Wystawa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Wystawa
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom III Drobiazgi
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
WYSTAWA.

Około południa, na rozmokły od deszczu bruk ostatniego pocztowego dziedzińca, z ogromnym hałasem wjechała odrapana i zabłocona kareta, ciągniona przez cztery odrapane i zabłocone konie i powożona przez również odrapanego i zabłoconego pocztyljona. Fakt ten, oprócz zatrzymania kilku przechodniów, wybicia paru kamieni z bruku i zwabienia paru posłańców, wydobył na świeże powietrze z sieni biura ekspedycji kilku oficjalistów pocztowych, o których abnegacji na rzecz publicznego dobra najwymowniej świadczyły słoma i pierze we włosach, nieczesanych zapewne z powodu natłoku zajęć.
Dzielni ci ludzie, bez względu na ciasnotę swych uniformów, szybko zahaczyli drabinę o powóz, wpadli na jego wierzch, odpięli pokrowiec, otworzyli drzwiczki, wyrzucili z dachu karetki cztery tłomoki i wypuścili z jej wnętrza troje zaspanych podróżnych, rozumie się, nie bez niejakich trudności.
Najprzód wysiadła niska jejmość, która mając około siebie pudełko, koszyczek, torebkę i duży parasol z wsuniętą weń małą parasolką, posiadała tylko dwie ręce. Przez kilka minut starała się opanować i wynieść wszystkie swoje ruchomości, a po kilku minutach nietylko, że nie wyniosła żadnej, ale nadto — sama musiała być prawie wyniesioną z powozu.
Po tym akcie galanterji ze strony woźnego, mógł już bez przeszkody ukazać się w drzwiczkach karety pożółkły i zgarbiony jegomość, w pomiętej ceratowej czapce i wyszarzanej burce, który w czasie niefortunnych usiłowań swoich towarzyszy zachowywał się tak, jakby miał niekłamaną chęć wyskoczyć oknem na jakiś połatany i sznurem obwiązany tłomoczek.
Niebawem podróżni zaczęli się rozchodzić. Mała jejmość, w asekuracji dwóch woźnych, niosących dwa tłomoki, pudełko, torebkę, koszyk i dwa parasole, udała się na prawo. Został tylko właściciel wyszarzanej burki, którego nikt nam nie zabroni nazwać panem Mateuszem, a który tak drobiazgowo śledził łaty i sznury swego tłomoczka, jakby chciał sprawdzić, ile też sztuk odzieży i bielizny kryje się pod jego spękaną i pofałdowaną skórą?...
— Ha! to już chyba i my idźmy, panie — rzekł nagle jeden z mizerniejszych oficjalistów pocztowych do nowego naszego przyjaciela.
— A dokądże to chcesz prowadzić, mój bracie? — spytał słodziutkim głosem pan Mateusz, nietyle zachwycony, ile raczej zakłopotany uprzejmością publicznego sługi.
— Naturalnie, że do dorożki!...
— Do dorożki, przyjacielu?... A może tu gdzie macie jaką oberżę blisko, to już wolałbym tam odrazu. Ot widzę nawet napis: „Hotel Rzymski“ — mówił Mateusz, zatrzymując się wprost oznaczonej instytucji.
— Tu miejsc niema! — mruknął niechętnie woźny, a potem, zwracając się do dorożkarza, rzekł z akcentem grubjańskiego szyderstwa.
— A poszukaj tam dla pana numeru, tylko gdzie niedaleko, to dopiero dostaniesz!...
— A dam ci, dam, mój bracie! — upewniał niewiadomo kogo pan Mateusz, gramoląc się do dorożki. — Dam ci, byleś tylko znalazł gdzie blisko dobrą i tanią kwaterę...
Dorożka ruszyła.
— Panie! — woła woźny — a mnie na piwo za odniesienie rzeczy?
Wehikuł staje.
— A ha! ha!... — przypomina sobie pan Mateusz. — Masz, kochanie, masz...
— Co?... to pan mi kopiejczynę daje za ten kurs?
— Mój Boże!... A ileż ci się należy, dobry człowieku? — pyta przybyły.
