Oficyna/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Oficyna
Podtytuł Szkic
Pochodzenie Z pola i z bruku
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1897
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


V.

Złośliwa lokatorka z drugiego piętra i żona malarza z parteru spotkały się na podwórzu. Pierwsza wychodziła do kościoła, druga wracała z miasta.
— Dzień dobry, pani.
— Dzień dobry... co słychać nowego?
— Nic nie słychać, zawsze jednakowo, tylko na pierwszem piętrze coś bardzo cicho...
— Chory kto?
— Nie...
— Więc cóż takiego?
— Jeszcze nie wiem, ale postaram się dowiedzieć... Byle tylko pochwycić nitkę, to się przy cierpliwości znajdzie i kłębuszek... a zdaje mi się, że tu będzie kłębek nie mały...
— Ciekawam bardzo — ale widzę, że pani się śpieszy...
— Eh nie, do kościoła idę, mam czas, a kiedy kochaną panią spotkałam, to w krótkości powiem co się święci... Ta pani z pierwszego piętra od razu mi się nie podobała...
— Dlaczego? Kobieta bardzo sympatyczna, a jej córka taka miła i ładna panienka...
— Niech mi panie wierzą, że sympatyczne i ładne są najgorsze. Pomijam fortepian; nikt w naszej oficynie takiego zbytkownego sprzętu nie posiada, ona ma... ale mniejsza o to... kawaler mieszkał na poddaszu i nikt go nie znał, choć się o znajomość z nim ci państwo z trzeciego piętra starali; ta, ledwie zdążyła się wprowadzić, już go ma! Kawaler bywa, konkuruje, a słyszę, że chłopiec nie biedny i ci z trzeciego piętra oddaliby mu starszą córkę z przyjemnością, ale i o to mniejsza... I nie dość im jednego, bywa, proszę pani, drugi niemłody, podobno wielki bogacz, kamienicznik, pieniężnik... bywa i także konkuruje... No to już chyba trochę za wiele.
— Jeżeli się panna tak podoba...
— Podoba! Za dwóch przecież nie wyjdzie — ale to wszystko jeszcze nic...
— Więc cóż takiego jest?
— Otóż widzi pani, bo ja, nie chwaląc się, na wszystko mam oko... nagle, tak mniej więcej od tygodnia zachodzą różne zmiany... stary przesiaduje w domu.
— Jako konkurent?
— Ależ nie! ojciec skromnej panienki...
— Może nie zdrów.
— A może udaje chorego, może stracił zajęcie, bo to się zdarza, proszę pani, bardzo często się zdarza... prawie po całych dniach w domu siedzi zmizerniał, zestarzał się... Starszy konkurent, ten bogacz, przestał bywać, młody nie pokazuje się wcale; sama pani, tak zawsze uśmiechnięta i wesoła, chodzi po kątach i wzdycha, a panienka pobladła, nie gra, nie śpiewa, tylko nad haftem siedzi — i założyłabym się nie wiem o co, że płacze...
— Cóż się tam porobiło?
— Otóż to, że nie wiem... ale, zapomniałam powiedzieć o najważniejszem... Niech sobie pani wyobrazi, wczoraj był tu człowiek z sądu i przynosił jakieś papiery...
— Dla kogo?
— Oczywiście dla niej. Tyle lat mieszkam w tej oficynie i nic podobnego jeszcze się nie zdarzyło. Zaraz potem stary wyszedł i wie pani dokąd?
— Skądże mam wiedzieć?
— Do adwokata, który w tym domu mieszka, od frontu... Skoro tak, to widocznie jest jakaś sprawa.
— Biedni ludzie — rzekła z westchnieniem młoda kobieta.
— Pani bo każdego żałuje, a nie wszyscy warci są żalu...
— Nie umiem się cieszyć z cudzego nieszczęścia...
