Dwaj Frontignacy/Akt drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Dwaj Frontignacy
Data wydania 1887
Wydawnictwo Biblioteka Teatru Lwowskiego; egzemplarz teatralny
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Jan Arwin
Tytuł orygin. Un neveu d’Amérique, ou Les deux Frontignac: comédie en trois actes
Źródło Skany na Commons
Indeks stron


Akt drugi.
(Salonik w mieszkaniu Frontignaca — dwoje drzwi z boku — jedne w głębi)
Scena 1.
Frontignac sampóźniej Dominik.
Frontignac (w rannem ubraniu — wchodzi z prawej strony i woła)
Dominik!
Dominik (za sceną)
Słucham!
Frontignac
(po chwili — wołając) Dominik!
Dominik (za sceną)
Słucham!
Frontignac.
Do kroćset djabłów — wiem dobrze, że słyszysz — — (krzyczy) Dominik!! —
Dominik.
(wystawiając głowę z lewej) Czy pan mię woła?
Frontignac
Od pół godziny.
Dominik (wchodzi)
O! ja dobrze słyszałem! Ja się panu spało?
Frontignac
Mnie?... ale cóż ciebie to może obchodzić! Czekam ze śniadaniem na pewną osobę. —
Dominik (obojętnie)
Kobieta?
Frontignac
Nie!
Dominik (zdziwiony)
Mężczyzna!?
Frontignac
Nie!
Dominik.
Hę? — co? — Nie mężczyzna i nie — kobieta — któż to może być do djaska... A, rozumiem (obrażony) pan ma przedemną sekreta — dobrze.
Frontignac.
Głupiś mój kochany — to ani kobieta ani mężczyzna — — Gorzej, to — synowiec!
Dominik.
Pan żartuje.
Frontignac.
Oj chciałbym żartować...
Dominik.
Przecież ja wiem dobrze, że pan samiuteńki jak palec... nie ma pan żadnych krewnych — ani synowców — tak n.p. synka jakiego — nie mówię....
Frontignac (wzdychając)
Ty jeden przynajmniej dobrze oceniać mnie umiesz....
Dominik.
Zatem naprawdę?... W takim razie ja się na to niezgadzam... umowa była inna...
Frontignac.
Co powiadasz Dominiku?
Dominik (gniewnie)
A jużci — jakiś chłopiec — włazi tu jak Piłat w Credo... to nie bagatela... Także panu przyszło do głowy — być dzisiaj stryjem! Tfy! Ja się na to zgodzić nie mogę...
Frontignac (ziewając)
Jakiś drągal spada mi na głowę nie krzycząc nawet: z drogi! W końcu niemogąc inaczej postąpić zaprosiłem go dziś na śniadanie... czekam właśnie na niego...
Dominik.
Zawsze jednak powinien był pan mnie się poradzić.
Frontignac.
Cicho już bądź stary gaduło —
Dominik.
Cóż mam podać?
Frontignac.
Hm! — Uprzedzam cię przedewszystkiem, że śniadanie ma być skromne... rozumiesz? bardzo skromne. Okoliczności i stosunki wymagają, abym przyjmował dzisiaj mego synowca u siebie... przyjmuję go zatem z konieczności... i basta!
Dominik.
Rozumiem, rozumiem... a wino?
Frontignac.
Niepotrzeba. Zresztą przynieś to któreście właśnie co do butelek wlali.
Dominik.
Taż to jeszcze młodziutkie proszę pana.
Frontignac.
Nic nie szkodzi — mój synowiec także młodziutki... (słychać dzwonienie) To on zapewne... Idźże otwórz! —
Dominik.
Zaraz panie. (idzie niechętnie — na stronie gniewnie) Potrzeba go do chrzanu.
Scena 2.
Frontignac sampóźniej Dominik i Sebastjan
Frontignac (sam)
Trzeba coś zrobić... dla pozorów... pal licho... ale zimno!... przedewszystkiem zimno i obojętnie! —
Dominik (anonsując)
Pan Sebastjan de Frontignac!
Frontignac. (n.s. do Dominika)
Zaraz śniadanie!
Dominik.
Dobrze panie... (n.s.) Niemógł sobie spokojnie w swojej Ameryce zostać....
Sebastjan (poufale)
Dzień dobry stryju! (podaje mu rękę)
Frontignac. (zimno)
Dzień dobry... (n.s.) Mój stryju! Stryju!... Nie lubię tej nazwy... to mię starzeje o jakie 20 lat...
Sebastjan.
Czy nie przeszkadzam ci... powiedz otwarcie... bez ceremonii!
Frontignac.
Nie!
Sebastjan.
Przyznaj stryju, że poznanie nasze wypadło dosyć oryginalnie. Jaki ze mnie niezgraba! Wlazłem jak Piłat w Credo pomiędzy dwa prześliczne — o zaręczam ci prześliczne, sam na sam. — Musiałeś mię w duchu błogosławić — przyznaj się! Hahaha!
Frontignac.
To jest....
Sebastjan.
Nie żenuj się stryju! Byłeś w swojem prawie!
Frontignac
W pierwszej chwili — przyznaję, zrobiło to na mnie wrażenie.... jak tusz niespodziany na głowę... teraz jednak...
Sebastjan.
Teraz jednak?
Frontignac.
Teraz przyszedłem do siebie... Głodny jestem jednak... niezwykły czuję apetyt...
