Ostatnia wola/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Ostatnia wola
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VIII
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


OSTATNIA WOLA.
KOMEDYA
W TRZECH AKTACH PROZĄ.
PRZEZ
Alexandra Hr. Fredrę.
1867.

OSOBY:
PANI ZIELSKA, wdowa.
PANNA PAULINA ZIELSKA.
STANISŁAW ZIELSKI.
SERAFIN ZIELSKI.
DORSKI, porucznik.
ZAWILSKI, notaryusz.
KULESZA, rezydent.
LOKAJ.
ŻOŁNIERZ.
FAKTOR.


Rzecz dzieje się na wsi w majętności Jenerała Zielskiego.

OSTATNIA WOLA.


AKT I.
(Scena przedstawia duży salon — drzwi w głębi, na prawo i lewo okno — przy środkowych drzwiach mała szafka zapieczętowana — na przodzie sceny na prawéj stronie od aktorów duże biórko z dolną szufladą i w górę otwierającym się pulpitem przy téj saméj stronie mały stoliczek przed kanapą na ukos do widzów obróconą — na środku stół okrągły, w koło krzesła — dzwonek na stole.)


SCENA I.
Paulina, Serafin.
(Paulina siedzi na kanapie przy stoliczku zajęta robótką; Serafin płasko zaczesany, bez wąsów i faworytów, w czarnym fraku zapiętym pod szyję — mówi powoli i łagodnie, najczęściéj ze spuszczonemi oczyma.)
Serafin.

Kochana Panno Paulino, najdroższa kuzyneczko moja. Nie osobistym zasługom, ale jedynie szczególnemu zrządzeniu Opatrzności winien jestem, że otrzymałem obietnicę twojéj ręki. W szlachetnym twoim sposobie myślenia, w pojęciu obowiązków kobiety wstępującéj w święte śluby małżeńskie, mam rękojmią niezawodną przyszłego szczęścia. Cnota osłaniać będzie niezłomną tarczą pożycie nasze. Ale kiedy serce moje przepełnione jest miłością i wdzięcznością, dlaczegóż ty kochana Panno Paulino jesteś tak obojętną dla mnie? Dlaczegóż smutek wyczytuję w twojéj twarzy?

Paulina.

Panie Serafinie, nim ci rękę przyrzekłam, oświadczyłam ci otwarcie, że tylko szacunek i ufność w twoim charakterze skłoniły mnie ku temu. Głębsze cie serca nie jest mi znane. „Nie żądam więcéj“ odpowiedziałeś — a ja przyjęłam twoją rękę.

Serafin.

Miłości nie wymagałem, ale i nadziei wyrzec się nie mogłem; wszelkie wszakże starania, abym do zamierzonego zbliżył się celu, były daremne — nie idziemy naprzód, ale raczej zdajemy się cofać.

Paulina.

Nie cofam się, ale stoję w miejscu.

Serafin.

To wyznanie....

Paulina.

Dowodzi mojéj otwartości, na której się Pan nigdy nie zawiedziesz. Co się zaś tycze smutku, który mniemasz wyczytywać w twarzy mojéj, powiem, że to nie smutek, ale głębokie roztrząsanie własnego sumienia.

Serafin.
Kto zawsze nad krętemi ścieżkami żywota wznosić będzie pochodnię sumienia, ten zbłądzić nie może.
Paulina.

Wznoszę téż tę pochodnię i pytam się sama siebie, czyli ulegając namowom ciotki dobrze czy źle zrobiłam.

Serafin.

Pozwól sobie powiedzieć kochana kuzynko, że to powątpiewanie zadziwia mnie nieco.

Paulina.

Dlaczegóż ma dziwić, że jeszcze w moją przyszłość swobodnie spoglądać nie mogę?

Serafin.

Właśnie ze względu na tę przyszłość chcę zwrócić twoją uwagą droga Paulino. Gminne bowiem przysłowie powiada: Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz... Nie wątpię, że z czasem, kiedyś, nieustające dowody przywiązania mego wzajemnością uwieńczone zostaną. Ale my w odosobnieniu żyć nie możemy. Jaki wpływ na otaczający nas świat wywierać będziemy, takim i świat oddziaływać musi na rodzinne, domowe stosunki nasze.

Paulina.

Niekoniecznie rozumiem.

Serafin.

A więc wychodząc z ogólników pozwól mi przełożyć istotny stan położenia, w którém się znajdujemy obecnie.

Paulina.

Bardzo proszę.

Serafin.

Pan Jenerał Zielski oddawna już zamieszkał w Paryżu — od czasu tylko do czasu pojawiał się na dni kilku, tu w Krzewinie, dziedzicznym swoim majątku — nie miał sposobności albo może i nie chciał poznać swojéj rodziny. Teraz zdaje się, że zmienił zdanie i przez gazety wezwał wszystkich imienia Zielskich, aby się do niego zjechali na 24 Czerwca. Rodzina nasza nieliczna składa się tylko z czterech członków, których pokrewieństwa między sobą trzebaby genealogicznie dochodzić. Pierwszą jest Pani Eufrozyna z Zielskich Zielska, która niechętnie raczyła względem ciebie przyjąć tytuł ciotki — drugą jesteś ty Pani, trzecim Stanisław Zielski, czwartym nakoniec tegoż samego imienia jest najuniżeńszy twój sługa Serafin. Łatwo więc pojąć, że tylko na nas dwoje liczyć można, aby nasz szanowny weteran chcący na wawrzynach w rodzinném kole spocząć, szczerą dziecięcą miłością otoczonym został.

Paulina.

Dlaczegóż Pan wykluczasz Pana Stanisława i Panią Eufrozynę?

Serafin.

Ja Stanisława kocham jako krewnego, kocham go jak chrześcianin bliźniego kochać powinien, ale z drugiéj strony sumienie nakazuje mi ochraniać sędziwą głowę naszego stryja, czyli dziada od wszelkiéj możliwéj zgryzoty.

Paulina.

Zgryzoty?

Serafin.

Pan Stanisław — niech to będzie ściśle między nami — jest człowiekiem bez wszelkich zasad moralności, jest przytém niepowściągniętym graczem; duszęby zastawił, gdyby ta miała jaką wartość. Nie będzieże naszym obowiązkiem ostrzedz tego, który ojcem naszym się staje, z kim on będzie miał do czynienia?

Paulina.

Ależ nam mieszać się w to nie należy, raz że nie mamy przekonania, a powtóre, że nie powinniśmy zagradzać drogi do poprawy każdéj złéj skłonności.

Serafin.

Poprawy? — Zabójca może żałować swojego czynu i stać się późniéj uczciwym człowiekiem, ale gracz, graczem umrzeć musi. Co zaś do Pani Eufrozyny, szanuję ją jako starszą wiekiem, jako kobietę, jako krewną, jak siostrę w Chrystusie — ale postępując sumiennie będę musiał powiedzieć Jenerałowi, że to jest osoba lekkomyślna, złośliwa, fałszywa, zanurzona w długach, których ma więcéj jak włosów na głowie; dziwić się nawet trzeba, że jéj dotychczas nie zamknięto.

Paulina.

Jenerał da jéj może sposób wydobycia się z przykrego położenia.

Serafin.

Być może i bardzo cieszyć się będę, jak zwykłem cieszyć się z każdej pomyślności mego bliźniego. Ale czyż Jenerał nie będzie miał powodu oskarżać pożnięj i nas, żeśmy zataili okoliczności mogące mieć wpływ tak wielce szkodliwy na zgodę rodzinnego koła, które tylko na zasadach ścisłej moralności istnieć może. Przejdźmy teraz do tego, co się nas tycze wyłącznie, przypuszczając, bo tylko wnioskować można, że wolą Pana Jenerała będzie otoczyć się swoją rodziną. Niema więc wątpienia, że przyszłe szczęście naszego opiekuna na nas tylko polegać będzie; ale na to potrzeba od pierwszéj zaraz chwili wywrzeć jakieś przyjemne na nim wrażenie — jeżeli pozna w nas kochającą się parę, swobodą i wesołością swoją mogącą umajać zawsze wspólny nasz dom, łatwo pozyskamy jego serce; ale jeżeli będziemy posępni, zamyśleni z jakichbądź to powodów, niemiłemi będziemy dla niego gośćmi, bo ludzie starzy smutku nie lubią. Pozwól więc sobie powiedzieć, że trwożliwe roztrząsanie tego co czekać może w przyszłości, nie wyjaśni jéj bynajmniéj a zachmurzyć może.

Paulina.

Ufam ci Panie Serafinie i podzielam poniekąd przekonanie, że tak ciotka jak i Stanisław nie są zdolnemi zapewnić czyjejbądź spokojności, ale dlaczegóż mamy narzucać nasze zdanie człowiekowi, którego zupełnie nie znamy, który zapewne potrafi podług własnéj woli utworzyć sobie stosowne towarzystwo — zbyteczna troska, gorliwość zawczesna, narzucająca się opieka niepodobać mu się może i wywrzeć skutek całkiem przeciwny.

Serafin.

Biorąc rzeczy ze stanowiska światowego, obawa twoja Panno Paulino może być słuszną; ale ze stanowiska moralności bezstronnéj, nieoglądającéj się na chwilowe korzyści, rzecz musi się zupełnie inaczéj przedstawić. Wydarza się sposobność jakby Opatrznością wskazana, że człowiek już w podeszłym wieku, którego życie obozowe nie dozwala liczyć na gruntowne zasady moralności, chwyta się ocknionéj miłości rodzinnéj jak rószczki zbawienia, wyciąga ku nam ręce i woła: ratujcie resztki dni moich, wskażcie jak okupić mogę długie zadrętwienie egoizmu. Mamyż my, którzy posiadamy siłę i zdolność, nie iść mu na pomoc z bojaźni, abyśmy się nie zawiedli w naszéj nadziei — mamyż dla téj bojaźni opuszczać sposobność wprowadzenia na drogę przykładnego życia tego, który się pod naszém przewodnictwem stać może nietylko podporą swojéj rodziny ale i błogosławieństwem dla całéj cierpiącéj ludzkości — nie, nie droga Paulino, nie odsuwajmy naszéj ręki a skutek zwierzmy Bogu.





SCENA II.
Ciż sami i Stanisław.
Serafin.

Jakże tam dziś twoje zdrowie kochany Panie Stanisławie, wczoraj byłeś cierpiący.

Stanisław.

Dziękuję, mam się lepiéj.

Serafin.

Powinienbyś trochę wiecéj się szanować, jeżeli nie dla siebie, to dla nas, którzy cię tak kochamy.

Stanisław.

Jeżeli mnie tak bardzo kochacie, to nie dajcież mi tu zamrzeć z nudów — rozpiszcie listy na cztery części świata, telegrafujcie wszystkiemi kontynentalnemi i podwodnemi drutami, zasiągnijcie dla Boga wiadomość, co się dzieje z Jenerałem.

Serafin.

Ależ nie mamy jego adresu, w Paryżu go nie znajdą.

Stanisław.

