Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Mówi, że chory.
— Nie sądzę, nieraz bardzo niedomagał, a jednak nie opuszczał zajęcia; inna przyczyna musi być.
— Nie wiem, powtarzam ci, moja droga, że nic nie wiem.
Panna Jadwiga nie męczyła już matki pytaniami, usiadła przy oknie i zajęła się haftem, pracowała usilnie, ale myśl jej czem innem była zajęta. Opanowało ją przygnębienie i smutek, ogarnął niepokój, rozbolała głowa. Po dwóch godzinach roboty, postanowiła wyjść na świeże powietrze, orzeźwić się. Powiedziała matce, że musi kupić jakieś drobiazgi i wyszła z domu.
Dzień był pochmurny, względnie chłodny, w okolicy spadł poprzedniego dnia grad i na skutek tego, oziębiła się nieco duszna od upałów atmosfera miasta.
Młoda osoba weszła do ogrodu Saskiego usiadła na ławce; była godzina południowa osób nie wiele; przeważnie dzieci lub też ludzie obowiązku, przebiegający szybko przez aleje, dla skrócenia drogi i zyskania na czasie. Właśnie jeden z takich z teką w ręku, śpieszy przez aleję, w której siedziała panna Jadwiga Ujrzawszy ją zatrzymał się nagle jak wryty.
— Dzień dobry! — zawołał — co pani tu robi, o tej porze?
Młoda osoba, usłyszawszy głos dobrze jej znany, zarumieniła się.