Gromada/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Weyssenhoff
Tytuł Gromada
Rozdział IV.
Data wydania 1925
Wydawnictwo Księgarnia A. Gmachowskiego
Druk F. D. Wilkoszewski
Miejsce wyd. Częstochowa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
IV.

Nie pierwszyzną było w Sławoszewie podejmować gości, pamiętano tu zjazdy i po kilkadziesiąt osób — dzisiaj kilkanaście nie napełniło dworu znacznym gwarem, zwłaszcza, że zjechali przeważcie sensaci i statyści z zamiarem radzenia o sprawach publicznych. Zawsze jednak przed wozownią stało kilka cudzych powozów i bryczek, a dym z komina kuchennego buchał obficiej. Tylko w samym dworze, po południu, zamiast wesołego próżnowania różnych osób, używających gościny, zasiadło grono skupione do poważnej rozmowy w obszernym, niskim salonie, na meblach w stylu pośmiertnym któregoś z Ludwików. Dwa wielkie lustra naprzeciw siebie ustawione, sięgające od posadzki do sufitu, pomnażały w odbiciach towarzystwo. Na ścianach obrazy ciemne były podobno szkoły holenderskiej, jaśniejsze pochodziły z premiów pism i z wygranych przy losowaniu towarzystwa Zachęty do sztuk pięknych. Przystrój ten niebardzo zajmował radców, czarno i szaro ubranych, lecz paru włościan w białych sukmanach rozglądało się ciekawie w obrazach, a także pani Kara Drobińska, usadowiona na kanapce w kącie, Przenosiła swe piękne spojrzenia ze ściany na ścianę, muskając w tych migracjach wzrokowych coraz to inną postać męską. Druga na kanapie dama, pani Świderska, bardzo otyła, ze szkłami, mozolnie osadzonemi na krótkim nosie, śledziła przebieg obrad z apoplektycznym zapałem. Za głównym stołem, pokrytym adamaszkową serwetą i służącym za biuro prezydjalne, między wytwornym żakietem Leśniowolskiego a barwnym, księżackim ubiorem Rykonia, przewodniczył obradom szlachcic — inaczej go nazwać niepodobna — o krótkiej, szpakowatej czuprynie, o postawie i rysach, budzących wizje niezłomnej husarji, pan Jerzy Godziemba. — Józef Broniecki siedział przy drzwiach dla łatwości wyjścia w razie, gdyby go jaki obowiązek gospodarza powołał.
Drzwi były otwarte na mniejszy pokój bawialny, w którego głębi zapuszczona nad innemi drzwiami kotara drgała czasami. Ktoby tam spojrzał, zgadłby łatwo, że za tą kotarą ktoś podsłuchuje i podgląda. Był zaś za salonikiem pokój panieński.
Sala rady, poważna i sztywna, była widowiskiem bardzo ciekawem dla pokoiku za kotarą, który Manieczka urządziła sobie na zakrytą lożę. Spuściła rolety okien dla osiągnięcia półmroku i siadła na krzesełku przy rozdwojeniu kotary we drzwiach. Obok krzesła przycupnęła pokojówka, Magda Olczakówna. I dwie dziewczyny, w doskonałem z sobą porozumieniu, bawiły się, jak w teatrze.
— Patrzaj, Magdusiu: ten młody, czarny, co się tak nasrożył, obok tego w sukmanie — to nasz największy nieprzyjaciel! Nie chciał nawet do nas przyjechać — doprawdy! Targował się, stawiał warunki — — dopiero, kiedy mu ojciec pozwolił przyprowadzić paru swoich drabów ze wsi, przyjechał z nimi. — Ale jak ci się podoba? ładny chłopiec, co?
— Ładny, toć przecie nie nowina.
— Znasz go, Magdusiu?
— Któraby tam nie znała pana Czemskiego z Niespuchy? wszystkie zaczepia.
— Taki to on? — no, no — — A tobie, który się najlepiej podoba?
Magda niby obojętnemi oczyma przejrzała salę.
— A już chyba ten, co siedzi za stołem, po środku — —
— Pan Godziemba?! — tak, niby piękny, ale stary. Ja mówię nie jak o obrazie, tylko inaczej — rozumiesz? — — No, któregobyś najchętniej pocałowała?
Oj, co też to panienka gada! Rzuciła Olczakówna swą czarną, okrągłą główkę na kolana Manieczki, ukryła twarz w batyście jej sukni, ale panna Broniecka podgarnęła jej rękę Pod brodę i przyjazną przemocą zadarła w górę głowę pokojówki. Mierzyły się tak przez chwilę oczy figlarne, siwe, jasna głowa córki szlacheckiej z oczyma onieśmielonemi, z ponsową twarzą i rozkosznie błyszczącem i zębami córki ludu.
— Co ty, Magdusiu? mnie się wstydzić będziesz? — Czy to pierwszy raz gadamy? — — No, powiedz, któregobyś sobie wybrała?
— Oj, joj! — wzdychała jeszcze pokojówka, słaniając się powoli na klęczkach, niby lalka chińska.
Aż rzuciła głową wskazująco w kierunku stołu prezydjalnego.
— Co? może Godziembę?!
— To znowu nie — zaprzeczyła Magda.
— Więc któregoby? gadajże!
— Już chyba... Jaśka Rykonia.