Cóż u djabła, wezwać nas na dwudziesty czwarty Czerwca, a dziś już mamy ósmego Lipca — czyliż Pan Jenerał chciałby odbyć egzamin z cierpliwości swoich kuzynów i kuzynek — odjechałbym niezawodnie, gdybym mojéj kochającéj rodzinie nie sprawił przez to wielkiego... ukontentowania.

Serafin.

Cóż to mnie lub Pannę Paulinę obchodzić może, czy odjedziesz, czy czekać będziesz cierpliwie?

Stanisław.

Cierpliwie! ależ ja cierpliwie czekać nie umiem. Wam prędko czas biegnie, bawicie się w synogarliczki, Pani Eufrozyna zaś pół dnia maluje.

Serafin.

Maluje? co?

Stanisław.

Siebie.

Serafin.

O! o! biedna Pani Eufrozyna zbytecznie zajmuje si okrasą, ale to jest słabość a nad słabością litować się a nie śmiać się z niéj należy.

Stanisław.

Litość moich nudów nie zmniejszy — co ja tu mam robić, ja najnieszczęśliwszy człowiek w Europie? — wyjdę na polowanie, bekasa ani zoczyć; gdzie były błota, bagna, lokomotywa przejeżdżać może bezpieczniéj jak na Czerniowieckiéj kolei — porżnęli, posiekali łąki rowami, bodaj djabli wzięli tych naszych agronomów, już bagna nie zoczysz chyba na drogach albo na naszych przedmieściach. W braku bekasów wracając do domu zastrzeliłem srokę — sroka złodziej, niech nie psuje ludziom rzemiosła, każę ją wypchać i zawieszę gdzie przy dworcu, na elektrycznym drucie. (p. k. m.) Żeby przynajmniéj była jaka taka niewinna partyjka — wiseczka we dwóch, albo sztosika. Ty nie grasz, Panie nie umią — proboszczowie nawet już w marjasza grać nie chcą.

Serafin (wznosząc oczy w górę)

Bogu dzięki najwyższemu, moralność kroczy wielkim krokiem.

Stanisław.

Wolałbym aby Jenerał tak kroczył — Panie Serafinie, bogobojny człowieku, zmiłuj się nademną.

Serafin.

Cóż ja ci pomódz mogę?

Stanisław.

Idź do Pani Eufrozyny, może ma w Paryżu jaką znajomość... między wojskowémi — przecież muszą się znaleźć środki dowiedzenia się o człowieku nawet mniéj znaczącym jak nasz Jenerał.

Serafin.

Pójdę naradzę się z Panią Eufrozyną, będę pisał, telegrafował, zrobię wszystko co można, aby ci usłużyć, bo dla mnie służyć najprzyjemniejszym jest zawsze obowiązkiem.

(Odchodzi.)





SCENA III.
Paulina, Stanisław.
Stanisław (patrząc za odchodzącym p. k. m.).

Miły chłopiec! Tysiąc pociech!

Paulina.

Nie lubisz go.

Stanisław.

Nie.

Paulina.

Dlaczego?

Stanisław.

Dlaczego? jabym raczéj powinien się ciebie zapytać, dlaczego ty go lubisz? — powiedz mi moja Paulinko, co cię mogło skłonić do twojego szalonego przedsięwzięcia?

Paulina.

Mój Panie Stanisławie, nie jesteś tak złym jak się wydajesz, jak się chcesz wydawać, odpowiem ci więc szczerze: Kiedy po śmierci mojéj matki zostałam zmuszoną opuścić pensjonat, w którym byłam wychowaną, sama bez wszelkiéj pomocy musiałam szukać ślizkiego utrzymania w uczeniu dzieci w obcym domu; poznałam Serafina, nie obudził miłości w mojém sercu, ale obudził przekonanie, że stać się kiedyś może opiekunem moim. W jego moralności, bogobojności, rozumie, nareszcie i bezinteresowności zdawało mi się znaleźć to, do czego w mojém zupełném osamotnieniu mogłam tylko rościć prawo, to jest do wolnéj, niezawisłéj pracy w kąciku własnym — miłość nie jest tak pewnym doradzcą jak zimny rozsądek i za poradą ciotki postanowiłam pójść za niego.

Stanisław.

Obyś moje dziecie znalazła czego jesteś godną, to ci powiadam z głębi mojego serca. Ale gdybym był kobietą mniéj ładną i mniéj rozumną jak ty jesteś, gdybym był kobietą głupią jak gęś, z nosem jak burak, ustami jak kreda a włosami jak szafran, jeszczebym za tego moralnego Serafina nie poszedł.

Paulina (roześmiawszy się).

Ale zkądże takie uprzedzenie?

Stanisław.

Prawdę mówiąc sam nie wiem — jakiś instynkt ostrzega mnie, odtrąca od niego. Nigdy nie patrzy w oczy, nigdy mowa jego nie wychodzi z harmonijnéj swojéj słodyczy; figura jego kręci się zawsze, raz na prawo, raz na lewo, jakby ciągle równowagi szukał — on mi się wydaje tyrbuszonem co się powoli wkręca i coraz głębiéj wgłębia a zawsze nieustającym zygzakiem. Tak, tak moja Paulinko, szkoda, szkoda ciebie, i jeżeli tylko zdarzy ci się jaka sposobność daj mu odkosza jak najprędzéj, radzę ci to jako twój prawdziwy przyjaciel.





SCENA IV.
Paulina, Stanisław, Pani Zielska.
P. Zielska (zasłyszawszy ostatnie słowa).

Dobre rady, niema co mówić, godne prawdziwie Pana Stanisława — nie Paulinko, nie słuchaj go, o męża teraz nie łatwo; kiedyś złapała, trzymaj się jak pijany płotu — młody nie młody, ładny nie ładny, mąż mężem, a za mąż pójść trzeba, potém zaś mądra kobieta potrafi postępować podług okoliczności.

Stanisław.

Podług okoliczności, tysiąc pociech!

P. Zielska.

Pamiętaj, że jesteś Zielska, że ani służyć możesz, ani dzieci piastować, ani czépki robić. Serafin jest bardzo stosowną dla ciebie. partją i przykro mi jest, że już nieraz przedemną skarżył się na ciebie, że jesteś więcéj obojętną niż ci być wolno z narzeczonym. Choćbyś miała i trochę udawać miłosnego zapału, to niema nic złego — mężczyźni lubią być oszukiwani.

Stanisław.

Lubią być oszukiwani, tysiąc pociech!

Paulina.

Dziękuję cioci dobrodziejce za jéj rady, z których wszakże pozwolę sobie wybrać, co mi się najstosowniejszém wyda w teraźniejszém mojém położeniu.

(Odchodzi.)




SCENA V.
P. Zielska, Stanisław.
P. Zielska.

Nędza, nędza! zgroza, zgroza! miłość jak kamfora znikła z tego świata. Starzy tylko jeszcze kochają się w młodych, a młodzi...

Stanisław (wpadając w mowę).

Kochają się w starych.

P. Zielska.

No tego nie powiem, ale młodzi nie kochają się już nigdy, serce im skamieniało.

Stanisław.

Prawda, prawda, smutne czasy, ale powiedz mi droga kuzynko, co ci tak wielce na tém zależy, abyś tę biedną Paulinkę za tego tyrbuszona wyprawiła?

P. Zielska.

Mam ci otwarcie powiedzieć?

Stanisław (na stronie).

Pewnie skłamie. (głośno) Bardzo proszę.

P. Zielska.

My dawni znajomi, my się za ręce trzymać powinniśmy.

Stanisław.

Niezawodnie w naszym wieku podpory trzeba.

P. Zielska.
Nie o tém mowa. Pytasz się, dlaczego młodą, ładną Paulinkę skłoniłam do oddania ręki Serafinowi, powiem ci więc, dlatego, że młoda i ładna.

A gdyby była brzydka, odradzałabyś?

P. Zielska.

Niezawodnie.

Stanisław.

Proszę objaśnienia, bo nie rozumiem.

P. Zielska.

Jenerał nieżonaty...

Stanisław.

Oho.

P. Zielska.

Stary, powiesz — ale w starych piecach djabli palą.

Stanisław.

Prawda, prawda i palą piekielnie.

P. Zielska.

Któż ręczy, że mu się Paulina nie podoba, że się z nią nie ożeni, i że nas wszystkich na lodzie nie osadzi?

Stanisław.
Biedny ten Jenerał! zaledwie dowiedziano się że żyje, już ze wszystkich stron rozpoczęto obławę. Sprzedają skórę z niedźwiedzia, a niedźwiedź jeszcze w lesie. Ja jeden tylko obojętny i wołam z mędrcem: Vanitas vanitatis! — Nie wiem prawdziwie dlaczego i przyjechałem, bo supponuję, że Jenerał jest człowiekiem rozsądnym, szedłbym więc zawsze przy nim jak krzywe koło i niedalekobyśmy zajść mogli. Odjechałbym nawet, gdyby nie ten tyrbuszon, któregobym chciał wszelkiemi siłami wyświdrować z ręki lubéj, dobréj, ale zbyt naiwnéj biednéj Paulinki.
P. Zielska.

Nic nie pomoże, niech idzie za mąż i to czémprędzéj.

Stanisław.

A przez to kochana kuzynko odsuniesz i dla siebie niebezpieczną rywalkę.

P. Zielska.

O niewdzięczny! jakże ty, ty o takie myśli oskarżać mnie możesz. Czy ty pamiętasz owe złote promienne chwile naszej wiosny? — czy ty pamiętasz...

Stanisław.

Nie, nie pamiętam.

P. Zielska.

Czy ty pamiętasz ten bal w Bardjowie, gdzie w mglistéj sukience, z wszystkich najpiękniejsza, szukałam tylko ciebie? — czy ty pamiętasz...

Stanisław.

Nie, nie pamiętam.

P. Zielska.

Czy ty pamiętasz ten wieczór, kiedy srebrném światłem księżyca oblane posępne świerki po skałach szumiały — kiedyśmy zbłądzili z drogi, o niewdzięczny, czy ty pamiętasz?

Stanisław.

Ten wieczór przypominam sobie, była to piąta rocznica twego zamążpójścia — było to roku...

roku... podobno (jakby szukając w pamięci) tysiąc ośmset... tak pamiętam tysiąc ośmset... a zatém już trzydzieści lat temu i to z okładem.
P. Zielska.

Nieprawda, fałszywy rachunek, tylko chęć dokuczania — byłeś zawsze i jesteś teraz najzłośliwszym człowiekiem w świecie.

Stanisław.

No, nie gniewaj się, droga kuzyneczko, rachunku tego nie przedłożę Jenerałowi — a ponieważ stopień naszego pokrewieństwa nie jest dostatecznie wyjaśniony, jeżeli zechcesz, pozwolę ci się nazywać stryjaszkiem albo wujaszkiem, a Jenerał będzie znał Paulinę Paulinką, a Eufrozynę Fruzią.

P. Zielska.

Z tobą rozsądnie rozmawiać nie można.

Stanisław.

