Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Daj mi spokój z baranem! — odparła kwaśno podstarzała jejmość. — My tu już ze dwie godziny jeździmy po mieście, szukając ciebie, a ty się o barana pytasz...
— Drobiazg!... niema i mówić o czem! Wy już przecie jesteście, ale barana niema, mogę więc pytać o niego.
— Został w drodze... nie nudź mnie — odpowiedziała jeszcze kwaśniej dama. — Gdzie mieszkanie?
— O parę kroków stąd! — odparł Marek i wtłoczył się do dorożki, która ruszyła, wiodąc za sobą drugą.

∗             ∗

— Ach, Marku! Marku! kiedy ty się ustatkujesz! — wzdychała rozparta na eleganckim, choć wynajętym fotelu, małżonka. — Sześć rubli dorożka, siedemdziesiąt pięć rubli mieszkanie... razem osiemdziesiąt jeden!...
— Za barana, Kociu, dadzą mi ze sto, jak cię kocham! — tłomaczył się pokornie mąż.
— Sam musiałeś wydać także kilkanaście rubli, ach, Marku!...
— Amator, Kociu, da ze sto dwadzieścia, jak dzieci kocham!...
— Coś ty sobie głowę tym baranem zawrócił, takiem paskudztwem?...
— Co mówisz, duszko? — oburzył się mąż. — Baran jak cielę, amator...
— Gdzie on tam do cielęcia podobny!... Dzieciom wartoby coś kupić, o tem nie myślisz?
— Myślę, Kociu! myślę... Ale widzisz, amator może dać ze dwieście rubli...
W tej chwili wbiegł rozpromieniony Mateusz.
— Ścielę się pod stopki, pani dobrodziejce! — mówił, całując ręce damy. — Sługa panny Heleny... róża, nie dziewczyna!... Jak się masz, złoty Waciu... śliczny chłopiec!... A cóż baran?...