Manieczka zastanowiła się głęboko nad wyborem pokojówki i orzekła poważnie:
— Ładny chłop, ale bez wąsów i tak zaciska usta, jakby nie chciał zębów pokazać. — Czemski ma ładniejsze usta i te wąsiki muszą być, jak z jedwabiu.
Zasłuchały się teraz obie. Mówił Godziemba jasno i twardo o koniecznej potrzebie domu ludowego dla Mielna, które dotąd nieposiada sali zebrań, ani sklepu spożywczego, ani nawet porządnej szkoły. Obliczał koszt budowy, wyrażał nadzieję, że tak ludna i bogata wieś łatwo zniesie składkę z morgi; obiecywał też pożyczkę bezprocentową z funduszów ziemiańskich, którymi rozporządzał, i plany gmachu darmo. Czuć było, że mówi na podstawie cyfr pewnych i pełnomocnictw, które posiada.
Gdy skończył, pan Drobiński zaczął się spierać o wymiary rozmaitych izb i o ich użytek, na co znowu odpowiadał pan Młocki, że trzeba upewnić się najprzód o zgodzie samych Mielniaków, a zatem wysłuchać ich zdania. Znowu Drobiński obstawał przy nakreśleniu uprzednio doskonałego projektu. I trwała przez pewien czas dyskusja dość jałowa.
Dziewczęta za kotarą przestały uważać i powróciły do rozmowy między sobą.
— Jak myślisz, Magdusiu, czy Mielniacy chcą tego domu?
— Widzi mi się, że nie bardzo. Kiedym tam była przedwczoraj, miarkowałam, że Rykoń chce, ale inni to tylko tak: żeby im dom gotowy dać i jeszcze gront pod niego darować, toby wzięli. Naród jest chytry: mówią, że kiedy z panami pospólnie co robić, to panowie bogatsi — niech płacą.
— Ależ dom jest dla użytku wsi, nie dla dworów.
— Już oni tacy, panienko.
Wtem poprosił o głos Stefan Czemski.
— Cicho, cicho, posłuchajmy, co on powie — rzekła żywo Manieczka.
Mówił zapalczywie, chociaż się zrazu hamował:
— Pod jednym względem zgadzam się z wygłoszonem tu zdaniem pana Młockiego, że pierwszą zasadniczą stroną kwestji, a więc i pierwszym punktem dzisiejszych obrad winna być zgoda obywateli, których projekt bezpośrednio dotyczy — włościan wsi Mielna. Właściwie nie zgoda, lecz wola. Czyśmy tę wolę wybadali? Czy wiemy, jaki dom, jaką wogóle instytucję stworzyć chce ta wola zbiorowa, której nawet z głosów paru obecnych przedstawicieli nie znamy? Może oni chcą mieć lokal tylko dla celów towarzyskich? Może wyłącznie szkołę rolniczą lub rzemieślniczą? — Zwykliśmy narzucać braciom włościanom nasze pomysły starożytne, lub naśladowane skąd inąd, nie zawsze zgodne z wolą i z usposobieniem ludu. Lud, gdy chce, wie, czego chce. Gdyby panowie Mielniacy potrzebowali naszej pomocy w jakiejś swojej zbiorowej potrzebie, niewątpliwie udaliby się do nas z własnego impulsu. O tem dotąd nie słyszałem. My zaś, radząc tu o sprawie, jakkolwiek związanej z dobrem ogólnem, jednak nas bezpośrednio nie dotyczącej, dajemy wprawdzie dowód, jak pan prezes Godziemba, tradycyjnej pieczołowitości względem młodszych braci, ale popełniamy też tradycyjny błąd: kształtujemy życie tych braci, kiedy oni nas wcale o to nie proszą, bo potrafią być obywatelami po swojemu, na swoją modłę, niezrozumiałą dla umysłów, nawykłych do zadawnionej szlacheckiej supremacji.
Szmer opozycyjny rozszedł się wśród zgromadzonych; kilku naraz poprosiło o głos.
A za kotarą szepnęła Mańka do Magdy:
— Ładnie mówi ten mój... ten wasz przyjaciel z Niespuchy.
— Zrozumiała panienka? — ja bo ani.
Zanim udzielił żądanych głosów, Jerzy Godziemba skorzystał z prawa przewodniczącego i przemówił interlocutorie:
— Muszę w paru słowach odpowiedzieć poprzedniemu mówcy, a to ze względu na porzytek dzisiejszej narady, której raczyliście mnie szanowni panowie, uczynić przewodniczącym. Z tego urzędu i ze szczerego pragnienia ogólnego dobra śmiem nawoływać, abyśmy się nie zajmowali historjozofją przeszłości i przyszłości, ani rozstrząsali naszych pobudek radzenia tak, lub inaczej. Mamy tu projekt realny, konkretny, który omówić możemy nawet ze stanowiska, które zajął pan Czemski: zapytajmy tego ludu nie o to, czy chce być przez nas „kształtowany“, lecz czy chce mieć w Mielnie dom ludowy projektowanego przez nas typu, czy inny, czy wcale nie chce żadnego. Inicjatywa rzeczy pożytecznej, gdyby nawet pochodziła od wrogów — tak jak w obecnym wypadku pochodzi od szczerych i pewnych przyjaciół ludu — może się zamienić w czyn pożyteczny. Nikt przecie winić nie będzie Poznańczyków, że w swoich urządzeniach praktycznych naśladowali porządki pruskie. Tembardziej nie znajdziemy chyba człowieka, któryby twierdził, że mądre rady Staszica lub Kołłątaja były napiętnowane klerykalizmem, bo pochodziły de facto od księży! — O rzeczy mówmy i jej użyteczności, nie o szlacheckiem, lub nieszlacheckiem pochodzeniu inicjatywy. Rada jest, jak moneta: wszystko jedno, od kogo pochodzi, byle była z dobrego kruszcu. Upraszam więc panów, aby 2echcieli w swych głosach zmierzać do rzeczowego wyjaśnienia sprawy, nie zaś do rozbujania jej na niepewnych falach dyskusji stonniczej.