W samej rzeczy, w mieszkaniu na pierwszem piętrze nie było wesoło, na wszystkich twarzach malowało się przygnębienie i smutek; panna Jadwiga pobladła i oczy miała wilgotne od łez, matka jej wzdychała bez ustanku, ojciec zamyślał się, i... milczał.
Gdy przyniesiono wezwanie z sądu, ubrał się, wziął laskę i kapelusz i, nic nie mówiąc, skierował się ku drzwiom.
— Dokąd idziesz mężu? — spytała pani Zenobia.
— Ratować się — odrzekł, — zdaje się, że w tym domu adwokat mieszka... może on co poradzi, chociaż... jakaż tu rada?
Panna Jadwiga, po wyjściu ojca, zwróciła się do matki z zapytaniem.
— Mamo — rzekła, — co wy ukrywacie przede mną? Dlaczego ja nie wiem co wam dolega?
— Zmartwienie, moje dziecko, zmartwienie ciężkie... Zły człowiek zgubić nas chce...
— Zgubić?
— Tak zrujnować nas; pozbawić ojca zarobku...
— Alboż to można?
— Widać, że można, skoro...
— Ale kto on jest, dlaczego ma takie zamiary? co zawiniliśmy względem niego?
— Właściwie — nic...
— Nie powie mi mama jego nazwiska?
— Znasz dobrze tego człowieka... pan Wacław!
— Ach, więc to on?...
— Nie będę ukrywała dłużej — on chce żebyś została jego żoną, my zaś przymuszać cię nie możemy — stąd zemsta...
Dziewczyna zerwała się z krzesła, chodziła przez jakiś czas po pokoju, wreszcie zatrzymała się przed matką i rzekła:
— To nikczemność...
— Zapewne, moje dziecko... ale...
— Przepraszam mamę, jeszcze jedno słowo: jaką broń przeciw rodzicom ten pan posiada, czem może grozić i szkodzić?
— Dawne stosunki z twoim ojcem, jakieś zobowiązania... albo ja wiem zresztą.. Kobieta jestem, na tego rodzaju sprawach nie znam się, a ojciec, jak wiesz, jest skryty...
Panna Jadwiga zamyśliła się.
— Mamo, — rzekła po chwili, — czyż więc jesteśmy zupełnie oddani na łaskę i niełaskę tego człowieka, czy nie mamy żadnego sposobu wyjścia i obrony?
— Nie wiem moje dziecko, ja nic nie wiem... straciłam głowę zupełnie, myśli nie potrafię zebrać... Życie miałam spokojne i ciche, nie znałam takich zmartwień jak teraz, to też czuję się bezsilną i przygnębioną...
— Tak być nie może, matko, bronić się trzeba...
— Ale jak?... Ja nawet objaśnić cię dokładnie nie mogę, na czem polega jego przewaga nad nami... Zapytaj ojca, jeżeli chcesz, może on ci powie... ale wątpię...
— A dlaczego, mamo, ojciec teraz do fabryki nie chodzi?
— Mówi, że chory.
— Nie sądzę, nieraz bardzo niedomagał, a jednak nie opuszczał zajęcia; inna przyczyna musi być.
— Nie wiem, powtarzam ci, moja droga, że nic nie wiem.
Panna Jadwiga nie męczyła już matki pytaniami, usiadła przy oknie i zajęła się haftem, pracowała usilnie, ale myśl jej czem innem była zajęta. Opanowało ją przygnębienie i smutek, ogarnął niepokój, rozbolała głowa. Po dwóch godzinach roboty, postanowiła wyjść na świeże powietrze, orzeźwić się. Powiedziała matce, że musi kupić jakieś drobiazgi i wyszła z domu.
Dzień był pochmurny, względnie chłodny, w okolicy spadł poprzedniego dnia grad i na skutek tego, oziębiła się nieco duszna od upałów atmosfera miasta.