I owszem, czyliż to nie rozsądek oświadczyć ci, że całemi siłami chcę ci pomagać, abyś została kiedyś Jenerałową i bodaj nie Jenerałową dywizyi.

P. Zielska.

Chcesz pomagać?

Stanisław.

Chcę.

P. Zielska.

Pewnie?

Stanisław.

Ach czyliż wątpić możesz, wszakże i całéj rodzinie Zielskich wiele na tém zależy, abyś Jenerałowi syna powiła, któryby propagował gasnący ród Zielskich.

P. Zielska.

Jaszczurka!

(Odchodzi.)

Stanisław (sam).

Tysiąc pociech! — (ziewa) Ale cóż ja teraz nieszczęśliwy pocznę ze sobą — chyba passiansa pociągnę, albo w bilard zagram sam ze sobą, miła zabawka! O Jenerale, Jenerale! niech ci Bóg tego nie pamięta!

(Idzie ku drzwiom w głębi.)
(Słychać trąbkę pocztarską — wszyscy wybiegają z różnych stron wołając: Jenerał! Jenerał!)

Stanisław (spojrzawszy w okno).

Nie, nie, nie Jenerał — lubo kiedyś nim być może, bo to jakiś młody oficer z pocztowego wyskoczył wózka.

P. Zielska.

Paulinko, popraw mi kołnierzyk, jak ja wyglądam?

Paulina.

Jak zawsze, kochana ciociu.





SCENA VI.
P. Zielska, Paulina, Stanisław, Serafin, Dorski.
Dorski (do Stanisława).

Czy mam honor mówić z Panem Jenerałem?

Stanisław.

Nawet nie z doboszem, Pana Jenerała Zielskiego niema w domu a może nawet i w kraju — oczekujemy go lada chwilę.

Dorski.

A więc czekać muszę. — Przywożę od Ministra wojny depeszę, która zapewnie dobrze będzie przyjętą przez Pana Jenerała, jest to dawno zasłużona nagroda, wstęga krzyża wojskowego.

Stanisław.

Niechże się Pan rozgości z łaski swojéj, będziemy razem bawić się oczekiwaniem przyjazdu, który nad wszelkie spodziewanie bardzo się opóźnia. Jenerał bowiem zwołał tu swoją rodzinę na dzień 24ty Czerwca i dotychczas nietylko nie przyjechał, ale nawet żadnéj o nim niema wiadomości.

Dorski.

Pozwolę sobie przedstawić się szanownéj rodzinie Zielskich, jestem Kazimierz Dorski.

Paulina (na stronie).

Dorski.

Dorski.

Porucznik trzeciego pułku huzarów.

Stanisław.

Ja jestem Stanisław Zielski — to Pan Serafin Zielski.

Dorski.

Zapewne brat.

Stanisław.

Nie, daleki krewny — Pani Eufrozyna z Zielskich Zielska.

Dorski.

Zapewne matka?

Stanisław.

Nie, kuzynka.

P. Zielska.
Znałam niegdyś jakiegoś Pana Dorskiego, pięknego młodzieńca, był oficerem kirasjerów.
Dorski.

To nieboszczyk mój dziad, Mościa Dobrodziejko.

P. Zielska.

Znałam go będąc jeszcze dzieckiem.

Stanisław.

Niemowlęciem, niemowlęciem — to jest Panna Paulina Zielska.

Dorski.

Zgadłem.

Serafin.

Moja narzeczona.

Dorski (porywczo).

Być nie może.

(Zadziwienie wszystkich — krótkie milczenie.)
Serafin.

Dlaczegóż być nie może, jeżeli spytać się wolno?

Dorski.

Zadziwienie ustanie, jeżeli powiem, że Panna Paulina nie jest mi obcą, jest mi nawet bardzo dobrze znaną, (zwracając się ku Paulinie) bo jestem bratem Malwiny.

Paulina.

Malwiny, kochanéj Malwiny, mojéj najdawniejszéj przyjaciołki.

Dorski.
Najdawniejszéj i pewnie najlepszéj, bo razem wzrosłe i wychowane w jednym pensjonacie, kochałyście się jak siostry. Powiedziałem, być nie może, bo Panna Paulina byłaby przecież swojéj przybranéj siostrze coś o tém doniosła.
Paulina.

Pisałam dwa razy i myślałam, że mnie już zapomniała.

Dorski.

Ach któż Panią zapomnieć może, ale w domu jéj nie było. A więc tak jest w istocie, jesteś Pani narzeczoną?

Paulina.

Tak jest, narzeczoną Pana Serafina.

Dorski.

Muszę wyznać otwarcie, że ta wiadomość przejęła mnie niepojętą boleścią — wojskowi nie są panami swojego czasu, za późno więc prosiłem mojéj siostry, aby tu dziś przyjechała, i w imieniu mojém prosiła Jenerała, jako opiekuna, którego spodziewała się zastać, o rękę swojéj przyjaciółki Panny Pauliny.

(Czas jakiś milczenia.)
Serafin.

Opatrzność raczyła zrządzić inaczéj.

Dorski.

W ostatnim wszakże swoim liście nie wspominałaś nawet Pani, że jest na świecie jaki Serafin, jakimże sposobem nastąpiła tak nagła decyzya? Proszę mi przebaczyć pytanie, do którego nie mam prawa, ależ to tak boleśnie wyrzec się nawet nadziei.

Stanisław.

Dlaczegóż masz się Pan wyrzec?

P. Zielska.
Tylko Pan Stanisław może o to pytać.
Serafin.

Dlaczego? — bo Panna Paulina słowo swoje dała.

Stanisław.

Co to znaczy — zaręczyny nie ślub — sam Serafin uskarżał się dziś jeszcze na obojętność Paulinki.

Dorski.

Czy być może?

Paulina.

Panie Stanisławie, bardzo proszę...

Stanisław.

Rozsądek tylko, powiadam rozsądek źle zrozumiany był powodem jéj nagłego usposobienia.

P. Zielska i Serafin.

Ależ Panie Stanisławie...

Stanisław.

Co prawda nie grzech i sam moralny Serafin inaczéj nie powié. Na co w bawełnę obwijać, tajemniczości nienawidzę.

Dorski.

I ja także.

Stanisław.

Nie trać nadziei Panie Dorski, lepszym Pan jesteś dla naszej Paulinki niż Serafin.

Serafin.
Pozwól Panno Paulino, abyśmy się usunęli od fantastyczno-sardonicznych wybryków Pana Stanisława.
Stanisław (zatrzymując Paulinę).

Zaraz, zaraz. — Co to znaczą zaręczyny? I z kobierca czasem się rozchodzą. — Paulinko, słowa nie chcesz złamać, dobrze, niech i tak będzie, ale zajść mogą różne pomyślne okoliczności — Pan Serafin naprzykład po długiéj, ciężkiéj chorobie umrzeć może.

Serafin.

Dlaczego, dlaczego mam umrzeć? jestem zdrów zupełnie.

Stanisław.

Źle źle wyglądasz — cera żółta, oczy podbite, źle wyglądasz Serafinku.

Serafin.

Zresztą z Boską wolą zawsze zgadzać się będę.

Stanisław.

Nie trać nadziei Panie Dorski, ja ci powiadam — i cholera się zbliża, kto wie co się stać może — nie trać nadziei, ja ci powiadam.

Lokaj (anonsując).

Pan notarjusz Zawilski.

(Lokaj odchodzi.)




SCENA VII.
Ciż sami, Notaryusz, Kulesza.
Notaryusz.

Uszanowanie moje składam szanownéj rodzinie

Zielskich. Przykre dla mnie otrzymałem zlecenie. Smutnéj, bardzo smutnéj wiadomości jestem przymuszonym zwiastunem.
Stanisław.

Tylko śmiało i wyraźnie — o co idzie? Jesteśmy zdolni przyjąć i znieść każde złe, które nas spotkać może.

Notaryusz.

Odebrałem od sądu zawiadomienie o śmierci JWgo Jenerała Franciszka Zielskiego.

Paulina.

O Boże! straciłam opiekuna.

P. Zielska.

Paulinko! wody kolońskiéj prędko! mdleję!

Stanisław.

Nikt z rodzeństwa tu obecnego nie miał ukontentowania znać szanownego naszego krewnego Jenerała Zielskiego, nie dziw się więc Pan, że ubolewając nad stratą zacnego człowieka nie możemy, jako nad krewnym, wiele łez wylewać.

Notaryusz.

Przybyłem z powodu aktu obsygilacyi, niechże mi wolno będzie niektóre zadać pytania. (do Stanisława) Pan jesteś jak się zdaje najstarszym.

Stanisław.

Tak jest.

Notaryusz.

Jest Panu wiadomém, czy nieboszczyk zostawił jaki testament?

Stanisław.

Ja nic nie wiem.

Serafin.
I ja nie.
P. Zielska.

I ja nie.

Paulina.

I ja nie.

Notaryusz.

Nikomu więc z rodzeństwa nie jest wiadomo, czy został jaki testament — muszę więc także spytać się Pana Kuleszę, rezydenta tutejszego, czy może mi udzielić jakiego objaśnienia w tym względzie?

Kulesza.

JWny Jenerał bawił ciągle za granicą, rzadko kiedy przyjeżdżał i nad kilka dni nigdy tu dłużéj nie bawił.

Notaryusz.

Nie słyszałeś Pan od niego, albo od kogobądź, czy sporządził testament?

Kulesza.

Nie słyszałem.

Notaryusz.

W którym pokoju zwykł był przesiadywać podczas swoich tu odwiedzin?

Kulesza.

Zwykle w bibliotece, ale czasem i w innych pokojach.

Notaryusz.

Pokoje zamknięte?

Kulesza.
Nie — mam klucze od wszystkich, ale klucze od biór, szaf, kufrów, tu w téj szafie zamknięte i ręką własną ś. p. Jenerała, herbową pieczęcią zapieczętowane.
Notaryusz.

Zdaje się, że najpierwéj trzeba nam dostać kluczów a potém szukać, czy niema jakiego dokumentu oznajmującego ostatnią wolę nieboszczyka — zgadzasz się Pan na to?

Stanisław.

Zupełnie.

Notaryusz (do Serafina).

I Pan?

Serafin.

I ja.

Notaryusz (do Dorskiego).

I Pan?

Dorski.

Ja nie mam zaszczytu należyć do familii, przywiozłem od ministra wojny wstęgę Jenerałowi, któréj już nigdy nosić nie będzie. (jakby do siebie) U nas wszystko za wcześnie albo za późno.

Notaryusz.

Proszę jednak Pana oficera, abyś tu został jako świadek, tém bardziej, że z władzą wojskową będę miał do czynienia. — Panie Kulesza proszę otworzyć szafkę.

(Kulesza otwiera.)
Kulesza.

Oto jest pęk kluczów — Panu go oddaję.

Notaryusz.
Teraz proszę wskazać nam bibliotekę — od biblioteki, jako zwykłego mieszkania Jenerała, musimy zacząć.
Stanisław.

Proszę o głos. Znajdzie się, czy nie znajdzie testament, my jesteśmy domniemanymi spadkobiercami, a zatém w układ między sobą wejść możemy.

