Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


możność wyjścia tym co już prośbę podpisali. Kapitan Porter zapytywał każdego: „Czy pan chce abym prośbę odczytał?“ Jeśli kto choć najlżejszą chęć okazał, kapitan głośno i dobitnie czytał do ostatniego słowa. Pamiętam rozkosz z jaką wymawiał wyrazy: „Najjaśniejszy Panie“ — „Wasza Królewska Wysokość“ — „Nieszczęśliwi poddani Waszej Królewskiej Wysokości“. — „Znana wspaniałomyślność Waszej Królewskiej Wysokości“ — jak gdyby słowa te były wyjątkowo smaczne i prawdziwe. Mój biedny ojciec przysłuchiwał się z odrobiną autorskiej dumy i wpatrywał się dobrodusznie w duży gwóźdź na przeciwległej ścianie. Jestem przekonany że siedząc w swoim kąciku, odczuwałem — w równym stopniu, jakbym je odczuwał obecnie — komiczne a zarazem wzruszające cechy sceny, której byłem świadkiem. W każdym podpisującym widziałem bohatera historyjki przezemnie wymyślonej“.
Widzimy tu zupełnie jasno, że kiedy w późniejszem życiu Dickens sięgał pamięcią w przeszłość, humorystyczna ocena ówczesnych wydarzeń nie była dla niego nowością. Już we wczesnem dzieciństwie bywał rozśmieszony i zrozpaczony zarazem. Obydwa uczucia istniały w nim równocześnie w równie silnym stopniu. Dusza jego nie przypominała koloru pochodniego, np. fijoletowego lub szarego, gdzie trudno podstawowe barwy rozróżnić. Dusza jego była podobna