Wigilja (Prus)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Wigilja
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom III Drobiazgi
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
WIGILJA.

Kiedym już przyniósł, mówiąc między nami, jakąś straszliwie niewyraźną babinę, kupioną za własne (krwawo zapracowane!) trzydzieści kopiejek, kiedym własną ręką w piecu napalił i własnemi obcęgami nakładł węgli do własnego a pękatego samowara, wyznaję — że mi się jakoś głupio zrobiło na sercu.
Co u djabła! ja, osoba taka porządna, tak sławna, ja, podpora i współpracownik tylu pism perjodycznych, ja — mający tu krewnych, tam przyjaciół, ówdzie powinowatych — będę sam jak palec, wówczas, gdy najostatniejszy z roznosicieli „Kurjera“ cieszy się w kółku familijnem?...
O źle!
Byłem wprawdzie wczoraj „na rybce,“ no — ale to na dziś nie wystarcza. Nie jestem głodny, nie zimno mi, wolałbym jednak w tej chwili patrzeć na jakąś zadowoloną twarz ludzką, któraby z wykwintnych apartamentów moich wygnała nudy i zły humor...
Czuję, że jestem rozwścieczony na cały świat. Gdybym mógł, zmiażdżyłbym księżyc na tabakę, ziemię na jakie sto lat cofnął w biegu, a słońce zamroził tak, że ażby kwiknęło. Ponieważ jednak robić tego nie wypada, rzucę więc stołkiem o podłogę, aż mu się nogi rozlecą, Walentemu, kiedy mi przyjdzie winszować, pokażę bardzo cierpki grymas, gospodarzowi wytoczę proces za to, że mi nie dał jeszcze piwnicy...
— Jak się masz, niedołęgo?...
— Tylko bardzo proszę...
Oglądam się... za mną jakaś jejmość... Czepek z żółtym fontaziem i tiulikiem w zęby, watowane kaftanisko pachnie rybami jak u śledziarki; w jednej kieszeni makagiga, w drugiej pajac, pod pachą zaś cynowy sprzęt z drewnianą rękojeścią... A jaka talja u tej damy, fiu! We trzechbyśmy nie objęli — bodajem brał po sześć groszy od wiersza, jeżeli mówię nieprawdę!
— No! i cóż się tak gapisz? -— wrzasnęła jejmość.
— Z kimże mam honor?... Czy nie pani Lucyna?...
Wymówiłem imię to na chybił-trafił, przypuszczając, że ono najlepiej pasować będzie do postaci, jednoczącej w sobie wielką energją i niepospolitą gospodarność.
— Czyś zwarjował?... Jaka Lucyna?... Nie Lucyna, tylko Wi...gi...lja!... Rozumiesz?
— Wigilja?... Dalibóg, ładne imię. Niechże pani będzie łaskawa...
— Dlaczego mnie tytułujesz panią, mazgaju, kiedy widzisz, że jestem duchem?
— Duchem?... W każdym jednak razie Wigilja to... zawsze niby płeć żeńska...
— Duchy nie mają płci.
— Doprawdy?... Czy...
— No, no, no... Dość już tego! Zabieraj się i wychodź, bo nie mam czasu na romanse.
Przypuszczając, że ręce korpulentnej damy mogą w razie potrzeby obracać się równie szybko, jak język, wciągnąłem co rychlej futro na grzbiet i czapkę na uszy; w parę zaś minut później byliśmy na ulicy.

