Przejdź do zawartości

Charles Dickens (Chesterton, 1929)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gilbert Keith Chesterton
Tytuł Charles Dickens
Wydawca Wydawnictwo „Alfa”
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Stołeczna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Godlewska
Tytuł orygin. Charles Dickens
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ III
Młodość Dickensa.

Niektóre popularne terminy mają tyle obrazowości, że nawet gdy są rozmyślnie śmieszne, stają się mimowoli twórczemi. Pamiętam naprzykład, że jakiś zagorzały mówca ateistyczny w Hyde Parku użył, mówiąc o jakimś księdzu, wyrażenia „sternik niebiański“. Późniejsze badania wyjaśniły mi, że powiedzenie to miało być ośmieszające, a nawet urągliwe. Lecz, kiedy pod swieżem wrażeniem szedłem do domu, słowa te brzmiały mi w uszach jak najpiękniejszy poemat. Nie wiele pobożnych podań zdobyło się na obraz tak niezwykły: sternik oparty na sterze ponad pustemi niebiosami holuje swój ładunek dusz powyżej samotnych obłoków. Jest to obraz godny liryki Shelleya. Albo przykład w innym języku: Francuzi mają cudowne wyrażenie na określenie leniwych chłopaków: — „il fait l‘école buissonière“. Idzie do szkoły w zaroślach. Jak świetnie ów przypadkowy termin „szkoła w zaroślach“ określa znaczną część współczesnych pojęć o wychowaniu zbliżonem do natury. Te parę słów wyraża całą poezję Wordswortha. całą filozofję Thoreau i ma niemniejszą od nich wartość literacką.
Otóż jest jedno z pomiędzy miljona natchnionych wyrażeń narzecza ludowego, które lepiej określa pewne właściwości Dickensa, niż całe stronnice komentarzy. Wyrażenie to zastosował raz bardzo trafnie sam Dickens. Kiedy Sam wysyła Joba Trottera na beznadziejne poszukiwanie obrońcy sądowego pana Perkera, pomocnik pana Perkera wyraża Jobowi swoje współczucie z powodu spóźnionej pory, a także i dlatego że drzwi wszystkich domów są zamknięte i mówi: „Przyjacielu, posiadasz klucz od ulicy“. Pomocnik pana Perkera, arogancki, złośliwy młodzieniec, może uzyskać przebaczenie jeśli użył to wyrażenie w sposób pogardliwy i impertynencki. Miejmy jednak nadzieję, że Dickens nie nadawał mu tego znaczenia, że odczuł obrazowość i trafność tych słów, gdyż sam miał „klucz od ulicy“ w najpoważniejszem i najświętszem tych słów znaczeniu. Jeśli się od jakiejś rzeczy odgradzamy, rzecz ta nas wyklucza. Jeśli odgradzamy się od ulicy, ulica nas wyklucza. Mało kto rozumie ulicę. Jeśli nawet na nią wkraczamy, czynimy to tak jakbyśmy wchodzili do cudzego pokoju lub domu. Mało kto przejrzał wspaniałą zagadkę ulicy i dziwaczną jej ludność: przechodnia, ulicznika — koczownicze plemię, które od pokoleń zazdrośnie strzeże swej tajemnicy w pełnym blasku słońca. Ulicę w nocy znamy jeszcze mniej. Ulica w nocy, to olbrzymi gmach o zatrzaśniętem wejściu. Lecz właśnie Dickens, jak chyba nikt inny, posiadł klucz od ulicy; gwiazdami były dla niego lampy uliczne, bohaterami — ludzie ulicy. Umiał otwierać najwewnętrzniejsze drzwi swego domu, drzwi prowadzące do tajnego przejścia, które ma obramowanie z domów, a dach z gwiazd.
Ciche przeobrażenie w obywatela ulicy nastąpiło w czasie ponurych dni dzieciństwa, kiedy Dickens pracował w fabryce. Po ukończeniu godzin pracy dawał się porywać prądowi i wałęsał się po ulicach Londynu. Był dzieckiem skłonnem do marzeń, a rozmyślał przeważnie o swej posępnej przyszłości. Wiele jednak widział i zapamiętał na licznych ulicach, któremi przechodził. Zupełnie bezwiednie obrał najodpowiedniejszy ku temu sposób. Nie obserwował z premedytacją, według recepty pedantów; nie patrzył na Charing Cross, aby wzbogacić swój umysł; nie liczył latarni w Holborn aby rozwinąć swoje zdolności rachunkowe, poprostu przeżywał w tem otoczeniu potworny dramat swej umęczonej duszyczki. Ciemność otaczała go wśród latarni Holborn, a na Charing Cross bywał ukrzyżowany. I już na zawsze dzielnice te zachowały dla niego piękno, które cechuje pola bitew. Gdyż umysł nasz nigdy nie potrafi zapamiętać wydarzenia w którem nie braliśmy udziału. Jedyny sposób, aby utrwalić na zawsze w pamięci jakąś miejscowość, to przeżyć tam godzinę. Jedyny zaś sposób przeżycia godziny w jakimś miejscu, to na godzinę o tem miejscu zapomnieć. Niezatarte krajobrazy, które się widzi przymknąwszy oczy, nie są widoki, w które wpatrywaliśmy się za radą przewodnika, lecz te, na które nie patrzyliśmy wcale; to widoki, mimo których przechodziliśmy myśląc o czem innem, o grzechu, o miłostce, lub o dziecinnym smutku. Tło występuje we wspomnieniu ponieważ go wtedy nie zauważyliśmy. Tak było z Dickensem; to nie miejscowości wyryły mu się w pamięci, raczej on je naznaczył piętnem swego umysłu. Ulice Londynu zachowały dla niego na zawsze śmiertelnie romantyczne zabarwienie. Były skąpane w purpurze jego młodocianych tragedyj.