— No, choćby dyskę... Ot tak!... Jaka wytarta!... Żebyś nogi połamał! — deklamuje woźny, a dorożka przez ten czas odjeżdża.
Całe dwie minuty nasz przyjaciel wycierał nogi o słomiankę, umieszczoną w dorożce, zachwycał się jej podskokami, miękkością jej poduszek i drżał o bezpieczeństwo swego zdezelowanego tłomoka, kiedy nagle powóz stanął przed jedną z brudniejszych bram hotelowych.
— Hej! — zawołał dorożkarz — a weźcie tam gościa! hej!
Na ten okrzyk w progu bramy zjawił się numerowy w wytartym fraku, a popatrzywszy uważnie na kozioł i na siedzenie, wykrzyknął:
— O jak mi Bóg miły, a toż to mój pan, jaśnie pan Mateusz!...
— Józio!... kochany, poczciwy Józio!... — odpowiedział z niemniejszem rozczuleniem podróżny. — Cud, prawdziwy cud... bardzom kontent...
— Zaczekaj-no, bracie — wtrącił dorożkarz, nie oddając numerowemu tłomoczka. — Przecież i mnie się coś od jaśnie pana należy...
— Cud doprawdy!... Ile ci się należy, kochanie?... Poczciwy Józio... — mówił kolejno do numerowego i dorożkarza pan Mateusz, gniotąc w rękach stary i zatłuszczony woreczek.
— Trzydzieści kopiejek! — odpowiedział woźnica.
— W imię Ojca i Syna. A taż wy tu krew z ludzi wysysacie, w tej Warszawie!...
— Co się tam pan ma targować!... niech i on przy tej okazji coś zarobi... Tacy goście nie często się trafiają... — wtrąca numerowy.
— Bo i prawda! — dodaje woźnica.
Oszołomiony, przegadany, wbity w ambicją pan Mateusz wydobywa najgładsze i najbardziej poszczerbione dziesiątczyny i płaci woźnicy, niespokojnie oglądając się za wyfrakowanym Józiem, który już trzymał jego tłomoczek na plecach.
— Jakież macie mieszkania, kochanku?...
— Już tylko parę mamy — odpowiada Józio. — Są dwa pokoje za trzy ruble, akurat dla jaśnie pana...
— Bój się Boga, nie nazywaj mnie jaśnie panem! — szepce przerażony Mateusz. — Ja nie żaden jaśnie pan, ja ubogi człowiek, ja... nie chcę mieszkania za trzy ruble...
— Wolne żarty! przecie wiem, jak kogo nazywać... A w mieszkaniach nie ma pan co przebierać, bo gości huk...
— Musicie mieć przecież tańsze, choć dla mnie, moje dziecko?... Ja cię od tak dawna znam, jeszcze kiedyś był u Szmula...
— No, co tam — przerywa Józio. — Da pan na piwo, to się znajdzie za półtora rubla...
— Idź już, idź, kochanku!...
Po tych słowach pan Mateusz, mrucząc i postękując, począł się za swym przewodnikiem wdrapywać na drugie piętro.
— Ale żeś ty, kochany Józiu, tak odrazu mnie poznał?... boć to przecie nie widzieliśmy się chyba już jakie lat dziesięć...
— Ba! ja i w piekle pana poznam. Tylkom spojrzał na tłomok i na burkę, zaraz sobie mówię: „Ot i nasz jaśnie pan Mateusz przyjechał na wystawę...“
— Hum? patrzajże się! A obywateli dużo tu w Warszawie? nie zauważyłeś?...
— Pfiu! kamieniem rzuć, to na jaśnie pana trafisz.
— A hulają... co?
— Gdzie tam, panie! Inny hula, ale reszta... eh! jak kapucyni. Oto tu numer — dodał, otwierając drzwi dość sporego pokoju.
— Chryste elejson! — zawołał Mateusz, składając ręce. — Kanapa, tyle krzeseł, umywalnia... A mnie co po tem? Przepytaj się, kochany Józiu, możeby tam kto te zbytki wynajął na czas...
— Hę? — pytał Józio. — Albo to jaśnie panu...
— Kochanku, nie nazywaj mnie jasnym, bo mi serce ranisz... Ja biedny szlachcic!...
— Ale! niby to ja nie wiem, że pan ma Suche Patyki...