∗             ∗

— Dalej nie pójdę, pani dobrodziejko! — mówiłem do mojej towarzyszki, trzymając się oburącz barjery wydywanionych schodów. — Dalej nie pójdę, bo jeżeli nas kto zobaczy, to... pani wiesz?
— Przywidzenie! — mruknęła dama, kładąc tłustą rękę na kryształowej klamce. — Mnie nie zrobią nic, no — a ty się wytłomaczysz... Wreszcie, redaktorowie za tobą poręczą!
Popchnęła drzwi, mnie we drzwi, i otóż znaleźliśmy się w przedpokoju.
Chryste Elejson! co za salony, jakie meble, jakie światła!... Pulchna figurka mojej towarzyszki jak najdokładniej odbija się w podłodze; — dywan na stole, dywan pod stołem, aksamity na kanapie... Na marmurowych słupach stoją urny i bocianowate dzbany etruskie, fotele takie, że na najgorszym z nich z całą satysfakcją usiadłbym nawet wówczas, gdyby mi głowę w tej pozycji zdjąć miano. A portjery... phy... A złote kutasy, ciężkie jak grzech śmiertelny!
Westchnąłem.
— Mój Boże! jakby też to mnie chudeuszowi wigilja smakowała w takim salonie...
— Spojrzyj — szepnęła moja przewodniczka.
Wsunąłem głowę pod jej ramię i zasłonięty portjerą patrzyłem.
W salonie były dwie osoby: jakaś młoda i piękna blondynka (cukiereczek! — powiadam), w powłóczystej sukni, i jakiś o tyle chudy, o ile znudzony frant, który, siedząc na kanapie, przekładał nogi, a palcami czesał dość zresztą rzadkie faworyty.
— Karolu, więc wychodzisz? — pytała blondyneczka głosem, który przeszył mi serce, jak materac tapicerska igła.
— Zostanę, Anielo, byleś mnie tylko... — odparłem.
— A cicho, teee!... — mruknęła Wigilja, przyciskając mi bardzo poufale łokciem głowę do swojej mocno podwatowanej talji.
— Muszę wyjść, duszko, jak cię kocham — teraz dopiero odpowiedział frant, znowu przekładając nogę.
— Więc zostawisz mnie samą nawet w tym dniu, Karolu?...
Ostrz głosu blondynki przeszedł mi gdzieś pod łopatką i oparł się na futrze.
— Przesądy! sentymentalizm!... — ziewnął frant.
— Nie dbasz o mnie...
— Zdaje ci się tylko, aniołku — odpowiedział elegant, wstając. — Gdybym o ciebie nie dbał, a i zwyczajów dawnych nie obserwował, nie kupiłbym ci przecież na kolędę garnituru za trzysta piętnaście rubli i pół, licząc w to dorożkę. No, bądź zdrowa!
To powiedziawszy, pochylił się nad piękną damą w powłóczystej sukni, ucałował kwiatek, który miała we włosach, i wyszedł.
W tej chwili w przeciwnych drzwiach salonu ukazał się wyfrakowany lokaj:
— Waza na stole, proszę jaśnie pani!
— Możecie jeść — odpowiedziała, zasłaniając twarz chustką.
— To jaśnie pani nie będzie jadła wigilji?
— Z kimże?...
— Ze... — odezwałem się.
— Cicho! — mruknęła stara, wyprowadzając mnie na schody.
O blondynko, blondynko! gdybyś też wiedziała, jakie serce biło dla ciebie z drugiej strony eleganckiej portjery...

∗             ∗

Znowu zatrzymaliśmy się, tą razą przed żółtym, parterowym, wykoszlawionym, staremi gontami pokrytym domkiem, na widok którego nie wiem z jakiej racji przypomniałem sobie pieśń ludową:

„Chałupeczka niska“ i t. d.