Oto tajemnica wstrząsającego realizmu jakim Dickens ożywia ponure zaułki Londynu. Są w jego opisach szczegóły, jak okno, poręcz, lub dziurka od klucza, które żyją życiem wprost niesamowitem. Rzeczy nabierają zaprawdę więcej życia niż go mają w rzeczywistości. Ten stopień realizmu w życiu nie istnieje, jest to upiorny realizm snu, a osiągnąć go można tylko jeśli się spaceruje po jakiejś miejscowości marząc o czem innem; nie osiągnie się go nigdz zapomocą bacznej obserwacji. Dickens daje doskonały przykład jak owa upiorna drobiazgowość nawiedzała go w chwilach największego roztargnienia. Wspomina jedną z kawiarni, do których lękliwie uczęszczał w czasach swej smutnej młodości, a która znajdowała się na St. Martin’s Lane.
„Pamiętam to jedno, że była w pobliżu kościoła i że na drzwiach od ulicy miała napis „kawiarnia“, umieszczony na owalnem szkle. Kiedy się tylko znajdę obecnie w kawiarni, która ma od ulicy napis na szkle, i przeczytam na odwrót słowo „ainraiwak“, (jak to robiłem wówczas wśród posępnych marzeń), doznaję gwałtownego wstrząsu“.
Owo dziwaczne słowo „ainraiwak“ to motto prawdziwego realizmu, to arcydzieło zdrowej realistycznej zasady, że często niezbity fakt bywa najfantastyczniejszym. Dickens stosuje wszędzie ten rodzaj czarodziejskiego realizmu. W jego świecie martwe przedmioty żyją. Data na drzwiach tańczy nad głową pana Grewgiousa, kołatka szczerzy zęby do pana Scrooge‘a; rzymianin na plafonie wskazuje palcem na pana Tulkinghorna; stary fotel spogląda figlarnie na Toma Smarta, wszystko to są ainraiwakskie rzeczy, które człowiek spostrzega, bo się na nie nie patrzy.
W ten właśnie sposób mały Dickens zdickensował Londyn i przygotował drogi dla wszystkich swych bohaterów i gdziekolwiek by się zakradli Dickens był tam przed nimi. Najdziwaczniejsze zewnętrzne wydarzenia, które opisywał, były mniej nieprawdopodobne niż to co się w nim samym działo. Najekscentryczniejsze jego postacie, były mniej ekscentryczne od niego samego. Klucz jego twórczości leży zapieczętowany wśród milczących lat, o których nie napisał jednego słowa. Być może że lata te przyniosły mu szkodę, wyrabiając — według słusznej uwagi biografa jego Fostera — rodzaj gwałtownego indywidualizmu, który zabłysnął parę razy jak nawpół ukryty sztylet. Był szlachetny, lecz życie obeszło się z nim tak srogo, że nie zawsze bywał łatwy w pożyciu. Miał dobre serce, lecz nie zawsze bywał w wesołem usposobieniu. Możliwe także, że owe lata, przez swą dziwną mieszaninę chorobliwej wyobraźni i rzeczywistości, wzmogły u Dickensa skłonność do przesady. Nie należy jednak nad tem boleć jeśli chodzi o twórczość literacką; wszak przesada, to nieomal ścisłe określenie sztuki, a zupełnie ścisłe określenie jeśli chodzi o sztukę Dickensa. Te lata zadały być może wiele ran jego sercu i duszy, ran, z których się nigdy nie wyleczył, lecz dały mu także: „klucz od ulicy“.
W duszy urodzonego optymisty istnieje dziwna sprzeczność: może być szczęśliwy i nieszczęśliwy zarazem. Nieszczęścia i smutne przejścia lat młodzieńczych nie przeszkodziły Dickensowi gromadzić humorystycznych wspomnień, któremi później zapełniał wszystkie swoje dzieła. Czuł się bezwątpienia nieszczęśliwym w nędznym domku gdzie matka jego założyła szkołę, a jednak zaobserwował tam niezgłębioną groteskowość małej pokojówki, którą unieśmiertelnił jako „Margrabinę“. Był niewątpliwie pozbawiony wszelkich wygód w pensjonacie pani Roylance, lecz ze straszliwą radością zauważył, że pani Roylance nazywa się Pipchin. Zdaje się, że niema przeszkód aby tworzyć komedję przeżywając tragiczne przejścia. Te dwa czynniki mogą istnieć równocześnie w tym samym umyśle. Dickens opisuje w swej nieskończonej „autobiografji“, pewne szczególniej żywe i pełne charakteru zdarzenie, które powtarza następnie prawie dosłownie w „Dawidzie Copperfieldzie“. Chodziło o prośbę, wystosowaną na ręce króla, przez komitet więźniów z Marshalsea. Na prezesa komitetu wybrano ojca Dickensa, prawdopodobnie ze względu na jego krasomówstwo; ofiarowano mu również godność sekretarza komitetu, prawdopodobnie ze względu na jego zamiłowanie do piśmiennictwa.