Zerwał się zaraz Czemski do repliki, ale mu przerwał Godziemba:
— Przepraszam — ma obecnie głos pan Świderski.
Pomimo kategorycznej wskazówki przewodniczącego dyskusja znacznie się roznamiętniła. Nietylko Świderski, który miał zwyczaj murowania swych wniosków na lapidarnych zasadach, spierał się z Czemskim, ale i cichy Drobiński ozwał się z Protestem przeciwko rozróżnianiu tak jaskrawemu dworu i wsi, niby dwóch ras, mających zgoła odmienne interesy, a nawet Leśniowolski w kilku słowach ozdobnych, wygłoszonych jakimś pretensjonalnym akcentem, oświadczył, że jest przyjacielem ludu i w nim widzi przyszłość kraju.
— Perukarz! — szepnęła za kotarą Manieczka — cedzi przez zęby, jak nie swój, tylko skądsiś przywieziony. Podoba ci się, Magdusiu?
— Ano tak... jak i panience.
Doszedł znowu do głosu Czemski. Rozgrzał się, mając do odparcia atak z kilku stron; trafiło mu jednak widać parę argumentów do sumienia, gdyż w końcu przyznał, że gdyby omawiany projekt powstał „z łona ludu“, niemiałby nic przeciw projektowi, a na dowód oświadczył, że gotów jest ofiarować kilka morgów z terytorjum Niespuchy gminie Mielno, w razie gdyby gospodarze chcieli u niego założyć jakąś instytucję użyteczną.
Ten wspaniały gest znalazł najprzód odgłos w panieńskim pokoiku:
— Widzisz, Magdusiu! Gadał, gadał niby przeciwko, a pierwszy coś daje. Tęgi! co?
Ale rada w salonie przyjęła ofiarę bez zapału, ogólnem milczeniem. A ponieważ do głosu był zapisany z kolei wójt Mielna, Damian Skierski, pociągnął nosem, pogładził oburącz długie swe, niby nagumowane włosy siwe, koronujące poważnie białą sukmanę — i ozwał się pierwszy głos z ludu:
— Jako miarkuję ze wszystkiego, co panowie radzą, dobre jest dom gromadzki wyszykować u nas w Mielnie, dobre i trochę z tem poczekać. Boć to przecie u pana Naczelnika trzeba będzie dopraszać się o pozwoleństwo i „razreszenie“ na piśmie — i gminny „schod“ trzeba zapytać, co i jak chcieli będą i czy na siebie przyjmą obowiązek z morgi. — A najlepsze to, co rzekł pan Czemski, że nam kilka morgów z Niespuchy podaruje. To te morgi, jeżeliby łaska nastąpiła, przydaćby od granicy do naszego pastwiska, które w komasację nie poszło, a chudo go jest dla całej gromady. Będzie, co będzie później, a tymczasem choć nasze bydło się nażre.
— Racja przy wójcie — zawołał zelektryzowany Mateusz Kołaczyński, jeden z tych, których Stefan Czemski przyprowadził z sobą na zgromadzenie.
Ale Godziemba zebrał znowu w mocną garść wymykające się na boki rozprawy:
— Muszę prosić panów powtórnie, aby nie odbiegali od przedmiotu obrad, którym jest wyraźnie dom ludowy w Mielnie, nie co innego. Pan Czemski przez swą krytykę źródła, z którego pochodzi omawiany projekt, a następnie przez szkic projektu zupełnie nowego, zmierza chyba do udaremnienia naszej dzisiejszej narady, gdyż innego celu jego przemówień nie zgaduję.
Czemski prosił o bezpośrednią odpowiedź, powstał i rzekł:
— Nie moja w tem wina, że pan prezes Godziemba, który tak dobrze przenika zamiary ludu, że mu podaje gotowe ich sformułowania, nie może „zgadnąć“ celu moich przemówień, a zarazem zgaduje nietrafnie, jakobym chciał „udaremnić“ obrady. Pragnę je owszem skierować na właściwą drogę, według mego rozumienia ducha i przyszłości ludu; pragnę wyzwolić lud z pod opieki, gdyż dorósł już do swego pełnolecia; pragnę...
Szukał przez chwilę jeszcze dosadniejszego określenia swych żarliwych pragnień, gdy Broniecki, porozumiawszy się na migi z Godziembą, wtargnął we środek mowy młodego zapaleńca:
— Pragniemy wszyscy, panie Stefanie! Pragnijmy, a będzie nam dano napić się. Na taki upał nie grzech wcale zdążać do ochłody skroni i gardła pod lipami, gdzie nas czeka dzbanuszek jeden z drugim. Więc nie przedłużajmy rozpraw, bośmy się jeszcze do niczego nie dogadali i nie wiemy naprzykład, co o naszym projekcie trzyma sąsiad Jan Rykoń, a ten już przecie ma niewątpliwie duszę i gębę ludową, i szatki księżackie, i wszystko, co należy do łona prawdziwie ludowego — o! No, sąsiedzie Janie, na was kolej! dobądźcie głosu z łona, abyśmy przestali o was opowiadać to i owo, skoro was mamy tu między sobą.
