Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Był bardziej blady niż zwykle, rysy jego przybrały charakter ostrzejszy.
Uchylił kapelusza i ukłonił się z szyderczym uśmiechem. Antoni oddał ukłon obojętnie, panna Jadwiga zarumieniła się mocno.
Mimowoli, instynktowo prawie wsunęła rękę pod ramię swego towarzysza.
— Ja się go boję — szepnęła drżącym głosem — broń mnie, panie Antoni...
— Jego się pani lęka?
— To nieszczęście całego naszego domu... to zły człowiek.
— On?
— Z jego powodu ojciec mój cierpi, matka płacze, a ja... ja nie mam chwili spokojnej. U nas teraz tak smutno, tak ciężko, nie wyobrazi pan sobie... Może niepotrzebnie to mówię, ale...
— O, panno Jadwigo — rzekł z wymówką — już cofasz zaufanie... już żałujesz chwilowej szczerości?
— Nie, lecz...
— Przeciwnie, powiedz pani wszystko...
— Nie teraz, później może, przyjdź pan kiedy, a teraz odprowadź mnie do dorożki, nie dojdę pieszo do domu...
— Pani chora?
— Osłabiona tylko... przejdzie to, gdy wypocznę... przepraszam, że zaniepokoiłam pana... Do widzenia...