Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A jeżeli ten zły człowiek...
— Bronić się będziemy Widzisz, Antosiu, ja już mówię: będziemy — bo troski ich i troski nasze uważam za wspólne. Mam znajomego prawnika, jest to przyjaciel twego nieboszczyka ojca, zacny i szlachetny człowiek; dawniej praktykował jako adwokat na prowincyi, w naszych stronach rodzinnych, obecnie — tu w Warszawie mieszka. Pójdę w tych dniach do niego, on poradzi, obroni pokrzywdzonych... Że prośbie mojej nie odmówi, jestem pewna...
— Ja także coś dla nich zrobić mogę.
— Cóż takiego?...
— W fabryce zwierzchnicy mają do mnie zaufanie...
— Więc?
— Postaram się, aby ojca panny Jagwigi przyjęto.
— Sądzisz, że to łatwo pójdzie?
— W każdym razie spróbuję. Oczywiście za skutek zaręczyć nie mogę, ale mam to przekonanie, że się uda.
— Byłoby to bardzo dobrze...
— Najważniejsza dla nich rzecz, podstawa bytu całej rodziny...
— Tak... tak...
— Mamo, ja pójdę dowiem się o jego zdrowie...
— Za późno już dziś... nie wypada...
— Ja też nie wejdę na górę, zapytam przez stróża i zaraz wrócę... Niedaleko...