Zaskoczony przez taki serdeczny despotyzm, Czemski namarszczył się zrazu, ale wkrótce uległ ogólnej wesołości, która zapanowała w sali, i zrezygnował z dalszego głosu.
A Rykoń, wzywany przez gospodarza i przez Godziembę, nie zdawał się onieśmielonym. Tylko twarz, dotychczas skupioną, i oczy siwe, bystro śledzące mówców, rozpogodził teraz uprzejmie. Wstał od stołu, grzecznie się skłonił, a lewą rękę za krajkę zasadziwszy, mówił:
— Co ja tu jeszcze mam do rady dodać, kiedyście panowie dziedzice i somsiady wszystko już powiedzieli i lepiej, niż człowiek prosty potrafi. To mnie chyba zebrać to wszystko, niby zboże w snop, ziarno z niego wyłuskać, i wedle mego rozumu wybrać to, co nam, Mielniakom, na siew przydatne. A nasampierw powiem, że myśl zbudowania w Mielnie domu gromadzkiego nie od kogo do nas przyszła, tylko my ją sami dawno mieli, ja i moi przyjaciele polityczni, gospodarze. Toć mi zaświadczy tutejszy dziedzic, ile to razy wyznawałem mu się ze swojej tęsknoty, żeby to we wsi mieć dom godny, gdzie stary i młody szedłby we święto, albo w zimowy wieczór nie na pijatykę, nie na karty, jeno na pospólną zabawę uczciwą, czy to gawędę, czy to latarnię, czy posłuchać kogo mądrzejszego. A już kiedy dom taki stawiać, to żeby był wielki i wszelkiej użyteczności pełen; żeby przy nim i ochronka i szkoła, i zebrane książki były; a z drugiej strony niechby był sklep nasz własny; a kółko rolnicze gdzieżbyśmy odprawiali, jeżeli nie tam? Potem, da Bóg, i więcej się znajdzie do roboty w tym domu; żeby tylko mury były obszerne, to i ludzi ochota zbierze i myśli im przyjdą. Tera mówi pan z Niespuchy, że nam plac da u siebie. Jeżeli da, podziękujemy pięknie, weźmiemy. Aleć domu gromadzkiego nie postawimy o półtory wiorsty ode wsi, bo nijakiego użytku by nie miał — — jeszczeby łatem pół biedy, ale zimą ani dziecka tyli świat przez pole nie popędzimy do szkoły, ani dorosły się nie pokwapi. Zdawna my już, ja i moi przyjaciele polityczni, upatrzyli dla tego domu gront pusty Gładochowy, wedle kancelarji gminnej, bez gospodarza próżnujący, a który od Krysztofa Gładocha, tego, co w mieście zamieszkał, można kupić za niewielkie pieniądze. Tam niechby stanął ten dom, toby nade wsią górował, niby nasz ratusz, a wedle niego jest miejsce i na rynek, na sklepy różne, na pocztę własną...
Słuchali wszyscy ze skupioną uwagą i patrzyli w twarz Rykonia, która bladła i natężała się coraz energiczniej; oczy ciskały opalowe iskry. — Ale zmiarkował sam mówca, że wkracza w granice dalekiego o przyszłości rojenia, i ton obniżył, powrócił do realnego przedmiotu obrad:
To już gadanie o innych czasach, których niech nam Pan Bóg pozwoli dożyć. — — Tera jeszcze ja tu powiem do swoich ze wsi somsiadów. Kiedyście na radę ściągnęli, radźcież. A kiedy rady nijakiej innej w sobie nie czujecie, bądźcie przychylni tym dziedzicom, którzy nie dla dobra swojego, jeno dla nas Mielniaków tego domu chcą i ofiarują się nam do jego wyszykowania dopomóc. Nie biedaki my, gospodarze, tylko że chudoba nasza cała w tej ziemi, w domach, w żywym i martwym inwentarzu, a grosza gotowego na nową składkę możeby ta w mig i nie znalazł. Toć mówi nam pan Godziemba, który nie tutejszy, ale w szerokim kraju każdemu wiadomy jest i szanowny, że nam panowie ze swoich funduszów ogólnych przyznają pożyczkę na ten dom, a my ją święcie we trzy roki oddamy. I co tu nosem kręcić, zamiast podziękować i brać? Cóż to my z innej gliny powstali, albo z różnych krajów zeszli się na tę polską ziemię, czy co? Zdawna my tu w księstwie Łowickiem każdy na swojem siedzimy, a o poddaństwie, pańszczyźnie, czy jakich krzywdach już i dziadowie nasi nie pamiętają. Tylko jednym ludziom swoim Bóg dał więcej, innym mniej, a kiedy możniejsi spieszą z pomocą mniej uposażonym, toć to według przykazania Boskiego czynią. Od swoich starszych nie wstyd radę brać, ani pomoc. Więc tera mówię wam, panie wójcie i inne somsiady, pokłońcie się panom, jako i ja się im kłaniam z wdzięczności za życzliwe dla nas serca, idźcie na wieś, nieświadomym tlomaczcie, — zwołujmy zebranie gminne i poczynajmy w imię Boże, kiej nam się dzieło pospólnie naraja, a dobre, a niepodejrzane o niczyją zdradę, jako w polskiej ziemi być powinno i czasami bywa.