Wigilja oparła się o futrynę okna, ja stanąłem przy niej. Boże kochany! wszak ci ludzie nawet podwójnych okien nie znają, a wątpię, aby ogrzała ich ta muślinowa firanka i ogromny piec zakopcony, w którym tli się szczypta węgielków.
Na środku pokoju stół nakryty białym, choć nieco przykrótkim obrusem, obok — krzesła: jedno wyściełane, drugie drewniane i stołek prosty. Tapczan w jednym kącie, dziecinne, niegdyś politurowane łóżeczko z kratami w drugim, między niemi drzwi do alkierza i — oto wszystko.
W mieszkaniu trzy osoby: starzec ślepy, jakaś wybladła kobieta i dziecko w żałobie.
— Ojczulku, już gwiazdy zeszły, siadajmy! — zaczęła kobieta.
— A cóż nam imość dasz dzisiaj? — spytał stary.
— Jest dziadziu, barszcz, jest, dziadziu, śledź i są, dziadziu, kluski — odpowiedziało dziecko.
— Ho! ho!... bal!...
Tymczasem kobieta podała opłatki; łamali się i całowali.
— Ojczulku — rzekła znowu starsza — oto szalik na gwiazdkę, będzie ojczulkowi cieplej.
— A ja dziadziowi dam ołówek tabaki...
— Dziecino ty moja, Haniu serdeczna! — zawołał starzec, szukając rękami głowy dziewczynki — ja tabaki nie zażywałem, żeby tobie tę ot lalunię kupić, a ty mnie znowu tabakę dajesz, pewno z bułeczek twoich?...
I wydobył z za pazuchy kilkogroszową lalkę w sukni różowej.
— Jaka śliczna! — zawołało dziecko.
— A tobie, Kasiuniu, także szalik kupiłem... Ładny?
I podał kobiecie chustkę włóczkową.
— Czerwona, ojczulku...
— Bodaj tych Żydów! — mruknął stary — mówili, że czarna...
Zakołatano we drzwi.
— Prosimy! a kto tam?...
Na progu ukazał się tęgo zbudowany facet w kożuchu.
— To ja, sąsiad... (bodaj mnie roztratowali!...) Niech będzie pochwalony...
— Pan Wojciech! — zawołała kobieta. — Na wieki wieków...
— Podaj opłatki, Haniu — rzekł starzec, wyciągając ręce.
— Bo ja tu, z przeproszeniem, przyszedłem państwa prosić do nas na wilją. Stara, panie, Zosia i reszta (bodaj mi oś pękła na środku drogi) wszyscy hurmem proszą. Ot co jest!
Przy tych słowach mówca plunął przez zęby.
— A panie Wojciechu, jakżebyśmy też śmieli panu subjekcją robić?...
— Nic z tego (bodajem onosaciał!). Nie odejdę bez państwa...
— Zawsze w domu... — mówiła nieśmiało kobieta.
— A cóż to w domu? czy tu państwa kto na kantarze trzyma (bodajem Żydom wodę woził!...), czy co?
Niepodobna było opierać się dłużej tak kordjalnym prośbom; wziął więc starzec córkę pod rękę, wnuczkę za rękę, i wyszli.
Cała kawalkata zetknęła się z nami na podwórzu.
— Niech was Bóg błogosławi! — zawołała Wigilja.
— Panie Boże zapłać! — odparł pan Wojciech, pilnie się nam przypatrując. — Biedactwo jakieś — dodał po chwili. — Chodźcież i wy z nami (bodaj mnie rozjechało!), a pokrzepicie się trochę.
Poszła Wigilja z nieukrywaną radością, a ja za nią z rozpaczą w sercu; zaprosiny te bowiem djabelnie zachwiały wiarę, jaką dotychczas pokładałem w mojem futrze i czapce.
Ledwośmy weszli, tłum nas otoczył.
— A co? — wołał triumfujący Wojciech — mówiłem (bodajem z piekła nie wyjrzał!), że państwo nie pogardzą nami.
— Hania! Hania!... — piszczały większe i mniejsze dzieci.
— Haniu! ja dla ciebie schowałem złocone orzechy...
— A ja konia...
— Haniu!... a ja...
— Stańcie sobie ludzie kochani przy progu — zwróciła się do nas pani Wojciechowa, dama z czerwonym nosem i zapadłemi policzkami.
— A to jest, proszę państwa — mówił Wojciech do gości — to jest pan Władysław...
— Władysław Dratewka! — rekomendował się starannie uczesany młodzieniec, w jasnym żakiecie i palonych butach.
— Absztyfikant do mojej Zośki — dodał Wojciech.
Okrąglutka osoba, nazwana Zosią, zaczerwieniła się jak ćwikła.
— Niech państwo będą łaskawe siadać — prosiła gospodyni.
Gdy starsi zajęli miejsca, a chmara dzieci przyczepiła się też do stołu, pan Wojciech zaczął:
— Pobłogosław, Panie Boże, nas i te dary...
— No, mamuniu!... Stach wszystkie uszy z mego barszczu zabiera...
— Cicho, Franek, bo cię palnę!... Pobłogosław, Panie Boże...
— Wanda! nie pchaj się! — wrzasnęło drugie dziecko.
Z wielkim trudem udało się panu Wojciechowi dokończyć zaczętą modlitwę, po poprzedniem wytarganiu kilku czupryn. Poczęto jeść, dano i nam, dano też i psu kudłatemu, który ze zwieszonym ogonem a podniesionem uchem pilnie przypatrywał się stołowi.
— Jaka to szkoda — mówił świetny konkurent Władysław — że mnie majszter wcześnie nie puścił.
— A bo co? — spytała panna Zofja.
— A bobym pannie dopiero maku utarł... ech!...
— Panby nawet nie spotrafił.
— Mogiem żara szpróbować — odparł w każdej chwili gotowy do uprzejmych usług kawaler.
— Widzi mamunia, ten Stach...
— Cicho, wywłoki! — huknął gospodarz.
Przy końcu kolacji, którą oporządzono w sposób godny uwagi, pan Wojciech plunął na środek izby i zabrał głos:
— Na świecie coraz gorzej, żeby mnie piorun trzasł! Nalej, Zosiu, panu...
— Święta prawda — odpowiedział starzec.
— Za moich czasów panie, choinki były takie, żeby sam człowiek wlazł na nią, a dziś (bodaj się most pode mną załamał!) jak biczyska.
— W jednym wżględzie to jeszt gorzej, a w drugim to jeszt szto raży lepiej — upewniał pan Władysław.
— W żadnym lepiej...
— Czo tam pan Wojciech barłoży!...
— W żadnym, powiadam, a kto mi tu będzie gadał inaczej...
— A chy! a chy!... a chy!... — zakrztusiło się dziecko.
— Święta Panno! — zawołała Wojciechowa — Franek się dławi...
— Pal go w kark!... Ot co jest!...
Gałązka Wojciechowego rodu została ocalona, ku wielkiej uciesze pana „Władyszława,“ który upewnił wszystkich, że „gdyby Franusiowi ość wlazła w grzdykę, to byłoby ausz!...“
— Powiadam panu, że złe czasy, najlepiej miarkować po koniach — zaczął gospodarz nanowo. — Ze dwadzieścia lat temu, wypadała mi na każde dziecko para koni, potem tylko jeden, a teraz, panie, para na troje. Bodaj mi oś pękła, jeżeli szczekam!
— A co to panu Wojciechowi za krzywda?
— Zawdy para na troje — mówiłem!
Po tych słowach zamyślił się, plunął aż na piec i zawołał:
— Basta, moja panno!
Uważając ten wykrzyknik za hasło do odejścia, trąciłem Wigilją. Ukłoniliśmy się zatem gospodarzom, wzięli jeszcze po trojaku i po kawałku strucli (którą w prywatnym lokalu moim widzieć można), i wyszliśmy, błogosławiąc domowi.
Gdy byliśmy już w końcu podwórza, doleciał nas basowy głos pana Wojciecha, który zaintonował:

Panna porodziła maleńkie Dzieciątko,
W żłobie położyła małe Pacholątko...

kobiety dodały:

Funda, funda, funda!...
Tota risibunda,
Hej, kolęda! kolęda!...

W egzekucji ostatniego trójwiersza przyjęły już udział wszystkie basy męskie, przedęte soprany żeńskie i dyszkanty nijakie, tworząc przeraźliwy koncert na temat dość niewyraźnego oberka. Wigilja rozochociła się, a nie mogąc z powodu mojej nieumiejętności wywijać ze mną, porwała jakiegoś kalekę na szczudłach z takim entuzjazmem, że oboje o mały włos nie dostali się pod przejeżdżające sanki.

∗             ∗

Jeżeli, droga czytelniczko, chcesz poznać jednego z najzapamiętalszych wielbicieli płci pięknej, jacy egzystowali na świecie, to uważnie przypatruj się wszystkim safandułom, chodzącym w nietrzepanych futrach. Jeżeli zaś u którego z tych panów dostrzeżesz kołnierz odłażący od szuby, wówczas ciesz się i bądź dumną, albowiem owym panem — ja jestem!
Pókiśmy, jak zwykli śmiertelnicy, chodzili z Wigilją po ziemi, kołnierz mój był cały; naderwał się dopiero wówczas, gdy szanowna dama, pochwyciwszy mnie w sposób tak bezceremonjalny, jak pustą konewkę, siadła na zabawkę, przypominającą narzędzia doktora medycyny, i wzbiła się w powietrze.
Ręką ani nogą ruszyć nie mogłem, gdyśmy przez dymnik wjechali na strych zgrzybiałej czteropiętrowej kamienicy. Jakże tu zimno i pusto! Para nadgniłych sznurów, na nich kilka szmat wątpliwego koloru, w kącie paka, zapełniona skorupami garnków i butelek, pod kominem najeżony kot, który zdawał się chuchać w palce, a w jednej ścianie małe, pozalepiane papierem drzwi, za któremi ktoś chodził, siadał, czy też kładł się i od czasu do czasu kaszlał.
Gdy przez nadpróchniałą poręcz spojrzałem nadół, dostrzegłem słabe światełko w takiej głębi, że mi przyszła na myśl owa od spodu do szczytu okseftami zapełniona bernardyńska piwnica, w którą kamień, rzucony na Boże Narodzenie, leciał aż do Wielkiej Nocy. Światełko chwiało się w sposób arcy dwuznaczny, chybotaniu zaś towarzyszyły takie szmery, jakby ktoś z wielkim trudem wstępował o trzy schody w górę, a następnie z wielką łatwością opadał o cztery nadół.
Cień, niosący światło, przeszedł w ten sposób drugie, trzecie i czwarte piętro, zatrzymując się za każdym razem i głośno ziewając:
— A-u!...
Gdy wstąpił na drabinę, prowadzącą z czwartego piętra na nasz stryszek, zachwiał się jeszcze bardziej i byłby niezawodnie przez parter zajechał na Powązki, gdyby go za kark nie pochwyciła silna ręka Wigilji.
Pod czarodziejskim wpływem tego dotknięcia, ziewający człowiek, stanął równemi nogami na naszym poziomie, wyprostował się i mruknął:
— Hej, kolęda! kolęda!
Był to mężczyzna już szpakowaty, w długim starym kożuchu. Zamiast czapki zdawał się mieć bardzo żwawo pokudłane włosy, świeżą kresę na prawej stronie pałkowatego nosa i jeszcze świeższe ślady czterech palców na lewym policzku. W prawej ręce niósł brudną latarkę, w lewej dwojaczki i bułkę pod pachą.
Jestem pewny, że gdyby wyziewy spirytualne miały własność układania się w formę obłoków, nasz nowy przyjaciel byłby w tej chwili podobny do podstarzałego cherubina, któremu ktoś życzliwy okrutnie wygarbował skórę.
Na krzyk: „Hej, kolęda! kolęda!“ i odgłosy niepewnego stąpania, wyklejone papierem drzwi uchyliły się, i ujrzałem w nich wychudłą twarz młodzieńczą, wśród której iskrzyły się zapadłe i dziwnym jakimś wyrazem ożywione oczy.
— Kto tam?...
— Jo!... Antoni, strós... przyjsetem...
Z temi słowy mężczyzna w kożuchu uderzył głową o niską futrynę i wszedł do izby.