— Uhu! już poszły między ludzi...
— A Wilcze Ogony?...
— I Wilcze Ogony, i Patatajkę, i Majdan, wszystko już djabli wzięli.
— Midlo... fiksatuary... grżebienie... — wtrącił jakiś kramarz, uchylając drzwi numeru.
— Wynoś się, pókiś cały!... Nie ma pan wsi, ale ma pieniądze, bo jaśnie pan lubi handlować, to wiadomo.
— Ja?... pieniądze?... Ani grosika, Józiu, jak cię kocham...
— No, w domu nie, tylko na procentach.
— Numerowy! — zawołano z korytarza.
— Jestem, panie! — odparł Józio i wybiegł.
— Pan Stodołowicz w domu?...
— Wyszedł, panie, za godzinę przyjdzie...
I powiedziawszy to, numerowy wrócił znowu do stancji.
— Moje dziecko!... złoty Józiu!... — zaczął pan Mateusz — może tu u was jest jeszcze choć aby troszkę tańszy numereczek?
— Hum!... widzi pan, znalazłby się... No, a co mi pan da, to wynajdę za osiem złotych?...
— Osiem?... osiem?... Dwa razy dziesięć... Wszak wystawa będzie dni dziesięć?... Dwa razy dziesięć dwadzieścia... Dam ci serce... złotówkę!...
— Da pan rubelka?...
— Pół, kochanie!
— Nie mogę! pan zawsze na tym interesie zarobi i tak dwa ruble, a numer już zamówiony i ja ryzykuję...
— Pięć złotych, Józiu!...
— No, niech pan pójdzie ze mną. Ale to widzi pan niekoniecznie piękne miejsce, bo przy tych... tam...
— Wszystko jedno! nie trzeba zbyt dogadzać grzesznemu ciału...
Wypowiedziawszy tę moralną uwagę, pan Mateusz znalazł się wraz ze swą czapką, burką i tłomoczkiem w nowem mieszkaniu.
— Numerowy! — zawołano znowu.
— Jestem! — odpowiedział znowu Józio i wychylił głowę.
— Pani Wiatrakiewicz tu stoi?...
— Która to?... Aha!... Jeszcze nie przyjechała, panie, ale już numer zamówiony.
— Co się też tu u was za obiadki płaci? — spytał znowu pan Mateusz.
— Rozmaicie! Rubla, pół rubla, dwa złote, jak kto chce...
— Aj! aj! A cóż się dzieje z temi taniemi kuchniami, o których tyle piszą?...
— Co?... to panby chciał tam jadać?...
— Nie! Boże uchowaj! Jabym tylko chciał się dowiedzieć... to jest... zobaczyć... No, ale mniejsza! Czy tu istotnie taki brak mieszkań dla przyjezdnych?
— Rozumie się! Teraz kto mądry a wynajmie i odstąpi, to zrobi dobry interes!
— Patrzaj?... I powiadasz, że są takie mieszkania?...
— Dziś jeszcze są, ale jutro może już zabraknąć...
— Hum! hum! — zakaszlano nagle potężnym basem, gdzieś w okolicach pierwszego piętra. — Żeby was pioruny wybiły z temi schodami!... Słuchaj tam, gapiu, kiedy mówię do ciebie, tu, czy nie tu drugie piętro?...
— Przecie pan widzi, że tu pierwsze — odpowiedział baryton.
— Pan Marek idzie, oto szlachcic! — zawołał Józio i wybiegł na schody, zostawiając pana Mateusza w wielkiem zakłopotaniu.
— Marek? — szeptał oszczędny właściciel lichego tłomoka. — Jużci to chyba on!
— Uuf! — odsapnął potężnie nowy przybysz, osoba imponujących wymiarów. — No! czego na mnie patrzysz, jakbyś ludzi nie widział, ośle?!
Ostatni frazes był zwrócony do grzecznego Józia.
— Jużci patrzę, bo mi żal jaśnie pana — odparł Józio.
— Siebie żałuj, żeś głupi! — huknęła ogromna machina ludzka, straszliwie tupiąc nogą. — Patrzcie go, jaki konfidencjonalny! Twoje psie prawo milczeć, słuchać, co ci każą i brać pieniądze, kiedy dają, ale od dowcipków wara!
