Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ich intencyach nie mówiłam, rozumiesz chyba, że nie była na to pora właściwa...
— Matko droga! Czy nie można poratować ich; pomódz w jaki sposób? Ja chętnie oddam na to wszystko co posiadam.
— Powoli, mój Antosiu, powoli — nie nagle... Ja jestem praktyczniejsza od ciebie; przechodziłam jeszcze cięższe koleje niż oni. Z chwilą śmierci męża spadło na mnie wdowieństwo, twoje sieroctwo i najbardziej zawikłane interesa majątkowe... Jednak jakoś, przy Bożej pomocy i życzliwej radzie dobrych ludzi — przeszło... Wydobyłam się i wypłynęłam. Bóg dopomógł mi uratować resztki mienia i wychować ciebie. Dziś odpoczywam, mam starość spokojną i nadzieję, że ty będziesz...
— Będę zawsze uczciwym pracownikiem, matko.
— Tak, mam nadzieję, że będziesz zawsze dobrym i uczciwym człowiekiem. Wierz mi, synu, że cel życia każdej matki w tem się streszcza. Szczęśliwa, która może powiedzłeć, że cel ten osiągnęła...
Młody człowiek ujął szczupłą i pomarszczoną dłoń swej rodzicielki i do ust przycisnął w milczeniu, matka złożyła na jego głowie pocałunek i rzekła:
— Wiem, moje dziecko, o czem myślisz w tej chwili — bądź spokojny i cierpliwy, czekaj...