Notaryusz.

Nikt zabronić nie może.

Stanisław.

Proponuję więc rodzeństwu, abyśmy się rozegrali.

Serafin.

Gra rzecz niemoralna.

P. Zielska.

Grać nie umiem, tylko w mruczka albo gotowalnią.

Stanisław.

No to się rozbierzmy.

P. Zielska.

Fi!

Stanisław.

Podzielimy się zarówno.

P. Zielska.

Dobrze, pod warunkiem, aby mi się Krzewin dostał, bo ja potrzebuję wiejskiego powietrza — proszę także, abyście z waszych części zapłacili moje dłużki.

Serafin.

Dłużki! bagatela! kuzynki długi...

Stanisław.
Djable długie, nie uchwycilibyśmy końca, więc nie przystajemy.
Serafin.

Oczywiście.

Stanisław.

Chodźmy więc szukać skarbów.

Notaryusz.

Służę Państwu.

(Wszyscy wychodzą — Paulina siada przy stoliczku, spiera głowę na łokciu i chustką twarz zakrywa — Dorski nieco głębiéj spogląda na nią w milczeniu — zasłona spada.)
Koniec aktu I.
AKT II.

(Salon pierwszego Aktu.)

SCENA I.
Paulina, Dorski.
Paulina.

Stanisław jest człowiekiem lekkomyślnym, ale lekkomyślnością sam sobie tylko szkodzi — jest złośliwym, nie jest złym — zawsze dawał mi dowody szczeréj przyjaźni; ale Stanisław nie lubi Serafina, dlatego wszystkiemu co się tycze Serafina wierzyć nie można, jakto zapewne już się Pan o tém mogłeś sam przekonać.

Dorski.

Stanisław jednak powiedział i tego Panno Paulino nie zaprzeczyłaś, ani Pani Zielska, ani nawet Pan Serafin, że nie miłość cię spowodowała do oddania mu ręki.

Paulina.

Nie miłość, to prawda, ale szacunek.

Dorski.

Nie tak dawno znasz Pani Serafina, aby można z wszelką pewnością liczyć na jego charakter — miłość choćby potém i zawiedzioną została, zostawia po sobie jakąś pamiątkę, choćby tylko jak sen przyjemny, ale szacunek nieusprawiedliwiony cóż pozostawi?

Paulina.

Nie pozbawiaj mnie Pan nadziei, któréj chwyciłam się porywczo może. — Jako brata mojéj Malwiny proszę, zaklinam, nie zwiększaj trwogi w osamotnionéj mojéj duszy.

Dorski.

Poznałem cię Panno Paulino przez Malwinę, poznałem nadewszystko duszę objawiającą się w twoich listach i najczystszém uczuciem pokochałem...

Paulina (wstając).

Ależ ja tego słuchać nie mogę.

Dorski.

Straciłem nadzieję...

Paulina.

Ale nie chcę, abyś Pan z nadzieją stracił i dobrą o mnie opinją. I Malwina cóżby powiedziała, dowiedziawszy się, że ja wczoraj wzięte z wszelką rozwagą postanowienie dzisiaj zmieniam bez żadnego słusznego powodu.

Dorski.

Nie chce, abyś Pani nagle zrywała ze Serafinem, ale podróż życia zbyt długa, trzeba się przygotować, aby ile możności najmniéj stała się uciążliwą. Możesz więc Pani zwlekać, starać się lepiéj poznać tego, z którym masz swój los połączyć. Możesz i przezemnie za pośrednictwem Malwiny zasiągnąć dokładnych wiadomości o Serafinie, którego, jak to mówiłaś, znasz od niedawna — ręczę honorem, że będę bezstronnym — ale chcieć skować kajdany, ledwie nie na oślep, dlatego że wstyd przyznać się do błędu, byłoby to prawdziwie popełnić moralne samobójstwo.





SCENA II.
Ciż sami, Pani Zielska, Stanisław.
(Za Stanisławem weszła P. Zielska i zadychana chodzi dużym krokiem z przodu aż w głębi sceny.)
Stanisław.

Tysiąc, tysiąc pociech! (śmieje się) Tyrbuszon zwycięża.

Dorski.

Pan Tyrbuszon?

Stanisław.

No — Serafin — na mocy znalezionego testamentu zostaje jedynym i ogólnym spadkobiercą majątku nieboszczyka Jenerała. Gdyby był Kulesza nie stłukł przypadkiem wazonu porcelanowego, nie bylibyśmy na dnie znaleźli złowrogiego dokumentu. Djabeł śmieje się w kułak, śmieje się do rozpuku, bo cnota kaducznego wywróciła koziołka. Ale co spowodować mogło do tak wyłącznego zaufania Jenerała, to jest zagadką i zawsze pono zagadką zostanie.

P. Zielska.

Ja nie zazdroszczę, Boże uchowaj mnie od téj podłéj namiętności, ale pojąć nie mogę, że tak nierozsądnego człowieka mogli zrobić Jenerałem. — Jakże tu ma być dobrze? — Taki Jenerał, Boże zmiłuj się nad nami. I dziwić się potem że... no! Nie pragnęłam odziedziczyć całego majątku, ale ja Zielska z Zielskich mogłam przynajmniéj zostać w Krzewinie, bo mi wiejskiego powietrza potrzeba.

Paulina.

Panie Dorski, jakiebądź będzie postanowienie moje, spodziewam się że Malwina nigdy posądzać nie będzie, że mogłam być spowodowaną interesem.

Dorski.

Ach Panno Paulino, czyliż cię nie znamy!

Stanisław (na stronie).

Biedna Paulinka przepadła!.. Ale nie — nie przepadła, ratować ją będę i uratuję. (Odprowadzając nieco w głąb mówi do P. Zielskiej, kiedy tymczasem Dorski rozmawia z Pauliną na przodzie sceny.) Kuzynko, wszystko jeszcze nie stracone, przynajmniéj dla ciebie — skłoń tylko Paulinę aby zerwała z Serafinem, a Serafin zwróci się ku tobie.

P. Zielska.

Ku mnie?

Stanisław.

Tak jest, ja ręczę.

P. Zielska.

Ręczysz?

Stanisław.

Mam ku temu środki niezawodne — zwróci się ku tobie jak tylko wolnym zostanie.

P. Zielska.
Ale jakże to zrobić?
Stanisław.

To jest rzeczą twojego rozumu kochana kuzynko. Panie Dorski, Pan z nami zostajesz.

Dorski.

Inaczéj nie mogę, bo siostry oczekiwać muszę. Pan Serafin nie zechce na dzień jeden odmówić mi gościnności swojéj.

Stanisław.

Nie jest on téż tu i zupełnym panem.

P. Zielska.

Z mojéj strony zaręczam Pana, że będę szczęśliwą poznać jego siostrę i nasz dom, póki jeszcze naszym wspólnym będzie, zawsze mu otwartym zostanie.

Stanisław (do Dorskiego).

Teraz idźmy zapalić cygara i przypatrzmy się, czém rozpocznie panowanie swoje Tyrbuszon I.

( Wychodzą.)




SCENA III.
Pani Zielska, Paulina.
P. Zielska.

Cieszę się, że ty przynajmniéj moja Paulino skorzystasz z mojéj i ze Stanisława krzywdy.

Paulina.

Ale ja nie chcę korzystać z czyjéjbądź krzywdy.

P. Zielska.

Tak jednak być musi, jeżeli Serafin zostanie twoim mężem; ale dziwić się muszę, że pierwszą jego czynnością nie było złożyć u nóg twoich niespodziewanego swojego majątku.

Paulina.

Jest zapewnie zatrudniony.

P. Zielska.

Prawda, ale gdzie idzie o udzielenie dobréj wiadomości, mającej wpływ na całą przyszłość kochanéj osoby, uczucie powinno wziąć górę nad wszelkiém drobnostkowém zajęciem. — Paulino, doświadczyłaś z mojéj strony wiele przyjaznego udziału, doznał go i Serafin, przyszłe wasze małżeństwo jest poniekąd mojém dziełem, ale pozwól sobie powiedzieć, że utrzymanie swojéj własnéj godności powinno być wyższém nad wszystko. O tyle kobieta może być szanowaną, o ile sama szanować się będzie.

Paulina.

Nie mogę pojąć, dlaczego to mówisz kochana ciociu — dotychczas nikt mi nie mógł zarzucić, abym o téj zasadzie i na chwilę zapomniała.

P. Zielska.

O! nikt cię pewnie o to oskarżać nie może, ale są w życiu śliskie okoliczności, gdzie łatwo mimo woli i wiedzy zaszkodzić sobie można.

Paulina.

I te okoliczności teraz dla mnie nastały?

P. Zielska.

Tak jest. Słuchaj mnie z uwagą. Serafin ujęty twojemi wdziękami ofiarował ci rękę, tyś ją przyjęła, wtenczas zostawaliście w równém położeniu, byliście oboje ubodzy. Teraz zmieniły się stosunki — Serafin został bogatym, ty nic do wspólnego nie przyniesiesz gniazdeczka. Może.... może, powtórzę to dwa razy, może być iż Serafin pojmie, że do lepszego, do stosowniejszego związku wolno mu rościć sobie prawo.

Paulina.

Tego nie spodziewam się znając jego szlachetny sposób myślenia.

P. Zielska.

I ja się nie spodziewam, ale chociaż tego nie wyzna, jednakże dane ci słowo stanie mu się ciężarem — jakie nadal z nim pożycie możesz sobie obiecywać.

Paulina.

A więc zdaniem cioci mam z nim zerwać?

P. Zielska.

Nie, nie zerwać, ale godność twoja każe ci zwrócić mu słowo, pozostawiając do jego woli utrzymać dawne przyrzeczenie pomimo zmienionych stosunków, albo też przyjąć zwrócone słowo. Jeżeli nie przyjmie zwrotu obietnicy, będziesz przekonaną o jego miłości; jeżeli zaś przyjmie, stracisz wprawdzie świetne położenie, ale godność swoją zachowasz nienaruszoną.

Paulina.

Wprawdzie... nie wiem... może...

P. Zielska.

Idź, idź moje dziecię, pomyśl nad tém com powiedziała — lepiej się wahać jakiś czas, niż po czasie żałować.

(Paulina odchodzi.)
P. Zielska (sama).

Piorun po piorunie. — Śmierć niespodziewana, a co gorzéj niegodziwy testament. Cóż teraz będzie? siedzę na tém krześle jak na szpilkach, jak na ostrych szpilkach. Ależ jakiż projekt Stanisława, jakich sposobów użyje, aby skłonić Serafina? Miałżeby użyć groźby, gwałtownych środków? — Nie, tego nie chcę. (p. k. m.) A nareszcie, co mi się w to mieszać, niech się meżczyzni rozprawiają między sobą. Pójdę jednak, pogadam ze Stanisławem, niech wesprze nadzieją skołatane serce moje.

(Odchodzi.)




SCENA IV.
Serafin, Kulesza.
(Serafin wchodzi z pakietem papierów w ręku, za nim Kulesza.)
Serafin.