Młoda osoba weszła do ogrodu Saskiego i usiadła na ławce; była godzina południowa osób nie wiele; przeważnie dzieci lub też ludzie obowiązku, przebiegający szybko przez aleje, dla skrócenia drogi i zyskania na czasie. Właśnie jeden z takich z teką w ręku, śpieszy przez aleję, w której siedziała panna Jadwiga. Ujrzawszy ją zatrzymał się nagle jak wryty.
— Dzień dobry! — zawołał — co pani tu robi, o tej porze?
Młoda osoba, usłyszawszy głos dobrze jej znany, zarumieniła się.
— Ja, wyszłam po sprawunki i trochę odpoczywam — ale co pan robi w ogrodzie w godzinach...
— Pełnię obowiązek — odrzekł — odnosiłem pieniądze do banku i wracam. Nie spodziewałem się tak miłego spotkania. Co się dzieje u państwa? Pani jakoś pomizerniała...
— Zdrowa jestem.
— A mama pani, ojciec?
— Od tygodnia nie wychodzi... Dlaczego mama pańska nie łaskawa na nas?...
— Wybiera się... może dziś przyjdzie...
— O, niech przyjdzie, bo u nas teraz bardzo smutno w domu.
— Z jakiego powodu?
— Nie wiem... rodzice mają zmartwienie...
— I pani nie wie jakie?
— Dziwi to pana?
— Nie — odrzekł po namyśle, — rozumiem, że postąpiłem niewłaściwie, zadając to pytanie... Niedawno znamy się, nie mam więc prawa żądać szczerości bezwzględnej, jest to bowiem przywilej zaufanych przyjaciół...
— A! panie — rzekła z wymówką — nie wolno panu tak mówić.
— Więc przyznaje mi pani prawo do przyjaźni?...
— Tak... — szepnęła.
— Dziękuję, serdecznie dziękuję, panno Jadwigo — to moje najszczersze pragnienie.
— Ja wierzę — rzekła szeptem prawie.
— Dziękuję pani, odpowiedział z mocą.
Zamilkli oboje. Ona spuściła oczy, on wpatrywał się w jej twarz z uwielbieniem i z radością.
— Jaka szkoda, odezwał się po chwili, że muszę śpieszyć do fabryki, a tak mi tu dobrze, ale zobaczymy się wkrótce, panno Jadwigo... Wszak wolno mi teraz bywać częstym gościem u państwa?...
— Niedobry pan jesteś.
— Ja? Dlaczego?
— Bo zadajesz niepotrzebne pytania... Czy wolno? czy wolno? Jak gdybym ja zabraniała... Nie traćmy czasu... Przez którą bramę pan wychodzi?
— Przez główną.
— Ja również... chodźmy...
— Miałbym wielką chęć zostać tu jeszcze dłużej.
— Nie można...
— Niestety, wiem o tem... Panno Jadwigo... jeszcze jedno zapytanie...
— Słucham.
— Pani mi wierzy?
— Znowuż to samo... Czyż nie mówiłam?... Wierzę...
— I zawsze tak będzie! przez całe życie?...
— Zawsze...
W tej chwili z bocznej alei wyszedł pan Wacław i znalazł się tuż nawprost młodej pary. Był bardziej blady niż zwykle, rysy jego przybrały charakter ostrzejszy.
Uchylił kapelusza i ukłonił się z szyderczym uśmiechem. Antoni oddał ukłon obojętnie, panna Jadwiga zarumieniła się mocno.
Mimowoli, instynktowo prawie wsunęła rękę pod ramię swego towarzysza.
— Ja się go boję — szepnęła drżącym głosem — broń mnie, panie Antoni...
— Jego się pani lęka?
— To nieszczęście całego naszego domu... to zły człowiek.
— On?
— Z jego powodu ojciec mój cierpi, matka płacze, a ja... ja nie mam chwili spokojnej. U nas teraz tak smutno, tak ciężko, nie wyobrazi pan sobie... Może niepotrzebnie to mówię, ale...
— O, panno Jadwigo — rzekł z wymówką — już cofasz zaufanie... już żałujesz chwilowej szczerości?