Sebastjan.
Zupełnie tak jak ja! Widocznie sympatyzujemy ze sobą.
Frontignac (woła)
Dominik!
Dominik (przynosi stolik ze śniadaniem)
Śniadanie gotowe!
Frontignac.
Dalej synowcze!
Sebastjan.
Służę.
Frontignac.
(n.s.) Widocznie — bon vivant!... Ha! Ponieważ już koniecznie dostać miałem synowca — wolę jego niż jakiegoś śledzia ślamazarnego.
Sebastjan (n.s.)
Widocznie oryginał... ale tak w gruncie rzeczy dobry człowiek... dobry!
Frontignac.
Powiedz mi mój synowcze — dlaczego twój ojciec nie pisał mi, że się ożenił i że syn mu się narodził.
Sebastjan.
Dlaczego ojciec nie pisał — tego niewiem.... niepowiedział mi wówczas, bo byłem za młody. A ja — darujesz kochany stryju mimo najszczerszych chęci napisać tego także nie mogłem!
Frontignac.
Naturalnie — hm!
Sebastjan.
Zdrowie kochanego stryja! (pije i lekko się krzywi)
Frontignac (n.s.)
Zdaje się, że wino zanadto młode. (woła półgłosem) Hm! — Dominik!
Dominik.
Słucham pana! —
Frontignac (półgłosem)
Nie mógłbyś nam dać jakiego lepszego wina... tak naprzykład butelkę Sotern.
Dominik.
E!... Szkoda!.. dla synowca.
Frontignac.
No dobrze.... ale widzisz... zapomniałem o jednej rzeczy... najgłówniejszej, ja muszę także z nim pić.
Dominik.
A prawda... słusznie... (głośno) Zatem butelkę Sotern?
Sebastjan (słysząc ostatnie słowo)
O nie nie! nie chcę robić najmniejszych subjekcji.. Niechciałbym się stać przyczyną jakiejkolwiek zmiany w życiu kochanego stryjaszka.
Frontignac.
Co? — (n.s.) Podoba mi się chłopiec!
Sebastjan.
Nieinaczej. Pod tym tylko warunkiem będzie zgoda.
Frontignac.
Jakto?
Sebastjan.
Urządziłeś sobie zapewne swój sposób życia, wygodny, odrębny — nie chcę go w niczem naruszać — nie żądam niczego... Towarzysza masz we mnie kochany stryju zawsze — jeźli pozwolisz — ale kłopotu.... — nigdy!
Frontignac (n.s.)
Hm! towarzysza... no! wolę tę nazwę jak stryj... brr.... (Dominik wchodzi i stawia inną butelkę na stole — głośno) Twoje zdrowie! (nalewa i pije)
Sebastjan (pijąc)
No, to już lepsze.
Frontignac.
Ba! Spodziewam się. — W moim wieku — chociaż nie jestem jeszcze stary — ma się pewien tryb życia, który niechętnie w czemkolwiek się zmienia... W obecnej jednak chwili gdy obowiązki względem krewnego...
Sebastjan (przerywając)
Obowiązki? — Jakie obowiązki? Sądzę, że tu nie o mnie mowa — Jeżeli jeszcze raz mój stryju słówkiem o tem wspomnisz (wstając) kłaniam uniżenie....
Frontignac.
Ale stój — poczekaj! — A to gorączka! — Zachwycający!.. Słowo honoru daję.... ....widocznie brakowało mi ciebie....
Sebastjan.
Kochany stryju!
Frontignac.
Gdybym był sobie sam obstalował synowca — toby inaczej nie wyglądał!! Hm! — Dominik!
Dominik.
Słucham pana!
Frontignac.
Idźże przynieś nam butelkę Chambertin.
Dominik (zadziwiony)
Co? co? co?
Frontignac.
Jak piśniesz słowo — to przyniesiesz dwie.
Dominik.
Idę — idę. (odchodzi)
Sebastjan.
Zdaje mi się kochany stryju, że wesołe pędzisz życie.... Byłem świadkiem na balu....
Frontignac.
Cóż chcesz! — Lubię płeć piękną. Kobieta — to stworzenie tak cudne! tak urocze.... tak rozkoszne.... a przecież tak pełne błędów!... A propos, — czy u was a Ameryce kochają się?
Sebastjan. (pijąc wino)
A naturalnie.
Frontignac.
Powiedz mi czyś zauważył, że kobieta ma w życiu swojem trzy perjody — trojakie wdzięki — i trojakie podług tego żądania. Gdy ma lat 20, chce być kochaną w biały dzień — przy świetle słońca. Gdy ma lat 30, żąda miłości przy świetle księżyca i lamp. — Gdy dojdzie lat 40tu — najchętniej lubi ciepłą atmosferę miłości gdy noc ponura — a cicha, rozkoszna, panuje dokoła. — Blondynka chce być uwielbianą w buduarze niebiesko tapetowanym — gdzie wszystkie meble tej samej barwy, służyć by mogły za tło do uwydatnienia jej pięknej postaci. Brunetka chce się zwykle mieścić w buduarze żółtym. To też drzwi te prowadzą do niebieskiego — a te do żółtego buduaru....
Sebastjan.
Oh! oh! oh!
Frontignac.
Tak — — śmiej się, śmiej — Ale zapewniam cię, żebym nieustąpił z tego mieszkania, gdyby mi 20.000. fr. ofiarowano.