„Wszyscy ważniejsi członkowie komitetu, którzy zdołali wcisnąć się do pokoiku podpisali prośbę. Stary mój przyjaciel, kapitan Porter, (umyty tego dnia, ze względu na ważność chwili), stanął blisko stołu, aby móc czytać prośbę tym, którzy tekstu jej nie znali. Wówczas otwarto drzwi i więźniowie zaczęli wchodzić długim szeregiem, zatrzymując się na korytarzu, aby dać możność wyjścia tym co już prośbę podpisali. Kapitan Porter zapytywał każdego: „Czy pan chce abym prośbę odczytał?“ Jeśli kto choć najlżejszą chęć okazał, kapitan głośno i dobitnie czytał do ostatniego słowa. Pamiętam rozkosz z jaką wymawiał wyrazy: „Najjaśniejszy Panie“ — „Wasza Królewska Wysokość“ — „Nieszczęśliwi poddani Waszej Królewskiej Wysokości“. — „Znana wspaniałomyślność Waszej Królewskiej Wysokości“ — jak gdyby słowa te były wyjątkowo smaczne i prawdziwe. Mój biedny ojciec przysłuchiwał się z odrobiną autorskiej dumy i wpatrywał się dobrodusznie w duży gwóźdź na przeciwległej ścianie. Jestem przekonany że siedząc w swoim kąciku, odczuwałem — w równym stopniu, jakbym je odczuwał obecnie — komiczne a zarazem wzruszające cechy sceny, której byłem świadkiem. W każdym podpisującym widziałem bohatera historyjki przezemnie wymyślonej“.
Widzimy tu zupełnie jasno, że kiedy w późniejszem życiu Dickens sięgał pamięcią w przeszłość, humorystyczna ocena ówczesnych wydarzeń nie była dla niego nowością. Już we wczesnem dzieciństwie bywał rozśmieszony i zrozpaczony zarazem. Obydwa uczucia istniały w nim równocześnie w równie silnym stopniu. Dusza jego nie przypominała koloru pochodniego, np. fijoletowego lub szarego, gdzie trudno podstawowe barwy rozróżnić. Dusza jego była podobna do jedwabiu przetykanego czernią i purpurą, do jedwabiu przetykanego rozpaczą i radością. Przyjemności i małe dziwactwa Dickensa, widziane z zewnątrz, mają jeszcze więcej wzruszających cech niż jego smutki. Pewnego razu poważna figurka wkroczyła do szynku na Parliament street, i przemówiła w następujący sposób: „Ile u pana kosztuje najlepsze, ale doprawdy najlepsze piwo?“ „Dwa pensy“ odpowiedział właściciel. „Proszę o kufel tego piwa, tylko żeby był z czubem“.
„Właściciel“, opisuje dalej Dickens, „z dziwnym uśmiechem zmierzył mnie od stóp do głów, a zamiast nalewać piwo zajrzał za parawan i powiedział coś do żony, która natychmiast wyszła z robotą w ręku. Zaczęli mnie oboje rozpytywać o moje nazwisko, mieszkanie, zajęcie, etc. etc. Nie chcąc nikogo skompromitować dawałem zmyślone odpowiedzi. Dali mi piwa, ale mocno podejrzewam, że nie było najmocniejsze jakie mieli. Następnie gospodyni otworzyła drzwiczki od lady i, nachyliwszy się nademną, pocałowała mnie“.
Dickens dotyka tu innej strony życia prostych ludzi, której się stał rzecznikiem. Chce wykazać, że nic tak nie smakuje jak piwo na uczcie biedaka, i że niema większych przyjemności niż przyjemności ubogich. W innych jadłodajniach okazywał jeszcze więcej pewności siebie.
„Pamiętam, jak pewnego dnia zawinąłem w brązowy papier chleb, który mi dano w domu, aby mu nadać wygląd książki, i wyszedłem do najwspanialszej sali w zakładzie Johnsona „Boeuf à la mode“ na Clare Court, Drury Lane. Obstalowałem sobie dumnie małą porcję „boeuf à la mode“ i zjadłem ją zagryzając swoim chlebem. Nie wiem co pomyślał kelner o dziwacznej małej zjawie, która przyszła samopas. Pamiętam, że wpatrywał się we mnie ze zdumieniem kiedy jadłem, i zawołał na kolegę, aby się z nim podzielić wrażeniami. Dałem mu pół pensa, a teraz przykro mi że przyjął ten napiwek“.
