Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jeszcze nie przyjechał! — odpowiedział pan Marek.
— Co zaś do mieszkania — ciągnął pan Mateusz — co do mieszkania dla poczciwego Antoniego, też już wynająłem. Cudny lokal, sto rubli...
— A to poco?... — wykrzyknął Marek. — Władzio już dla nich za sześćdziesiąt wynajął...
— Za sześćdziesiąt rubli? Jezus Marja! a ja dałem dwadzieścia pięć rubli zadatku! — biadał Mateusz.
— Poco się to było mieszać w nieswoje rzeczy?
— Jakto poco?... Sąsiad przecie kazałeś!
— Ja?... Bój się Boga!...
— Straciłem dwadzieścia pięć rubli! — jęczał Mateusz.
— No, no, nie płacz — szepnął Marek — pogadamy o tem. Baran na amatora wart ze trzysta rubli.
— Daj Boże! — westchnął Mateusz — może się choć tym sposobem moje trzydzieści rubli wróci.
— Jakie trzydzieści rubli? — spytał zdziwiony Marek.
— Tatku! — zawołał Wacio — Bartek jest!
— Wołaj go, serce!... Bartek!!... hej!...
W parę minut wszedł niecierpliwie oczekiwany fornal. Obecni otoczyli go.
— Dlaczego tak późno? — pyta jejmość.
— Chciałbym widzieć tego barana — mówi pan Mateusz.
— Gdzie stoicie? — pyta Wacio.
— A co baran... jest?... — niecierpliwi się pan Marek.
— Jużci je, jaśnie panie, ale... zdechnięty! — odparł zmartwiony przybysz.
— Chryste elejson! — krzyknął Marek, upadając na fotel.
— Moje trzydzieści pięć rubli... poszły! — jęknął pan Mateusz.