— Nie, lecz...
— Przeciwnie, powiedz pani wszystko...
— Nie teraz, później może, przyjdź pan kiedy, a teraz odprowadź mnie do dorożki, nie dojdę pieszo do domu...
— Pani chora?
— Osłabiona tylko... przejdzie to, gdy wypocznę... przepraszam, że zaniepokoiłam pana... Do widzenia...
Podała mu rękę i usiadła do dorożki, młody człowiek zamyślony udał się w swoją drogę. Zastanowiły i zaniepokoiły go zarazem słowa młodej osoby, a dowiedział się z nich zbyt mało, aby mógł sobie wytworzyć jasne pojęcie o istotnym stanie rzeczy. A przecież wiedzieć musi wszystko, wiedzieć, koniecznie i jak najprędzej. Nie ma przedmiotu, któryby go bardziej, goręcej obchodził, jej smutek jest jego smutkiem, jej cierpienie jego cierpieniem. Ona zajmuje wszystkie jego myśli, bez niej nie wyobraża sobie życia w przyszłości. Wszystkoby poświęcił, by oddalić od niej smutki, a dać natomiast szczęście i radość. I zdawało się, że tak będzie, że nic nie stanie na przeszkodzie... tymczasem...
Zdawało mu się, że nie doczeka chwili, w której zamykają fabrykę, tak czas jakoś powoli tego dnia schodził, i robota mu nie szła. Kilkakrotnie omylił się w rachunku i dał złą informacyę robotnikowi. Oczywiście naprawił zaraz błąd, ale czuł, że nie może pracować spokojnie, że jedna, jedyna myśl zajmuje wyłącznie jego głowę.
Opuściwszy wieczorem fabrykę, pobiegł szybko do domu. Tam zastanie życzliwą duszę, z którą będzie mógł troski swoje podzielić, znajdzie w niej życzliwą pomoc i radę. Tą istotą była jego matka.
Skoro tylko wszedł, zauważyła, że jest nie[1]
— Co ci, Antosiu, co się stało? — spytała niespokojna.
— Ach, mateczko kochana, wiele, wiele mam ci do powiedzenia...
— Mów, dziecko moje, przed kim otworzysz serce swe, jeżeli nie przede mną? Zmęczonyś zapewne...
— E, nie... mateczko, nie zmęczenie ale niepokój mi dokucza, obawa.
— Cóż takiego, mój drogi?...
Opowiedział matce o spotkaniu z panną Jadwigą, o rozmowie, jaką z nią prowadził o przerażeniu, doznanem przez nią na widok Wacława. Nie pominął żadnego szczegółu. Matka nie przerywała ani jednem słowem, dopiero gdy skończył, rzekła:
— Nic nie wiedziałam o tem, że mają jakieś zmartwienie, nic mi nie mówiła Zenobia... a przecież mogłaby być szczerą wobec tak dawnej przyjaciółki...
— Ach, matko, żeby im można pomódz, wyprowadzić z kłopotu, mnie tak wiele na tem zależy.
— Domyślałam się — rzekła kładąc rękę na głowie syna — podobała ci się Jadwinia...
— Ja matko bez niej żyć nie mogę! Nie mówiłem ci o tem jeszcze, bom nie wiedział, czy znajdę wzajemność, ale teraz kiedy przekonałem się, że nie jestem dla niej obojętnym, teraz proszę cię, droga matko, nie odmów mi tej łaski... Ona taka miła i dobra; że nie bogata, to mała rzecz, ja na utrzymanie domu zarobię.
Matka milczała, syn nalegał.
— Czy masz mateczko co przeciw tej rodzinie?
— Ależ nic a nic...
— A więc, dlaczego zbywasz matko milczeniem moją prośbę... czy nie chcesz, abym był szczęśliwy?...
