Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ja wierzę — rzekła szeptem prawie.
— Dziękuję pani, odpowiedział z mocą.
Zamilkli oboje. Ona spuściła oczy, on wpatrywał się w jej twarz z uwielbieniem i z radością.
— Jaka szkoda, odezwał się po chwili, że muszę śpieszyć do fabryki, a tak mi tu dobrze, ale zobaczymy się wkrótce, panno Jadwigo... Wszak wolno mi teraz bywać częstym gościem u państwa?...
— Niedobry pan jesteś.
— Ja? Dlaczego?
— Bo zadajesz niepotrzebne pytania... Czy wolno? czy wolno? Jak gdybym ja zabraniała... Nie traćmy czasu... Przez którą bramę pan wychodzi?
— Przez główną.
— Ja również... chodźmy...
— Miałbym wielką chęć zostać tu jeszcze dłużej.
— Nie można...
— Niestety, wiem o tem... Panno Jadwigo... jeszcze jedno zapytanie...
— Słucham.
— Pani mi wierzy?
— Znowuż to samo... Czyż nie mówiłam?... Wierzę...
— I zawsze tak będzie! przez całe życie?...
— Zawsze...
W tej chwili z bocznej alei wyszedł pan Wacław i znalazł się tuż nawprost młodej pary.