Przyszłość przedstawiała się chłopcu coraz posępniej. Właściwie to zdanie nie odzwierciadla prawdziwego położenia, bo według odczucia chłopca nie było to pogorszenie istniejącego stanu rzeczy; była to raczej nieodwołalność cichej klęski, coś jak zapadanie zmierzchu i ciemności. Miał wrażenie że umrze i będzie pochowany w czernidle. Zdaje się że rodzicom opowiadał mało o swych przeżyciach: pędzili oni napewno weselsze życie w więzieniu aniżeli Dickens na wolności. Skrytość dzieciństwa jest najwięcej tajemniczem i niewytłumaczonem ze wszystkich dziwactw, jakiemi człowiek wykazuje swą bezrozumność. Dowiadujemy się o okrucieństwach popełnianych w niektórych szkołach i fabrykach od dziennikarzy, od inspektorów, od lekarzy, nawet od skruszonych nauczycieli i pracodawców, lecz przenigdy od ofiar — od samych dzieci. Widocznie żywą istotę powinno się kształcić, jak w sztukach pięknych, w sztuce krzyczenia kiedy coś boli. Widocznie cierpliwość jest darem przyrodzonym, zaś niecierpliwość — talentem nabytym, jak umiejętność gry w whista. W każdym razie jest najzupełniej pewnem, że Dickens mógł zapracować się i umrzeć z wysiłku w fabryce i pochować niezrodzonego Pickwicka, gdyby nie prosty przypadek.
Jak już wspomniałem, Dickens miał zwyczaj co tydzień odwiedzać ojca w Marshalsea. Rozmowa między ojcem a synem musiała być komedją okrutniejszą, a zarazem dowcipniejszą, niż wszystko co Dickens kiedykolwiek opisał. Jedynie Meredith mógł był odtworzyć porównanie między dzieckiem, które cierpiało jak potępieniec nad swemi dziecinnemi strapieniami, a człowiekiem dorosłym, który na minę całego swego życia zapatrywał się z beztroską niemowlęcia. Pewnego razu chłopak — doprowadzony może do rozpaczy nieznośną lekkomyślnością swego wymownego tatki — nie wytrzymał i zaczął błagać o zwolnienie z fabryki; prosił, jak się zdaje, z gwałtowną i prawie przerażającą wymową. Stary optymista zdumiał się, zdumiał tak bardzo, że aż nic nie przedsięwziął dla wysłuchania prośby. Czy wydarzenie powyższe miało cośkolwiek wspólnego z rozwojem wypadków, nie wiadomo; przypuszczalnie nie miało, a ostateczną przyczyną uwolnienia Karola stała się kłótnia między jego ojcem a dyrektorem fabryki Lamertem. Dickens starszy, (który nareszcie Marshalsea opuścił) posiadał z pewnością dar prowadzenia kłótni nie gorzej od Micawbera. W każdym razie swoją sztuką doprowadził pana Lamerta do stanu białej złości. Dyrektor miał z Karolem burzliwą rozmowę, podczas której starał się zapanować nad sobą, ale nie potrafił się powstrzymać od słów prawdy o starym Dickensie. Ostatecznie zapowiedział chłopcu że musi odejść, i malec został wydalony ze swego piekła z wszelkiemi honorami.
W tym wypadku matka okazała dziwną surowość; pragnęła kłótnię załagodzić i odesłać chłopca do fabryki. Może czuła ostrym kobiecym instynktem, że należy przedewszystkiem unikać długów. Lecz stary Jan Dickens uparł się. Okazał ową hałaśliwą silną wolę, za pomocą której, (raz na dziesięć lat i często w rzeczy błahej), najsłabszy mężczyzna bierze górę nad najsilniejszą kobietą: chłopak czuje się nieszczęśliwy w fabryce, chłopak jest zdolny, niech idzie do szkoły. I chłopak został oddany do Wellington House Academy, na Mornington Place. Wejść ze świata do szkoły, zamiast wyjść ze szkoły w świat, było to ciekawe doświadczenie. Można powiedzieć że dziecinne lata nastąpiły u Dickensa po latach młodzieńczych. Poznał życie z najbrutalniejszej strony, zanim zaczął się do życia przygotowywać; prawdopodobnie znał najgorsze słowa angielskiego języka, zanim się najpiękniejszych nauczył. Dickens zachował tę dziwaczną chronologję w swem autobiograficznem opowiadaniu o przygodach Dawida Copperfielda; Dawid pracował u Murdstona i Grinby‘ego, zanim poszedł do szkoły doktora Stronga; Dawid miał być również pieczołowicie przygotowywany do wejścia w świat, który poznał już przedtem. Mało posiadamy wiadomości o szkolnych latach Dickensa, poza Dawidem Copperfieldem; dadzą się one sprowadzić do kilku światełek rzuconych przez przygodnych towarzyszy. Nie wiele można z nich wywnioskować o jego indywidualności, prócz ogólnego wrażenia pewnego junactwa, bystrości, żywych oczu i dowcipnej mowy. Prawdopodobnie chłopiec odzyskiwał siły po minionych niepowodzeniach; używał swobody; trzepotał skrzydłami szalonego ducha, który o mało co nie został złamany. Słyszymy o rzeczach, które brzmią zupełnie dziecinnie po przeżytych kłopotach dojrzałego wieku; o tajnym języku, który był właściwie niezrozumiałym szwargotem; o małym teatrzyku bardzo kolorowym i ognistym, w rodzaju tego, który Stevenson ukochał. Nie jest to prosty zbieg okoliczności że Dickens i Stevenson polubili ów teatrzyk. Taka scenka nie nadaje się do psychologicznego realizmu. Tekturowe postacie nie wywoływałyby żadnego wrażenia, analizując, się wzajemnie. Ale ten teatrzyk nadaje się poprostu cudownie do stworzenia tła, otoczenia i sytuacyj specjalnie romantycznych. Teatr lalek to przeciwieństwo teatru amatorskiego. Aktorzy teatru amatorskiego mogą dać wiele, ale nie należy stawiać wielkich wymagań co do dekoracji; w teatrach lalek zaś można zrobić co się chce w kierunku wystawy, ale nie należy stawiać wymagań co do gry aktorów. Z trudnością dałby się tam odegrać nowoczesny djalog o małżeństwie, natomiast wystawienie sądu ostatecznego przyszłoby zupełnie łatwo.