— Pokorny służka szanownego sąsiada dobrodzieja! — odezwał się pan Mateusz z progu swego numeru. — Jakże czcigodne zdrowie?
— Aaa!... — wykrzyknął zdumiony przybysz. — Słowo ciałem się stało!... Teraz już wierzę, że wystawa będzie świetna, kiedyś ty, stary kutwo, przyjechał... Czy myślisz, że i tu uda ci się ludzi oszukiwać?
Kordjalne to powitanie nie zdawało się zachwycać pana Mateusza, który cofając się do numeru, mówił:
— Panie Marku... kochany sąsiedzie... może do mnie pozwolisz na chwileczkę?
— No, wejdę, wejdę, stary lisie. Widzę, że i w hotelu sąsiadujemy ze sobą, ale nie bój się, nie oszukasz mnie teraz, bom już znalazł inne mieszkanie — huczał tłusty i popędliwy Marek, wchodząc do pokoju i ciężko siadając na krześle.
— Ja?... okpić? kochanego sąsiada?
— Tylko głupiego nie udawaj, panie Mateuszu! Przecież to nie są dawne historje z bryczką, wołami i pszenicą, żebyś je miał zapomnieć... nie dziw się tak! Ja tylko, dalibóg, jestem ciekawy — dodał po chwili — pocoś ty tu przyjechał?
— Popatrzeć! sąsiedzie dobrodzieju, nauczyć się!
— Popatrzeć! nauczyć się! — powtórzył Marek, z niedowierzaniem kiwając głową.
— I... i usłużyć kochanym sąsiadom, nie dopuścić ich do rąk żydowskich...
— Cha! cha! cha!... — zaśmiał się grubas. — Usłużyć!... Ja to zaraz zgadłem, wyjadaczu, zaraz... cha! cha! cha!
— Sąsiad dobrodziej także przez ciekawość tu zjechał? — pyta ze skromną minką usłużny Mateusz, pragnący widocznie zwrócić na inny temat rozmowę.
— Ja? ja... ja jestem sam wystawcą — odparł bardzo uroczyście pan Marek.
— Patrzcie się! No, tak! sąsiad kochany dużo rzeczy może wystawiać. Ale z czemże mianowicie?
— Zgadnij z czem?
— Chyba... to jest... doprawdy, że nie wiem! Sąsiad dobrodziej ma tyle rzeczy pięknych...
— Z baranem! — odparł Marek, nadymając tłuste policzki.
— Aha... ha! z tym... z tym...
— Nie udawaj, kiedy nie wiesz, panie Mateuszu — rzekł pobłażliwie wystawca. — Przyjechałem z tym baranem, com go sam wytworzył... sam... uważasz?
— Istotnie, że nie dobrze rozumiem...
— Sam... uważasz?... Fenomenalny baran, jaki wzrost, ogon, rogi, wełna!... Za pięćdziesiąt rubli nie oddałbym go.
— Może dadzą i sto, jeżeli taki osobliwy?
— Sto jak sto, ale siedemdziesiąt pięć niezawodnie!
— Dlaczegóż? mogą dać i dwieście, to zależy od amatora.
— Zapewne! No, ale i amator nie da dwustu, może.. sto pięćdziesiąt!...
— Bodaj tych waszych budowniczych tyle kolek parło na dzień, ile ja razy na tych schodach odpoczywać muszę — odezwał się w korytarzu bas, ciężko wstępując na schody. — Józef, bałwanie!...
— Czy jest tu to piękne zwierzę? Bardzo radbym go zobaczyć! — mówił Mateusz.
— Zobaczysz! — odparł z dumą Marek. — Teraz jest w drodze z żoną i z dziećmi.
— A... więc i maciorkę sąsiad...
— Głupiś sąsiad! — wrzasnął Marek. — Przecież nie o maciorce, ale o mojej żonie ci mówię...
