Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mienie chwilowe, którego obecnie szczerze żałuje... i że radby osobiście wyrazić swoje spółczucie w nieszczęściu!...
Wdowa przeczytawszy list, rzuciła go między papiery... i nie dała żadnej odpowiedzi...
Na co?...
Fortepian zamknięty, dźwięki jego nie rozlegają się po ciasnem podwórku, w mieszkaniu smutek i żałoba... Wszyscy lokatorowie okazują spółczucie osieroconym, nawet złośliwa emerytka wstrzymuje się od uwag.
Pan Wacław znowuż list przysłał.
Napisany on był widocznie pod wpływem wzruszenia, ręką niepewną, drżącą. Błagał w nim, aby mu przebaczono, pisał, że czuje już zbliżający się kres życia, i że ciężko mu będzie umierać bez pojednania się i bez wynagrodzenia kazywdy.
Wdowa, po krótkiej naradzie z przyjaciółką swą, udała się do chorego Wacława. Rzeczywiście wyglądał on okropnie, wychudzony jak szkielet, twarz miał barwy woskowo-żółtej — jedynie tylko w oczach tlały jeszcze słabe iskierki życia.
Ujrzawszy panią Zenobię, z trudnością uniósł się nieco na poduszkach i cichym głosem mówić zaczął. Wyznał wszystkie winy, jakie względem przyjaciela popełnił, tłómacząc się, że działał pod wpływem zaślepienia i namiętnej miłości... Teraz dopiero przejrzał i zobaczył, ile złego popełnił...