— Dziecko jesteś... Czy jest na świecie matka, któraby nie pragnęła szczęścia swego dziecka?... I ja go pragnę, ale twoje żądanie zaskoczyło mnie tak nagle... Pozwól zastanowić się, myśli zebrać... daj trochę czasu...
— Więc nie odmawiasz mi, najdroższa matko...
— Nie... posil się i wypocznij. Jesteś rozstrojony, nie swój. Pomówimy o twoich projektach kiedyindziej...
— Ale niedługo...
— Jutro, pojutrze, kiedy zechcesz. Muszę się jednak wprzódy dowiedzieć co tam się stało, skąd zmartwienie w całym domu, dlaczego Jadwinię tak przeraził widok owego pana... Jutro jeszcze przed południem tam będę i sądzę, że dawna koleżanka i przyjaciółka powie mi prawdę.
Obietnicą tą uspokojony, młody człowiek posilił się i usnął, nazajutrz rano nie było czasu na rozmowę. Spieszył do fabryki. Wieczorem dopiero, po ukończeniu robót dziennych mógł mówić z matką. Zastał ją zamyśloną, tak, że nie śmiał wszczynać pierwszy rozmowy, ale dobra matka zrozumiała jego niecierpliwość.
— Mój drogi — rzekła, — byłam u nich, nic wesołego powiedzieć ci nie mogę.
— O, matko...
— Bądź cierpliwy i słuchaj. Tam jest źle. Wczoraj wieczorem ojciec Jadwini ciężko zachorował...
— Widziałem go onegdaj na ulicy...
— Tak. Zachorował nagle, i kto wie, na czem to się skończy...
— Czy to co niebezpiecznego?
— Lekarz niby ma nadzieję, ale widzę po jego minie, że tylko dla dodania otuchy matce i córce tak mówi. Żądał, aby dla pewności wezwały jeszcze dwóch na konsylium.
— Boże, skądże tak raptem!.
— Zmartwił się ciężko... Wymówiono mu miejsce w fabryce, stracił jedyny środek egzystencyi. Człowiek stary, nie tęgiego zdrowia gdzież się podzieje, kto go weźmie?...
— Ja tego zrozumieć nie mogę. Dotychczas byli z niego zupełnie zadowoleni, powierzali mu czynności ważne, do których nie można przeznaczyć byle kogo... do których oprócz znajomości rzeczy, trzeba być uczciwym...
— Znalazł się ktoś, co go oskarżył o nadużycia. Wierzę, że to oskarżenie było fałszywe, ale zły człowiek celu dopiął, a ten biedak tak się zmartwił, że zdrowiem przypłacił.
— Któż jest ten, kto mu zaszkodził?
— Właśnie ów pan Wacław.
— A więc to on!...
— Rzeczywiście; to zły duch tej rodziny, a opiekuje się nią od lat wielu. Dowiedziałam się o wszystkiem. Ojciec Jadwini to człowiek słabego charakteru i słabej woli. Przed dziesięcioma laty dał się wciągnąć przez owego fałszywego przyjaciela do gry... przegrał to, co posiadał, wszystkie oszczędności... i wpadł w długi. Przyjaciel, do którego kieszeni pieniądze przeszły, niby go ratował, brał jednak rewersa i jest jego wierzycielem. Do niedawna jeszcze siedział cicho, nie upominał się, i dawał do zrozumienia, że ożeniłby się z Jadwinią...
— On?!
— No, tak. Zbywano go żartami, mówiono, że panienka jeszcze za młoda... On czekał: nareszcie stawał się coraz bardziej natarczywy, żądał odpowiedzi stanowczej. Rodzice nie chcieli dziecka przymuszać i poświęcać na ofiarę, odmówili — stąd zemsta... Pozbawił go miejsca w fabryce, a rewersa oddał adwokatowi, rozpoczął proces, zagrabi im całe mienie...
— A to łotr!
— Oczywiście, że tak... a teraz wobec choroby tak ciężkiej i niebezpiecznej, położenie tych kobiet jest okropne, bez wyjścia... O twoich intencyach nie mówiłam, rozumiesz chyba, że nie była na to pora właściwa...