Po ukończeniu szkoły, Dickens dostał posadę u pana Blackmore, obrońcy sądowego. Został jednym z tych skromnych urzędników, których groteskowe sylwetki znajdujemy niejednokrotnie w jego dziełach. Tam spotykał napewno Lowtena i Swivellera, Chuckstera i Wobblera, o ile wogóle tak niebiańskie postacie bywały ucieleśnione na tej ziemi. Dickens nie miał ochoty pozostać nadal urzędnikiem; jest to rys dla niego charakterystyczny. Mocne postanowienie wyniesienia się, które tkwiło w nim już wtedy gdy jako dziecko patrzył na wzgórze Gad‘s Hill, przytłumione, lecz nie zgaszone rutyną fabrycznej pracy, ożywiło się za powrotem do normalnego życia w szkole, i nie mogło się teraz zadowolnić przepisywaniem umów. Bez niczyjej rady i pomocy, wziął się Dickens do pracy aby się wykształcić na reportera. Cały dzień ślęczał nad prawem, a całą noc nad stenografją. Stenografja jest to nauka, którą posiąść można jedynie przez wprawę. Dickens poświęcał jej nadliczbowe godziny pracy. Uczył się w najgorszych warunkach, bez nauczyciela, bez możności intensywnej nauki, poświęcał najkonieczniejsze godziny snu i stał się jednym z najlepszych reporterów swej epoki. Zachodzi ciekawy kontrast między przypadkowością, wykształcenia jakie pobierał przy pomocy rodziców, a zawziętą powagą z jaką się sam kształcił. Pewnego dnia, ktoś zapytał Dickensa ojca, gdzie wychowywał się syn jego Karol „Ach! doprawdy“ rzekł stary pan w sposób wymijający, sobie właściwy, „można powiedzieć — ahm — że sam się wychował“. Zaprawdę można.
Owa gorliwa pracowitość Dickensa zasługuje na uwagę, gdyż rzuca światło na pewne sprzeczności jego charakteru, a raczej na to co wydaje się sprzecznością w rozumieniu psychologji współczesnej. Przeciwstawiamy zawsze ludzi silnych ludziom słabym. Dickens zaś był nie tylko równocześnie człowiekiem silnym i człowiekiem słabym, ale człowiekiem bardzo silnym, a zarazem bardzo słabym. Miał wszystkie cechy tego co potocznie zwiemy słabością charakteru; był zdolny w każdej chwili rozpłakać się jak dziecko; był niezmiernie drażliwy na krytykę, można powiedzieć że brakowało mu zwierzchniego naskórka; był tak nerwowy, że wielkie dramaty jego życia pochodziły często li tylko z nerwów. Lecz w okolicznościach gdy przeciętnie silny typ wykazuje nędzną słabość, w rzeczach dotyczących skupionej pracy, jasno wytkniętego celu, i niezwalczonej życiowej odwagi, bywał nieugięty jak stal.
Pani Carlyle, której spostrzeżenia o ludziach poruszały często odpowiednią strunę, rzekła raz o Dickensie: „On ma twarz ze stali“. Prawdopodobnie odczuła to nagle przez jedną chwilę, kiedy zobaczyła jego jasną, skupioną twarz, odcinającą się od otaczających go osób. Wszyscy ci co go spotykali rok za rokiem widzieli człowieka coraz bardziej skłopotanego upadkiem swego powodzenia w świecie, a przecież co roku powodzenie jego wzrastało i wynosiło go pod niebiosa. Był to człowiek niezmiernie trudny do zrozumienia dla ludzi o spokojnym temperamencie, miał charakter, który każdy był w możności zranić, lecz nikt go zabić nie mógł.
Mając zaledwie lat dziewiętnaście, został reporterem z izby gmin. Stary Dickens wypuszczony z więzienia na krótko przed tem nim Karol opuścił swoje, obrał sobie także, między innemi, zajęcie reportera. Stary Dickens wykonywał każdą pracę z przyjemnością, lecz bez żadnej specjalnej ambicji w kierunku dobrego jej wykonania. Temperament Karola był wręcz przeciwny; trawiło go zajadłe, gorączkowe pragnienie odznaczenia się. Pracował nad stenografją z ponurem oddaniem, jak gdyby chodziło o święte hieroglify; co nie przeszkadzało mu że o swej nauce, jak o wszystkiem innem zresztą, pisał w sposób dowcipny i obrazowy. Opowiada jak po nauczeniu się całego alfabetu napotkał: „szereg nowych strachot, najnieznośniejsze znaki jakie kiedykolwiek spotykałem. Koniecznie naprzykład obstawały za tem, aby jakiś zarodek pajęczyny oznaczał „wyczekiwanie“, zaś raca atramentowa zastępowała słowo „niekorzystny“, było to zupełnie beznadziejne“. Lecz znamiennem jest zdanie jednego z kolegów Dickensa, który doszedł do przekonania że: „Nie było nigdy tak znakomitego stenografa“.