Oznajmisz Wać Pan wszystkim oficyalistom i sługom, że ja jestem jedynym tu dziedzicem nieograniczonym na mocy testamentu ś. p. Jenerała, kochanego mego kuzyna.

Kulesza.

Zaraz Panie.

Serafin.

Podasz mi WPan spis imienny indiwiduów zostających w obowiązkach. Administracya tu jak uważam bardzo wiele kosztuje, — zapowiesz Wać Pan, że pensye muszą być znacznie okrojone; grzeszy kto więcéj wymaga jak jego zasługa warta.

Kulesza.
JWny Jenerał sam zawsze zapłaty wyznaczał.
Serafin.

Szczególnie dworska czereda musi być znacznie przerzedzoną.

Kulesza.

Są to po największej części starzy słudzy.

Serafin.

Wielka liczba sług daje powód do demoralizacyi, rodzi niedbalstwo, lenistwo, próżniactwo — tu inaczéj być musi. I gracyalistów jest widzę mnóstwo.

Kulesza.

JW ny Jenerał umieszczał starych żołnierzy swoich kolegów.

Serafin.

Ale ja nie jestem Jenerałem i inaczéj tu będzie. Gracyaliści są wielkim ciężarem, nic się nie rentują.

Kulesza.

Trudnoż ich wypędzić.

Serafin.

Dlaczegóż nie, jeżeli moralność i socyalne zasady skorzystają na tém. Panie Kulesza, zwiedzimy gospodarstwo, pojedziemy na folwarki, ogłosisz wszystkim, że ktokolwiek zatai cokolwiek, choćby tylko jeden gwóźdź, jeden kawałek tarcicy, jeżeli nie udowodni prawnego swego posiadania, będzie oddalony natychmiast. Prawo przedewszystkiém, rozumiesz Wać Pan.

Kulesza.
Rozumiem Panie, ale nie czuję się na siłach przeprowadzić tych reform moralnych i dopóty tylko zostanę, dopóki zwierzonym obowiązkiem zmuszony będę.
Serafin.

Dobrze, dobrze, będzie czas o tém pomówić — teraz każ Wać Pan, aby wszystkie pojazdy były zaprzężone, może kto z łaskawych gości zechce odjechać — idź Wać Pan.

(Kulesza odchodzi.)




SCENA V.
Serafin (sam; siada wysunąwszy nieco na przód krzesło, na którém siedziała P. Zielska).

Ha! jak tu dobrze siedzieć, krzesło to tronem mi się staje. Zdaje mi się, że poduszki miększe, że poręcz mniéj twarda od czasu jak panem zostałem. Posadzka pod memi nogami zdaje się uginać, słońce dla mnie jaskrawsze, kwiaty wonniejsze, krzyk pantarek pod oknem wydaje mi się śpiewem słowika. Ha! jakże mi tu dobrze. (p. k. m.) Ale mam i kąsek goryczy — Paulina. Co z nią począć? ożenić się?.. A ba! piedestału już mi nie potrzeba a sentymentalność głupstwem. Poziom zdepczę a wzniosę się w górę. — Gdzie, jak, co? nie wiem, ale w górę, w górę pędzić będę a biada temu, co mi w drodze stanie!





SCENA VI.
Serafin, P. Zielska.
P. Zielska (na stronie).
Stanisława odszukać nie mogę. (do Serafina) Winszuję ci Panie Serafinie, winszuję z duszy serca.
Serafin.

Winszuj kuzynko raczéj ubogim moim, że mnie hojnie obdarzyła Opatrzność, bo już teraz skuteczniéj będę mógł nieść pomoc cierpiącéj ludzkości.

P. Zielska.

Panie Serafinie, pozwól pomówić z sobą otwarcie.

Serafin (na stronie).

Przemowa pewnie do mojéj kieszeni.

P. Zielska.

Nie możesz wątpić o mojéj przyjaźni, któréj stokrotne dałam ci dowody. Pracowałam usilnie, aby skłonić Paulinę do oddania ci ręki.

Serafin.

Hm! Paulina nie zdaje się bardzo ufać radom szanownéj swojéj ciotki, jéj więc tylko saméj winienem moje szczęście.

P. Zielska.

Mylisz się, żeby nie ja wachałaby się dotychczas. Mniemałam, że tym związkiem zapewnię szczęście obojga, ale teraz wyznać muszę, że okoliczności zmieniły postać rzeczy.

Serafin (ze wzbudzoną uwagą).

Jak, jak, co mówisz?

P. Zielska.

Stosunki nasze już nie te same.

Serafin.

Zapewne.

P. Zielska.
Co wczoraj mogłeś uważać za szczęście, dziś już niém nie jest.
Serafin.

Dziwisz mnie.

P. Zielska.

I powiem otwarcie, bo nieszczerą być nie umiem, że innéj już potrzeba ci żony w teraźniejszém twojém położeniu. Wczoraj nie miałeś wyboru, dziś ci go nie braknie. Już nie potrzebujesz zaskorupiać się w idylicznéj sentymentalności — świat szeroki otwiera ci objęcie swoje. Na świat więc tylko wzgląd mieć musisz. Chcesz się żenić? — dobrze; ale nie będąc sam już pierwszéj młodości, nie powierzaj swego losu niedoświadczonemu dziewczęciu, wybierz osobę, któraby ci mogła towarzyszyć w każdém spółeczeństwie, w jakiém się znajdziesz.

Serafin (na stronie).

Jak ona naprzykład.

P. Zielska.

Któraby mogła stać się wdziękiem i ozdobą salonu twojego.

Serafin (na stronie).

Jak ona.

P. Zielska.

Biorąc młodą osobę, jak Paulina, wiele, wiele przygotujesz sobie kłopotu.

Serafin.

Co się zrobiło, trudno odrobić.

P. Zielska.

Dlaczego?

Serafin.
Ja kocham Paulinę.
P. Zielska.

I Dorski ją kocha.

Serafin.

Dorski?

P. Zielska.

I cóż to znaczy?

Serafin.

Paulina przywiązała się do mnie.

P. Zielska.

Bajki, sam się skarżyłeś na jéj obojętność.

Serafin.

To prawda, ale miłość obudzić się może.

P. Zielska.

Może się obudzić i obudzi się pewnie, ale niekoniecznie dla ciebie. Jeszcze ślubu nie wziąłeś a już adorator wyrósł jak z ziemi i to jeszcze oficer — o mój Boże! — oficerowie dla mężów są najniebezpieczniejsi, ja to wiem z doświadczenia. Ten mundur, ta kitka, ten brzęczący pałasz, te dzwoniące ostrogi — wszystko to działa niewymownie na uczucie kobiety. Ja ci powiadam, nie żeń się z młodą osobą, bo spokojności nigdy mieć nie będziesz.

Serafin.

Wszystko to być może, ale stało się — zerwać z Pauliną nie mogę; cóżby świat powiedział?

P. Zielska.

Świat! Jesteś bogatym i troszczysz się o świat — ale zrywać nie potrzebujesz, bo ona zerwie sama.

Serafin.
Chciałaby! to być nie może.
P. Zielska.

Da przynajmniéj sposobność zerwania, otworzy ci furtkę, którą będziesz mógł się wymknąć.

Serafin.

Nie, nie, to nie uchodzi. — Jakaż to ta furtka?

P. Zielska.

Przedstawiłam jéj i zdaje mi się, że moje uwagi płonnemi nie zostały: że chcąc zachować swoją godność musi się zrzec danego sobie słowa, aby przez to zostawić tobie zupełną wolność działania w zmienionych teraz waszych stosunkach.

Serafin.

Ale właśnie z téj wolności korzystać mi nie wypada. Dorski kocha się, oświadczył się nawet, ależ ona, ona...

P. Zielska.

Jeżeli o to idzie, to możesz być spokojnym — kobiety między sobą zgadują się łatwo. Paulina spogląda na oficera z wielką uprzejmością.

Serafin (z udaném uczuciem).

To okropnie!

P. Zielska.

Jest i zazdrość! wstydź się.

Serafin.

Nie, nie zazdrość, ale w Paulinie znalazłem wszystkie przymioty, które szczęście zapewnić mogą; wyrzec się drogich nadziei nad moje siły — a jednak... jednak... O mój Boże, oświećże mnie co tu począć.

(Rzuca się w krzesło i zasłania sobie oczy.)



SCENA VII.
P. Zielska, Serafin, Stanisław, Paulina, Dorski.
Stanisław.

Dlaczegóż to pojazdy zaprzęgnięto?

P. Zielska.

Pojazdy zaprzęgnięto?

Stanisław.

Ale co widzę dziedzic uśpiony, a kuzynka raczki piecze.

Serafin.

Nie uśpiony ale cierpiący, mocno cierpiący i wszelkiéj siły duszy potrzeba, aby siebie zwyciężył. Ale postąpię drogą, którą mi wskazuje sumienie — słuchajcie mego postanowienia, bo to jest niezmienném. Paulino przyszłaś uwolnić mnie od słowa, które z pierścionkiem u nóg ci złożyłem.

Paulina.

Tak jest, bo chcę abyś Panie Serafinie działał podług własnéj woli.

Serafin.

Mojéj woli! biednaż ta moja wola! ale nie rozwodźmy się w długich a boleśnych rozprawach — skończmy rzecz czémprędzéj... nasze wzajemne obietnice niech będą zerwane.

Stanisław (na stronie do Pauliny).

A nie mówiłem?

Paulina.
Panie Serafinie...
Stanisław.

Tysiąc pociech!

Serafin.

Postanowienie moje niezmienne. Pan Dorski, gdybym go był nie ubiegł, miał zamiar prosić o rękę twoją Panno Paulino — niechże ją otrzyma, jest jéj pewnie odemnie godniejszym.

Paulina.

Ale jeżeli myślisz...

Serafin.

Nic, nic nie myślę, tak chcę i tak będzie — rozumie się co do mego przedsięwzięcia. — Ofiara spełniona.

(Idzie do biórka i na niém łokcie opiera, jakby pogrążony w rozpaczy.)
Stanisław.

Rzecz skończona, rzecz skończona.

Dorski.

Panno Paulino, mogę się spodziewać...

Stanisław.

Paulino nie wahaj się.

P. Zielska.

Panie Dorski, proszę tu... tak — kochająca ciotka łączy was i błogosławi. (Łączy ich ręce.)

Dorski (do Pauliny).

Zezwalasz Pani?

Paulina.
Muszę wypełnić wolę całego rodzeństwa.
Dorski.

Malwinie jedynie winien jestem moje szczęście, ale całe życie poświęcę, aby go się stać godnym.

Serafin.

Cóż to jest?

Wszyscy.

Co?

Serafin.

To bióro.

Wszyscy.

Bióro.

Serafin (dzwoni, potem do lokaja).

Prosić Pana notaryusza i Pana Kuleszę.

P. Zielska (do Stanisława).

Czy tylko nie dostał pomieszania zmysłów, cóż natenczas stanie się z obietnicą twoją?





SCENA VIII.
Ciż sami, Notaryusz, Kulesza.
Serafin.