Stare, krótkie, wąskie, na żółto pomalowane i okrutnie pomiętoszone łóżko z Pociejowa, dzban bez ucha, lampa z przypalonym papierowym kloszem na okrągłym stoliku, wielkości dużego czworaka, tudzież cały stos papierów i książek — oto umeblowanie izby, którą w dzień miało oświecać maciupkie kwadratowe okienko, a teraz ogrzewa żelazny piecyk.
— Ehe he!... — zaczął stróż. — To pan niby całą odwiecerz nie wychodził z doma?
— Nie — odpowiedział krótko młody gospodarz.
— Jo tu... zeby tak z pozwoleniem łaski pański... jo tu przyniosłem... Je tu trocha grusek, a tu kapusta, a w kapuście płotka. Wsadziłem ją bestyje do góry ogonem, zeby światu nie widziała. Tyz i placek je...
Gospodarz chwilę pomyślał, i biorąc podawane efekta, wyszeptał:
— Dziękuję... Bóg wam zapłać... może kiedyś...
— I, co tom!... Ale gdzie jo tu łyżkę podzionem?... Tu nima i tu nima?... Ho! ho! dyć siedzi, siedzi za cholewą, ondzie...
Mizerny młodzieniec wziął łyżkę, usiadł na krawędzi pościeli i począł jeść żarłocznie.
— Taki tu ziąb, a pan chodzi bez nicego.
— Gorąco mi — odparł gospodarz i zakaszlał.
— To tak panu bez te piersi i bez te gorancke... Jobym jedno tylo lekarstwo broł: słoninę i wódkę. Sprawiedliwie!
Młodzieniec jadł.
— Ale wódkę cystą, jak oko! Bo to, panie, Zydy mi dzisia dały jazambówki, co, panie, musioł w ni być witryjol... Sprawiedliwie !
Chory jadł, odkładając wówczas tylko łyżkę, gdy kaszlał.
— Pędom panu, ino com wypił drobinkę, jak mnie, panie, nie weźmie, jak mnie, panie, nie rzuci... Tylom co zased do sieni, jak mnie drugi raz nie weźmie, jak drugi raz nie ciśnie, a tu ci, panie, jak moja baba nie wypadnie, jak ci mnie nie weźmie motać... Eh panie! od samego ożenku nie dogodziła ci mi tak, jak dzisia! Sprawiedliwie...
Młodzieniec zjadł, postawił dwojniaki na podłodze, oparł głowę o ścianę i obnażoną, zapadłą pierś okrył kołdrą, która kiedyś musiała mieć zapewne kolor.
— Pan tak zawdy na wilii som? — zapytał Antoni.
— Już trzeci rok.
— A niby dawni to niby pan miał zawdy kogości?...
Młodzieniec ożywił się.
— Ba!...
Chwila milczenia.
— Pamiętam, kiedym miał osiem lat, poszliśmy z matką do wuja. Nie było daleko, ale że wysoki śnieg upadł, wzięła mnie służąca na rękę...
Zakaszlał.
— Co tam było gości, dzieci!... darowali mi pałasz... sprowadzili furę siana pod stół... na choince zapalili mnóstwo świec... trzy dni robiła je matka z ciotką, a jak się kryły, żeby nam nie pokazać... Cha! cha! cha!...
Milczenie.
— Ona dostała lalkę porcelanową i muślin na suknię. Pamiętam doskonale: szafirowe oczy, czarne jak smoła włosy, a reszta z irchy. Gdyśmy ją rozpruli, wysypały się otręby...
Znowu kaszel gwałtowniejszy niż pierwej. Na twarz opowiadającego wystąpiły ceglaste plamy, z oczu tryskały błyskawice.
— Moja ty ptaszyno najdroższa!... pewnie samotna jesteś, jak i ja dziś... Myślisz, że cię nie widzę?... Spojrzyjże... no, spojrzyj!... Prawda, ty nie możesz słyszyć mnie z takiej odległości...
Gdy to mówił, kołdra opadła mu z piersi; drżał, wyciągał ręce przed siebie, a oczy patrzyły tak bystro, jakby aż na drugą stronę grobu miały sięgnąć. Tymczasem wiatr szumiał w dymniku, a po ścianach izby spływała wilgoć.
— Muszę pójść do doktora, on mnie wyleczy. Potem do Szczawnicy... Trzeba się odżywić, a potem... już nie będziemy samotni...
— Pac! pac! pac! — odpowiadały spadające krople.
— Zbytków u nas nie będzie; może być jeszcze dużo kłopotów... ale już wspólnie... Razem! razem!...
— Pac! pac! pac!...
O jaki to straszny dom, co wzdycha, i ściany, które płaczą!
Chory znowu zakaszlał i ocknął się.
— Antoni!... Antoni!...
— Zara... zara!... — odpowiedział stróż. — Aaa... to to pon?...
— Czuć jakąś spaleniznę?...
— Aa... o... bodajcie!... oparem się trocha o piec i nanic mi kozuch przypaliło... sprawiedliwie!...