Dominik (wchodzi)
Oto jest Chambertin. (kładzie na stół — nalewają)
Sebastjan (po wypiciu)
A! — Doskonałe wino u mego stryja.
Frontignac.
Spodziewam się! — A teraz cygaro!..
Sebastjan.
Zapozwoleniem! Niechno stryj najpierw to skosztuje... prawdziwe Havanna!
Frontignac (zapala)
Brawo! — Wyśmienite!
Sebastjan.
Ciesz się zatem mój stryju — przywiozłem ci z Ameryki dwie takie skrzynki.
Frontignac.
Nie znając mię wcale! Kochany Sebastjanie!.. Powiedzże mi teraz cóż ty porabiasz?
Sebastjan.
Co ja porabiam?... To co się zwykle robi, aby dostać nędzne 1800 franków rocznie!
Frontignac.
O! Musisz cieńko śpiewać... Pomyślę nad tem... mogę ci dopomódz....
Sebastjan.
Za pozwoleniem — było w naszej umowie, że nie będziemy o tem mówić... Mój stryju! — ja ciebie przecież ani szukałem, ani ci się narzucałem — cóż u licha! —
Frontignac.
Zważ tylko — kilka tysięcy...
Sebastjan.
Ani franka! Odmawiam — stanowczo — nieprzyjmuję żadnych pieniędzy. Mimo to jednak możesz mi być pomocnym, kochany stryju.
Frontignac.
Gadaj — ale prędko!
Sebastjan.
Pewna młoda śliczna panienka....
Frontignac.
Kocha ciebie — a ty ją — wybornie.
Sebastjan.
Za pozwoleniem...
Frontignac.
Bez pozwolenia — wykradamy ją...
Sebastjan.
Ależ...
Frontignac.
Wykradamy ją — powtarzam. Buduar żółty czy niebieski? Co?
Sebastjan.
Wolę jednak inaczej postąpić. Kocham ją prawdziwie.
Frontignac.
Ja każdą razą kocham prawdziwie — słowo honoru ci daję! —
Sebastjan.
Chciałbym ją poślubić.
Frontignac.
Hę? — Co! — Zaślubić?.. Ty — Amerykanin?! — A wstydź się! — Oto mi sposób!
Sebastjan.
W Ameryce innego nie znają.
Frontignac.
A no to głupia cała twoja Ameryka. Zapatruj się na mnie — Jesteś w Europie i do tego we Francyi! Puść w trąbę wszystkie niedorzeczności i przesądne zwyczaje wolnej Ameryki.
Sebastjan.
Nie — nie mój stryju — nie mogę. Jestem szalenie zakochany! —
Frontignac.
Jeden powód więcej, aby robić głupstwa!
Sebastjan.
Głupstwa? — Dobrze — będę robił głupstwa, zaślubię ją —
Frontignac.
Wierzaj mi to nie ma sensu... ale słucham.. ...Jakiej przysługi żądasz odemnie?
Sebastjan.
Czy stryj zna wuja Maryi? pana Carbonnel?
Frontignac.
Czy ja go znam? — Dobre pytanie! Naturalnie! Mieszka w tej samej kamienicy na drugiem piętrze... (po chwili — biorąc dzwonek do ręki) Sebastjanie!
Sebastjan.
O mój stryju!
Frontignac.
Zgoda więc — jeżeli tego chcesz koniecznie.... Po raz pierwszy... drugi. — No!.. Cofasz się?
Sebastjan.
Nie!
Frontignac.
A więc: po raz trzeci! (dzwoniąc) Basta! (do Dominika) Idź proś pana Carbonnel, aby do mnie wstąpił, gdy zejdzie na dół.
(Dominik odchodzi)
Sebastjan.
Co zamierzasz uczynić?
Frontignac.
Prosić Carbonnela w twojem imieniu o rękę panny Maryi... Może już nie chcesz? Brawo?! przyszedłeś nareszcie do rozumu.... Nie? zatem pozwól mi... wszystko będzie dobrze.
Sebastjan.
Uważaj stryju — jeźli mię skompromitujesz!..
Frontignac.
Co — ja? ciebie? — Nigdy!! — Ja kompromituję z zasady tylko kobiety —
Scena 3.
FrontignacSebastjanCarbonnel.
Carbonnel (wchodzi)
Jak się masz Frontignac, — czy masz do mnie jaki interes? — A! — pan Sebastjan — witam pana... śliczny chłopiec...
Sebastjan.
Panie... zbytek łaski...
Frontignac.
Powiadasz więc...
Carbonnel.
Że twój synowiec jest ślicznym chłopcem.
Frontignac.
Zważ dobrze na twoje słowa! Powiadasz zatem, że jest ślicznym chłopcem?.. patrz więc dobrze! — (do Sebastjana) Obróć no się... tak... Teraz zrób kilka kroków!
Sebastjan.
Ale...
Frontignac.
Zróbże kilka kroków — nie uczyłeś się tego w Ameryce? — Tak... teraz odwróć się...
Carbonnel.
Co wy wyrabiacie?
Frontignac.
Nie cofasz twego zdania?
Carbonnel.
Jakiego zdania?
Frontignac.
Że Sebastjan jest ślicznym chłopcem...
Carbonnel.
O — nie!
Frontignac.
