Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



V.

Złośliwa lokatorka z drugiego piętra i żona malarza z parteru spotkały się na podwórzu. Pierwsza wychodziła do kościoła, druga wracała z miasta.
— Dzień dobry, pani.
— Dzień dobry... co słychać nowego?
— Nic nie słychać, zawsze jednakowo, tylko na pierwszem piętrze coś bardzo cicho...
— Chory kto?
— Nie...
— Więc cóż takiego?
— Jeszcze nie wiem, ale postaram się dowiedzieć... Byle tylko pochwycić nitkę, to się przy cierpliwości znajdzie i kłębuszek... a zdaje mi się, że tu będzie kłębek nie mały...
— Ciekawam bardzo — ale widzę, że pani się śpieszy...
— Eh nie, do kościoła idę, mam czas, a kiedy kochaną panią spotkałam, to w krótkości powiem co się święci... Ta pani z pierwszego piętra od razu mi się nie podobała...