Panie Zawilski, przeoczyliśmy to biórko. Panie Kulesza co tu jest?

Kulesza.

Nic nie ma podobno; podczas ostatniego tu swego pobytu ś. p. Jenerał w tym pokoju sypiał i nie uznał potrzeby opieczętować tak, jak tamtą szafkę.

Serafin.
Trzeba jednak otworzyć, gdzie są klucze?
Notaryusz.

Jeden z tych być musi. (Oddaje klucze Kuleszy.)

Serafin.

Spiesz się Pan.

Notaryusz.

Ale o cóż idzie?

Serafin.

Idzie o porządek, o ścisłe wypełnienie obowiązków. W tém biórze znajdują się może jakie klejnoty, które mogłyby się stać pokusą dla służących, a kto wystawia drugich na pokusę, ten staje się poniekąd złego uczynku uczestnikiem. Nareszcie nie znaleźliśmy spisu sreber, może je rozkradziono. — Panie Kulesza, trzeba w to wejść ściśle.

Kulesza (otworzywszy jednę szufladę).

Nic nie ma.

(Notaryusz i Serafin zbliżają się.)
Serafin.

Tu jeszcze.

Kulesza (otwierając pulpit).

Próżne szufladki.

Notaryusz.

W saméj rzeczy, można się przekonać, nic tu nie ma.

Serafin.

Ale tu, tu.

Notaryusz.

Cóż?

Serafin.
Tu jest jakaś kryjówka.
Notaryusz.

Tu żadnéj kryjówki nie widać — Panie Kulesza?

Kulesza.

I ja nie widzę.

Serafin.

Ale tu... tu... ta ściana grubsza, tylko... otworzyć... nie mogę — ha! otóż jest.

Wszyscy.

Cóż jest?

Serafin.

Jakiś pakiet.

Notaryusz.

Proszę o niego. (Rozwija papier, dostaje rozpieczętowany pakiet i czyta na nim.) „To jest ostatnia moja wola. Franciszek Zielski Jenerał dywizyi m. p.“

Serafin.

Zapewne kopia. (Chce odebrać.)

Notaryusz.

Za pozwoleniem — kopia albo nie kopia.

Serafin.

Ja akceptowałem testament.

Notaryusz.

Bardzo dobrze.

Serafin.

Sine beneficio inventarii.

Notaryusz.

Bardzo dobrze, niech Państwo raczą usiąść, porównamy te dwa dokumenta.

(Wszyscy siadają od prawego ku lewemu: 1. Dorski 2. Paulina, nie słuchając rozmawiają ze sobą, 3. Pani Zielska, 4. Stanisław, 5. Notaryusz, 6. Serafin — Kulesza odchodzi.)
Notaryusz.

Testament świętéj pamięci Franciszka Zielskiego Je....

Serafin.

Ale wiemy, wiemy czyj testament...

Notaryusz.

Za pozwoleniem — Nemo sapiens, nisi patiens. Testament ś. p. Franciszka Zielskiego Jenerała dywizyi, dziedzica wsi Krzewin cum atinenciis, przez nas notaryusza Zawilskiego, w przytomności świadków, znaleziony w bibliotece jest z dnia 14 Sierpnia tysiąc ośmsetnego... więc lat temu pięć.

(Podaje dokument, który nieczytany przechodzi od ręki do ręki.)
Serafin.

Dużo czasu tracimy...

Notaryusz.

Teraz łamię pieczęć dokumentu znalezionego w biórze, stojącém w dużym salonie, gorliwém usiłowaniem Wielmożnego Serafina Zielskiego odkrytego.

Stanisław.

Tysiąc pociech!

Notaryusz.

Czy wszyscy członkowie Zielskich, domniemani spadkobiercy ś. p. Fran...

Serafin.

Wszyscy tu jesteśmy.

Stanisław.
Tak jest, wszyscy tu jesteśmy.
Notaryusz (p. k. m.).

Podpis testatora własnoręczny, wyraźny, tudzież podpisy trzech świadków, wszystko w porządku — data...

(Milczenie.)

data 20 Lipca tysiąc ośmsetnego... (powszechne wzruszenie) zatém dwa lata późniejszy jak poprzednio znaleziony...

Serafin.

Ale do rzeczy, do rzeczy — kopia czy nie kopia.

Notaryusz.

Nie zdaje się być kopią.

Stanisław.

Więc proszę czytać.

Serafin.

Jeżeli nie kopia, będę protestował.

Notaryusz.

Wolno Panu.

Stanisław.

Słuchamy.

Notaryusz (uciera sobie nos głośno i przeciera okulary).

Opuściwszy zwykły wstęp przystępuję do istoty rzeczy. (czyta) „Testament mój sporządzony 14 Sierpnia 18.. na rzecz mego krewnego Serafina Zielskiego w całéj swojéj objętości odwołuję, znoszę i chcę aby był uważany jako nigdy nieistniejący.“

Serafin.

Będę protestował — mam listy Jenerała pisane do mego ojca. Tu idzie...

Stanisław.
O dobro twoich ubogich.
Serafin.

Zapewne, zapewne, ja zawsze sumiennie każdy obowiązek chcę wypełnić.

Notaryusz (czyta).

„I chcę aby był uważany jako nigdy nieistniejący, a teraz cały mój majątek, jaki mam i mieć mogę, zapisuję Pani Eufrozynie z Zielskich Zielskiéj.“

P. Zielska.

Chryste Panie! — Polciu! wody kolońskiéj! mdleję! — o Jenerale! Marszałku! Hetmanie, Rycerzu! Dzięki ci stokrotne żeś umarł... chciałam powiedzieć, że umierając nie zapomniałeś o mnie. — Czytaj Pan daléj, czytaj najukochańszy Notaryuszu.

Notaryusz (czyta).

„Dając jéj majątek z powodu podwójnego naszego pokrewieństwa.“

P. Zielska.

Potrójnego, poczwórnego...

Notaryusz (czyta).

„Udzielić oraz muszę mojéj rady téj staruszce...“

Stanisław.

Staruszce?!

P. Zielska.

Wyraz pieszczoty.

Stanisław.

Tysiąc pociech!

Serafin.
Testament więc warunkowy.
Notaryusz.

Rada, nie warunek, ale na czémże stanąłem?..

Stanisław.

Na staruszce...

Notaryusz (czyta).

„Udzielić oraz muszę mojéj rady téj staruszce, aby wcześniéj o śmierci myślała i aby z wszelką znajomością rzeczy mogła sobie wybrać w rodzinie sukcesora lub sukcesorkę swoją“ podpisy etc. etc. — skończyłem. — (wstaje) Dodać muszę, żeśmy winni Zielskiemu, oświadczyć podziękowanie Wielmożnemu Serafinowi że gorliwością swoją ustrzegł nas wszystkich od wielkiego błędu.

Stanisław.

Dziękujemy wszyscy, tysiąc pociech!

(Podaje rękę Paulinie i wszyscy wychodzą prócz Zielskiej i Notaryusza, który składa swoje papiery.)
P. Zielska (dzwoniąc).

Zawołać mi Kuleszę.

(Zasłona spada.)
Koniec aktu II.
AKT III.

(Ten sam salon.)

SCENA I.
P. Zielska, Kulesza.
P. Zielska.

Kochany Kuleszo, chcę poczęstować gromady, dać im wódki i piwa, niech wypiją za zdrowie nowéj dziedziczki Krzewina.

Kulesza.

Dobrze, ale wódki niema.

P. Zielska.

Jakto, niema w magazynie?

Kulesza.

Jest, ale magazyn zapieczętowany.

P. Zielska.

Któż to śmiał uczynić bez mojéj wiedzy?

Kulesza.

Pan Notaryusz.

P. Zielska.
Wołaj go.
Kulesza.

Nic nie pomoże, bo majątek jeszcze sądownie nie oddany.

P. Zielska.

I ja z kasy nic wziąć nie mogę?

Kulesza.

Nie Jaśnie Pani.

P. Zielska.

Piękne dziedzictwo! Ależ ja jutro chcę dać bal — poślij Pan po muzykę wojskową, dam kartkę do cukiernika i do mojéj Marchande de modes.

Kulesza.

Właśnie czeka tu kupczyk z jéj handlu z dwoma jeszcze panami.

P. Zielska.

Czegóż oni chcą?

Kulesza.

Pieniędzy.

P. Zielska.

Pieniędzy?

Kulesza.

Mówią, żeś im Jaśnie Pani dużo winna pieniędzy.

P. Zielska.

Być może, ale czyliż nie wiedzą, że jestem sukcesorką Jenerała.

Kulesza.
Powiedziałem im i kazałem zgłosić się za parę tygodni.
P. Zielska.

Pocóż mają się zgłosić?

Kulesza.

Zapewne Jaśnie Pani zechcesz swoje długi popłacić.

P. Zielska.

Ja? chyba byłabym warjatką. Kredyt mój wzrósł do nieprzewidzianéj wysokości, a ja mam długi płacić! Odpraw ich tam Pan, zbądź się jak będziesz mógł... powiedz żem chora. Ale zkądże wziąć pieniędzy na bal? — posłałeś po faktora?

Kulesza.

Czeka w przedpokoju.

P. Zielska.

Niech wnijdzie.

(Kulesza wychodzi, Faktor wchodzi.)




SCENA II.
P. Zielska, Faktor.

Ty jesteś kochanku faktorem ś. p. Jenerała?

Faktor.

Jaśnie Wielmożny Pan Jenerał faktora nie miał, JWielmożny Jenerał był bardzo srogi — nazywał nas żydów pijawki, krzyczał zaraz: precz z mego obejścia. A jak krzyczał! — strach! — płot nie płot, trzeba było skakać. Ale wszyscy Panowie i Panie w całéj okolicy Mortka znają.

P. Zielska.
Słuchajno mój Mortku, potrzebuję pieniędzy.
Faktor.

Ile tylko JPani każesz, na bardzo mały procent.

P. Zielska.

O procent nie dbam. Więc możesz wystarać mi się zaraz dziś o dwieście dukatów?

Faktor.

A jaką mam obiecać pewność?

P. Zielska.

Nie wiesz, żem dziedziczką Krzewina.

Faktor.

Wiem, ale przepraszam honor Jaśnie Pani, czy już jest addictia hereditatis?

P. Zielska.

Co to jest Dycja Herezjetatis?

Faktor.

No, to jest pozwolenie na dziedzictwo.

P. Zielska.

A któż to pozwolenie daje?

Faktor.

No Sąd daje.

P. Zielska.

I bez tego nie można pożyczyć pieniędzy?

Faktor.

Nie.

P. Zielska.
To Sąd głupi i ty głupi, idź do djabła!
Faktor (na stronie).

Akurat Jenerał.

(Wychodzi tyłem za drzwi, nisko się kłaniając.)




SCENA III.
P. Zielska, Kulesza.
P. Zielska (zadzwoniwszy.)

