Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


od łez, matka jej wzdychała bez ustanku, ojciec zamyślał się, i... milczał.
Gdy przyniesiono wezwanie z sądu, ubrał się, wziął laskę i kapelusz i, nic nie mówiąc, skierował się ku drzwiom.
— Dokąd idziesz mężu? — spytała pani Zenobia.
— Ratować się — odrzekł, — zdaje się, że w tym domu adwokat mieszka... może on co poradzi, chociaż... jakaż tu rada?
Panna Jadwiga, po wyjściu ojca, zwróciła się do matki z zapytaniem.
— Mamo — rzekła, — co wy ukrywacie przede mną? Dlaczego ja nie wiem co wam dolega?
— Zmartwienie, moje dziecko, zmartwienie ciężkie... Zły człowiek zgubić nas chce...
— Zgubić?
— Tak zrujnować nas; pozbawić ojca zarobku...
— Alboż to można?
— Widać, że można, skoro...
— Ale kto on jest, dlaczego ma takie zamiary? co zawiniliśmy względem niego?
— Właściwie — nic...
— Nie powie mi mama jego nazwiska?
— Znasz dobrze tego człowieka... pan Wacław!
— Ach, więc to on?...
— Nie będę ukrywała dłużej — on chce żebyś została jego żoną, my zaś przymuszać cię nie możemy — stąd zemsta...