Dickens został stenografem, następnie reporterem, wreszcie pierwszorzędnym dziennikarzem. Dostał posadę sprawozdawcy mów parlamentarnych, najprzód z ramienia dziennika „The True Son“, następnie „The Mirror of Parliament“, a wreszcie „The Morning Chronicie“. Sprawozdania były pisane doskonale, dużo lepiej niż na to zasługiwała — według osobistych przekonań Dickensa — treść przemówień. Gdyż musimy pamiętać że Dickens pojawił się na galerji sprawozdawców, przesiąknięty triumfalnym radykalizmem, który wówczas ogarniał świat. Wyznać należy, że mało go wzruszała powaga matki wszystkich parlamentów, izbę gmin, zarówno jak izbę lordów, uważał za rodzaj czcigodnej humoreski. Może właśnie wówczas, gdy blady i zmęczony czuwał na galerji sprawozdawców, zrodziło się w nim uczucie, z którym przeszedł przez życie, uczucie niezgłębionej pogardy dla angielskiej konstytucji. Może wówczas wysłuchał na ławach rządowych nieśmiertelną pochwałę „ministerstwa omówień“.
„Wówczas szlachetny lord, lub jaśnie wielmożny gentleman, któremu przypadała obrona ministerstwa omówień, chował do kieszeni pomarańczę i rozpoczynał walną bitwę. Stawał przed izbą bijąc pięścią w stół, i piędź po piędzi zdobywał teren na swym szlachetnie urodzonym przeciwniku. Stawał przed izbą aby swemu szlachetnie urodzonemu przeciwnikowi dowieść, że ministerstwo omówień jest nie tylko bez winy w danej sprawie, ale że postąpiło w sposób godny pochwały, że należy go za tę sprawę wynosić pod niebiosa. Stawał przed izbą, aby oznajmić szlachetnie urodzonemu gentlemanowi, że chociaż ministerstwo omówień ma zawsze słuszność, i to zupełną słuszność, nigdy jednak tak słusznie nie postąpiło jak w danej sprawie. Stawał przed izbą, aby wyjaśnić szlachetnie urodzonemu przeciwnikowi, że byłby postąpił zgodniej ze swym honorem, że przyniosłoby mu większy zaszczyt, że dałby dowód dobrego smaku, że postąpiłby zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i zgodnie z połową słownika komunałów, gdyby był zostawił w spokoju ministerstwo omówień i nigdy sprawy tej nie dotykał. Następnie zezował w stronę podpowiadacza z ministerstwa omówień i ścierał w proch szlachetnie urodzonego gentlemana, przytaczając sprawozdanie ministerstwa omówień o danej rzeczy. I choć nieodmiennie zachodziły dwa wypadki, a mianowicie: albo ministerstwo omówień nie miało nic do powiedzenia i oznajmiało ten fakt, albo miało coś do powiedzenia, a w takim razie szlachetny lord, albo szlachetnie urodzony gentleman, wykrztuszał z trudem połowę sprawozdania, a o połowie zapominał. Mimo to usłużna większość uchwalała niezmiennie że ministerstwo omówień jest nieskalane“.
Utarło się mniemanie że Dickens położył kres nadużyciom i że powyższy opis już nie odzwierciadla życia publicznego obecnej doby. Takie jest w każdym razie sprawozdanie ministerstwa omówień w tej sprawie. Dickens, jak na dobrego radykała przystało, wolałby zapewne abyśmy prowadzili dalej walkę, zamiast wysławiać jego zwycięstwo; tembardziej że do zwycięstwa daleko, Anglją w dalszym ciągu rządzi rodzina Barnacle‘ów. W dalszym ciągu nad parlamentem przewodzi słynna trójca Barnacle‘ów; poważny stary Barnacle, który wiedział że ministerstwo omówień to protekcja; młody a trzeźwy Barnacle, który wiedział że ministerstwo omówień to oszukaństwo; i najmłodszy głupkowaty Barnacle, który o ministerstwie omówień nic nie wiedział. Nasze gabinety ministrów składają się wyłącznie z ludzi tych trzech kategoryj. Mówimy o tyraństwach i nieprawidłowościach, które Dickens wyśledził, jako o rzeczach przeszłości. Wierzymy, że minęły na zawsze dni dawnego głupiego optymizmu i dawnej brutalnej obojętności. Prawdę powiedziawszy ta wiara to pod inną postacią ten sam dawny głupi optymizm i dawna brutalna obojętność. Wierzymy w Anglję wolną i czystą, bo wciąż wierzymy sprawozdaniom ministerstwa omówień. Pogoda naszego ducha sięga daleko. Wierzymy że Anglja rzeczywiście zaprowadziła reformy; wierzymy że Anglja jest szczerze demokratyczna; wierzymy, że angielska polityka jest nieprzekupna. Nasz spokój i zadowolenie nie dowodzą wcale że Dickens zwyciężył Barnacle‘ów, przeciwnie, wykazują że zwyciężyli Barnacle‘owie.