Widzisz jak silnie i pięknie zbudowany. Prawdziwy Frontignac! Drugi ja! Piersi szerokie... żołądek zdrowy, nogi zdrowe — zęby zdrowe — nie brak ani jednego! słowo honoru daję!
Carbonnel.
Czy twój synowiec na sprzedaż?
Frontignac.
Nieinaczej. (do Sebastjana) Możesz usiąść. (do Carbonnela) Mam zaszczyt prosić cię o rękę panny Maryi — twojej siostrzenicy — dla mego synowca Sebastjana de Frontignac.
Carbonnel.
A, ba!
Sebastjan.
O mój stryju!
Frontignac.
Cóż — dobrze?
Carbonnel.
Ale...
Frontignac.
Zgadzasz się? — Brawo! — Spodziewałem się tego po naszej tyloletniej przyjaźni. Sebastjanie! uściskaj twojego teścia...
Sebastjan.
Czy wistocie — mamże wierzyć?
Carbonnel.
Ale zapozwoleniem.
Frontignac.
Cóż takiego?
Carbonnel.
Dajże mi raz do słowa przyjść... cóż u djabła!
Frontignac.
Mów — co ci jest?
Carbonnel.
Pozwól mi przecie odetchnąć...
Frontignac.
Oddychaj! — No — już? —
Carbonnel.
Szczególny masz sposób proszenia ludzi o rękę ich córek albo siostrzenic.
Frontignac.
To właśnie najlepszy... zresztą aby nie gadano, żeś uległ sile — mów — ale prędko —
Carbonnel.
Najpierw powiedz mi gdzie Sebastjan poznał Maryę?...
Frontignac.
W Hawrze — w chwili kiedy wysiadł z okrętu — cóż dalej?
Carbonnel.
Dalej? — To prawda — że ładny chłopiec..
Frontignac.
A widzisz!
Carbonnel.
Podoba mi się — i to twój bratanek.
Frontignac.
Uściskaj teścia Sebastjanie!
Sebastjan.
(ściskając go) O panie — ojcze!
Frontignac (do Sebastjana)
A teraz idź na górę — do pana Carbonnel staraj się widzieć z panną Maryą — powiedz, że jej wuj to rzadki egzemplarz — sprowadź ją tutaj. — Powinienem pocałować twoją narzeczoną, to mi się przecie należy.
(Sebastjan odchodzi spiesznie głębią)
Carbonnel.
Co on mówi! — Ależ nie! Stój — poczekaj — cóż u licha! — Ty jak widzę prowadzisz interesa en gros!!
Frontignac.
Ha! — cóż chcesz mój kochany, żal mi tych biedaków — tak wzdychają do siebie.
Carbonnel.
Teraz idzie jeszcze o kwestję pieniężną.
Frontignac.
Ale to zupełnie niepotrzebne — kochają się — to im wystarczy!
Carbonnel.
My zatem powinniśmy mieć za nich rozum. — Moja siostrzenica nie ma wielkiego posagu — mały folwark w Normandyi... A twój synowiec?
Frontignac.
Sebastjan? — On ma więcej!
Carbonnel.
Cóż?
Frontignac.
Nic!
Carbonnel.
Co? co?
Frontignac.
Mówię, że nie ma nic. — A któż do licha zważa na takie drobnostki — Cóż to? nigdy nie kochałeś mój przyjacielu?!
Carbonnel.
Tu nie idzie wcale o mnie — ale o Maryę — to zmienia postać rzeczy.
Frontignac.
Jakże ślepy człowieku — czy ja tu nie jestem?
Carbonnel.
A!... to co innego! — Czemużeś tego od razu nie powiedział — zatem ile dajesz twemu synowcowi?
Frontignac.
Ile daję? — Ależ ja nic dać nie mogę — bo sam nic nie mam!! Oddałem cały mój kapitał i biorę dożywocie 30.000 franków rocznie!
Carbonnel.
Być nie może! — ale ja o tem nic nie wiem!
Frontignac.
Stary egoista ze mnie! — Biedny Sebastjan! Nie przewidziałem tego!..
Carbonnel.
Ba! ale w takim razie...
Frontignac.
Bądź spokojny... Mam przecie roczny dochód, podzielę się z Sebastjanem — —
Carbonnel.
Ba! — ale jak umrzesz...
Frontignac.
Nie mam najmniejszej ochoty — zaręczam ci....
Scena 4.
Ciż samiSebastjan prowadząc Maryę
Sebastjan.
Droga Maryo — dziękujemy temu drogiemu dobremu wujowi...
Carbonnel.
Nic z tego... wszystko zerwane!
Frontignac.
Co? co?
Marya.
O mój wuju!
Carbonnel.
Cofam moje pozwolenie.
Sebastjan.
A panie! — Biedna moja Marya!
(obejmuje ją i całuje)
Carbonnel.
Nie całuj pan moją siostrzenicę! — cóż u licha?
Frontignac.
Carbonnel! Jakto? Nie wzruszają cię te łzy?
Marya.
O ja nieszczęśliwa!
Sebastjan.
Ja umrę z rozpaczy! (całuje ją)
Carbonnel (rozdzielając ich)
Tego już zanadto! — Umieraj sobie jeźli ci to tak przyjemnie — ale mojej siostrzenicy nie dostaniesz. Dla tych Amerykanów niema nic świętego... (odchodzi z Maryą)
Scena 5.
FrontignacSebastjan.