∗             ∗

Tym razem znaleźliśmy się w domu niesłychanie ożywionym. Ze wszystkich stron dolatywały nas odgłosy stąpania po schodach i korytarzach, za oknem słychać było dzwonki przejeżdżających sanek, pod podłogą brzęczał fortepian, zagłuszany od czasu do czasu szmerem nóg i wybuchami śmiechu.
Staliśmy w pokoju ciemnym, przy drzwiach zamkniętych, za któremi ktoś chory jęczał, a naprzeciw drzwi otwartych, prowadzących do pokoju słabo oświetlonego. Tam, gdym się wpatrzył lepiej, dostrzegłem mnóstwo sprzętów, fotografij i dwie młode kobiety.
Jedna z nich, ubrana w zieloną suknię, okryła się chustką, włożyła coś w pokrywę zepsutego pudełka i wybiegła.
Udaliśmy się za nią.
Minąwszy schody pierwszego i drugiego piętra, część sieni i małe podwórko, panna w zielonej sukni zatrzymała się przed szklanemi drzwiami sutereny, w głębi której widać było światło naftowej lampki.
W czarnej, stęchłem powietrzem napełnionej izbie, prócz paru tapczanów, stołu i ławy nie było innych sprzętów. Z mieszkańców znaleźliśmy tylko troje dzieci zajętych zabawą.
Głos fortepianu z pierwszego piętra i tu dolatywał.
Usłyszawszy brzęk otwieranych drzwi i szelest wchodzącej, najstarsza dziewczyna podniosła głowę i zapytała:
— Kto tam?
— To ja, Anielka, nie bójcie się. A gdzie starzy?
— Mama wpodle — odparła dziewczyna.
— Cóż ona tam robi?
— A bije się od rana z Grzegorzową.
Teraz dopiero usłyszałem gdzieś w sąsiedztwie przytłumiony hałas, który równie dobrze oznaczać mógł nader wesołą zabawę, jak kłótnię, a nawet bójkę.
— Jedliście co? — badała w dalszym ciągu przybyła.
— Jedliśmy, panienko, w południe kartofle ze śledziem.
— A cóżeście dostali na kolędę?
— My nic, ale Jasiek dostał w niedzielę surdut od tatki.
Istotnie średni chłopak dźwigał na sobie długą do kolan szatę, która po bliższem przypatrzeniu się, okazywała dużo podobieństwa do kamizelki ztyłu i zprzodu otwartej.
— No, ustawcie się, przyniosłam wam jeść.
— Mnie jeść! — zawołała dziewczyna mniejsza, strojąc głos do płaczu.
Dziecko to siedziało na ziemi i od czasu do czasu uderzało blaszaną łyżką w patelnię.
— Cicho! dostaniesz i ty. Macie tu struclę: naści tobie... tobie i tobie.
Dzieci stanęły rzędem podług wzrostu, opierając głowy o krawędź stołu.
— Tu są figi... No, bierzta! A tu... sama nie wiem, jak się to nazywa, ale jedzcie, bo słodkie.
— Aj! prawda, panienko, że słodkie.
— A to szczupak.
— Szczupak?... Patrz, Jasiek, szczupak! — rzekła starsza dziewczyna do chłopca.
— Aaa!... — dziwił się chłopiec — patrz, Magda, szczupak...
— Szczupak! — wybełkotało dziecko, wsadzając palec w półotwartą paszczę ryby, którą chłopak w tej chwili przycisnął ze śmiechem.
— Oj! oj!... kąsa... kąsa! — zapłakało dziecko. — U... u!...
— To paskudne chłopczysko! — oburzyła się panna w zielonej sukni — chudy jak wędzonka, a zły jak pies. Poczekaj, nic teraz nie dostaniesz.
Zkolei chłopiec począł płakać, uspokojono go jednak niebawem i ustawiono w szeregu. Młoda dziewczyna kruszyła resztki szczupaka, przy słabem i migotliwem światełku wydobywała ostre kości, i biegając z szelestem od dziecka do dziecka, w otwarte usta kładła drobne kąski ryby, jak ptak karmiący pisklęta.
Tymczasem fortepian brzęczał, a w sąsiedztwie nie ustawała kłótnia.
— Już niema nic, żaby, możecie się teraz bawić — odezwała się panna.
Usłyszawszy to, chłopiec i mniejsza dziewczyna, jakby na komendę siedli na ziemi, zabierając się do nowego koncertu na patelni.
— Gdzież ojciec?
— Tatko w cyrkule — odpowiedziało najstarsze dziecko.
— W cyrkule! — powtórzyło najmłodsze.
— Patrzaj?... Za cóż to go zdmuchnęli?
— A bo tatko cości ukradł...
— Tatko uklad! — wysepleniło dziecko na ziemi, uderzając łyżką w patelnię.
— To źle.
— Ma się wiedzieć, proszę panienki, że źle, kiedy kogo złapią.
— A kraść to dobrze?

