał o nim tylko, a widywał go zdaleka, zobaczywszy wchodzącego, był w początku powierzchownością jego wielce zmięszany. Nie odpowiadała pojęciu, jakie miał o nim.
Dworak i pochlebca, wyglądał z pozoru na tak wyszlachetnionego człowieka, miał tyle powagi, otwartości, rycerskiej buty, iż Bobrek sądził, że go oszkalowano.
Lecz próbować było potrzeba. Stawił się klecha jako pośrednik lichwiarza naprzód, potem gdy Bieniasz się oddalił, odważył się wprost wystąpić z tem co przynosił.
Zniżył głos, a że czasu było niewiele, bo podkomorzy się spieszył, począł od tego, iż należał do sług ks. rakuzkiego Wilhelma; który był i nie przestał być narzeczonym Jadwigi.
— Pomagając mu, możesz miłość wasza być pewnym wdzięczności, fortuny, najwyższych urzędów. Królowa go kocha, idzie o to, aby zamiary panów, co ją inaczej chcą żenić, zniweczyć.
Myśl ta od razu tak przylgnęła do człowieka, iż ani się zawahał oddać na jej usługi.
— Cóż mam czynić? — zapytał.
— Naprzód się do królowej starać zbliżyć i dać jej poznać, że chcecie Wilhelmowi i jej być pomocą. Sprowadzić go tu łatwo; a gdy się raz na zamek dostanie — wszak ślub już byli raz wzięli, albo go potajemnie powtórzą, lub się bez niego obejdą. Naówczas panowie radzi nie radzi, królem go uznać muszą.
Gniewosz płonął cały i drżał z niecierpliwości.
— Mogę wam na to złożyć przysięgę, — dodał klecha — że będziecie wynagrodzeni tak, jak ważna ta usługa zasługuje. Weźmiecie co zechcecie...
Gniewoszowi szło już tylko o to, jak ma postępować, a o samą posługę, ani się spierał. Ofiarował jej siebie całego...
— Rzecz jest łatwą — rzekł mu Bobrek — bo królowa kocha narzeczonego, to wiedzą wszyscy. Spytek i Jaśko, chcą jej narzucić — kto wie kogo! poganina jakiegoś, dzikiego niedźwiedzia, obrzydliwą poczwarę. Porozumiecie się łatwo z młodą panią.
Składało się to tak po myśli i charakterze chciwego a niesumiennego Gniewosza, iż klechę by był ucałował, gdyby nie duma...
Jednem słowem został wtajemniczony, miał drogę wskazaną.
Spytał Bobrka, czy książę Wilhelm, gdyby mu dano znać, przybyć zechce? Na to Bobrek, choć niewiedział nic, na wiatr, najzuchwalej dał słowo...
Daleko w krótszym czasie niż się spodziewał, klecha sprawił co chciał, a oprócz tego załatwił podkomorzemu sprawę pożyczki, chociaż nieco mniejszej, niż sobie życzył.
Wiedział pewnie, że Krzyżacy gotowi byli zapłacić za niego, byle się powiodło wprowadzić Wilhelma, a odeprzeć Jagiełłę.
Gniewosz wyszedł z kamienicy Bieniasza z takiem uczuciem, iż mu się zdało, jakby urósł na pół łokcia, niósł głowę wyżej jeszcze, oczy mu się uśmiechały, dumnym był z tego, że miał stanąć przeciw tym wszystkim, przed którymi płaszczył się dotąd, pochlebiał im i pogardę często okazywaną znosić musiał...
Ludzie tacy jak podkomorzy czasu tracić nie zwykli. Do młodej pani przystęp tych dni był trudny, otaczano ją ciągle — przygotowania do koronacyi, rozmieszczanie dworu na zamku, urządzanie życia nowego, przybywanie gości, posłów i posłańców, cały jej czas zabierało... Z urzędu swojego podkomorskiego mógł jednak zabrać bliższą znajomość z paniami, które towarzyszyły Jadwidze. Od służby już wiedział, że do starej Hildy, która młodą dzieweczkę wychowywała, była przywiązaną i największe zaufanie w niej miała...