Gniewowi popędliwego Marka położyło kres ukazanie się, w towarzystwie wyfrakowanego Józia, dwu nowych osób. Jedną z nich był poważny z ubioru i ruchów, może trzydziestoletni mężczyzna. Drugą — jakiś młodzik w szkockiej rozdwojonej czapce, z miną parafjalnego don Żuana i z grubą dewizką na wierzchu kosmatej marynarki. Rozmowa, dość żwawo prowadzona dotąd między dwoma osobami, stała się ogólną i hałaśliwą.
MAREK. Władzio kochany! (upada w objęcia trzydziestoletniego mężczyzny). Niech ci Bóg da zdrowie, żeś przyjechał!
MATEUSZ (do szkockiej czapki). Pan Leon serdeczny! Kopę lat nie widzieliśmy się!...
LEON (zarumieniony). Czasu nie było!... ale o naszym interesie pamiętam, pamiętam!...
WŁADYSŁAW (do Marka). Cóż sąsiad wynalazł już mieszkanie i słone?...
MAREK. Bagatela! Pokój dla żony i Helenki, pokój dla mnie i Wacia, no i salonik dla gości, za siedemdziesiąt pięć rubli. Do tej pory mieszkałem z tym szaławiłą Leonem, obok tutaj... No, a ty?...
WŁADYSŁAW. Ja z żoną mamy jeden pokój za dwa ruble na dobę.
MAREK. Bój się Boga, z kobietą?... To niewygoda!
WŁADYSŁAW. Przyjechaliśmy tu nie dla wygody, ale dla wystawy...
LEON. Ja miałem kapitalny lokal na pierwszem piętrze...
MAREK. Tak! ale w parę dni przeniosłeś się na drugie...
LEON (zakłopotany). Numerowy radził...
MAREK. Niedługo poradzi ci, żebyś się wyniósł na trzecie, a wkońcu na bruk... cha! cha!...
WŁADYSŁAW (do Mateusza z ironją). Sąsiad zapewne także coś wystawia?...
MATEUSZ. Ja nic! ale pan Marek wystawia barana...
MAREK. Znakomity baran, niech mnie piorun trzaśnie... Na amatora wart przynajmniej sto rubli. No, in gratiam twego przyjazdu, Władku, a mego medalu, chodźmy na wino!...
WŁADYSŁAW. Dajże pokój, sąsiedzie.
MATEUSZ. Tak, tak!... niepotrzebne zbytki...
LEON (patrząc w lustro). No cóż tam... parę buteleczek...
WŁADYSŁAW. Wstydźcie się, panowie! dacie tylko powód warszawskim pismakom do drwinek...
MAREK. Co mi tam djabli pismaki, kpię z nich!... A wreszcie poproszę Lesznowskiego, żeby nie pozwalał...
WŁADYSŁAW. Jakiego Lesznowskiego?...
MAREK. Juści że redaktora „Gazety Warszawskiej,“ znam go osobiście.
WŁADYSŁAW. Ależ sąsiedzie! Lesznowski już dawno nie żyje, od kilkunastu lat...
MAREK (zdumiony). Co ty pleciesz? przecież ja dzień w dzień czytuję gazetę.
WŁADYSŁAW. To sąsiad źle czytujesz, bo ją już kto inny od świętej pamięci redaguje...
MAREK. Bajki! A zresztą załóżmy się: kto przegra, ten za wino płaci.
WŁADYSŁAW (stanowczo). Noga moja nie postanie w żadnej knajpie... Do widzenia!
MAREK (rozczulony). Ot, masz uniwersytet!... Władziu, Władeczku, gardzisz przyjaciółmi...
WŁADYSŁAW. Tylko knajpami...
MAREK. Wypierasz się ojców swoich...
WŁADYSŁAW. Do widzenia! (wychodzi).
MAREK (z gniewem). Wy... wy młodzi, wy postępowi, zgubicie się!...
LEON (zarozumiale). No, przecież nie ja...
MAREK. Ii, i... to nie twoja zasługa, tylko starego, że cię do uniwersytetu nie oddał...
LEON. Ja tam sam...
MAREK. Ale, ale... Trzebaby nam pomyśleć o mieszkaniu dla Antoniego, bo prosił o porządne.
MATEUSZ. Prosił?... to może jabym?...
MAREK. Będziemy szukać wszyscy, a kto pierwszy znajdzie, ten wynajmie. No, idźmy!