— Matko droga! Czy nie można poratować ich; pomódz w jaki sposób? Ja chętnie oddam na to wszystko co posiadam.
— Powoli, mój Antosiu, powoli — nie nagle... Ja jestem praktyczniejsza od ciebie; przechodziłam jeszcze cięższe koleje niż oni. Z chwilą śmierci męża spadło na mnie wdowieństwo, twoje sieroctwo i najbardziej zawikłane interesa majątkowe... Jednak jakoś, przy Bożej pomocy i życzliwej radzie dobrych ludzi — przeszło... Wydobyłam się i wypłynęłam. Bóg dopomógł mi uratować resztki mienia i wychować ciebie. Dziś odpoczywam, mam starość spokojną i nadzieję, że ty będziesz...
— Będę zawsze uczciwym pracownikiem, matko.
— Tak, mam nadzieję, że będziesz zawsze dobrym i uczciwym człowiekiem. Wierz mi, synu, że cel życia każdej matki w tem się streszcza. Szczęśliwa, która może powiedzieć, że cel ten osiągnęła...
Młody człowiek ujął szczupłą i pomarszczoną dłoń swej rodzicielki i do ust przycisnął w milczeniu, matka złożyła na jego głowie pocałunek i rzekła:
— Wiem, moje dziecko, o czem myślisz w tej chwili — bądź spokojny i cierpliwy, czekaj...
— A jeżeli ten zły człowiek...
— Bronić się będziemy. Widzisz, Antosiu, ja już mówię: będziemy — bo troski ich i troski nasze uważam za wspólne. Mam znajomego prawnika, jest to przyjaciel twego nieboszczyka ojca, zacny i szlachetny człowiek; dawniej praktykował jako adwokat na prowincyi, w naszych stronach rodzinnych, obecnie — tu w Warszawie mieszka. Pójdę w tych dniach do niego, on poradzi, obroni pokrzywdzonych... Że prośbie mojej nie odmówi, jestem pewna...
— Ja także coś dla nich zrobić mogę.
— Cóż takiego?...
— W fabryce zwierzchnicy mają do mnie zaufanie...
— Więc?
— Postaram się, aby ojca panny Jadwigi przyjęto.
— Sądzisz, że to łatwo pójdzie?
— W każdym razie spróbuję. Oczywiście za skutek zaręczyć nie mogę, ale mam to przekonanie, że się uda.
— Byłoby to bardzo dobrze...
— Najważniejsza dla nich rzecz, podstawa bytu całej rodziny...
— Tak... tak...
— Mamo, ja pójdę dowiem się o jego zdrowie...
— Za późno już dziś... nie wypada...
— Ja też nie wejdę na górę, zapytam przez stróża i zaraz wrócę... Niedaleko...
Po kwadransie młody człowiek powrócił, blady i przerażony.
— Matko — rzekł z drżeniem w głosie, — tam bardzo źle, doktor tylko co wyszedł, nie robi żadnej nadziei, mówi, że lada chwila może nastąpić śmierć...
— Co ty mówisz?
— Może już w tej w chwili u nich żałoba... Tak ich niepodobna zostawić... Matko, chodźmy...
Kiedy syn z matką przyszli, w oficynie na pierwszem piętrze wszystkie okna były otwarte, widać było ruch niezwykły, słychać wybuchy płaczu. Na podwórku stała gromadka ludzi, na schodach kobiet kilka. Na pierwszy rzut oka poznać było można, że stało się coś ważnego.
Matka z synem udali się na piętro... Malarka, stojąca przed drzwiami swego mieszkania, rzekła:
— W tej chwili życie skończył; dobrze, że państwo przyszli, tam płacz i zmartwienie.