— Brawo, Rykoń! — zawołał Broniecki i klasnął w dłonie.
Przyklasnęli i inni, szlachta. A Rykoń rozejrzał się po sali i uśmiechnął się szeroko, pokazując białe zęby:
— Ano, kiedy się panom podobało, to chwała Bogu. Żeby tylko wszystkim jednako trafiło —
Mowa Jana podobała się najgoręcej jednemu dziewczęcemu sercu. Magda aż wychyliła się z za kotary, słuchając; czerwona jej twarz z pałającemi oczyma świeciła, jak kwiat wyiskrzony radośnie do słońca. Aż jej Manieczka zwróciła uwagę:
— Nie wychylaj się tak, bo nas zobaczą!
— Bo, widzi panienka, ten ci gadał!
— Dobrze, dobrze — odrzekła Mania, jakby niezadowolona, że Rykoń, nie kto inny, zyskał sobie poklask — dłużej tu zostać nie możemy, już szósta — a podwieczorek!
Zerwały się dziewczęta i pobiegły do ogrodu, gdzie kamerdyner Ignacy, pływający we fraku niedawno zdegradowanym na niego z tęższych ramion dziedzica, z pomocą kuchcika i paru dziewek przygotowywał podwieczorek w alei lipowej, która, niechybnym zwyczajem polskim, otaczała kwaterę, dotykającą bezpośrednio do ogrodowego frontu dworu. Właśnie Ignacy ustawił na bitej drodze między lipami dwa stoły, większy i mniejszy, gdy Pędem wpadła w aleję panna Broniecka.
— Poco dwa stoły? — zawołała.
Ignacy, chłop z urodzenia, nabrał w służbie kamerdynerskiej wyższych zasad społecznych, które tutaj zastosował i wyłuszczył:
— Mówił jaśnie pan, że zaprosi i tych ze wsi; więc stół dla państwa i drugi...
— Ale nie! zsunąć stoły, żeby był jeden większy — rozkazała bez namysłu Mańka.
Widząc jednak, że kamerdyner ociąga się i głową kręci, Mańka zawahała się i, uznając kwestję za ważną, pobiegła do ojca.
Ode drzwi, przy których siedział, łatwo i bez zakłócenia rozpraw zdołała pociągnąć ojca za rękaw:
— Tatuś! — — Ignacy nakrywa pod lipami dwa stoły, dla nas i dla chłopów. Czy tak ma być?
— Fiksat! — odszepnął Broniecki.
Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, gestem dopełniał swe zdanie, nastawił palce obu rąk dośrodkowo, niby grabie, zgarniał małemi poruszeniami powietrze, nareszcie splótł palce. I dla ostatecznej dobitności dodał kilka słów:
— Kupeczka, córuś! jedność, spójnia i groch z kapustą — rozumiesz?
Po czem rozśmiał się bez głosu, trzęsąc całą staturą, musnął po głowie śmiejącą się też córkę i szybkiem skinieniem dłoni odesłał ją do ogrodu.
Mańka z zimną powagą oświadczyła Ignacemu, że ojciec kazał, aby stoły zsunięto w jeden i jednakowo nakryto.
Obrady w Sławoszewie skończyły się uchwałą po myśli przeważnej większości. Postanowiono zwołać zebranie gminy Mielna, któreby projekt domu ludowego urzędownie przedstawiło do zatwierdzenia władzy; Broniecki przyrzekł sprawę poprzeć u naczelnika powiatu, którego „osiodłał“, jak się wyrażał; Godziemba zapewnił pożyczkę w razie, gdyby Mielniacy nie zebrali odrazu składki dostatecznej.
Opozycja jakoś się rozpłynęła. Wójt Skierski bez walki przyłączył się do większości. Rzecznicy ludowi, przyprowadzeni przez Czemskiego, nawet obcesowy, lecz małomówny Kołaczyński, pomrukiwali coś niby, że trzymają z Czemskim, że poradzą sami sobie, lecz oszołomieni wymową Rykonia, potem serdeczną, nikogo nie pomijającą gościnnością Bronieckiego, zaprzestali protestów. Jedyny na głowę pobity, przeto zły i do końca obrad oporny był Stefan Czemski. Gdy po podwieczorku włościanie zbierali się do odjazdu, Czemski chciał się też pożegnać. Nie puścił go jednak Broniecki.
— Bój się Boga, panie Stefanie! Pierwszy raz tu jesteś, nie uczynisz despektu sąsiadowi, zjeżdżając do niego tylko na mielenie gębą, niby kauzyperda. — Sąsiedzi z Mielna jeszcze też posiedzą — co?
Ale zbliżał się zachód słońca, odezwał się Rykoń:
— Toćby tu siedzieć można, jak u króla Piasta, co to aniołów u siebie gościł. Jeno my nie aniołowie, cudów nie mamy na zawołanie jutro skoro świt trza nam stanąć do żniwa.
Owacyjnie przyjęto ten piękny kompliment, a Broniecki rzekł do Rykonia:
— No, kiedyście tacy zawzięci na wasze żniwo, nie zatrzymuję. A pszeniczka niezżęta, wiem.
— I sypie się już, panie dziedzicu, na taki żar!
Więc Rykoń pociągnął za sobą wszystkich włościan. Znowu Czemski wyrywał się do wyjazdu pod pozorem, że przywiózł z sobą Kołaczyńskiego, więc nie może go teraz skazywać na powrót piechotą. Zaoponował na to Broniecki.