∗             ∗

O Halino! o jedyna!
Dziewczyno moja...
To wina twoja...
Ach, tylko twoja!

Tak śpiewał, nienajosobliwszym tenorem, ktoś chodzący po pokoju w sposób, który zdradzał wielką alteracją wewnętrzną.
Jak wyglądał śpiewak — nie wiem, ponieważ oboje z Wigilją staliśmy w małej i doskonale ciemnej komórce, należącej do jakiegoś obszerniejszego lokalu, w którym zapach wody kolońskiej, kamfory, paczuli, asafetydy z mnóstwem innych, a niemniej przejmujących, walczył o lepsze.
Gdym się namyślał nad sposobem rozwiązania nowej zagadki, Wigilja trzykrotnie zapukała we drzwi. Za chwilę potem ujrzałem jakąś ufryzowaną głowę, pachnącą migdałowym olejkiem, dalej karminowe usta, pachnące różaną maścią, skrzydlaty krawacik, pachnący millefleur’em. Żwawy właściciel tych wszystkich osobliwości, nie patrząc nawet na nas, odskoczył jak kangur do drugich drzwi, które wiodły do sieni.
— Aaa... anielska panna Marja! — wykrzyknęła nagle ufryzowana głowa. — I dokąd w porze tak spóźnionej?
— Dobry wieczór panu! Idę aż na Nowe Miasto.
— Jakto, samotna? pozbawiona czujnego oka przyjaźni?...
— Kiedy nie mam z kim... Chi! chi! chi!
— Szydzisz pani, wszakże ja jestem! — zawołał miły młodzieniec, ciągnąc pannę do swego wonnego przybytku. — Najwyżej za pięć... co mówię? za minutę, wróci Ferdzio, zastąpi mnie w pełnieniu moich obowiązków, a wtedy...
— Albo to prawda, że on tak prędko wróci? Chi! chi! chi!
— Na popioły matki mojej, tak prawda! A wreszcie choćby się nawet i opóźnił trochę...
— O toby było bardzo źle!
— Owszem, to byłoby bardzo dobrze, bardzo wzniośle, panno Marjo, ponieważ zyskałbym sposobność wypowiedzenia pani tego, co jak kamień Syzyfa ugniata mi serce.
— I i i... ja nie rozumiem, co pan mówi.
— Nie rozumiesz pani?... O gorzka ironjo najwyrafinowańszego okrucieństwa kobiecej tkliwości! Jakto, więc nie rozumiesz pani tego, że cię ubóstwiam, że całą wieczność pragnąłbym rozkoszować się eolskim dźwiękiem twego głosu, że każdej chwili pragnąłbym pić czar...
Dyń!... dyń!... dyń!... — odezwał się dzwonek.
— Ktoś dzwoni, niech pan idzie otworzyć!
— Przekleństwo! szatani!... o jakże niemiłosiernym...
Dyń!... dyń!... dyń!...
Usłyszeliśmy łoskot kroków, potem chrzęst drzwi otwieranych.
— Czego chcesz, kobieto?!
— Tego... ot, nafty za dziesiątkę.
— Idź precz, tu niema nafty!
— Ale bo...
— Precz! precz!...
Stukot rygli, stąpanie, ciąg dalszy.
— Że w każdej chwili pragnąłbym pić czar niebiańskiego nektaru twoich ust...
— Co mi tam pan głowę zawraca!... wolałby mi pan dać słoik pomady topolowej...
— Dam, dam!... twoich ust, przez które Kupido ciska palące pociski...
— Ale ja chcę porcelanowy słoik.
— Dam porcelanowy... palące pociski trującej miłości...
— Ale taki z drewnianą nakrywką...
— Z drewnianą, z drewnianą!... miłości, co w jeden wieniec splata...
Dyń! dyń!...
— O losie, coś mnie tu jak Prometeusza przykuł! Kto tam?
Otwieranie drzwi.
— Ja proszę pana omyliłam się, bo to nie nafty ino oleju rycinowego...
— Dość już!... dość! gdzie są pieniądze?
— A oto są! Pani mnie tak wybeształa...
— Dość już!... milcz!...
Słychać otwieranie szaf, stawianie drobnych przedmiotów, wreszcie hałas rygli i powrót.
— A moja pomada, panie? — zaczyna młoda osoba.