Prosić Pana Kuleszę. (Kulesza wchodzi.) Faktor głupiec, nie może mi wyszukać pieniędzy. Ale ty mój kochany Kuleszko nie mógłbyś mi pożyczyć co pieniędzy? Daję ci słowo honoru, że oddam za parę tygodni, jak tylko mnie rozpieczętują — oddam dziesięć za dziesięć.

Kulesza.

Ach Jaśnie Pani, ja złamanego szeląga nie mam przy duszy.

P. Zielska.

Każ więc założyć do mego kocza, niech faktor pojedzie do miasteczka i kocz zastawi.

Kulesza.

To być nie może.

P. Zielska.

Dlaczego nie może?

Kulesza.

Bo ci panowie, co przyjechali upominać się o długi, kocz zaaresztowali.

P. Zielska.

Rozbójniki szkaradne, bez najmniejszego wychowania — no weźże Pan ten łańcuch i zegarek, zastaw na jakibądź procent, ja jutro bal mieć muszę. Adieu kochany Panie Kulesza.

P. Zielska (sama).

Co to za niepojęte, co za głupie formalności — jestem bogatą a nie mam pieniędzy, jedni winszują a drudzy aresztują i prawdziwie koniec świata.





SCENA IV.
P. Zielska, Stanisław.
Stanisław (z głębokim ukłonem).

Szanownéj mojéj kuzynce, pani dziedzicznéj Krzewina, Wulki, Przedmościa i Podmościa etc. etc. składam moje najuniżeńsze uszanowanie.

P. Zielska.

Znowu chcesz stroić żarciki, ale już nie dbam o złośliwe słówka twoje, kochany Panie Stanisławie, znajdę wielu takich, którzy za zaszczyt poczytywać będą stanąć każdego czasu w mojéj obronie.

Stanisław.
Nie wątpię, nie wątpię nadobna kuzynko, że tysiąc mieczów zabłyśnie, tysiąc kopij się najeży na twoje skinienie, ale ja bynajmniéj przeciw rycerzom niosącym twoje kolory w szrankach stawać nie myślę, miałbym wprawdzie prawo odwołać się do przeszłości. (z udaną czułością) Czy ty pamiętasz ten bal w Bardjowie? czy ty pamiętasz ten wieczór kiedy srebrném światłem księżyca oblane poępne świerki po skałach szumiały, kiedyśmy zbłądzili z drogi, czy ty to pamiętasz?
P. Zielska.

Nie pamiętam i nie chcę pamiętać.

Stanisław.

Wiem, wiem i nietylko praw żadnych do twojéj rączki nie roszczę, ale gdybyś i chciała, mając wzgląd na dawne przysłowie, że stara przyjaźń nie rdzewieje, przybrać mnie za towarzysza dalszéj podróży, powiedziałbym ci szczerze: nie radzę.

P. Zielska.

A ja także odpowiem przysłowiem: Panie Stanisławie, kwaśne winogrona.

Stanisław.

Wiesz dobrze, że nie jestem Serafinem i nikt się jeszcze na brak mojéj szczerości nie mógł użalać, szczerze więc powiem, że z połączenia naszego losu nie wieleby dobrego wypaść mogło — moją połowę zabraliby Wiesbadeńskie bankiery, a twoją zabraliby dłużniki.

P. Zielska.

Na cóż mi to powiadasz?

Stanisław.

Bo się chcę dobrze rozstać z tobą.

P. Zielska (podając mu rękę).

Wierzę ci i dlatego podam ci sposobność oddania mi wielkiej usługi.

Stanisław.

Idzie o Serafina.

P. Zielska.

O dla Boga! jakżeś mógł to nawet pomyśleć — Serafin ten świętoszek, ten intrygant, ten człowiek co tak chciwie wyciągał pazury po mój majątek — Stanisławie, jakżeś mógł to pomyślać; dusza moja zawsze znieść go nie mogła, nienawidziłam go i nienawidzę.

Stanisław.

Tysiąc pociech! ale przed godziną...

P. Zielska.

Dosyć jednéj minuty, żeby zmienić białe w czarne. Słuchaj mnie, ja inny wielki mam projekt; jeżeli staniesz mi się pomocnym, będę umiała odwdzięczyć ci się hojnie. Szukaj gdzie parę tysięcy dukatów, ja zaraz dziś jeszcze zaręczę, dam ci wexle.

Stanisław.

Dziękuję, dziękuję za porękę i za wexle, ale o cóż idzie?

P. Zielska.

Jest młodzieniec, który... który...

Stanisław.

Który ci się podobał.

P. Zielska.

Ach, bardzo, bardzo mi się podobał.

Stanisław.

Ale Hippolit głuchy, na Fedry miłosne zapały.

P. Zielska.

Jeszcze nie głuchy, bo nic jeszcze uszów jego nie doszło, ale z ust twoich usłyszeć może.

Stanisław.
A tym Hippolitem jest?
P. Zielska.

Jest... jest... o Stanisławie serce moje...

Stanisław.

Tylko śmiało.

P. Zielska (zakrywając sobie oczy).

Jest Dorski.

Stanisław.

Dorski, Dorski!

P. Zielska.

Porucznik Dorski.

Stanisław.

Ależ Dorski kocha Paulinę.

P. Zielska.

Interes połknął nie jedną już miłość.

Stanisław.

Kochana kuzynko, to istne szaleństwo.

P. Zielska.

Dorski nie ma majątku, Paulina toż samo; życie ich byłoby najeżone tysiącznemi przykrościami, kiedy ja tymczasem mogę zrobić go szczęśliwym, zrobić go bogatym, otoczyć go zabawą, okazałością, zbytkiem, nareszcie wszystkiém co teraźniejsza młodzież tak wielce ceni — Paulinę wyposażę.

Stanisław.

A ja ci powiadam, że taka myśl to istne szaleństwo.

P. Zielska.

Kupić nie kupić potargować nie zawadzi, byłby to cud powiesz, ale za pieniądze i... no, mówić nie wypada — pieniądze są władzą, któréj mało kto oprzeć się może. Mój Stanisławie, staraj się powoli, rozważnie porucznikowi rzecz tę przedłożyć.

Stanisław.

Ależ moja kuzynko, na takie propozycye on mnie wyzwie i będę musiał z nim się strzelać — Nie, nie i słyszeć o tém nie chcę i tobie życzę nie próbuj szczęścia, bo gotówby zapomnieć względów, do których twoja płeć, twoje wdzięki i wiek niezaprzeczone mają prawo.

P. Zielska.

Znowu ucinek.

Stanisław.

Nie, tym razem nie ucinek ale szczera rada i proszę cię niech to zostanie między nami.

P. Zielska.

Nie, serce moje za gwałtownie bije, aby usta milczeć mogły. Nie chcesz z nim mówić — dobrze, więc go przyślij tu do mnie, pomówię z nim i zobaczymy.

Stanisław.
Niech i tak będzie — tysiąc pociech!
(Wychodzi.)
(Zielska zasiada w fotelu, poprawia sobie suknię, kryskę, czepeczek — na wejście Serafina zrywa się w gniewie.)




SCENA V.
P. Zielska, Serafin.
Serafin.

Panią Eufrozynę z Zielskich Zielską mam zaszczyt prosić o jéj rękę. (Zadziwienie Zielskiej i długie milczenie.) Panią Eufrozynę z Zielskich Zielską mam zaszczyt prosić o jéj rękę.

P. Zielska.

Czy Pan w biórku, w którém znalazłeś testament, zostawiłeś rozum?

Serafin.

Bynajmniéj, proszę o jéj rękę.

P. Zielska.

A ja ją odmawiam krótko i węzłowato. Dobregoby ci się chciało mój Serafinku — nie takich Serafinów odmawiałam, odmówiłam ich dziesięciu, dwudziestu.

Serafin.

Stu — wiem i wszyscy szalenie kochali, ale ja nie chcę iść torem zwykłych konkurentów, którzy wyjeżdżają na osobistych przymiotach, jak cygan wyjeżdża na targ na ślepéj kobyle, jak to i ty szanowna kuzynko uczyniłaś względem mnie przed godziną.

P. Zielska.

Ja? ja?

Serafin.
Tak jest, kiedy odradzałaś Paulinę a podsuwałaś siebie.
P. Zielska.

Nie pamiętam.

Serafin.

Niech i tak będzie, ale do rzeczy. Gdybym ci powiedział kuzynko że cię kocham, nie uwierzyłabyś może, a co więcéj niktby nie uwierzył; chcę ci zatém powiedzieć, że cię nie kocham i że jedynie tylko okoliczności zmuszają mnie do tego arcy dla mnie nieprzyjemnego przedsięwzięcia.

P. Zielska.

Panie Serafinie, pozwól że się oddalę, ja się warjatów boję.

Serafin.

Jeżeli tylko dosłuchasz mojéj propozycyi do końca, przekonasz się, że nie jestem warjatem.

P. Zielska.

Żadnéj propozycyi słuchać nie chcę.

Serafin.

Ale słuchać będziesz.

P. Zielska.

Napad więc w własnym moim domu.

Serafin.

We własnym! otóż właśnie o to idzie, aby ten dom choć w części był twoim własnym.

P. Zielska.

Słucham więc, mów ale prędko.

Serafin.
Weźmiemy z sobą ślub.
P. Zielska.

Przenigdy.

Serafin.

Weźmiemy ślub i podzielimy się majątkiem po ś. p. Jenerale.

P. Zielska.

Wody kolońskiéj! mdleję!

Serafin.

Podzielimy majątek a rozdzielimy osoby, moje zasady ścisłéj moralności są w zupełnéj sprzeczności z jéj lekkomyślnością i dlatego nie moglibyśmy w zgodzie małżeńskiéj długo ze sobą pozostać.

P. Zielska.

Uszom moim ledwie wierzę. Ależ przez Boga żywego, dlaczego, dlaczego ja mam zrobić to samobójcze szaleństwo?

Serafin.

Bo inaczéj ja zrobię proces, który potrwać może rok, może i dwa lata.

P. Zielska.

Myślisz więc wygrać proces?

Serafin.

Niezawodnie, mam listy Jenerała do mego ojca.

P. Zielska.

Dlaczegóż chcesz układu, jeżeliś tak pewny swojego?

Serafin.

Chcę dla zgody i aby rzecz prędko skończyć. Chciej przytém pamiętać szanowna kuzynko, że nim proces rozstrzygnięty będzie, co jak powiedziałem potrwać może lat kilka, ty tych lat kilka wysiedzisz zamknięta za długi.

P. Zielska (w złości).

Ty mnie zamkniesz?

Serafin.

Nie ja, ale znajdą się tacy.

P. Zielska.

Bezczelny! precz z oblicza mojego!

Serafin.

Pamiętaj, że wkrótce żałować będziesz, ale poniewczasie. Eufrozyno, bądź moją żoną.

P. Zielska.

I mam dać połowę majątku?! Precz powiadam z mego oblicza, niech twoja noga nigdy w moim domu nie postanie.

Serafin.

W twoim, bardzo chętnie.

P. Zielska.

Precz! precz!

Serafin.

Idę, ale na Boga żałować będziesz!

(Odchodzi.)
P. Zielska (sama).