Frontignac.
Twój sposób amerykański nie udał się! — A stary łotrze!... To przyjaciel! zapłacisz mi za to!
Sebastjan.
Powiedz mi drogi stryju — co ma znaczyć ta nagła zmiana? Niema jeszcze kwadransa jak pan Carbonnel zezwalał na nasze małżeństwo — teraz odmawia i nie robi najmniejszej nadziei?..
Frontignac.
Krętacz stary!
Sebastjan.
Któż mógł się stać przyczyną tak nagłej zmiany?
Frontignac.
Któż? — alboż ja wiem!
Sebastjan.
Czy doprawdy — stryju?
Frontignac.
Słowo honoru... ale nie! — sądzę...
Sebastjan.
Sądzisz?
Frontignac.
Słuchaj mię Sebastjanie. Nie będziesz się na mnie gniewał? Widzisz, ja nie mogłem wiedzieć, że dostanę kiedy synowca — i to takiego jak ty — który mi się podoba — którego kocham. Dziś jestem prawdziwie zmartwiony —
Sebastjan.
Cóż takiego?
Frontignac.
Wiesz — jestem wielkim egoistą —
Sebastjan.
Przypuśćmy — ale o co idzie?
Frontignac.
Ale nie będziesz się na mnie gniewał?
Sebastjan.
(wrzeszczy) Nie!!! (zwyczajnym głosem) O co chodzi? Mówże stryju!
Frontignac.
Słuchaj! — Niewiedząc wcale, że niebo wraz z twym ojcem ześlą mi synowca — oddałem cały mój majątek — biorę tylko dożywocie roczną pensyę 30.000 franków.
Sebastjan (przerywając)
Po cóż się tłumaczyć — Byłeś w swojem prawie — przecież to twój majątek kochany stryju!
Frontignac.
Tak, wiem o tem. Ale mnie przykro, że w chwili kiedy kilka tysięcy franków mogłoby ci szczęście zapewnić — ja nic nie mam — i niemogę nic dla ciebie zrobić. Mam 30.000 franków rocznego dochodu.... cóż ztąd! gdy mię pochowają — ustanie pensya.
Sebastjan.
Wybornie — będę żył z moich 1800 franków!
Frontignac.
Niegniewasz się zatem?
Sebastjan.
Bynajmniej. Żądam od ciebie przyjaźni — mój stryju — nic więcej! —
Frontignac.
Gdyby i Carbonnel tylko tem się zadowalniał!
Sebastjan.
A!.... teraz wiem o co właściwie chodzi!... Kwestye pieniężne...
Frontignac.
Drogi chłopcze — nie smuć się! — jakoś to będzie... Pomyślę jakiem by tu sposobem nakłonić Carbonnela do zezwolenia na twój związek z Maryą.
Sebastjan.
Więc masz jeszcze jaką nadzieję stryju?
Frontignac.
Naturalnie!... Ot słuchaj, pójdę do mego notaryusza — sądzę, że za dwie godziny będę miał dobre wiadomości... — ale nie gniewasz się na mnie — co?
Sebastjan.
Ależ nie, nie! — jesteś najlepszym stryjem jakiego kiedykolwiek ziemia wydała. Do widzenia!
Frontignac.
Do widzenia — za dwie godziny.
(Sebastjan odchodzi)
Scena 6.
Frontignacpóźniej Dominik.
Frontignac (sam)
Niech mię djabli porwą jeśli wiem w jaki sposób uda mi się załatwić tę sprawę. Kto by mi był wczoraj powiedział, że dzisiaj — ja, — stary egoista, który zawsze tylko o sobie myślałem, że wyrzeknę się — moich zasad, trybu życia, że sobie będę głowę suszył dla jakiegoś synowca, którego znam zaledwie... ...no!.. ... Rodzina! tak, są głupcy, którzy się z tego wyśmiewają — ale potem... Przyznam się — to głupio może — ale... koniec końców — dalibóg kocham go — podobał mi się chłopiec! tak, kocham tego filuta! zobaczemy — kto wie, może mi się uda! Dominik!
Dominik (wchodzi)
Czy pan mię woła?
Frontignac.
Odchodzę — ubierz mnie.
Dominik.
Tak wcześnie! — Dopiero południe!
Frontignac.
Czy to się panu nie podoba!
Dominik.
A niepodoba!.. Bo to widzi pan wczoraj jeszcze służyłem u kawalera — a dziś u jakiegoś ojca — czy stryja. To mnie żenuje — z krewnymi to...
Frontignac (przerywając)
Pomówimy o tem inną razą... teraz przynieś mi kapelusz....
Dominik.
(przynosi biały filcowy kapelusz z drugiego pokoju) Oto jest.
Frontignac.
Ten kapelusz! — Żartujesz chyba, deszcz przecie pada... przynieś mi czarny...
Dominik.
Czarnego już niema. Ostatni nosił pan prawie cały miesiąc... należał zatem już do mnie — sprzedałem go.
Frontignac.
A prawda — no dobrze, dobrze — Nie kupiłeś drugiego?
Dominik.
Nie, proszę pana. — Sprzedałem także krawatki, suknie, rękawiczki. Zwykle panowie kawalerowie zapisują rzeczy, które po sobie zostawiają swoim służącym..... Ale mój pan... oddał wszystko — po jego śmierci zabierze rzeczy pan Marcandier.
