Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Nie odpowiedziała, tylko uściśnieniem ręki wyraziła mu podziękowanie.
Trzeciego dnia, szczupły orszak pogrzebowy kroczył ku Powązkom; parokonny karawan wiózł czarną trumnę, na której ręka przyjazna zawiesiła ładny wieniec. Panna Jadwiga domyśliła się, od kogo ten dowód pamięci pochodził.
Na samym końcu orszaku, z daleka, jak gdyby pragnąc, aby go nie zauważono, szedł pan Wacław. Był bardzo blady i zestarzały, szedł ciężko, opierając się na lasce, głowę zwiesił, nogi uginały się pod nim, znać było, że idzie z wielkim wysiłkiem. W połowie drogi zatrzymał się, wszedł do pierwszego lepszego sklepu, kupił jakąś bagatelkę i prosił, aby mu pozwolono usiąść na chwilę. Odpocząwszy, dorożką orszak pogrzebowy dogonił, a potem szedł znów pieszo aż do samego grobu, a daleko, prawie na samym końcu cmentarza grób ten wykopano... Pan Antoni prowadził wdowę, pod rękę, matka jego pannę Jadwigę.
Kiedy smutny obrządek się skończył i grudy ziemi padać zaczęły na trumnę, pan Wacław oddalił się, wracał krok za krokiem, przysiadał na każdej ławeczce... i do domu pojechał.
Nazajutrz, pani Zenobia otrzymała od niego list z zawiadomieniem, że zrzeka się wszelkich pretensyj i sprawę z sądu cofa... Tłómaczył się obszernie, że było to tylko nieporozu-