MATEUSZ. Józiu kochany! Józiu (numerowy przychodzi). A pilnuj serce chaty, żeby kto nie okradł...
LEON (cicho do Mateusza). Panie Mateuszu, kilkanaście rubli do jutra...
MATEUSZ. Potem! potem! (bierze numerowego na stronę). Są tu gdzie blisko porządne mieszkania?...
JÓZEF. Są, panie, zaraz o kilka domów.
MATEUSZ (do Marka). Sąsiedzie kochany... chciałbym zostać, bo mam pilny interes.
MAREK. Co tam interes, chodź z nami! Palniemy tokaju na mojego barana... Pyszny baran!...
MATEUSZ (cicho do Józefa). Za godzinkę zaprowadzisz mnie do mieszkania.
KRAMARZ (do Marka). Jasny panie! tanie fajn midło...
MAREK. No, a co chcesz?...
KRAMARZ. Dziesięć kopiejków...
MAREK. Chcesz piętnaście groszy?...
KRAMARZ. Kiedy jasny pan każe... Może szelki, grzebienie...
MAREK. Pokaż-no!
LEON. Ależ, panie! czekamy na fundę...
MAREK. Aha... prawda! to później.
Po tych słowach, przyjaciele nasi wychodzą na ulicę.
Tuż obok hotelu zabiega im drogę obdarty chłopiec, w niebogłosy wołając o jałmużnę.
— Wstydź się — mówi mu Mateusz — taki mały!... wolałbyś gęsi paść...
— Nie mam drobnych — odpowiada Leon.
— A czego wrzeszczysz, hę? — pyta Marek.
— Ojciec umarł, siedmioro dzieci, matka chora, a nie ma na lekarstwo... — płacze chłopak.
— A, to źle! — odpowiada tłuścioch. — Ileż ci potrzeba na lekarstwo?...
— Albo ja wiem, panie!...
— No... masz tu rubla i pędź do apteki...
— Niech Bóg jaśnie wielmożnemu panu...
— A mnie! — woła już bez ceremonji drugi chłopiec. — Matka i ojciec umarli, pięcioro dzieci chorych...
— Tfy! — mruczy Marek. — A cóż tu wszyscy chorują w Warszawie?...
— Łżą, panie! łżą!... niech pan nie daje — odzywa się jakiś stróż, widząc jeneralne naciąganie szlachcica.
— Czekamy, panie Marku! — woła niecierpliwy Leon na grubego fundatora.
— Poco kochany sąsiad temu stróżowi dał pieniądze, kiedy on o to nie prosił? — pyta płaczliwym głosem oszczędny Mateusz.
— Jakiś uczciwy człowiek! — odpowiada pan Marek, podając jednocześnie dziesiątczynę bezrękiemu kataryniarzowi.

∗             ∗
Po śniadanku in gratiam fenomenalnego barana, w którem utonęło kilka baranów zwykłych i w ciągu którego cichaczem wymknął się skromny Mateusz, — pan Marek wyszedł do miasta celem poszukania członków swojej rodziny. Przybyć już niezawodnie musieli, lecz ponieważ nieznany im był adres wynajętego lokalu, tułali się więc prawdopodobnie po Warszawie, lub pokutowali w jakim zajeździe.

Nic też lepszego nie mógł zrobić pan Marek, jak chodzić od hotelu do hotelu i pytać.
— Hej, szwajcar! — wołał pan Marek w jednym z tych domów — a nie było tu mojej żony?...
— Żony? — spytał ugalonowany oficjalista, szeroko otwierając oczy.
— Pani Markowej, głu... z chłopaczkiem!...
— Aha! z chłopaczkiem? Ma tak lat ze trzydzieści?
— Siedemnaście, barr!... Była przytem panienka.
— To! to! tak ze sześć lat?...
— Osiemnaście, cymbale! No, i cóż?
— Aha! — zawołał szwajcar. — Byli, byli, ale pojechali do Paryskiego hotelu.
Pan Marek złapał dorożkę i pojechał do wskazanego miejsca, ale tam nie widziano pani Markowej. Rad nierad więc puścił się na nowe poszukiwania piechotą.