Frontignac (n.s.)
Hultaj nadto szczery — ale muszę przyznać, że jest w tem co mówi nieco logiki. (do Dominika) Dobrze już, dobrze — nie stanie ci się krzywda. Pomówimy o tem innym razem. (odchodzi do drugiego pokoju)
Scena 7.
Dominik sampóźniej Marcandier.
Dominik.
To tak zawsze z kawalerami — wszystko to tylko o sobie myśli... Sami egoiści. ....Potrzeba było także tego synowca z Ameryki — niewiedzieć na co — tfy!
Marcandier. (wchodzi)
Pan Frontignac w domu?
Dominik.
A! pan Marcandier! — Ja się mam dobrze — — dziękuję. A pan?
Marcandier.
Cóż twój pan porabia?
Dominik.
Ubiera się...
Marcandier.
Niechcę mu przeszkadzać.... zaczekam. (n.s.) Przy tej sposobności dowiem się coś o nim. (gł.) Jakże się ma kochany pan Frontignac?
Dominik.
Bardzo dobrze.
Marcandier.
Zapewne nie zdrów?
Dominik.
Boże uchowaj!
Marcandier.
Tem lepiej — tem lepiej! — Wszyscy jesteśmy śmiertelni — powinien się szanować.
Dominik.
Szanować — mój pan? Może poradzić się lekarza?! — Hahaha! Sam widok doktora nabawiłby go żółtaczki...
Marcandier.
Ale któż mówi o jakimś doktorze — potrzeba go opatrywać, troskliwą mieć baczność o stan jego zdrowia, nie wzywając wcale lekarza, tak, ażeby tego nawet nie zauważył.. Czy on nosi flanelę?
Dominik.
(parskając śmiechem) Flanelę? — Co też pan gada?
Marcandier.
Tem lepiej — tem lepiej! Flanela to wynalazek lekarzy — ażeby mieli więcej pacjentów. To draźni tylko ciało i stwarza reumatyzmy.
Dominik.
Aha.
Marcandier.
Gdy pan powraca wieczorem, zmęczony, zmarznięty — używa zapewne coś... rozgrzewającego...
Dominik.
Nie — nigdy!
Marcandier.
To źle — bardzo. Nic lepszego w tym razie jak kieliszek piołunowej... to przyspiesza zaraz cyrkulacyę krwi....
Dominik.
Doprawdy?
Marcandier.
Każdy ci to powie... tylko naturalnie nie doktor — to by im korzyści nie przynosiło.
Dominik.
Dobrze wiedzieć proszę pana. (n.s.) Zaraz od jutra będę na sobie próbował... (głośno) Zatem pan powiada, że nie trzeba flaneli?
Marcandier.
Nigdy!
Dominik.
A co wieczora mały kieliszeczek piołunkowej wódki?
Marcandier.
Nie koniecznie kieliszeczek — niech będzie kieliszek i to spory kieliszek — możesz nawet co rana jeden przyczynić.
Dominik.
Zatem po dwa kieliszki dziennie.
Marcandier.
Jak widzisz bardzo lubię twego pana — i gdyby mu się co złego stało... — z przykrością poszedłbym na pogrzeb!...
Dominik.
To prawdziwe szczęście dla mego pana, że posiada przyjaciela tak szczerego i życzliwego.
Marcandier.
Służącego tak... rozsądnego...
Dominik.
Otóż i pan.
Marcandier.
Ani słowa o tem cośmy mówili!
Dominik.
To się rozumie. (odchodzi)
Scena 8.
MarcandierFrontignac.
Frontignac (wchodzi z prawej)
A! Marcandier!
Marcandier.
Witam! (n.s.) Coraz lepiej wygląda! Dalibóg, zawarł kontrakt z djabłem... czy ten człowiek nigdy już nie zasłabnie... ...ale cierpliwości! (głośno) Czy nie przeszkadzam ci kochany panie Frontignac?
Frontignac.
Chciałem wprawdzie wyjść — ale to nic nie szkodzi...
Marcandier.
Przynoszę panu pensyę za kwartał.
Frontignac.
Jesteś akuratny jak wierzyciel — możnaby sądzić, że przychodzisz zawsze upominać się o dług.
Marcandier.
Nie chwaląc się... trwa to już od lat dziesięciu...
Frontignac.
Nie chwaląc się...
Marcandier.
Za dwa lata zaczynam tracić, a za cztery jestem zrujnowany!
Frontignac.
O! o!
Marcandier.
Zaręczam!
Frontignac.
Nie widzę innej rady jak tylko zamordować się gdzie w jakim lasku.
Marcandier.
Ba! to by było jeszcze gorzej... Mając na mnie podejrzenie... zasądzono by mię do kryminału! —
Frontignac.
Nie myślisz przecie kochany panie Marcandier, że to mówiłem na serjo? Hahaha!
Marcandier (wzdychając)
Wiem, wiem — i szczerze mówiąc — żałuję tego com zrobił.
Frontignac (n.s.)
Co za myśl! wybornie!... (gł.) Zatem powiadasz, że cię smuci nasz kontrakt!
Marcandier.
Oj tak, tak!...
Frontignac.
A — gdybym ci zaproponował naprzykład zerwać układ?
Marcandier.
Co? — co? — co mówisz!
Frontignac.
Zgadzasz się pan?
Marcandier.
On się jeszcze pyta?!
