Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mógł mówić z matką. Zastał ją zamyśloną, tak, że nie śmiał wszczynać pierwszy rozmowy, ale dobra matka zrozumiała jego niecierpliwość.
— Mój drogi — rzekła, — byłam u nich, nic wesołego powiedzieć ci nie mogę.
— O, matko...
— Bądź cierpliwy i słuchaj. Tam jest źle. Wczoraj wieczorem ojciec Jadwini ciężko zachorował...
— Widziałem go onegdaj na ulicy...
— Tak. Zachorował nagle, i kto wie, na czem to się skończy...
— Czy to co niebezpiecznego?
— Lekarz niby ma nadzieję, ale widzę pojego minie, że tylko dla dodania otuchy matce i córce tak mówi. Żądał, aby dla pewności wezwały jeszcze dwóch na konsylium.
— Boże, skądże tak raptem!.
— Zmartwił się ciężko... Wymówiono mu miejsce w fabryce, stracił jedyny środek egzystencyi. Człowiek stary, nie tęgiego zdrowia gdzież się podzieje, kto go weźmie?...
— Ja tego zrozumieć nie mogę. Dotychczas byli z niego zupełnie zadowoleni, powierzali mu czynności ważne, do których nie można przeznaczyć byle kogo... do których oprócz znajomości rzeczy, trzeba być uczciwym...
— Znalazł się ktoś, co go oskarżył o nadużycia. Wierzę, że to oskarżenie było fałszy-