Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zmizerniał, zestarzał się... Starszy konkurent, ten bogacz, przestał bywać, młody nie pokazuje się wcale; sama pani, tak zawsze uśmiechnięta i wesoła, chodzi po kątach i wzdycha, a panienka pobladła, nie gra, nie śpiewa, tylko nad haftem siedzi — i założyłabym się nie wiem o co, że płacze...
— Cóż się tam porobiło?
— Otóż to, że nie wiem... ale, zapomniałam powiedzieć o najważniejszem... Niech sobie pani wyobrazi, wczoraj był tu człowiek z sądu i przynosił jakieś papiery...
— Dla kogo?
— Oczywiście dla niej. Tyle lat mieszkam w tej oficynie i nic podobnego jeszcze się nie zdarzyło. Zaraz potem stary wyszedł i wie pani dokąd?
— Skądże mam wiedzieć?
— Do adwokata, który w tym domu mieszka, od frontu... Skoro tak, to widocznie jest jakaś sprawa.
— Biedni ludzie — rzekła z westchnieniem młoda kobieta.
— Pani bo każdego żałuje, a nie wszyscy warci są żalu...
— Nie umiem się cieszyć z cudzego nieszczęścia...
W samej rzeczy, w mieszkaniu na pierwszem piętrze nie było wesoło, na wszystkich twarzach malowało się przygnębienie i smutek; panna Jadwiga pobladła i oczy miała wilgotne