Frontignac.
Słuchaj. Potrzebuję koniecznie pieniędzy.
Marcandier. (n.s.)
Aha! on koniecznie potrzebuje...
Frontignac.
Jeśli się zatem zgadzasz — zwróć mi kapitał — a ja uwolnię cię zupełnie od płacenia mi pensyi....
Marcandier.
Za pozwoleniem... jaka gorączka z pana! — Pańskie 300.000 fr! — Ale cóż znowu! — Byłby to interes połączony ze stratą!
Frontignac.
Z moją stratą — wiem o tem.
Marcandier.
Pan żartuje!... Już wcale dobrze ne wyglądasz....
Frontignac.
Jakto?
Marcandier.
Z dnia na dzień mogę mieć tę błogą nadzieję. —
Frontignac.
Będziesz pan cicho! czy myślisz, że to wielka przyjemność dla mnie gdy mówisz o takich rzeczach?
Marcandier.
Koniec końców.... jesteś pan o dziesięć lat starszy aniżeli w chwili podpisania kontraktu.
Frontignac.
Zatem nie zgadzasz się?
Marcandier.
Tego nie powiedziałem! — (n.s.) On koniecznie potrzebuje... (gł.) Możnaby jednak cośkolwiek urwać z tej sumy...
Frontignac.
Urwać? — a to na co?
Marcandier.
Dwa kroć — zamiast trzy kroć sto tysięcy franków — zgadzasz się pan?
Frontignac.
Dwa kroć? — Hm! — Zresztą pal djabli — dawaj dwa kroć! —
Marcandier. (n.s.)
Coś za prędko przyjął — widocznie ofiarowałem za wiele!
Frontignac.
A zatem zgoda! Cóż teraz trzeba robić?
Marcandier.
Napisać mi mały akcik i podpisać go. —
Frontignac.
(wskazując biurko) Tam jest papier, pióra i atrament.
Scena 9.
Ciż samiDominik.
Frontignac (n.s.)
Zatem rzecz skończona! — Wprawdzie to zmieni cokolwiek mój zwykły tryb życia — ale — ba! — Sebastjan dobry chłopiec — nie żałuję tego...
Dominik (wchodzi)
(tajemniczo) Proszę pana!..
Frontignac (cicho)
Co tam takiego?
Dominik.
Jakaś pani przyszła... jest w buduarze niebieskim.
Frontignac.
Blondynka!
Dominik.
I nieznajoma.
Frontignac (do Marcandiera)
Mój panie — udaj się lepiej do biblioteki... ...będziesz miał większy spokój. To zapewne długo potrwa?
Marcandier.
Naturalnie!
Frontignac.
Przejdź-że proszę... w tej chwili tam przyjdę... Dominik! — zaprowadź pana Marcandiera (cicho) a potem nie ma mnie w domu.
Dominik. (cicho)
Rozumiem! — (n.s. z radością) Teraz poznaję znowu mego pana!
(Marcandier odchodzi z Dominikiem na prawo — Antonia wchodzi z lewej)
Scena 10.
FrontignacAntonia.
Antonia.
Panie!
Frontignac.
Pani Roquamor!!... O jakże ci jestem wdzięczny — droga Antonio! —
Antonia.
Żadnej wdzięczności, panie Frontignac — dokąd nie poznasz przyczyny mojej tu obecności.
Frontignac.
Nic nie chcę słyszeć, piękna Antonio — jesteś u mnie... a więc pragnę cię ubóstwiać...
Antonia.
Przyszłam z prośbą — z wielką prośbą do pana... w twoim ręku mój spokój — mój los — moje szczęście.
Frontignac.
Spokój? los? szczęście? — O mów, mów, życie moje oddałbym za ciebie! (spokojnie) Czem mogę pani służyć?
Antonia.
Prawdziwie sama nie wiem czemu przypisać, czy mojej nierozwadze, czy niewinnym zamiarom, czy lekkomyślności, roztrzepaniu, — poséłając panu zaproszenie na koncert, zapomniałam się do tego stopnia iż dopisałam u dołu zaproszenia post-scriptum, zupełnie nie na swojem miejscu.... mogłoby mię to kompromitować... Zaklinam więc pana, abyś zważywszy na moją osobę, na okoliczności, jakieby zajść mogły, abyś zechciał łaskawie oddać mi ten list — który nierozważnie podpisałam.
Frontignac.
Oddać ten list — tak mi drogi — jedyną pamiątkę jaką mam od pani. Oddać ten list... który zawsze na sercu noszę — który stanowi jedyną pociechę mego życia — całe szczęście moje. O nie, nie, droga Antonio — ty tego odemnie nie żądasz — wszak prawda — nie wymagasz przecie, abym się rozstał z tym skarbem, który...
Antonia.
Uspokój się pan — na Boga. Błagam cię — oddaj mi ten list, mój mąż bardzo zazdrośny — gdyby go kiedy zobaczył u ciebie...
Frontignac.
Nie obawiaj się moja droga. (n.s.) Dałem za ten list 25 luidorów — za drogo mię kosztował...
Roquamor (za sceną)
Ale powiadam, że tutaj musi być! Szedłem krok w krok za nią! —
Antonia.
Głos mojego męża!
Frontignac.
Mąż pani!? — a do djabła! — Słyszałem, że jest okrutnie zazdrośny.
Antonia.