Nie należy więc zapominać, czytając Dickensa, o jego młodym radykalizmie w stosunku do wszystkich instytucyj. Wywody jego są zabarwione pewnym rodzajem radosnej niecierpliwości. Kiedy Dickens musiał wysłuchiwać godzinnych mów szlachetnego lorda w obronie ministerstwa omówień, to znaczy wysłuchiwać tego co uważał za ostatnią pozostałość nikczemnej oligarchji, niecierpliwość brała w nim górę nad radością. Jego nieuleczalnie ruchliwe usposobienie znajdowało więcej zadowolenia w dziennikarskich wędrówkach. Jako sprawozdawca z wieców politycznych z ramienia dziennika „Morning Chronicle“ uprawiał warjacką jazdę karetkami pocztowemi.
„W starym „Morning Chronicie“ rządzili prawdziwi panowie, którym nie żal było służyć. Czy chodziło o sprawy mniejszej czy większej wagi nie skąpili pieniędzy. Przedstawiałem rachunek za sześciokrotne połamanie karetki na przestrzeni trzydziestu sześciu mil; przedstawiałem rachunek za płaszcz pokapany woskiem ze świecy, przy której pisałem późną nocą, w karetce pędzącej co koń wyskoczy“. A dalej: „Często pisywałem do druku ważne sprawozdania ze stenograficznych notatek. Rzecz wymagała najściślejszej dokładności. Najdrobniejsza omyłka mogła być bardzo kompromitującą dla młodego sprawozdawcy. Pisywałem na dłoni, przy niepewnem świetle latarni, w karetce pocztowej zaprzęgniętej czwórką koni. Pędziliśmy w ponurą ciemność nocy, poprzez dzikie okolice, ze zdumiewającą na owe czasy szybkością piętnastu mil na godzinę“. Życie Dickensa płynęło w takt tej nocnej gonitwy. Cały rozmach swych podróży zobrazował on później, z właściwą sobie przesadną wyobraźnią, opisując jazdę Jonasza Chuzzlewita w czasie burzy.
Podczas tego okresu, a prawdopodobnie już znacznie wcześniej, twórcza strona umysłu Dickensa była gorączkowo podniecona. Jeszcze jako mały chłopiec pisywał dla własnej zabawy szkice o ludziach, z którymi się stykał. Między innemi pisał o golibrodzie swego wuja, którego głównym dziwactwem było rozmyślanie nad tem co Napoleon powinien był zrobić w kwestjach taktyki wojennej. Cały notatnik miał zapełniony tego rodzaju szkicami i to nie tylko szkicami osób, lecz i szkicami miejscowości, które według niego miały nieraz więcej cech indywidualnych niż ludzie. W grudniu 1833 r. wydał jeden z tych fragmentów w „Old Monthly Magazine“, a następnie dziewięć innych w temże samem piśmie. Skoro pismo, (romantyczno radykalna próba starego inwalidy z Boliwaru) zbankrutowało, Dickens drukował dalszy ciąg szkiców w „Evening Chronicie“, dodatku do porannego dziennika tegoż tytułu. Były to szkice znane i wydawane później pod nazwą „Szkiców Boza“ i przez nie Dickens wstąpił w szranki literatury. W tym samym czasie wszedł również w wiek męzki, a także zawarł związek małżeński.
Jerzy Hogarth, przyjaciel i kolega z „Chronicie“, miał kilka córek. Wszystkie, jak się zdaje, były w bardzo serdecznych stosunkach z Dickensem. Ponieważ szkic ten jest wyłącznie literacki, nie uważam za potrzebne rozpisywać się o wydarzeniach takich jak małżeństwo; to też zaledwie dotknę przelotnie tragedji jaka z tego później wynikła. Chcę jednak zaznaczyć tutaj, że nieszczęścia późniejsze wypłynęły do pewnego stopnia z okoliczności towarzyszących małżeństwu. Młodzieniec przebijający się przez życie, bardzo ubogi, którego wspomnienia od szeregu lat mogły być tylko bezbarwne, lub ordynarne, zaś najosobistsze przeżycia były wstrętne, znalazł się nagle wśród rodziny, złożonej z grona młodych panien. Wydaje mi się że stwierdzę nie przesadną słabość, lecz raczej okoliczność łagodzącą, gdy powiem że zakochał się w możliwości kochania; poprostu upił się kobiecością; zdarza się to czasem u bardzo młodych chłopców. Zawinił bardzo w tem co nastąpiło później, lecz nie przypuszczam aby to było obojętne rozejście się z kobietą niegdyś głęboko i wyłącznie kochaną. Został oślepiony palącą mgłą, nie powiem pierwszej miłości, a poprostu pierwszych flirtów. Wszystkie siostry go podniecały zanim zakochał się w jednej. I stan ten trwał długo po poróżnieniu się z żoną, a przyczyny kłótni nie wpłynęły na życzliwość, którą dla tej rodziny zachował. Pogląd ten opieram na szczegółach stosunku Dickensa do innych członków czcigodnej rodziny Hogarthów. Jedna z sióstr pozostała jego najdroższą przyjaciółką do śmierci. Drugą, która umarła, czcił jak świętą i zawsze wyrażał życzenie aby w jej grobie być pochowanym. Ożenił się 2-go kwietnia 1836 r. Foster zauważył, że na parę dni przed zamieszczeniem w „Timesie“ ogłoszenia o małżeństwie, pojawiło się w tem samem piśmie doniesienie, że 31-go ukaże się pierwszy odcinek powieści pod tytułem: „Papiery Klubu Pickwicka“. Jest to początek karjery Dickensa.