Po godzinnej pielgrzymce, spotniały, zadyszany, rozwścieczony, pan Marek wracał już do kwatery z zamiarem pogrzebania we śnie swoich kłopotów, kiedy nagle usłyszał za sobą jakieś głosy, pochodzące ze środka ulicy:
— Panie, panie!...
— Mężu!... Tatku!...
Przyjaciel nasz obejrzał się i z najwyższą radością zobaczył dwie mocno wypakowane dorożki, a w nich członków swej rodziny ze sługą.
— Chwała Bogu! — zawołał Marek, przypadając do jednej. — A mój baran?
— Daj mi spokój z baranem! — odparła kwaśno podstarzała jejmość. — My tu już ze dwie godziny jeździmy po mieście, szukając ciebie, a ty się o barana pytasz...
— Drobiazg!... niema i mówić o czem! Wy już przecie jesteście, ale barana niema, mogę więc pytać o niego.
— Został w drodze... nie nudź mnie — odpowiedziała jeszcze kwaśniej dama. — Gdzie mieszkanie?
— O parę kroków stąd! — odparł Marek i wtłoczył się do dorożki, która ruszyła, wiodąc za sobą drugą.

∗             ∗

— Ach, Marku! Marku! kiedy ty się ustatkujesz! — wzdychała rozparta na eleganckim, choć wynajętym fotelu, małżonka. — Sześć rubli dorożka, siedemdziesiąt pięć rubli mieszkanie... razem osiemdziesiąt jeden!...
— Za barana, Kociu, dadzą mi ze sto, jak cię kocham! — tłomaczył się pokornie mąż.
— Sam musiałeś wydać także kilkanaście rubli, ach, Marku!...
— Amator, Kociu, da ze sto dwadzieścia, jak dzieci kocham!...
— Coś ty sobie głowę tym baranem zawrócił, takiem paskudztwem?...
— Co mówisz, duszko? — oburzył się mąż. — Baran jak cielę, amator...
— Gdzie on tam do cielęcia podobny!... Dzieciom wartoby coś kupić, o tem nie myślisz?
— Myślę, Kociu! myślę... Ale widzisz, amator może dać ze dwieście rubli...
W tej chwili wbiegł rozpromieniony Mateusz.
— Ścielę się pod stopki, pani dobrodziejce! — mówił, całując ręce damy. — Sługa panny Heleny... róża, nie dziewczyna!... Jak się masz, złoty Waciu... śliczny chłopiec!... A cóż baran?...
— Jeszcze nie przyjechał! — odpowiedział pan Marek.
— Co zaś do mieszkania — ciągnął pan Mateusz — co do mieszkania dla poczciwego Antoniego, też już wynająłem. Cudny lokal, sto rubli...
— A to poco?... — wykrzyknął Marek. — Władzio już dla nich za sześćdziesiąt wynajął...
— Za sześćdziesiąt rubli? Jezus Marja! a ja dałem dwadzieścia pięć rubli zadatku! — biadał Mateusz.
— Poco się to było mieszać w nieswoje rzeczy?
— Jakto poco?... Sąsiad przecie kazałeś!
— Ja?... Bój się Boga!...
— Straciłem dwadzieścia pięć rubli! — jęczał Mateusz.
— No, no, nie płacz — szepnął Marek — pogadamy o tem. Baran na amatora wart ze trzysta rubli.
— Daj Boże! — westchnął Mateusz — może się choć tym sposobem moje trzydzieści rubli wróci.
— Jakie trzydzieści rubli? — spytał zdziwiony Marek.
— Tatku! — zawołał Wacio — Bartek jest!
— Wołaj go, serce!... Bartek!!... hej!...
W parę minut wszedł niecierpliwie oczekiwany fornal. Obecni otoczyli go.
— Dlaczego tak późno? — pyta jejmość.
— Chciałbym widzieć tego barana — mówi pan Mateusz.
— Gdzie stoicie? — pyta Wacio.
— A co baran... jest?... — niecierpliwi się pan Marek.
— Jużci je, jaśnie panie, ale... zdechnięty! — odparł zmartwiony przybysz.
— Chryste elejson! — krzyknął Marek, upadając na fotel.
— Moje trzydzieści pięć rubli... poszły! — jęknął pan Mateusz.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.