Musiał mię śledzić! — Jestem zgubiona!
Frontignac. (n.s.)
Djabli nadali!
Roquamor (za sceną)
Puszczaj stary gapiu!
(wchodzi z hałasem)
Antonia (prędko do Frontignaca)
Zimnej krwi, potakuj wszystkiemu co powiem.
Scena 11.
Ciż samiRoquamor.
Roquamor.
Nie omyliłem się!
Antonia (do Frontignaca)
Tylko czy przypadkiem piece nie dymią?
Frontignac.
Co — piece? — jakie piece?
Roquamor.
Piece? — (gł.) Pani! —
Antonia (udając zdziwienie)
Ty tutaj!... Jakie szczęśliwe spotkanie! dobrze, żeś przyszedł.
Frontignac. (n.s.)
Co ona mówi?
Roquamor.
Co? co?
Antonia.
Powiesz mi twoje zdanie.
Roquamor.
Moje zdanie? — Gdy ciebie tu znajduję! — bardzo krótkie moja kochana pani.
Antonia.
To pomieszkanie jest do wynajęcia — ponieważ mamy się przeprowadzać — zwiedzam — —
Frontignac.
(n.s.) Jakto — do wynajęcia?.. (cicho) Ale pozwól pani, jednak....
Antonia (cicho)
Na miłość boską — potakuj! Czy chcesz mię zgubić?!
Frontignac.
Nie... ale....
Roquamor (podejrzliwie)
Aha! — Więc to dla oglądania pomieszkania?
Antonia (naiwnie)
A do czegożby więcej mój mężu?
Frontignac.
A tak! — Więcej — do niczego. Słowo honoru... (n.s.) Sprytna kobieta — podoba mi się! ———
Roquamor.
Zatem pomieszkanie to.....
Antonia (wpadając)
Prześliczne.... Ośm okien frontowych — wszak prawda?
Frontignac.
W samej rzeczy — ośm!
Antonia.
Salon, salonik, dwa buduary, biblioteka, trzy pokoje sypialne, dwa przedpokoje — gabinet toaletowy — czy tak?
Frontignac.
Tak — toaletowy — i inne...
Antonia.
Dwie piwnice — prawda?
Frontignac.
Dwie. (nagle) A! Zwiedźmy może piwnice — co?
Roquamor.
Niepotrzeba. Znam całe pomieszkanie i właściciela.
Frontignac.
Carbonnel, — mój przyjaciel.
Roquamor.
Nasz przyjaciel. Pan płaci za to pomieszkanie?...
Frontignac.
5.000 franków.
Antonia.
Które pan Frontignac zniża na 2.000... ...dopóki termin nie upłynie.
Frontignac.
Co? co?
Antonia.
Ponieważ jest zmuszony przeprowadzić się.
Roquamor.
A! to zmienia postać rzeczy... zatem pan spuszczasz na 2.000....
Frontignac.
Kto? ja? — (n.s.) Bardzo sprytna kobieta! zaczyna mi się niepodobać....
Roquamor.
W takim razie zgadzam się z ochotą.
Frontignac.
Tylko zważ pan — piece bardzo dymią!
Roquamor.
E, to drobnostka.
Antonia.
Nic nie znaczy.
Frontignac. (zbity z tropu)
Drobnostka — nic nie znaczy? (n.s.) Zanadto sprytna kobieta! — Wcale mi się nie podoba!
(Marcandier wchodzi z prawej)
Scena 12.
Ciż samiMarcandier.
Roquamor.
Powiedz mi pan jednak — dlaczego jesteś przymuszony opuścić to mieszkanie?
Frontignac.
Jestem przymuszony... nie będąc wcale przymuszonym... Waham się jeszcze....
Roquamor (podejrzliwie)
Zatem?
Antonia.
Ale nie. Pan de Frontignac nie waha się wcale — tembardziej, że jest chory....
Frontignac.
Ja? — Chory?!
Antonia (cicho)
On by mię zabił!
Roquamor.
A! pan jesteś chory....
Frontignac.
Tak... jestem... (n.s.) Djabli nadali!
Marcandier (n.s.)
Co? — Frontignac, chory?
Frontignac.
Niebezpiecznie.... chory.
Antonia.
Piersi — płuca — Najwyższy czas odetchnąć południowem powietrzem.
Marcandier (n.s.)
On mnie oszukiwał.
Frontignac.
Ale... zapozwoleniem... ja nie mam wcale chęci wyjeżdżać... cóż znowu... zresztą jeszcze zima...
Antonia (cicho)
Kaszlnij proszę cię — jeszcze mnie podejrzywa — nie uwierzył zupełnie.
Frontignac.
Co? — mam... aha! (kaszle)
Antonia.
Biedny! biedny nasz Frontignac!
Roquamor.
Drogi przyjacielu!
Marcandier (wychodząc)
(n.s.) Ba! to zmienia postać rzeczy.
Antonia (sadzając Frontignaca w krzesło)
Prędko! — szklankę wody!
Roquamor
(bijąc go pięścią w kark) Z cu — krem — cu — krem!!
Frontignac. (n.s.)
Do licha — coś naprawdę na kaszel mi się zbiera — (kaszle) ... o niepodoba mi się! zanadto sprytna kobieta! (kaszle) Duszę się!!! (kaszle)


Zasłona spada.


Koniec aktu 2go.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Jan Kazimierz Zieliński.