— Niech bierze waszą bryczkę i odeśle ją do Niespuchy. A moje koniki aż parskają z ochoty do przejażdżki nocą, o chłodku.
Przemówił nagle Jan Godździk, wielki podobno fizyk, ale tak uporczywie kryjący swą mądrość, że ani słowem przy obradach się nie odezwał. Mówił z gruba, staromodnie:
— Po cus to panu brykę zabierać, co? Nie może to Kołacyński zabrać się z wójtem, co jadą sami w półkosku, kiej ten omętra — no!
Nie było rady — musiał Czemski zostać. Został nawet z pewnem zadowoleniem. Chociaż zasadniczo zwyciężony i wrzący protestem przeciw „omotywaniu ludu przez zacofaną szlachtę“ — tak to sobie z przyzwyczajenia formułował — doznawał też przyjemnego wrażenia od promieniejącej tutaj pogody duchowej. — „Ludzie głupi i zaspani zawsze są pogodni“ — probował dowodzić — ale zaprzeczał znów sobie, stwierdzając, że nie głupi jest Broniecki, chociaż wszystko w żart obraca, ani Godziemba; tego „mamuta“, przeciwnika i zwycięscę w dyskusji, mocno nie lubił, lecz nie mógł mu nie przyznać konsekwencji i magnetycznej jakiejś mocy. Zato z innych stron doznał zadowoleń miłości własnej, jakby w nagrodę za porażkę parlamentarną. Leśniowolski, młodzieniec gładki i gdzieś tam, jak zapewniał, w uniwersytecie kształcony, siadł obok Czemskiego przy podwieczorku i zaczął rozmowę o przyszłości socjalizmu w Niemczech. Wprawdzie mętne miał o tem pojęcie, ale gadał, niby z profesorem, słuchając pilnie wyjaśnień i sprostowań W każdym razie człowiek dobrze wychowany.
I panie przy stole były z urody i z zachowania się zajmujące. Czemski znał dawniej tylko panią Świderską, przyjaciółkę ludu, spotykaną nawet w kołach radykalnych, lecz należącą do płci obojętnej; ale pierwszy raz widział te dwie: panią Drobińską, piękną brunetkę z wymownemi oczyma, i córkę gospodarza, świeże dziewczątko jasnowłose. Obie zajmowały się nim bardziej, niż Leśniowolskim, kawalerem pokaźnym, synem bogatego obywatela. Nawet pani Kara okazywała mu wyraźną ciekawość bliższego poznania jego sposobu życia, poglądów, zamiarów i obyczajów — i to z pewną natarczywością, która zdawała się zadziwiać Bronieckiego, pilnie śledzącego jej ruchy i słowa. Czy tam coś łączy tych dwoje? — zgadywał nawiasem Czemski.
Stefan był dość mocno przeświadczony o swym uroku męskim, ale mało znał kobietę. Miał lat dwadzieścia pięć, niedawno skończył uniwersytet, Pochłonięty był przez plany stosowania swych teoryj. Kobietę chciał traktować po napoleońsku, jako chwilę rozkoszy, mało jej poświęcając czasu. Ta zasada nastręczyła mu jedynie łatwe zdobycze w rodzaju Agatki; o misterniejszych kobietach nie miał prawie wyobrażenia; patrzył na nie z wysoka, jak mu się zdawało, a rzeczywiście — oczyma dziecka.
Poznane dzisiaj dwie kobiety uznał instyktowo za ponętne, ale oceniał przez okulary swej szkolnej mądrości. Pani Drobińska jest istotnie, jak to mówią, „warta grzechu“, panna Broniecka zaś wręcz przeciwnie: warta raczej cnoty, ustatkowania się, małżeństwa — — Zabawnie byłoby spłatać figla Drobińskiemu, safandule, klerykałowi, prezesowi dozoru kościelnego — — Milej jeszcze mieć taką świeżą, dzielną żonkę, jak Manieczka — — Ale oba te zadania nie dla niego, człowieka idei i czynu! To kasta zacofańców, obszarników, wyzyskiwaczy ludu, skazana na zagładę i wymarcie. — Pilno mu do swoich ludzi.
Był zamyślony, nieco tajemniczy, jednak przytomny i w miarę rozmowny; sprawiał wrażenie i ściągał na siebie powszechną uwagę, co go utwierdzało w mniemaniu, że znajduje się między obcymi.
Trochę wino, trochę wieczór letni sprawiały, że nieufność, istniejąca między ludźmi sztucznie do siebie uprzedzonymi, rozluźniała się powoli. Przyroda cudotwórcza, głaszcząc wszystkich narówni powiewem lubego dobrobytu, wygrzewała, z ludzi kiełki społecznej życzliwości. Pachnęły silnie miody na lipach i miłosne wonie świeżego siana, ciężkie jak mgły, błądziły po trawnikach. Aż milkła rozmowa, taki koncert dalekich gwarów, chichotów, poryków rozegrał się o zachodzie słońca.