Żebym była miała parasolkę, byłabym mu łeb rozwaliła. Kłamca, faryzeusz, tyrbuszon, jak Stanisław powiada.

(Czepek jéj się przekręcił, który prędko poprawia za wejściem Dorskiego.)




SCENA VI.
P. Zielska, Dorski.
Dorski.

Stawię się na rozkazy Pani Dobrodziejki.

P. Zielska.

Pozwól, niech przyjdę trochę do siebie. Zastałeś mnie Pan w nadzwyczajném wzburzeniu — zostałam wypchniętą ze zwykłéj łagodności mojego charakteru.

Dorski.

Z jakiegoż powodu, jeżeli pytać się godzi.

P. Zielska.

Ten, ten Serafin... na same nazwisko zgrozą mnie przejmuje.

Dorski.

Cóż zrobił ten pan Serafin?

P. Zielska.

Prosił o moją rękę.

Dorski.

No, takiego grzechu niejeden jeszcze pewnie się dopuści.

P. Zielska.

Niejeden — zapewne, ale nie takim sposobem. To nie była deklaracya konkurenta, ale groźba, napad, gwałt...

Dorski.
O! przecież się nie spodziewam...
P. Zielska.

Ale ja z tém obeznana — nie boję się, tylko...

Dorski.

Pani Dobrodziejka raczyłaś mnie wezwać do siebie, słucham więc jej rozkazów.

P. Zielska.

Przystępuję do interesu, nie z taką jednak swobodą jakby się właściwie należało — ale łotr... podzielić się majątkiem!.. ten rozbójnik!.. ten...

Dorski.

Miałaś Pani Dobrodziejka przystąpić do interesu, słucham.

P. Zielska.

Przystępuję, proszę usiąść. (p. k. m.) Panie Dorski, Panie Dorski, Pan wiesz zapewne jak mocno kocham Paulinę — nie będąc jéj matką ani nawet opiekunką, mam poniekąd prawo zająć się jéj przyszłym losem.

Dorski.

Zdaje mi się, że jéj los w dobrém spoczywa ręku, kiedyś sama Pani raczyła mi go powierzyć.

P. Zielska.

Prawda, prawda, ale to była sprawa uczuciowa, a ja teraz chcę dotknąć materjalnéj. Panie Dorski, Paulina nie ma żadnego majątku.

Dorski.

Wiem o tém.

P. Zielska.
Zupełnie, zupełnie żadnego.
Dorski.

Słyszałem.

P. Zielska.

Teraz pozwól mi zapytać się, jako zastępującą miejsce matki i wypełniającą święty obowiązek: jaki majątek Pan Dorski może jéj ofiarować?

Dorski.

Bardzo szczupły, wyznać muszę, ale...

P. Zielska.

Bo widzisz Pan, miłość jest świętém uczuciem, które zawsze cenię nad miarę; (westchnienie) ale trzeba także przyznać, że w dalszym ciągu życia, gdzie tylko będzie sentyment na śniadanie, sentyment na obiad, sentyment na wieczerzę, kochankowie nie utyją.

Dorski.

Jeżeli dobrze zrozumiałem, boisz się Pani, abym Paulinę nie potrącił w nędzę.

P. Zielska.

Przynajmniéj w niedostatek.

Dorski.

Z tego względu możesz być Pani spokojną, kto ma chęć i sił pracować, dla tego świat stoi otworem.

P. Zielska.

Mówisz to Pan, jak mówią zwykle zakochani, ale rozsądek częstokroć inaczéj przemawiać powinien.

Dorski (z niecierpliwością).

Do czegoż to Pani ściągasz?

P. Zielska.

Niech teraz o Panu i Paulinie nie będzie mowy a pozwolę sobie powtórzyć zdarzenie, które dawniéj w mojéj rodzinie miało miejsce. (Dorski okazuje niecierpliwość) Miałam ciotecznego brata, który polubił był panienkę obdarzoną wszelkiemi możliwemi przymiotami ale ubogą i on także najgodniejszy człowiek miał mniéj jak nic, bo miał długi. Smutne były widoki kochanków, gdy pojawiła się jak z nieba zesłana majętna i w rozsądnym wieku przyjemna wdowa i podała mojemu ciotecznemu bratu następujący projekt: Wyposażę, rzekła, twoją kochankę, a ja potrzebując pomocy w zarządzie znacznego majątku, pójdę za ciebie. (Niecierpliwość Dorskiego wzmaga się.) I tak się stało; zamiast jednéj wdowy bogatéj ale osamotnionéj, zamiast biednéj młodéj pary, która chleba nie miała, stanęły naraz dwie szczęśliwe pary, bo i panienka z posagiem znalazła męża — tym sposobem, powiadam, wszyscy zostali uszczęśliwieni. I cóż Pan powiesz na czynność wdowy i mego ciotecznego brata?

Dorski (zrywając się).

Powiem, że cioteczny brat był infamisem a jego małżonka starą intrygantką. (Na stronie postępując na przód sceny.) A to baba! to nie Zielska, ale zielsko szkaradne.

(Zwraca się ku drzwiom i tam spotyka Paulinę i Stanisława, zdaje się rozprawiać w gniewie a Paulina i Stanisław śmieją się; tymczasem Zielska mówi do siebie:)
P. Zielska.

Mógłby być trochę grzeczniejszym, ale niema nic złego — pierwsze koty za płoty... myśl rzucona.. złota nitka wędki czarodziejską ma władzę.

(Notaryusz wchodzi, za nim Serafin.)
Serafin.
Proszę Pana, aby mój protest i listy Jenerała pisane do mego ojca były w protokóle umieszczone.
Notaryusz.

A ja Panu powiadam, że to do mnie zupełnie nie należy.

(Żołnierz wchodzi.)




SCENA VII. i ostatnia.
P. Zielska, Paulina, Stanisław, Serafin, Notaryusz,
Dorski.
Dorski.

Cóż to jest?

Żołnierz (oddając depeszę).

Od pułkownika. (Żołnierz odchodzi)

Paulina.

O dla Boga, czy tylko nie wojna.

Dorski (czyta w przodzie sceny).

„Jenerał Zielski w podróży do kraju zachorował i umarł w Frankfurcie.“ — Wiem o tém i zapewne każą mi odwieźć wstęgę. (czyta daléj) „Papiery złożone w ministeryum a expedycyę tu załączoną zechcesz Pan Porucznik wręczyć Notaryuszowi Zawilskiemu w przytomności kilku członków rodziny Zielskich etc. etc.“ Oto pismo, które podług rozkazu wręczam Panu Notaryuszowi.

Notaryusz (otworzywszy pakiet, czyta).

„To jest moja wola ostatnia, Franciszek Zielski Jenerał dywizyi m. p.“

P. Zielska.
Ja już mam ostatnią, Panie Notaryuszu, ja już mam ostatnią wolę Jenerała.
Stanisław.

A cóż u djabła! czy my komedyę gramy, kiedyż będzie koniec tych testamentów — raz skończyć trzeba; nie chcieliście się rozegrać, teraz jeszcze raz podaję wam doskonały projekt: zrealizujmy wszystko co zostanie po ś. p. Jenerale i łącznie wspólnie działając starajmy się o koncesyą jakiéj linii kolei żelaznej — na tém stracić nie można i milionek wpadnie nam, jak gruszka do kieszeni.... dla dobra ojczyzny.

Serafin.

Nie chcę, bo mam listy Jenerała do mego ojca.

P. Zielska.

Nie chcę, bo ja mam ostatnią wolę i podpisałam na testamencie, akceptuję sine benetarium Juventatis.

Notaryusz.

Nie traćmy czasu, proszę usiąść i słuchać. (Wszyscy siadają, Notaryusz czyta.) „Chciałem wcześnie rozrządzić moim majątkiem — pisałem testamenta, ale nie miałem szczęśliwéj ręki. Najpierwéj zrobiłem moim sukcesorem Stanisława Zielskiego.“

Stanisław.

Oho!

Notaryusz (czyta daléj).

„Później powziąłem przekonanie, że to jest pędziwicher, utracjusz.“

Stanisław.

Prawda!

Notaryusz (czyta daléj).
„Gracz niczém niepowściągnięty.“
Stanisław.

Prawda!

Notaryusz (czyta daléj).

„Wkrótce zatém przewandrowałby mój Krzewin do Wiesbadenu.“

Stanisław.

I nie na kuracyę. Prawda, prawda. Ja zawsze mówiłem, że Jenerał człowiek rozsądny.

Notaryusz (czyta daléj).

„Zdarłem więc ten testament...“

Stanisław.

Requiescat in pace. Tysiąc pociech!

Notaryusz (czyta daléj).

„I zapisałem majątek Serafinowi Zielskiemu, ale dowiedziałem się późniéj, że Serafin jest tylko świętoszkiem, który ma w ustach morały a w sercu fałsz.“

Stanisław.

Jenerał w bawełnę nie obwija.

Serafin.

Znoszę ten krzyż z pokorą.

Notaryusz (czyta).

„Zmieniłem więc znowu testament i zapisałem Eufrozynie Zielskiej.“

P. Zielska.

Kochany Jenerałek.

Notaryusz (czyta daléj).
„Myślałem że zapisuję poważnéj matronie, ale się omyliłem i dowiaduję się, że ta Eufrozyna jest spruchniałą kokietką.“
Stanisław.

Oho!

Notaryusz (czyta daléj).

„Półwarjatką, która niebawem umrze w kozie za długi.“

P. Zielska.

Grubian!

Stanisław.

Jenerał strzela kartaczami.

Notaryusz (czyta).

„Zatém testament na rzecz Eufrozyny odwołuję, znoszę, jakby go nigdy nie było.“

Stanisław.

Amen!

P. Zielska.

To trębacz, dobosz, fajfer a nie Jenerał!

Notaryusz (czyta).

Chciałem więc udać się do kraju, aby moją rodzinę poznać, ale inaczéj się stało, zachorowałem w Frankfurcie i robię ten testament, 24go Czerwca bieżącego roku“ — zatém jest sporządzony niespełna piętnaście dni temu — (czyta) „którym oraz na wszelkie zdarzenie zrzekam się raz na zawsze wszelkiéj zmiany i chcę aby mój cały majątek został własnością Panny Pauliny Zielskiej.“

Stanisław.

Wiwat nieboszczyk!

Notaryusz.
Skończyłem.
Stanisław.

No, tym razem koniec końców.

(Wszyscy wstają ale pozostają w miejscu.)
P. Zielska.

O kochana Polciu!...

Dorski (stając między niemi).

Bardzo proszę — żadnéj nadal styczności.

P. Zielska.

Serafinie.

Serafin.

Padam do nóg.

Stanisław.

Trzeba przyznać kochani Państwo, że szanowny Jenerał nie rozdzielił nas wprawdzie równo pieniędzmi, ale szczutkami jak najsumienniéj. — Tysiąc pociech! — Dodam przytém ogólną przestrogę, że częstokroć obiecanka, cacanka, a radość, komu?... wiem — nie powiem.

KONIEC.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Brak w tekście oznaczenia — Stanisław.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.