Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ja, wyszłam po sprawunki i trochę odpoczywam — ale co pan robi w ogrodzie w godzinach...
— Pełnię obowiązek — odrzekł — odnosiłem pieniądze do banku i wracam. Nie spodziewałem się tak miłego spotkania. Co się dzieje u państwa? Pani jakoś pomizerniała...
— Zdrowa jestem.
— A mama pani, ojciec?
— Od tygodnia nie wychodzi... Dlaczego mama pańska nie łaskawa na nas?...
— Wybiera się... może dziś przyjdzie...
— O, niech przyjdzie, bo u nas teraz bardzo smutno w domu.
— Z jakiego powodu?
— Nie wiem... rodzice mają zmartwienie...
— I pani nie wie jakie?
— Dziwi to pana?
— Nie — odrzekł po namyśle, — rozumiem, że postąpiłem niewłaściwie, zadając to pytanie... Niedawno znamy się, nie mam więc prawa żądać szczerości bezwzględnej, jest to bowiem przywilej zaufanych przyjaciół...
— A! panie — rzekła z wymówką — nie wolno panu tak mówić.
— Więc przyznaje mi pani prawo do przyjaźni?...
— Tak... — szepnęła.
— Dziękuję, serdecznie dziękuję, panno Jadwigo — to moje najszczersze pragnienie.