Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


we, ale zły człowiek celu dopiął, a ten biedak tak się zmartwił, że zdrowiem przypłacił.
— Któż jest ten, kto mu zaszkodził?
— Właśnie ów pan Wacław.
— A więc to on!...
— Rzeczywiście; to zły duch tej rodzinya opiekuje się nią od lat wielu. Dowiedziałam się o wszystkiem. Ojciec Jadwini to człowiek słabego charakteru i słabej woli. Przed dziesięcioma laty dał się wciągnąć przez owego fałszywego przyjacieła do gry... przegrał to, co posiadał, wszystkie oszczędności... i wpadł w długi. Przyjaciel, do którego kieszeni pieniądze przeszły, niby go ratował, brał jednak rewersa i jest jego wierzycielem. Do niedawna jeszcze siedział cicho, nie upominał się, i dawał do zrozumienia, że ożeniłby się z Jadwinią...
— On?!
— No, tak. Zbywano go żartami, mówiono, że panienka jeszcze za młoda... On czekał: nareszcie stawał się coraz bardziej natarczywy, żądał odpowiedzi stanowczej. Rodzice nie chcieli dziecka przymuszać i poświęcać na ofiarę, odmówili — stąd zemsta... Pozbawił go miejsca w fabryce, a rewersa oddał adwokatowi, rozpoczął proces, zagrabi im całe mienie...
— A to łotr!
— Oczywiście, że tak... a teraz wobec choroby tak ciężkiej i niebezpiecznej, położenie tych kobiet jest okropne, bez wyjścia... O two-