Pani Zenobia była jak nieprzytomna, ujrzawszy wchodzącą przyjaciółkę, wybuchnęła głośnym płaczem; panna Jadwiga, blada, zmizerowana przez długie czuwanie przy chorym, ledwie mogła trzymać się na nogach. Młody człowiek zbliżył się do niej, za rękę ujął, prostemi, ale z serca płynącemi słowy pocieszać zaczął.
Nie odpowiedziała, tylko uściśnieniem ręki wyraziła mu podziękowanie.
Trzeciego dnia, szczupły orszak pogrzebowy kroczył ku Powązkom; parokonny karawan wiózł czarną trumnę, na której ręka przyjazna zawiesiła ładny wieniec. Panna Jadwiga domyśliła się, od kogo ten dowód pamięci pochodził.
Na samym końcu orszaku, z daleka, jak gdyby pragnąc, aby go nie zauważono, szedł pan Wacław. Był bardzo blady i zestarzały, szedł ciężko, opierając się na lasce, głowę zwiesił, nogi uginały się pod nim, znać było, że idzie z wielkim wysiłkiem. W połowie drogi zatrzymał się, wszedł do pierwszego lepszego sklepu, kupił jakąś bagatelkę i prosił, aby mu pozwolono usiąść na chwilę. Odpocząwszy, dorożką orszak pogrzebowy dogonił, a potem szedł znów pieszo aż do samego grobu, a daleko, prawie na samym końcu cmentarza grób ten wykopano... Pan Antoni prowadził wdowę, pod rękę, matka jego pannę Jadwigę.
Kiedy smutny obrządek się skończył i grudy ziemi padać zaczęły na trumnę, pan Wacław oddalił się, wracał krok za krokiem, przysiadał na każdej ławeczce... i do domu pojechał.
Nazajutrz, pani Zenobia otrzymała od niego list z zawiadomieniem, że zrzeka się wszelkich pretensyj i sprawę z sądu cofa... Tłómaczył się obszernie, że było to tylko nieporozumienie chwilowe, którego obecnie szczerze żałuje... i że radby osobiście wyrazić swoje spółczucie w nieszczęściu!...
Wdowa przeczytawszy list, rzuciła go między papiery... i nie dała żadnej odpowiedzi...
Na co?...
Fortepian zamknięty, dźwięki jego nie rozlegają się po ciasnem podwórku, w mieszkaniu smutek i żałoba... Wszyscy lokatorowie okazują spółczucie osieroconym, nawet złośliwa emerytka wstrzymuje się od uwag.
Pan Wacław znowuż list przysłał.
Napisany on był widocznie pod wpływem wzruszenia, ręką niepewną, drżącą. Błagał w nim, aby mu przebaczono, pisał, że czuje już zbliżający się kres życia, i że ciężko mu będzie umierać bez pojednania się i bez wynagrodzenia krzywdy.
Wdowa, po krótkiej naradzie z przyjaciółką swą, udała się do chorego Wacława. Rzeczywiście wyglądał on okropnie, wychudzony jak szkielet, twarz miał barwy woskowo-żółtej — jedynie tylko w oczach tlały jeszcze słabe iskierki życia.
Ujrzawszy panią Zenobię, z trudnością uniósł się nieco na poduszkach i cichym głosem mówić zaczął. Wyznał wszystkie winy, jakie względem przyjaciela popełnił, tłómacząc się, że działał pod wpływem zaślepienia i namiętnej miłości... Teraz dopiero przejrzał i zobaczył, ile złego popełnił...
Błagał o przebaczenie, całym majątkiem swoim chciał krzywdę wynagrodzić. Pani Zenobia odpowiedziała mu krótko:
— Chrześcijanką jestem, więc obowiązkiem moim jest przebaczyć urazę — i przebaczam też; niech ci, panie Wacławie, Sędzia Najwyższy będzie miłosierny; przebaczam, ale wynagrodzenia nie przyjmę. Nie ma takich pieniędzy któreby opłacić mogły smutek mój, żal i łzy przelane. Chcesz z majątku swego użytek dobry zrobić, pomyśl o biednych, o chorych, o sierotach opuszczonych. Tyle jest cierpiących, tylu nędzarzy, — im zostaw. Zapewniła go, ponieważ ciągle o to prosił, że mu przebacza w imieniu własnem i córki — zapewniła i odeszła.