Po wyjeździe włościan zawitał ksiądz Kajetan Mlecz, proboszcz z Mielna; wycelował swój przyjazd na ukochanego bridge’a i na kolację. Był to człowiek ogólnie tolerowany dla swych zalet i wad sympatycznych; nie nawracał nikogo, ani zbytnio gorszył, nie wymagał też od swych parafjan żadnych cnót heroicznych, ani gorliwej obserwacji, przestrzegał tylko pilnie pobierania należnych Kościołowi podatków w formie dziesięcin od większych obywateli i opłat za obrzędy religijne od drobniejszych owieczek. Ale przy poborach stosował pewne względy i ulgi. Znano w okolicy dużo gorszych księży.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — zabrzmiało pozdrowienie proboszcza krzepko i radośnie.
— Na wieki — odpowiedziało parę głosów.
— Mamy więc bridge’a — pomyśleli Drobiński i Świderski.
— Jest i klecha! Komplet wybornego towarzystwa — mruknął przez zęby Czemski.
Zaraz zaciągnięto do kart i Młockiego, który ulegał czasem tej pokusie.
— W taki cudowny czas grać w karty! — ubolewała pani Drobińska, zerkając z obawą w stronę pozostałych mężczyzn.
— A cóż, pani dobrodziejko? — odrzekł proboszcz — zagramy sobie na werendzie albo przy otwartych oknach. Wieśniacy jesteśmy, już nam ta piękna natura spowszedniała, jak woda rybie!
— A kiedy woda księdzu Kajtusiowi obrzydła, może mu do kart postawić zieleniaczka? — Pytał Broniecki proboszcza.
— Coś mokrego nie zawadzi po upale.
Ze względu na spóźniony podwieczorek wieczerza miała być późno w nocy. Tymczasem kompanja młodszych używała świeżości ogrodu, majestatycznego pod wysoką zorzą pozachodnią. Symetryczny przy domu, ogród wpadał dalej w tak zwaną „dziką promenadę“, gdzie wąska rzeczułka płynęła między staremi drzewami. Tam podążyły młode panie, Kara i Manieczka, w towarzystwie młodych mężczyzn, Leśniowolskiego i Czemskiego. Broniecki, niepoprawnie kochający młodzież, musiał jednak dla proporcji towarzyszyć powolniejszemu z konieczności spacerowi otyłej pani Świderskiej i Godziemby.
— Czy będzie księżyc? — zapytała pani Kara, wodząc powłóczystem spojrzeniem nie po niebie, lecz po oczach mężczyzn.
Nie wiedział ani Czemski, ani Leśniowolski, tylko Manieczka objaśniła, że księżyc jest po pierwszej kwadrze i stoi już tam za drzewami, ale blady, bo jeszcze jasno od zorzy.
— Panowie nie gospodarze? — dodała, zwracając się do Czemskiego, chociaż najbliżej asystował jej Leśniowolski, który też odpowiedział:
— Owszem, owszem, proszę pani. Tylko siedziałem teraz dłużej w mieście, gdzie się mało zważa na księżyc.
— A pan, panie Czemski? — nalegała Mańka.
— Ja? — rzekł Czemski, odrywając się od wymiany spojrzeń z panią Drobińską — ja także gospodaruję. Ale mam pilniejsze zajęcia; na tym kawałku ziemi w Niespusze zastępuje mnie mój pomocnik, Durmaj.
— Jak się nazywa?! — zachichotała pani Kara.
— Maciej Durmaj, włościanin — odrzekł Czemski z powagą, jakby wymieniał nazwisko jakiego dostojnika.
— Znam i Durmaja — wtrąciła Mańka — nietęgi gospodarz.
Powiedziała to z takim rezolutnym wdziękiem, że Czemski, zamiast się obrazić za swego karbowego, zapytał pogodnie:
— To pani zna i włościan okolicznych?
— Dlaczegóżbym ich znać nie miała?
— Bo daleko z wielkiego dworu do chat.
— Parę wiorst, albo kilka kroków. Mamy Wszędzie włościan około siebie.
— Służących.
— Służących i sąsiadów. — Czy pan myśli, że ja nie jestem... postępowa?
— Nie zgadłbym... ale skoro pani zapewnia... — skłonił się Czemski z uśmiechem pobłażliwym.
I zwrócił się do pani Kary, z którą w parze Poszedł naprzód.
A Leśniowolski, jakiś naraz ukontentowany, towarzyszył pannie Bronieckiej, ociągając się coraz bardziej za tamtą parą. Gdy się nieco oddalili, uczynił cichą uwagę:
— Ten pan jest trochę zarozumiały...
— Ma rację — odparła Mańka.
— Jakto?
— Bo tak.
Leśniowolski przymrużył oczy z dystynkcją i, korzystając z wyższości swego wychowania, gładko i uśmierzająco zaczął mówić:
— Tak, on jest ludowcem i ma naturalnie w głowie mnóstwo teoryj o ludzie. Ale żeby stosować je praktycznie, trzeba, tak jak pani i ja; jak my wogóle, szlachta zrośnięta z wsią znać ten lud. Ja na paru folwarkach, które mi rodzice oddali, starałem się zaprowadzić najlepsze stosunki z ludem. Rozszerzyłem ich mieszkania, założyłem ochronkę...
— To się wszędzie już robi dla parobków dworskich — zauważyła Mańka.
— Naturalnie. Ale ze wsią właściwą, z gospodarzami, nie uwierzy pani, jakie my mamy przyjemne stosunki. Do mego ojca przychodzą włościanie sądzić się, zapraszają go na każde większe wesele — — A podczas rozruchów 1905-go i 6-go roku, które pani może z dziecinnych wspomnień pamięta, na całą okolicę u nas tylko, w Kościeliskach, nie było strajku. Przyszli parobcy do dworu „dopraszać się łaski”, dodało im się po korcu ordynarji — i na tem się skończyło. Wsie nasze...