Przy pierwszej zręczności Gniewosz poszedł zapoznać się z ochmistrzynią. Nie wydała mu się ani tak starą, ani tak dziką, jak mu ją odmalowano. Niemka, rodem z Wiednia, owdowiała od dawna, bezdzietna, pani Hilda była przywiązaną do swej wychowanki, jak do własnego dziecięcia.
Kochała ją bałwochwalczo. Była to zresztą, jak się od razu mógł przekonać Gniewosz, niewiasta prosta bardzo, żywego temperamentu, pobożna i zabobonna, rozmiłowana w pieśniach i muzyce, i niemi może starająca się brak wykształcenia zastąpić.
Jadwiga wzięła ją z tego dworu austryackiego, wśród którego jakiś czas się wychowywała. Pozbawiona prawie matki, bo królowa Elżbieta mało się córkami swojemi zajmowała, królewna z potrzeby przywiązania, kochała swą Hildę.
Miłość ochmistrzyni dla tego przybranego dziecka, była ślepą, do najwyższego stopnia i bezwzględną. Królewna mogła od niej pożądać najdziwniejszej, najszkodliwszej rzeczy, a Hilda nie wahałaby się jej życzenia zaspokoić, nie oglądając na nic. Sprzeciwić się jej nie miała siły...
Kto służył jej pani z takiem samem zaparciem się siebie, był jej miłym, kto się ważył jej opierać, nieprzyjacielem. Ochmistrzyni przejęła też wszystkie upodobania swej wychowanki.
Na wielkich dworach całej Europy pieszczony obyczaj coraz bardziej brał górę. Rycerstwo przeradzało się w poetyczną jakąś komedyę życia, pełną pieśni, miłosnych marzeń, wymyślanych najdziwaczniej obrzędów i praw. Strojono się, bawiono, słuchano muzyki i przypatrywano rycerskim turniejom coraz więcej schodzącym na dworskie igraszki.
Obok tej strony idealnej życia, rozwiązłość obyczajów była tak wielka, jak pobożność, która z nią szła niepojętym sposobem w parze. Świat to był dziwny, zupełnie do dzisiejszego niepodobny, jeszcze średniowieczną gorącością temperamentów, rozkiełzaniem fantazyi i wiarą głęboką a ascetyzmem nacechowany. Najsprzeczniejsze się w nim łączyły wady i przymioty, kradziono przez pobożność relikwie świętych, zamarzano się głodem, a piękne panie liczyły dziesiątkami wielbicieli, dla których tylko pozornie były okrutne.
Miłosna pieśń rozlegała się szeroko. Na dworze Jadwigi, z nią razem przybywali lutniści, śpiewacy, bo bez nich obejść się nie było podobna.
Niemłody już, lecz mistrz w swym rodzaju, Handslik, pieśniarz sławny, dowodził gromadce. Królewna lubiła go dawniej, cóż dopiero teraz, gdy jej miał w tym kraju obcym przypominać Wiedeń i Budę...
Gniewosz dostawszy się do mieszkania Hildy, której usługi swe ofiarował, umiał ją sobie od pierwszych słów, choć bardzo złą niemczyzną powiedzianych, pozyskać. Zaręczał jej, że cześć i miłość dla tej pani, którą tu wszyscy otaczali takiem poszanowaniem, sprowadzała go do niej, ofiarował się być pomocą, wiernym sługą, czekał na rozkazy.
Hilda uszczęśliwioną była, że kogoś znalazła wśród obcych, co mógł i chciał pierwsze kroki wśród tego nieznanego świata ułatwić...
Wylała się przed nim zaraz z wielkim niepokojem o tę panią swą, tego anioła, którego musiano rzucić tak na pastwę, w kraj nieznany, między ludzi nowych... samą jedną.
Gniewosz umiał zawiązać rozmowę i potakiwaniem zyskać zaufanie... I on bolał nad losem królowej, ale miał razem nadzieję, że ona swą wolę mieć będzie i o przyszłości stanowić.
Bardzo zręcznie podkomorzy napomknął zdaleka, zlekka, ostrożnie o Wilhelmie, dając do zrozumienia, że dla niego niebyło tajemnicą przywiązanie Jadwigi do niego.