W tydzień później Wacław umarł, przed śmiercią był zupełnie przytomny, wezwał rejenta i sporządził testament. Całe swoje mienie, z wyjątkiem nieznacznej sumy na opłacenie kosztów skromnego pogrzebu, przeznaczył na ubogich.
Pochowano go, stosownie do życzenia, skromnie. W orszaku pogrzebowym znajdowała się pani Zenobia z córką i pani Zofia z synem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

W rok później energiczna pani Zenobia gospodarowała w oficynie zawzięcie, a miała niemało kłopotu. Dwa mieszkania trzeba było odnawiać, malować, urządzać, zaciągać podłogi... Dwa mieszkania na pierwszem i na drugiem piętrze.
Jeszcze to na pierwszem pół biedy, trzeba je było tylko odświeżyć i do porządku doprowadzić — ale pokoiki na drugiem piętrze musiały być urządzone z możliwą elegancyą i szykiem. Takie było życzenie pani Zenobii, pani Zofii, panny Jadwigi i pana Antoniego, który, ku podziwieniu pań, objawiał we wszystkiem gust wykwintny.
Złośliwa emerytka ustąpiła z drugiego piętra, nie bez żalu przeciw nowym lokatorom i przeciw rządcy, który jej mieszkanie wymówił — przepowiadała malarce, że się to wszystko źle skończy, że osoba, która wprowadziła przez ciasne schody fortepian i od razu zabrała kawalera z facyatki dla córuni, nikomu spokojnie żyć nie da i za kilka lat całą oficynę, zagarnie, nie wyłączając nawet suteren.
— Niech ją tam, mówiła, wolę, że się wyprowadzam, wszędzie są ludzie, a tem bardziej na Elektoralnej, gdzie znalazłam dwa pokoje i kuchnię wcale niedrogo. Będę miała nowe towarzystwo i nowe znajomości, a do pani nieraz wpadnę — dowiem się co tu słychać. Na facyatkę, bo wiem, że nie najęta dotychczas sama lokatora znajdę...
— A cóż pani na tem zależy? — zapytała malarka.
— Mnie nic — ale musi być jakaś sprawiedliwość na świecie; panny z trzeciego piętra powinny wyjść za mąż...
— A jeżeli kawaler nie zechce...
— Co to nie zechce! Musi... Właśnie takiego mam na oku, który nie będzie grymasił... jest to mój blizki kuzyn. Osadzę go tu i ożenię na złość, żeby tamta nie tryumfowała zanadto.
Lokal na pierwszem piętrze wyporządzony i odnowiony zupełnie, zajęły dwie przyjaciółki, pani Zofia i pani Zenobia. Obie do spółki założyły sklep i prowadzą go już od pół roku. Pokoje na drugiem piętrze są mieszkaniem młodej i szczęśliwej pary. Na ślubie była obecna cała oficyna i wiele osób z domu frontowego, wesela hucznego nie było, kilka osób znajomych tylko zaproszono... Smutki przeminęły, nastały dni spokojnie i szczęśliwe.
Pan Antoni chodzi codziennie do fabryki, a wieczorem śpieszy do domu, gdzie mu najlepiej i najmilej.
W niedzielę i w święta; jeżeli pogoda sprzyja, odbywają wycieczki za miasto na cały dzień; obie matki im towarzyszą.
Jadwinia dumna jest ze swego męża, zajmuje się gorliwie swem drobnem gospodarstwem, a po parę godzin dziennie przepędza nad haftem. Robi przepyszny ornat, na zamówienie jakiegoś bogatego fundatora.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak zakończenia zdania. Być może zdanie miało się zakończyć wyrazem nieswój.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.