„Szkice“ poza przebijającemi gdzieniegdzie wspaniałemi błyskami humoru, nie zapowiadają genjalnego pisarza, skłonni bylibyśmy nawet twierdzić, że książka ta jest jedną z rzadkich w twórczości Dickensa, która gdyby była jedynem jego dziełem, nie przyniosłaby mu sławy, a jednak stało się przeciwnie. Współcześni zauważyli nowego ducha tam gdzie my, znający pełne owoce tegoż ducha, widzimy tylko dalszy rozwój drewnianego dowcipu literatury humorystycznej owych czasów. Trudno, coprawda, doszukiwać się w pierwszej książce autora pełnej jego daniny dla literatury. Młodość posiada wszelkie dary, lecz rzadko bywa oryginalna. Czytamy o młodych ludziach, którzy słyszanem już słowom nadają nowe znaczenie: lecz na ogół młodość to okres naśladownictwa, a nawet posłuszeństwa. Młodość może się subjektywnie wzruszać, może się wzruszać gwałtownie i porywczo, lecz jedyną tego oznaką na zewnątrz, jest gwałtowne naśladownictwo i porywcze posłuszeństwo. Tego czego mamy dokonać uczymy się w miarę dojrzewania. Skoro człowiek przybliża się do grobu, odkrywa stopniowo światopogląd, który może nazwać swoim, i styl, który może nazwać własnym, a stając się dojrzałym człowiekiem, robi się nowym pisarzem. Za młodu Ibsen pisywał nieomal klasyczne sztuki o wikingach, na starość dopiero zaczął wybijać okna i miotać ognie. Jedyną wadą pierwszych poematów Browninga było, że miały jak mówiono „zbyt bogatą formę a zbyt ubogą treść“. Czyli że jedyną wadą pierwszych poematów Browninga — że Browning nie był w nich sobą.
Jedna strona wszakże „Szkiców Boza“ występuje symbolicznie w życiu Dickensa, ujawnia się w nich specjalne zadanie, które obrał, zadanie sympatycznego, choć przesadnego, odmalowywania niższych warstw społecznych. Za pośrednictwem Dickensa ludzie odkryli że ta tępa i nudna warstwa ludności, to pewnego rodzaju kraina czarów. Ponieważ forma „Szkiców“ jest surowa i nierozwinięta, przesada góruje tam nad sympatycznością. Oczywiście nie obchodzi nas pogląd ludzi którzyby pragnęli aby Dickens był subtelniejszy: tego rodzaju duchy jeśli z czasem nabierają subtelności, nabierają jej w ogniu. Lecz w tej najwcześniejszej pracy znajduje się pierwiastek, który w późniejszych pracach Dickensa zanikł prawie w zupełności, pierwiastek charakterystyczny dla angielskiego stanu średniego, pierwiastek, który można poprostu nazwać ordynarnym: zarówno u autora jak u bohaterów „Szkiców“, wyczuwamy zarys małostkowego poczucia wyższości, owej niesłychanej ważności małych oligarchji, która jest jedyną poważną wadą brytyjskiego mieszczaństwa. Może mnie spotkać zarzut pragmatyczności kiedy oprę się na przykładzie farsy tak grubej jak anegdota o Horatio Sparkinsie. Występuje tam rodzina karjerowiczow, która ugaszcza wymownego młodzieńca, w przekonaniu że jest lordem. Okazuje się ostatecznie że to zwykły subjekt ze składu bławatnego. Wyobrażenie że lord z konieczności musi być wymownym, jest niewątpliwie cechą snobistyczną, lecz trudno obronić się od wrażenia że Dickens jest prawie równie wielkim snobem, skoro uważa wymowność subjekta za rzecz tak humorystyczną. Człowiek bez przesądów odczułby pogardę dla całej rodziny nawet gdyby Horatio był parem. I tutaj właśnie, ale jedynie tutaj, daje się wyczuć odcień jedynej pospolitości jaka cechuje środowisko, z którego pochodził Dickens. Przesadzone poczucie różnic między warstwami społecznemi i wszelkich hierachji — to jedyne prostackie uczucie, które w naszym ludzie istnieje. Odcienie, niewidoczne dla innych oczu, lecz nieubłagane i nieugięte jak prawo kasty braminów, oddzielają jedną posługaczkę od drugiej.
Natchniony symbolizm Dickensa wykazał niezwykłe zalety demokracji; wykazał że jej zalety są najweselszą stroną naszej kultury, (w czem bez wątpienia miał słuszność), że są najszybciej i najczynniej współczującą częścią naszej kultury (i tu również miał słuszność). Demokracja posiada setki bujnych zalet; ma tylko jedną wybitną wadę — jest nie demokratyczna.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gilbert Keith Chesterton i tłumacza: Maria Godlewska.