— W tej chwili!... Palące pociski trującej miłości, miłości, co w jeden wieniec splata ciernie z kwiatami...
Dyń! dyń! dyń!...
— O męczarnio! o tortury! — woła młodzieniec, biegnąc i otwierając drzwi.
— Rumianku rzymskiego, tylko prędko!
— Milcz! co mi tu będziesz rozkazywał?
— Niech-no pan dużo nie gada, tylko rumianek daje, bo dziecko chore.
— Dosyć! Nie dam ci, jeżeli mi się nie podoba.
— Jak pan nie da, to ja stójkowego zawołam. Widzisz go!
— Masz! idź precz, nędzniku!
Drzwi zostają zamknięte.
— Więc cóż, pani?... więc cóż ty, Marjo, na to? — pyta ufryzowana głowa, bardzo pośpiesznie wracając.
— Niech mi pan da pomady topolowej.
— Dam! ależ moje wyznanie?
— To się nanic nie zdało; pan nic nie masz...
— Marjo, tylko się zgódź, a będę miał skarby całego świata! Jak skończę praktykę, opuścimy ten zmaterjalizowany gród, pofruniemy gdzieś w jaki zapadły kątek prowincjonalny, tam na własną rękę otworzę interes...
Dyń! dyń! dyń!
— O Ferdziu! o Ferdziu przeklęty! i dlaczegóż nie przychodzisz uwolnić mnie z tych dantejskich oków? — lamentuje młodzian, biegnąc znowu do drzwi.
W tej chwili ktoś do naszej komórki puka; dziewczę otwiera drzwi i mówi półgłosem;:
— Zaraz, Ferdziu, zaraz!... Widzisz, muszę zaczekać, bo nie mam pomady na jutro.
— Pal go djabli! ja ci dam, ile zechcesz, tylko mnie nie nudź.
— W tej chwili.
— Otworzę interes — mówi, wracając, melancholiczny młodzian — a wówczas, na łonie boskiej przyrody...
— Pomady, panie... pomady! — woła, tupiąc nóżką aniołek.
— Pozwól, najdroższa!... Na łonie boskiej przyrody, zdala od złowróżbnych...
— Pomady! pomady!
— Zdala od złowróżbnych spojrzeń zawistnych szczęściu...
Dyń!... dyń!... dyń!...
— O nieba! — woła nieszczęśliwy kochanek, biegnąc kłusem.
— Czego ty chcesz, łotrze?...
— Pro... pro... szę... pp... phana...
— Czego?... gadaj, bo cię rozedrę!...
— Pr... pr... pro...
Drzwi od komórki uchylają się.
— Maniu, bo odejdę! — mówi gniewny głos z sieni.
— Kto tam? — woła kochanek... — Panno Marjo!... gdzie ona?... Boże! o cieniu mej matki, jeszcze mi aptekę ten łotr okradnie. Czego chcesz, wysłańcze piekieł?...
— Pro... pro... proszę... pana — n...
— Czego? gadaj, bo cię zamorduję!
— O ho... ho... ppo...
— Nie rozumiem!
— O... po... ho... delhetidok!
— Opodeldoku?... W tem się kryje jakaś piekielna intryga... Gdzie są pieniądze? Kto cię tu przysłał, poczwaro?
— Tten pan co... hh... hhbram... hhbramie...
— A a a... to on!...
Wybiega do bramy. Ufryzowany młodzian staje na schodkach i krzyczy do osób, pośpiesznie siadających na sanki.
— Ferdynandzie, Marjo!... o Marjo... zdradziliście mnie!
— Nie potrzebno krzyczyć po nocy!... a to się wszystkie ludzie w mieście pobudzą! — odzywa się w tej chwili surowy głos z kąta.
Młodzian odwrócił utrefioną głowę, spojrzał, odskoczył jak młoda antylopa na widok tygrysa, i z zrozpaczoną energją zamykając rygle, wyszeptał:
— Otóż to moja wigilja... oto wigilja sieroty!... Boże!... Boże!... czyliż mogę nazywać Cię miłosiernym?

— — — — — — — — — — — —

O ludzie! i czemże jest samo nieszczęście gminu, wobec świadomości swego nieszczęścia, jaka posiadają natury wyższe?...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.