Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VIII.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Opatrznością wskazana, że człowiek już w podeszłym wieku, którego życie obozowe nie dozwala liczyć na gruntowne zasady moralności, chwyta się ocknionéj miłości rodzinnéj jak rószczki zbawienia, wyciąga ku nam ręce i woła: ratujcie resztki dni moich, wskażcie jak okupić mogę długie zadrętwienie egoizmu. Mamyż my, którzy posiadamy siłę i zdolność, nie iść mu na pomoc z bojaźni, abyśmy się nie zawiedli w naszéj nadziei — mamyż dla téj bojaźni opuszczać sposobność wprowadzenia na drogę przykładnego życia tego, który się pod naszém przewodnictwem stać może nietylko podporą swojéj rodziny ale i błogosławieństwem dla całéj cierpiącéj ludzkości — nie, nie droga Paulino, nie odsuwajmy naszéj ręki a skutek zwierzmy Bogu.





SCENA II.
Ciż sami i Stanisław.
Serafin.

Jakże tam dziś twoje zdrowie kochany Panie Stanisławie, wczoraj byłeś cierpiący.

Stanisław.

Dziękuję, mam się lepiéj.

Serafin.

Powinienbyś trochę wiecéj się szanować, jeżeli nie dla siebie, to dla nas, którzy cię tak kochamy.

Stanisław.

Jeżeli mnie tak bardzo kochacie, to nie dajcież mi tu zamrzeć z nudów — rozpiszcie listy na cztery