Nie bardzo pilnie słuchała Manieczka, śledząc ciekawie dwie ciemne głowy, Czemskiego i pani. Kary, zbyt ku sobie nachylone.
— Wsie nasze są prawdziwie wzorowe pod względem uświadomienia chłopa. Zdarzyło mi się rozmawiać z włościanami tak przyjemnie, ale to tak przyjemnie i swobodnie...
Droga tu dochodziła do rzeczułki i szła dalej jej brzegiem. Manieczka stanęła nagle i, wskazując na przeciwległy brzeg wody, zawołała:
— Patrz pan! — tam! tam! — robaczki świętojańskie w trawie. Tak późno, a jeszcze są.
Na ten okrzyk odwróciła się i druga para, na przedzie idąca, zeszli się wszyscy i jęli przypatrywać się dwom świetlikom, które tam, za rzeczką, wdzięczyły się fosforycznemi iskrami.
— Żebyście panowie wiedzieli, jak to ślicznie wygląda w naszych włosach! — zawołała pani Kara.
— A tak, próbowałam — jak brylanty! — powtórzyła Mańka.
— Leśniowolskiemu strzeliła do głowy myśl rycerska: przyniesie te żywe brylanty swojej damie, Cofnął się o kilka kroków, wziął rozpęd i przesadził zręcznym skokiem dobry sążeń rzeczułki.
Zaledwie panie zawołały „brawo”, już pędził ku rzeczce Czemski i przeskoczył ją nie gorzej od Leśniowolskiego. Osadzili się jeden na prawo, drugi na lewo od miejsca zjawienia świetlików i pochyleni pilnie szukali ich w trawie; ale robaczki, może zatrwożone wstrząśnieniem gruntu, zgasiły swe latarki.
Wtem rozległ się tętent potężny na drodze, plecami młodej kompanji, i zadyszane wołanie:
— Cze... czekajcie!
Odwrócili się wszyscy Broniecki, jak koń rozbiegany, pędził na wodną przeszkodę. — Krzyknęły zlekka damy, mężczyźni, szukający w trawie odskoczyli od siebie, bo groźny ciężar celował między nich dwóch. Dopadł wody, zawisnął nad nią imponującym balonem i osadził się aż za daleko na tamtym brzegu. Pobiegł jeszcze parę kroków pochyło, lecz nie upadł, odwrócił się triumfalnie i deklamował urywanym głosem przed oniemiałemi słuchaczami:
— Bo widzicie... Godziemba mi prawił... że nie nam już skakać — — Taki głupi rowek — sprobujcie tam dalej... ja i tam...
Dopiero teraz Manieczka, widząc, że ojciec wyszedł z niezwykłego manewru bez szwanku, zawołała rozżalona:
— Co tatuś najlepszego zrobił! Zaorał butami właśnie tam, gdzie siedziały robaczki!
— Jakie robaczki? — dziwił się Broniecki, rozglądając się po butach i po ich głębokich śladach w murawie.
— Dwa świętojańskie robaczki były właśnie w tamtem miejscu.
— O psia —! — powstrzymał pan Józef w pół drogi ulubione przekleństwo — a panie chciały do włosów? Znam to, znam! lubi pani Kara paradować, jak Djana, z kawałkiem księżyca na główce — — Nic to, znajdziemy więcej, kiedy się ściemni.
— Gdzież tam! — sprzeczała się Manieczka — pod koniec lipca? — To były dwa ostatnie!
Tymczasem Godziemba i pani Swiderska zrównali się z towarzystwem i wszyscy wzięli udział w śmiechu z powodu wesołej tragedji.
Czemski, jakby przy skoku otrząsnął z siebie ciężką i sztywną zbroję społecznika, poczuł się naraz wesołym i zadowolonym. Powróciła mu niedawna studencka fantazja, ożywiły się oczy wśród śniado zarumienionej twarzy, roztrzęsły się włosy na głowie w wyższe i mniej regularne pasma, zęby z pod ciemnego wąsa raz po raz łowiły blask zorzy wieczornej. Mówił, śmiał się nareszcie, jak młody, niepomny przybranej pozy.
Wtedy Manieczka nabrała przekonania, że trzeba się z Czemskim porozumieć wyraźniej, i, korzystając z chwilowej konstelacji przechadzki, pozostała z nim na końcu pochodu.
— Słyszałam, jak pan przemawiał na zebraniu.
— Słyszała pani?! nie była przecież w sali?
— To moja rzecz, gdzie byłam, ale słyszałam wszystko. I rozumiem pana stanowisko.
— Czyżby pani była mojego zdania przeciw całej ogromnej większości?
— Nie zupełnie. Ale podobało mi się, że pan mówił z zapałem — — jak student.
— Doprawdy? — miernie ucieszył się Czemski — a pani mnie ocenia ze stanowiska... profesora?
— Nie, nie — zaśmiała się Mańka bez urazy — ja także jestem studentka.
— Bardzo mi przyjemnie poznać koleżankę. Podajmy sobie ręce — —
— Owszem! — i nie na żarty — odrzeła serdecznie Manieczka, wyciągając dłoń do Stefana.
Aż klasnęły złożone dłonie, aż obejrzeli się starsi na dwoje młodych, co oni tam wyprawiają przy zapadającej nocy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Weyssenhoff.