Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ona taka miła i dobra; że nie bogata, to mała rzecz, ja na utrzymanie domu zarobię.
Matka milczała, syn nalegał.
— Czy masz mateczko co przeciw tej rodzinie?
— Ależ nic a nic...
— A więc, dlaczego zbywasz matko milczeniem moją prośbę... czy nie chcesz, abym był szczęśliwy?...
— Dziecko jesteś... Czy jest na świecie matka, któraby nie pragnęła szczęścia swego dziecka?... I ja go pragnę, ale twoje żądanie zaskoczyło mnie tak nagle... Pozwól zastanowić się, myśli zebrać... daj trochę czasu...
— Więc nie odmawiasz mi, najdroższa matko...
— Nie... posil się i wypocznij. Jesteś rozstrojony, nie swój. Pomówimy o twoich projektach kiedyindziej...
— Ale niedługo...
— Jutro, pojutrze, kiedy zechcesz. Muszę się jednak wprzódy dowiedzieć co tam się stało, skąd zmartwienie w całym domu, dlaczego Jadwinię tak przeraził widok owego pana... Jutro jeszcze przed południem tam będę i sądzę, że dawna koleżanka i przyjaciółka powie mi prawdę.
Obietnicą tą uspokojny, młody człowiek posilił się i usnął, nazajutrz rano nie było czasu na rozmowę. Spieszył do fabryki. Wieczorem dopiero, po ukończeniu robót dziennych