Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dziewczyna zerwała się z krzesła, chodziła przez jakiś czas po pokoju, wreszcie zatrzymała się przed matką i rzekła:
— To nikczemność...
— Zapewne, moje dziecko... ale...
— Przepraszam mamę, jeszcze jedno słowo: jaką broń przeciw rodzicom ten pan posiada, czem może grozić i szkodzić?
— Dawne stosunki z twoim ojcem, jakieś zobowiązania... albo ja wiem zresztą.. Kobieta jestem, na tego rodzaju sprawach nie znam się, a ojciec, jak wiesz, jest skryty...
Panna Jadwiga zamyśliła się.
— Mamo, — rzekła po chwili, — czyż więc jesteśmy zupełnie oddani na łaskę i niełaskę tego człowieka, czy nie mamy żadnego sposobu wyjścia i obrony?
— Nie wiem moje dziecko, ja nic nie wiem... straciłam głowę zupełnie, myśli nie potrafię zebrać... Życie miałam spokojne i ciche, nie znałam takich zmartwień jak teraz, to też czuję się bezsilną i przygnębioną...
— Tak być nie może, matko, bronić się trzeba...
— Ale jak?... Ja nawet objaśnić cię dokładnie nie mogę, na czem polega jego przewaga nad nami... Zapytaj ojca, jeżeli chcesz, może on ci powie... ale wątpię...
— A dlaczego, mamo, ojciec teraz do fabryki nie chodzi?