Ochmistrzyni Hilda, która już była przelęknioną tem, że o innym jakimś mężu dla jej wychowanki mówiono, chwyciła się Gniewoszowego słowa namiętnie.
Miało ono stanowić węzeł między niemi. Współczuciem tem pozyskał sobie ochmistrzynię...
Na razie więcej Gniewosz uczynić nie mógł, nic nie nagliło.
Dawne jego stosunki z Dobiesławem i synem jego biskupem Zawiszą, pokorne dworowanie innym panom, pilne spełnianie ich rozkazów, dawało na teraz wielką swobodę. Nikt z tych co się przyczynili do wyniesienia go na podkomomorstwo posądzać go nawet nie mógł, aby śmiał coś czynić na swą rękę, przeciwko ich woli. Gniewosz zresztą, im zuchwalej zabierał się knuć, tem pozornie powolniejszym się dla wszystkich okazywał.
W ciągu tych dni, które przybycie dzieliły od koronacyi, wszystko było na zamku w tak gorączkowym ruchu, iż nikt bliżej postępowania pojedynczych osób śledzić nie mógł. Podkomorzy więc miał zręczność, oprócz Hildy, zyskać sobie dwie starsze panie z orszaku Jadwigi, a w ludziach i służbie się rozpatrzeć.
Wszyscy przybyli w ogóle, przynosili z sobą bardzo wybitne uprzedzenia przeciwko krajowi, który nauczono się od czasu Kaźmierza i na dworze Loisa, niecierpiącego cuchnących Polaków, malować jako barbarzyński. Cały ten dwór pieszczony, wydelikacony, zepsuty, czujący się niby wyższym nad ludzi; wśród których go rzucono, wzdychał do odzyskania dawnych stosunków z księciem Rakuzkim, i sprzyjał mu.
Gniewoszowi łatwo było przekonać się, że znajdzie sprzymierzeńców i pomocników. Zadanie wydawało się łatwem, a dla niego stanowiło o przyszłości...
Wiedział on równie dobrze, iż pomiędzy panami snuto jakieś inne przyszłości plany. Niezwierzano mu się z niemi, lecz z każdym dniem tajemnica powołania na tron Jagiełły, mniej była skrywaną.
Od tych pierwszych dni po przybyciu Jadwigi, widocznem było, że ci co tu władali, mieli zamiary różne i dzielili się na obozy.
Największa siła była przy tych co za Jagiełłą głosowali. Sprawa kraju, jego potęgi, obrony, wzrostu była w dokonaniu myśli tej, która nieszczęśliwą Polskę nagle miała uczynić silniejszą niż kiedykolwiek była.
Obok tych, co z Jaśkiem z Tęczyna zwali to natchnieniem Bożem, była i garść mniej dbałych o dobro ogólne, a więcej o własne. Ci głosowali za tem, aby królowej nie wydawać za mąż i czcząc ją a padając przed nią, rządzić za nią.
Miał mniejszą jeszcze gromadkę przyjaciół ks. Władysław Opolski, który spodziewał się zamek opanować fortelem, królowę wziąć w opiekę, któraby była niewolą, i sam rządzić za nią. Milczący Niemiec, nawet po zaślubieniu Jadwigi z Jagiełłą, nie wyrzekł się knowań, które spełzły na niczem...
Wielkopolanie niektórzy może jeszcze marzyli o Semku, lecz i przybycie jego potajemne do Krakowa i sposób zachowania się, nie dozwalały na niego rachować.
Naostatek Gniewosz także spodziewał się później znaleźć sprzymierzeńców i pomocników.
Tak około tej smutnej wygnanki, której z takim pośpiechem gotowano się na skronie włożyć koronę, czyniąc ją „królem,“ snuły się niewidoczne nici pajęcze najrozmaitszych zabiegów... Wszyscy jednak uznawali ją panią, i dosyć było widoku tego ślicznego dziewczęcia, by serca zjednać, tak że nikt nie pomyślał ani praw jej zaprzeczać, ani ją z nich wyzuwać...
I zarówno wszyscy żądali namaszczenia, błogosławieństwa kościoła, przysięgi, aby umocnić na tronie młodą swą panią...



Przypisy

  1. Przypomnijmy Orleańską!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.